Ani raczy się młodzieniec obzierać na towarzyszy, którzy z głuchym stękiem padają, potem już milczą na wieki. Mgły się rozeszły gdzieniegdzie, słońce wyjrzało. Tysiące udanych iskier błyszczą nad śniegami i przepadając pod kopytami, trzeszczą jako prawdziwe iskry gasnące w powietrzu. Nuradyn bez litości hufce swoje porywa za sobą, tak jak chmura w burzy, która wyskoczywszy z ogromu wyziewów, zaprzęgnie się do nich i ciągnie je po niebie.

Wreście oparł się o skały i wrzasnął z radości. Bułat wyrywa z pochwy, śmiga nim w powietrzu i okręca wokoło szyszaku.

— Naprzód — woła — naprzód! Oni tu: i hurysa moja, i przeklęty jej mąż, potępieniec mojego gniewu! —

Ale Tatarzy ściągnęli wędzidła, kroku dalej nie postąpią, zaklinają się na grób proroka, że im na siłach zbywa, oczy odwracają i wyciągają ręce ku stronie, od której przybyli. Tam czarne słupy wyzierają z białego śniegu:

— To bracia nasi! Nuradynie murzo, odpoczynku wołamy! Nuradynie murzo, przespać się noc jedną pod namiotem daj sługom twoim! Dozwól, by na pół zmarzłym ogień zajrzał w oczy, skórę oblizał ciepłym językiem!

— Ha! Nikczemniki — zawoła młodzieniec — skąd wam śmiałości takowej przybyło? Żeście tu na pustyni wszyscy, to mnie jednego zastraszyć myślicie? Snem to, snem, niewolniki moje, a nie prawdą! Niechaj który przystąpi, a głowę zdejmę mu z karku, tak jak dziewica serajów pączek róży z gałązki odrywa pierwszy lepszy. I ty, Abadzie Sahali — ot! zginiesz jak marny owad; i ty, Mehmecie, już mój koń drży niecierpliwy — lepiej mu deptać po tobie niż po śniegu i lodzie. Zbliż się, Akbareju, a dusza twoja nieboga na mróz się dostanie. Mrugnij okiem, kiwnij palcem, nogę wysuń z strzemienia, Hadżadynie, ruchem ust tylko mi się nie spodobaj, a stąd kindżał wświdruję ci w czaszkę. —

I to mówiąc, damasceński tasak wysuwał z dłoni i chował na przemian, jakby zabierając się do jego rzucenia.

Głowę schylili przed wodzem w milczeniu, ale nie ruszyli się z miejsca.

Nuradyn szablę wyniósł do cięcia, konia spiął ostrogami, by wpaść na nich — wtem klinga w drobne kawałki się rozłamie, rękojeść tylko zostanie w prawicy; huk od strzału janczarkowego zagrzmiał pomiędzy skałami, kula leży na śniegu wśród szczątków pałasza.

— Przez Allaha, za mną! — krzyknął i nie obzierając się nawet, czy go usłuchali. — Za mną, to Zarucki!