Tu uśmiech gwałtowny usta mu opanował, tak że przez chwilę dalej mówić nie mógł.

— Ojcze mój, gdzie jesteś? Trzy krople krwi z głowy twej spadły mi na skronia. Huryso moja, we śnie i na jawie, panią byłaś Agaj-Hana! Co to za imię? Ktoś go nosił przed laty. Królom i szachom diament potęgi pali się na zawoju, ale to znikoma gwiazda! Oni dziś panują, a jutro ich synowie skowyczą z głodu po ulicach miast.

Widziałem, zważałem, kiedym przechodził, a zimno usypiało nogi, wiecznie tam lodu nie masz, otwór — pchnąć — zleci — Moskalom się nie dostanie — oni by ją rozćwiertowali. Tu głowa się toczy, tam skacze ręka, drgają owdzie piersi — nie — nie, przez Allaha! przez Haruna — cała, nieskażona, jako piękna jest na ziemi, tak piękna zstąpi w dół — a w głębi miękki piasek — i rozciągnie się na nim jako na łożu rozkoszy. —

Podczas tych słów źrenica jego nabierała stopniami coraz więcej obłędu. [Z początku latała prędko, a była zimną i szklniącą, jak gdyby łzy do niej przymarzły, potem zajęła się suchym ogniem.] Przestała się toczyć, wryła się w białko. Już nie rozmaite uczucia, jako dotąd bywało, unoszą się na różne strony w jego spojrzeniach — myśl jedyna, po której żadnej drugiej już nie nastąpi w jego duszy, przebija we wzroku. Powstał jak zwierzę pędzone instynktem i ujął za ramię Marynę, i szedł ku tylnym drzwiom namiotu; ani, wychodząc, przypasał bułat lub wziął kindżał swój: szedł, wlepiając oczy w nią, ściskając za rękę tak, że jęczała z bólu; lecz ani już grozi, ani się przymila; w milczeniu prowadzi ją z dala od obozu, po piaskach, ku brzegom Jaiku.

Słońce już ma się ku zachodowi i jako zwykle w pustyni, im bardziej spuszcza się na dół, tym bardziej krwią się zalewa; powietrze wiosenne, ciepłe, śnieg tu i owdzie wyspami się jeszcze trzyma, w górze klinem suną żurawie, za nimi ciągną kuliki i ostrymi głosy rozmawiają podczas podróży.

Stanęli nad Jaikiem. Strome z piasku i żwiru ulane jego brzegi; a rzeka cała, dotąd ścięta lodem, połyskuje czerwienią zachodu, ale można już dojrzeć w oddali walące się ogromy, nurtem pędzone, gromadzące się u zapory z lodu, nieprzerwanej jeszcze, trzymającej się obu nabrzeży, które właśnie w tym miejscu zbiegają z góry i wstępują w koryto, jakby na pomoc lodowi; ale już słychać z daleka huki łamiącej się kry, roztrzaskujących się brył, a bliżej głuche szumy, które podnoszą się z głębi wód — to niby kipią tam pod spodem fale, to znowu stękają, przyparte ciężarem. Znać, że się rzeka zabiera do buntu, a wiatr, ulatując nad nią, poklaskuje ciepłymi skrzydłami.

O! sił już nie staje Marynie — zawróciła się głowa wśród odmętu przyrodzenia. Jeszcze raz palce podniosła ku czołu i tam znak święty składając, szepce: „w imię Ojca” — i wargi nie zbiegły się, usta na pół otwarte zostały, ale głosu już się nie spodziewaj po nich.

Agaj-Han porwał ją z siłą olbrzyma i niosąc w objęciach, na zabój się rzucił pomiędzy urwiska i cyple. Zlatuje na dół bezpieczny, bo duch szaleństwa czuwa nad nim, jak[o] nad synem [swoim]. Piasek urywa się pod stopami, a on nie pada; o głazy się potyka, a nie nachyli się nawet, skacze i pędzi; żwir spod jego nóg leje się strumieniem, coraz niżej, coraz niżej — wreście dobiegł, kędy ląd się kończy, a lód poczyna; wstąpił bez namysłu, bez wahania, i jako biegł po ziemi, tak ślizga po lodzie bez żadnego szwanku — wśród zawałów śniegu.

Oba brzegi cienie swe na Jaik rzucają, pośrodku nich, gdzie już zetknąć się mają, wstęgę krwawego światła rozciągnęły zachodzące promienie; do tej kiedy doszedł Agaj-Han, stanął, szukał czegoś wokoło — ale nie złożył Maryny, choć dyszał i kroplami potu oblane miał czoło. Czego szukał, znać, że dojrzał, bo skoczył i znów w bieg się wprawił, i leciał w stronę morza — w cienie już nie zbaczając, ciągle się trzymając drogi, którą słońce wytknęło.

Niedługo znów stanie. Coraz huki się powiększają, gdzieniegdzie lód już pęka, ale on jeszcze stoi na bezpiecznym miejscu, choć u samego brzegu otworu, w którym tryska woda; znać, iż tam źródło odwieczne, bo naokoło wszystko zmarzło, a ono czyste, wirem się kręci i parą bucha.