41. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 3 listopada 1831
Kochany Henryku!
Scena przy grobie Twojego ojca72, jest jedną z tych scen krótkich, przelotnych, lecz długie po sobie pozostawiające wrażenia. Zapamiętaj sobie, Henryku, słowa moje! Dłużej będziesz pamiętał o tym rozbitym powozie i o kościele, niż o K. i Bourdigny.
August jest w Polsce, zdrów i cały.
W poprzednim liście opowiedziałem Ci moją rozmowę z Łubieńskim, od tego czasu już inne nastąpiły. To dziwne! Jest to mój wróg śmiertelny, a jednak przepędzam z nim 6–8 godzin, rozmawiając o dawnych wspomnieniach, wyrzucając mu brak lojalności, ukazując jedną po drugiej złe strony jego charakteru. To nadzwyczajne! Człowiek ten, którego nienawidzę, przychodzi do mnie, wie o tem, że go nienawidzę, i o wszystkiem ze mną rozmawia, o swojej przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, o swoich środkach i zamiarach, o swoich wierzeniach i systemach, nie zraża się, widząc moją nienawiść, znosi moje wybuchy gniewu, pozwala, by gniew mój spływał po nim, jak woda po ceracie, w milczeniu lub z uśmiechem przymilenia na ustach słucha moich wymówek, moich oskarżeń, czyni mi zwierzenia, podczas gdy co chwila mu mówię, że jestem jego zaciętym, wiecznym wrogiem. Opowiada mi o naszem wspólnem przeznaczeniu, o losie, który nas ku sobie popycha, który nas, gdy tego zachodzi potrzeba, łączy i dzieli, który ani mnie, ani jemu nie pozwolił walczyć za Polskę, by żaden z nas nie miał wyraźnej nad drugim przewagi, byśmy mogli walczyć z równemi siłami przy różnych sposobnościach; potem nagle rozkłada się na mojej kanapie, podciąga nogi pod siebie, wstrząsa gęstą czupryną i pochlebia mi, a potem niekiedy puszcza gorzki sarkazm, gdy zaś widzi, że oczy moje się zapalają, że moje gesty stają się gwałtowne, znów wraca do słodyczy i miękkości, następnie chce wmówić we mnie, że jest ze mną szczery i otwarty.
Czyś zauważył, Henryku, że jest mojem przeznaczeniem, by zawsze mieć coś niezwykłego wkoło siebie? Wszystkie moje duchowe związki, od H. i Ciebie poczynając, dziwne były, a potem człowiek ten, który był moim przyjacielem przez dwa lata, moim wrogiem (aż do pragnienia zabicia mię i zhańbienia) przez cztery tygodnie, potem wrogiem moim z oddali, a który teraz znów zbliżył się do mnie, czyni na mnie przez swoje rozmowy wrażenie bajki Hoffmanna. A pomyśl, że człowiek ten nie ma w sobie nic podniosłego w dziedzinie wyobraźni. Ma mało wyobraźni. Byłby kretynem na Morzu Lodowem, idiotą w dolinie Lauterbrunnen, tchórzem na jeziorze Thun, patrząc na Włochy ze szczytu Symplonu, zażyje szczyptę tabaki, czytając Byrona, będzie czynił uwagi o gramatyce angielskiej, na widok młodej piękności zrobi kalambur, będzie baraszkował na grobach swych przodków i powie Ci dowcip o arystokracji. A jednak wszystko będzie rozumiał: i przyrodę, i Włochy, i Byrona, i kobietę, i sławę przeszłości, lecz czuć nie będzie nic. Na odwrót, w salonie będzie pełnym dowcipu krytykiem, pełnym starań i wdzięku bawidamkiem, rozmawiającym w sposób gorzki, zjadliwy, przygniatając, jak Rossi, jednem słowem; w domu gry będzie dobrym graczem, namiętnym i panującym nad swoją namiętnością, ogrywającym bez litości, bez wyrzutów sumienia, przegrywającym bez żalu czy słabości; na trybunie będzie człowiekiem odważnym, wielkim mówcą, nie zwracającym uwagi na sztylety stu stronników „góry”, gdyż jest przecież wielkiego mniemania o sobie, przypuszcza, że z pewnością ich przekona, przygniecie ciężarem swoich słów. Jest to zły przyjaciel, lecz dobrze zachowa tajemnicę spiskowca, żołnierz tchórzliwy, lecz zuchwały trybun, energiczny morderca wrześniowy. Wątpić o tem nie można: jest to człowiek 19-nastego wieku, w którym przeszłość umarła, w którym nigdy nie istniała. Zapytaj go, co to: Normand, templariusz, trubadur, Dante, Calderon, Szekspir, w nos Ci się roześmieje. Lecz zapytaj go kim był Mirabeau, Voltaire, Danton, Balzac, Laclos, oczy jego staną się iskrami, gdyż wymieniłeś źródła jego natchnienia; mieszczą się wszystkie w głowie, a nie raczą nigdy zejść do serca. Ja utrzymuję, że, kto nie ma szlachetnych wspomnień, nie może mieć szlachetnych nadziei. Mylę się może, lecz jest to we mnie artykułem wiary, gdyż odrzucić przeszłość, to odrzucić część wieczności, całe jedno arcydzieło stworzenia, to nie mieć w sobie wcale religij grobów, to mieć o całą partyturę mniej w muzyce duszy. I przy tem wszystkiem ten człowiek doby obecnej, ten ponury pretendent do przyszłości udaje przede mną postać hoffmanowską. Śmieszna sprzeczność. Wyobraź sobie, przyjechawszy do Anglii, zaledwie umiał po angielsku, a w trzy miesiące później dostał 3 złote medale na uniwersytecie w Edynburgu za 3 rozprawy, z których jedna łacińska, dwie angielskie. Oto dowód jego zdolności.
Co do prozy angielskiej, wcale nie jestem Twojego zdania. Skąd, do licha, ma być ciężka! Weź Sheridana, weź Moore’a. Gdzie widzisz ciężkość? Anglia taka, jaka jest dzisiaj, może Ci się nie podobać, lecz język angielski i literatura angielska królują w Europie. Gdybym nie był Polakiem i bardziej dumnym z tego tytułu, niż z czegokolwiek innego na świecie, pragnąłbym urodzić się Anglikiem, nie, by nim być, lecz aby mówić i pisać po angielsku. —
Żegnaj kochany!
Zyg. Kras.