Fresk pompejański

Zielone, wonne gaje rozsiadły się wkoło,

Po uroczych pagórkach zbiegając w doliny;

Gdzieniegdzie dąb lub kasztan podnosi swe czoło,

Po nad drobniejsze mirty, laury i jaśminy.

Łagodnie pluszczą źródła skryte gdzieś w zieleni,

I z melodyjnym szmerem z skał ściekają dalej,

Srebrzystym wężem migną wśród łomu kamieni

I pod sklepieniem dębów w cichej płyną fali.

W powietrzu pełno woni, ciepła, barw i blasku,

I błękit przesiąknięty tem światłem gorącem,

Zda się lśnić niby pyłkiem złocistego piasku,

I tęczowych iskierek połyskać tysiącem.

W tem ciepłem oświetleniu żywa drzew zieloność

Przyjmując połysk złoty na szmaragdy swoje,

Harmonijnie w błękitną spływa nieskończoność.

Gaje, błonia i wzgórza, i przejrzyste zdroje,

Pełne uśmiechu szczęścia i rozkoszy dreszczu,

Wdzięczą się jak Danae w złotym bóstwa deszczu.

Wszystko płynie weselem, wszystko tchnie rozkoszą,

Czarem młodego życia i wiośnianych rojeń.

I miłosne marzenia pierś ziemi podnoszą

Żądzą namiętnych wzruszeń i słodkich upojeń.

Różowo płoną laury, mirty pruszą śniegiem

Delikatnego kwiecia, które wietrzyk strąca,

I wstydliwie szeleszczą ponad wody brzegiem,

Gdy pierś białą odsłoni Najada płynąca.

Na głazie zarośniętym jedwabistą pleśnią,

W cieniu starych kasztanów siedzi Pan rogaty:

Ucieszne bóstwo lasów, i weselną pieśnią

Wypełnia rozbawione, szalejące światy.

Kosmate koźle nogi podwinął pod siebie,

I uwieńczon różami w flet zawzięcie dmucha,

A śpiew płynie po ziemi, po wodzie i niebie,

I kwili, wzdycha, pieści i miłośnie grucha,

Aż sam Pan upojony własnych brzmień słodyczą,

Twarz przekrzywia podziwem i muska swą brodę,

Patrząc się jak artysta z miną tajemniczą

Na pląsające Nimfy nadobne i młode.

Te przywabione pieśnią wybiegły z ukrycia,

I tańczą lotną stopą po miękkiej murawie...

Szał tańca i pustoty, czar wiosny i życia

Ogarnia tanecznice. W rozkosznej postawie

Z wzburzoną piersią w błękit rzucone świetlany,

Wzlatują rozpuściwszy na wiatr włosów sploty,

I drażnią skryte w mirtach Fauny i Sylwany,

I omdlewają z zbytku namiętnej pustoty.