evergreen

Kaskaderka trzyma w ustach szpilki,

którymi spina krawaty storczyków,

bałagan róż. Kiedy wstążki trzęsą się

przy jej pasku, jak kobra i febra, a paproć

jak pies łasi się do stóp i wszystkie przeciwko niej

róże narażone na pośpiech klientów.

Myślę o jej muślinowych kolanach.

Założę się, że nocą wciera płatki w obojczyk,

że ma między piersiami storczyk

ostry jak pitbull, bo od teraz obowiązuje

poetyka suspensu. Bo nagle postanawia

pójść do łóżka z młodą polską prozą

i usłyszeć jak wymawiam „Seamus Heaney”

(a ja przypominam: anioły nie miauczą).

Od dziś ma sukienkę w grzybki atomowe.

I cierpki zapalnik zaraz pod językiem.