gra

Kiedy wracała na górę

z torebką witamin do kwiatów

wznosiła chłód z ubikacji

i zapach roztartych róż.

Pamiętała jaki był, kiedy nie pił.

Pozując na Irlandczyka

odstawiał szopkę, na chwilę

ją sobie zaskarbiał. Wpadał w ręce

pachnące rzeżuchą i chciał,

żeby najpierw gryzła,

a potem prosiła o zgodę.

Próbował nadać wyraz twarzy, krążył

nie mogąc wyjechać z parkingu.

Przed oczami miał jej śliskie rajstopy

i tyłek wypięty jak tarcza.

Wyglądał komicznie — jak ktoś, kogo boli.

Lubił, kiedy bawiła się na leżąco

łańcuszkiem, jakby to był czarny motyl,

który jej usiadł na twarzy.