i on

Latem jeździli dziewczynkom

po bransoletki, majstrowali

przy motorynkach. A w styczniu

był wieczór w przydrożnej cukierni

i noce pod niebem z kieszonkowym

indeksem nieba. Gorzej, kiedy na szosie

paliła wagony tytoniu z debilem

Jose, a on ćmił w barze najkrwawszą

Mariannę. Aż wrosła w niego jak w grudzień

bagienne sikorki w kapturkach.

Zrzuca to z siebie, jakby się otrząsał.

Stłuczony obiektyw, zeschnięta figa

przy zlewie — corpus delicti

jej improwizacji. Ładnie się zestarzał

i nadal ma gdzieś szczotkę do włosów,

która pękła, gdy wracali z gór

lamborghini pełnym rudych maków.