salto

W niedzielę znużona niedzielą,

zaprzątnięta myślą, żeby się stąd wyrwać,

uchylić cylinder smogu, by widzieć powszechne

czyste miętowe niebo wygięte jak pryzma.

Soczyste rabatki, wyczesane słońce.

Pójść za wrzawą wróbli z kluczami do aut

w płóciennych kieszeniach, z ogniem, zżyć się

z myślą, słyszeć przez poduszkę,

co w trawie piszczy i że się żyje —

nieustępliwie. Naprawdę. Grzać

w okamgnieniu, zanim pieśń

wyzionie ducha, nim piosence

ktoś przetrąci kark.