Biebrza, Czerwone Bagno

Potrzeba dobrodziejstw: krótkie dni,

wartkie lata, kiedy życie wieczorem

wypada z torów języka i przystaje nieme

u naszych stóp, łasi się i je z ręki,

są do niczego. To tylko nerwy, mówisz,

a wokół szaleją bladolice burze

jak błyszczące ekrany.

Wychylić się przez okno, powiewając

białą chustką na piorunochronie?

Albo wycieczki, też coś, np. słynna wieś

lecz cóż znowu? Wieś

kaput. To już ostateczność, mówisz,

usiąść nad Biebrzą i moczyć kij w wodzie,

z butelką zamiast haczyka.

Przez całą drogę śpiewaliśmy psalmy.

Twój przegląd tamtych dni na palcach

jednej ręki, ile ci wyszło? Spójrz,

tęcze rosną w czterech rogach świata

kiedy wchodzimy lekko lewa prawa

w błękitne przestrzenie ozonu.

Nasze uśmiechy lecą w złote tło wieczoru,

nasze rozkazy śpią pod kopertami zegarków.

Płoniemy cicho jak torf.