Rozmowa na wycieczce

Tyle tu stokrotek, zawilców, niezapominajek —

spróbuj zapamiętać, gdy śpiew znad horyzontu

ściera zmarszczki z czoła i kołysze pamięć

przed dryfem umysłu w słabym prądzie nocy.

Bo sny dosłowne jak świerszczyk zostały daleko,

gdzie płacz rewolucjonisty nad Heglem.

Ale kiedy to było? Kiedyś na każdym kroku

cios obuchem sensu, dziś tylko niuanse,

związki między kometą i wielorybami

w nurcie Sacramento, akwenach Alaski.

I sny raczej misterne, w których ona pragnie

pójść do spowiedzi, a ksiądz na to: „Szaleństwo —

jeżeli popełnisz drogocenny błąd

może się narodzi nowe społeczeństwo”.

Wydoroślałe jak Bóg w nawiasie ekologii

te sny, te marzenia wpierw kończą na bruku,

a potem pod mostem i na samym dnie.

Jak opłatek dzielimy los tych wielorybów.

Czyżby? Kiedy świat niby luźna twarz

powoli zastyga wokół czyjegoś uśmiechu?