Spacer przed siebie

Czy zasłużyłeś na górnolotną fikcję

tego życia bez faktów, ten wszędobylski sens?

O zmroku megafony wydają sekrety,

słowa gór ponad które nie wybiega słońce

i w rosnącym szumie nasłuchujesz orkiestry

karnawałowych festynów: żonglerzy i pajace

ruszają w arterie, dzwonki i czynele

brzęczą jak obłok jednodniowych muszek.

I serce robi w tył zwrot, i rozum idzie w rozsypkę,

kiedy świat ciemnieje w oczach, a one pierzchają

stropione, tulą się pod powieki albo chowają

pod krzaczkami brwi, bo mają dość już, dość.

Kiedy więc przestanę upadać w te światy?

Kiedy spuścisz z tonu i zaczniesz prząść cienko,

kiedy spróbujesz ułomnych pejzaży, kątem oka

spojrzysz, zbierzesz skrawki przydrożnych spraw,

znajdziesz punkt i z punktu zdejmiesz przyrodę

ze stanowiska. A potem na spacer

z kieszeniami pełnymi forsy i wonnych chusteczek

na wszelki wypadek. I wchodzisz w wieczór

jak w strzelistą aleję, w ciemności powietrze

gęstnieje od widm: ich głosy pulsują

niby rechot żab, wysoki hymn komarów.