Wiersz dla Becky Lublinsky

Więc tyle masz ze wszystkiego, co z niej — fragmenty,

czarne skrzynki, kadłubki znaczeń niby hasła

szeptane w grze w głuchy telefon lub coś

jak „ciepło-zimno” z cienką chustką na oczach.

Czy z Cypru jesteś, z Pafos czy Panormos —

nie wiem gdzie mnie prowadzisz, grając

na moim słowniku. Czy na świat?

Te rozkołysane nazwy są jak światła na wodzie

(sznur wiślańskich wianków) i system z pewnością

nie uchwyci widma, liści oliwek na wietrze,

nikłych blasków i cieni migotliwego świata.

Tak jak zawsze pod wieczór, kiedy zdajesz sprawę

z miłości, subtelnych zajęć, niezbędnych sprawunków

i widzisz, że zawodzi porządek analogii,

bo masz tylko opary, rój mgławic, karuzelę znaków

o środku wszędzie i obwodzie nigdzie jak karuzelę

luster odbijających światło, które nie ma źródła.

I można chyba pokochać cypryjską dziewczynę

albo inną z Pafos lub nawet z Panormos,

bo taki mały ten świat. Lustra

ustaw na brzegu, ona z morza przyjdzie

więc wystarczy morze położyć na brzegu świata

i krzyk czarnego koguta rozpiąć nad płycizną,

a z łuny wodnego pyłu wyłoni się postać

i w przestrzeń wzdłuż morza wejdą inne dziewczęta.

W końcu wszystko jedno, który fragment pójdzie

na pierwszy ogień; starczy byle słowo albo i sylaba,

żeby dzień zacząć na dobre czy złe, a ten smutek,

który cię bierze wieczorem, jest może po prostu

świadomością, że znów jedynie kurz ci został,

pył z paru wydarzeń, kilka pajęczych nici,

które jeszcze trzymasz w palcach, splątane

i już niezdolne wprawić w ruch niczego.

I przez mój smutek przemawia owo

„spaliłeś mnie”, skierowane do świata

na poły ostrzeżenie, a na poły wdzięczność,

bo kiedy odchodzę w sen, czuję już tylko

słabnący smak dnia na podniebieniu i dym

zasnuwa mi oczy, a w palcach obracam

jakby grudki żużlu — wspomnienie tego,

czego dotykałem. Wszystko jest dym, jak mówią,

albo trochę koniecznej organizacji plus żużel,

tony żużlu. Dlatego też mówią, że dobrze umierać

wyczerpawszy energię, bo to gwarantuje,

że się po śmierci nie będzie straszyło —

żadnych scen i ekscesów, ani żadnych wkroczeń

alternatywnego świata jak ta biała koza

majacząca na papirusie oddanym przez piasek.

Tę białą kozę odsyłam ci uprzejmie,

nic mi bowiem po niej — stoi w pustym polu,

gasząc wszystko wokół. Odsyłam ci kozę

jakbyś odesłała „telewizor”, „gazetę”, „książeczkę wojskową”

i odprawiam inne słowa, które dajesz i zabierasz

jak dziecko pokazujące zabawki przez szybę

małemu sąsiadowi z przeciwka, te arkana

rosnącej duszy: zobacz, wstydź się i kochaj.

Muszę je pominąć. Zaiste, trzeba ustalić

czy ziemia jest płaska, czy zaokrąglona

i potem pracować w świetle nieuchronnych faktów

wymownie milcząc o tym, czego się nie da powiedzieć.

„Pożądająca miłości geistreiche Frau (bohaterka ducha)

z wycieczki artystycznej przywozi ze sobą

młodzieniaszka”. Coś podobnego. Ten piknik

to zwrot w twoim życiu, sprawa śmiercionośna:

zegar przyspiesza biegu, piasek kipi z klepsydry

i szumi o spoczynku sypiąc grób, opuchliznę ziemi.

Wciągnij mnie w wir wieków. Nie mów, żebym wybrał

„młodsze łoże dla moich żądz”, bo z tobą chciałbym

dzielić życie, choćby przez mgnienie słowa. Brać cię

na język jest przecież tak cudownie

jak smakować kolorowe piguły lodów

w upalny zmierzch, kiedy akcja serca właściwie

kończy się nieznacznie, a kłębki nerwów

rozwijają się w omdlałe pąki. I głowa ciąży

od widzeń, a ty pytasz dlaczego

tak mało mówimy o bezspornym szczęściu,

które przecież waliło się na nas jak mgła

spychana przez wiatr w doliny, jak morze

co się wspina, żeby zajrzeć w głąb wyspy

zapomniawszy, że nie ma już wyspy, bo połknęło ją morze

i, jak okiem sięgnąć, wszędzie — szczęśliwa karuzela fal?

Czy straciłaś tak grunt pod nogami, czy byłaś tak bardzo

unicestwiona przez szczęście, że poszły w niepamięć

wszystkie ciężkie słowa, z których żadne nic

nie ukrywa ani nie mówi wprost, natomiast każde

znaki daje? Czy byłaś szczęśliwa na tej majówce z Faonem

brzemiennej w skutki? (Jakiś reżyser podbiłby wam oczy

zachodem słońca, bo ta sprawa między wami

zepchnęła cię w końcu z leukadyjskiej skały. )

W nawias nieba wzięta, po skoku z bieli w biel

wniebowzięta zostawiłaś wklęsłą przestrzeń,

skłębione powietrze miękkie jak puch, jak pościel,

zaproszenie do miłosnej gimnastyki i wielosłownej

kołysanki, słowem, cudzysłów i nawias.

Tak jest zawsze: cudzysłów, a potem nawias.

Najpierw cudzysłów krążący po świecie,

nawet nie fotografia, ten cytat z natury,

ale umowny wizerunek, cytat niedokładny —

„fiołkowowłosa, czysta, uśmiechnięta” dziewczyna

twoja lub moja, bądź sąsiadeczka zza ściany

spędzająca sen z oczu chłopca, tego pierwszego krytyka,

Faona, „świetlistego”, który oszołomiony pięknem

ucieka na Sycylię. Posłuchaj Melitto,

nic z tego nie będzie oprócz twojego imienia

wątlejszego od „Mnasidike”, lżejszego niż „Gyrinna”

(„zgrabniejsza jest Mnasidika niż delikatna Gyrinna”),

westchnienia sylab, które wzywały Faona

w jakąś gorzką noc i przepadły bezkształtne

i niedorzeczne, o, nie jak słowa tamtej,

które mruczę pod nosem, ten język aniołów,

którym zaczynamy mówić, gdy widzimy „wszystko

we wszystkim”, jak chce Lichtenberg.

Atoli każdy system jest prostym przejawem

transu serca, które łatwo zrozumieć, szlachetne,

bo będzie to dla mnie tak długo jak pragniesz

odbicie światła. Zaśpiewaj nam najbardziej,

o serce, teraz, kiedy ponownie odkrywamy ciało,

odzyskując ideał misternego szczęścia. Czyż nie?

Czy nie rzekł Lichtenberg, że „świat stanie się jeszcze

tak wykwintny, że równie śmiesznym będzie wierzyć w Boga,

jak obecnie w upiory?” Czy gay scene w Londynie

nie jest w awangardzie wrażliwości, czy najlepszej muzyki

nie robią weseli dziwacy, jak gdyby perwersja ciała

cudownie zniekształcała duszę, pchając ją

w nieprzeczuwane rejony wymyślnej subtelności?

(Narzeczony przejął coś z piękna spotkania

kominiarza i pastereczki na stoliku pod lustrem).

Straight scene bardzo nudzi. Ich antyczne kluby

podupadają, pełne ziewających par, bo oni

już wiedzą, że znaleźli się na bocznym torze

do kupy z nadąsanym kościołem, ideologią,

„komunistyczną pyszałkowatością” i dydaktycznym

show-biznesem. Ich art world

idzie pod młotek. Pozostają jeszcze proste obowiązki,

Morlokom, przedłużenie gatunku. Ależ ten świat

zrobił woltę! A było to takie proste:

znaleźć się w epoce zupełnie post-poważnej,

postlogicznej, postwerbalnej, posthumanistycznej —

wystarczyło odkryć świat za zasłoną powiek,

w zamkniętych oczach, jak Beethoven usłyszał muzykę

odciętą od uszu. Opadły powieki, zgasło światło.

Znieruchomiała pamięć. Świat zamarł

zwinięty w kłębek mroku, a później figlarnie

rozwinął się w łamańce. Czy ty

to przeczuwałaś? Ty i cała ferajna,

którą wyobrażam sobie teraz, tańcząc w klubie o ścianach

wyłożonych monitorami wysyłającymi w przestrzeń

setki alternatywnych światów? Zagrał

zmysł możliwości i zagrał zmysł dada,

poeci znów okazali się prawodawcami.

I trzeba zrozumieć hedonizm, twój dom kultury, Mitylene,

twój nocny klub pełen zakochanych dziewczyn

studiujących pieszczoty i muzykę. Widzę je

„strojne w kwiaty”, „czyste i urocze...

z drogimi mitrami złotoczerwonymi nad czołem”

na wonnych poduszkach, z odrzuconymi ramionami,

w chłodnym zapachu mirry i libańskiej kassji,

w cichej muzyce, słodkim śpiewie fletów.

Ta leży z szatą podciągniętą pod szyję,

tamta zbiera „rosę lśniącą w płatkach

rozchylonej róży”. Czy ten autotematyzm płci

nie jest czczą, czystą sztuką jak szachowa zagadka?

Kto mógłby się dziwić twojemu smutkowi,

z którym żegnasz te, co idą rodzić dzieci?

Chociaż Hymen ma swoje zalety i np. pociąga cię

pewna estetyka, powiedzmy, ta biała poduszka

zachęcająca dziewicę, by złożyła na niej

swoje twarde pośladki, jak płótno zapraszające

odprysk niepowtarzalnej czerwieni jak cyklamen

lub wstążka od orderu, finał

pospiesznej zabawy w pierwszą miłość

kładącą kres sztuce. Niektóre nie krwawią,

niektórzy nie ejakulują, ale ślub pozostaje

jako przemiła konwencja.

I słowa są konwencją, słowa jak złote kwiaty

piaskownicy wyrosłe na krawędziach świata

lub kubki rzeźbione w złocie, wypełnione nieznanym napojem.

Świat w nich się przegląda, bez skazy. Czy świat,

który spada z leukadyjskiej skały?

Codziennie świat spada z leukadyjskiej skały,

sformatowane dni idą pod nowy zapis,

pracują głowice, kasują i nagrywają,

czasem piasek ocali strzęp zapisu i poda

dalej jako cytat, lekcję, algorytm,

ściągawkę, kawał, hasło w grze w głuchy telefon —

tak się obraca świat w nierzeczywistość,

sztuka zwycięża. Estetyka ginie, bo jest jak nauka

chodzenia i oddychania; jesteśmy codziennie nowi

w wyszukanych obrzędach szczęśliwego życia

o tyleż intensywniejszych w Adenie i Harrarze

niż w Iluminacjach. Karnawał trwa — świat

ocieka muzyką i czyż to nie jest lekkość

immanentna w tym, co skomplikowane i wyrafinowane,

podczas gdy rzeczy proste z dnia na dzień stają się

coraz trudniejsze? Kończy się era tańca, zaczyna

czas lotów. Bo mówisz, że wystarczy tchu nabrać w piersi

i zawrócić sobie w głowie, żeby daleko odjechać —

chociaż niekoniecznie „w nowe uczucie i hałas”.

„O zamki! O sezony!” Jakże my potrafimy

studiować szczęście w ciszy lotu

ponad kolorową architekturą Paula Klee,

która nagle stała się jedyną architekturą marzeń

mówiącą dziecinnymi barwami wokół samochodów

coraz szybszych, w których wygodnie rozparci

wzbijamy się lekko w powietrze! Bez kamiennego snu

o sile ciążenia, niemi, zbawieni od słów,

a więc wolni od całego świata, który błyskał w nas

tyloma językami! Czy jest jakaś alternatywa?

Po gapowatym dzieciństwie — nerwowa młodość, potem

kołnierz na uszy i znieczulające podróże,

żeby szybko przejść przez czas umierania bliskich,

żeby wykroić trochę czasu dla własnej beztroski

przed procesem? Starość w ubożuchnym kraju,

gdzie zza pozorów importu wyzierają zniszczone twarze?

„Historia”, na szczęście, „osiąga niemy koniec”.

Chociaż są jeszcze frajerzy, co mówią: „życie

cię nauczy, życie ci jeszcze pokaże”.

Też coś.

Dzień miękko ląduje w mroku

prześlizgnąwszy się nad smugą kolorowych świateł

wyznaczających pas ku ciszy i snom.

Milkną maszyny, noc wstaje z palcem na ustach,

noc św. Bartłomieja, albo inna noc,

o której będzie głośno tak jak jest głośno

po codziennej katastrofie, kiedy ludzie i mrówki

biegają bezładnie, skandując sensacyjne wieści

szyframi, z których kpi zaraz zlekceważony

wrak — nierealny jak pożar widziany w dzieciństwie.

Dzień miękko siada w mroku

niedbale napomknąwszy o kilku prostych sprawach,

które gasną jak ekrany telewizorów.

Zasypiają wieże kontrolne i radary,

przerażony umysł gubi się wśród fikcji,

ból tonie w morfinie, troska śmieje się do szklanki,

spocony kochanek odwraca się do ściany

po pięciotysięcznym wytrysku i ma wszystkiego dosyć

i tę błogą pewność, że życiu sprostali skutecznie,

amortyzując je delikatną jak mgiełka gumą,

jagnięcą błoną lub precyzyjnym krążkiem.

(Nie mamy nic przeciwko temu). Omdlewają nerwy

wytarte głęboką pieszczotą i czy właśnie

nie o uwolnienie od nerwów nam chodziło,

czy nacisk jaki kładziemy na dziś, tu i teraz

nie jest próbą rozciągnięcia „teraz” w bezczas

barwny i wesoły jak karnawałowy balonik?

Bo, jak mówi Rilke, „dostosowała się tam istotnie

życia niebiańska połowa do półkulistej misy

istnienia, jak dwie pełne hemisfery łączą się

w jedną świętą, złotą kulę”. I dalej: „masywna

konstelacja straciła ciężar i uniosła się w przestrzeń”.

Można więc przedłużyć stadium estetyczne

w nieskończoność, rozciągając je wzdłuż i wszerz,

zwielokrotniając wrażenia. Czy jest opozycja?

Ci, co mówią: „lata iluzji, lata kryzysu, lata wojen”?

Ci, którzy lgną do życia zdegradowanego,

uszczypnięć w nerwy, słów, co „mają ciężar losu”?

Bo przecież są ciche upomnienia bomb, aluzje

terrorystów i ulicznych proroków, a ponad wszystkim

jeszcze pląsa balon polityków — sale konferencyjne,

rezydencje, nadęte pałace pełne luster

i małych mikrofonów, co zawzięcie pracują

nad szumem deklaracji i proklamacji

napełniających świat szeptem flatus vocis1, flatus vocis.

Nie będzie pląsał długo. Nudzi

ta obowiązkowa opozycja. Życie?

Niech nasz komputer zrobi to za nas. Polityka?

Tylko patrzeć jak dygnitarze zejdą

ze stołków i przyjdą potańczyć tam,

gdzie David Bowie montuje dla wiernych

ołtarz z aluminium, szkła, światła i dźwięku.

Ha, chociaż taka zwyczajna młodzież

pewnie zawsze będzie wolała faceta z gitarą,

który się zabija. Tutaj, powiedzą, tu jest autentyczność,

cudowny chłop, który dużo wiedział i naturalnie

nie mógł już wytrzymać. Im jest zawsze mało,

oni zawsze będą w beznadziejnej sferze

„musisz być sobą”, frajerzy, jeszcze nie odkryli

czaru fałszerstw i przebrań, jeszcze nie dostali

anonimowej pocztówki z napisem: LIFE IS NOT

A CABARET (It’s a fucking circus), jeszcze nie szli drogą

do Cytadeli, nie stali na pięknych schodach

Charlesa Mackintosha w podmuchu światła

wydymającego balonowe spodnie, unoszącego ich

do Musee Horta, albo choćby (niespodziewanie)

pod Castel Sant’Angelo, gdzie romans

byłby o tyle bardziej staromodny i amerykański.

Oni powiedzą: „Ponosi nas cokolwiek halucynacyjna

skłonność ducha, czy zatem seks i nekrolog

są jedynymi sposobami, żeby życie trzymać krótko?”

Dzień miękko osiadł w mroku

i zmierzchającemu światłu znów się udało

zaczarować świat. Delikatne cienie,

gęsto rosnące, obejmują sprawy i rzeczy,

wydając nas snom i fantasmagoriom jawy.

Szał, zwielokrotniony w lustrach, nietoperzowy taniec

Loie Fuller, ta zamieć skrzydeł, uzyskuje

dwuznaczną autonomię. Nazywają to ignorancją,

ale czy można zaufać błaznowi,

mistrzowi mowy dwoistej i królowi tamtego świata,

w który się wchodzi przez wrota z kości słoniowej?

O córo Afrodyty uwodząca śmiertelnych.

Czy to możliwe, że jeszcze tęsknię do twych lat

dziewczęcych, kiedy siedzę tutaj przed snem i snuję

opowieść? Język umie chodzić jak maszyna do szycia

i kiedy jedna tkanina pruje się, druga

spływa obfitymi fałdami i właściwie o co

chodzi? Sny przypominają te zmierzwione chmury,

kładą fresk na strop czaszki i czoło

marszczy się nad owsianką jak kałuża, ale to już wszystko

jeżeli pominąć te inne ranki, legendarne,

kiedy światło drży jak palce sprawdzające żyletkę,

kiedy przyciskasz szklankę do ust, szkło pęka

na wargach i mówisz: „Miliony

łanem cienia płyną ulicami, z ust

ścieka im krew, zagryzają wargi do krwi

iodchodzą w zacisze złudzenia”. Do krwi,

to dobre, to jest takie Lenzowskie

szukanie guza, lubieżne pragnienie,

żeby rzeczywistość zgwałciła cię ze wszystkimi

ponurymi konsekwencjami. No a sny?

Ten krótki oddech z dna płytkiej narkozy

zmywanej martwą falą niepomyślnych snów

jest jak echosonda przynosząca wieści

oskrzepach lęku rozsianych w arteriach.

Ale sny ściekną w dzień lub ugrzęzną

w starganych nerwach, gdy świt na sygnale

wybłyśnie zza chmur i jadąc rano

18-ką znów poczujesz się przesiedlonym

obywatelem świata — roztrzepaną wrażliwością

sfotografujesz te słynne mosty na prawo i lewo,

walące się? Mosty jak przewrócone dźwigi?

Po których pełzną windy samochodzików?

Cokolwiek. I powiesz: „Czas już na plan.

Kręcimy wszystko od «rozprzężenia zmysłów»

do końca. Do końca i dalej, daleko

dalej, do diabła i jeszcze dalej”.

Przypisy:

1. flatus vocis (łac.) — nazwa bez odpowiednika w rzeczywistości. [przypis edytorski]