Wild Water Kingdom

Ale te wielkie zjeżdżalnie wodne, jaki to piękny

podarek dla śmiechu i od śmiechu, w pewnym sensie, też.

Tu nie ma zahamowań. Przede wszystkim negliż;

wszyscy są prawie nadzy i nikt nie trzyma się prosto

a jeśli nawet prosto, to po to, żeby kłaść się

i spadać, lecieć z nóg ze śmiechem, kłaść się

ze śmiechu i pędzić z zawrotną prędkością

podkręcaną przez śmiech aż po eksplozję wody

co jest jak salwa śmiechu kończąca ten żart

z postawy pionowej i recept decorum. Tu jest

perpetuum mobile, alchemia ruchu dla ciała,

bo i po ciężkiej nocy, po czarnej mszy, w ciągu dwóch godzin

możesz odzyskać pełną potencję i rezon

nawet niekoniecznie rzucając się w dół z tej pionowej

zjeżdżalni czy lecąc przez lazurową rurę, lecz choćby

kołysząc się na Lazy River lub drżąc z rozkoszy

w gorącym basenie jaccuzzi. A potem dzwonią na falę

(spiętrzoną w domku bez okien), której rytm przypomina

wieczność zmuszającą do bezustannego skakania —

jakby przez błękitną skakankę czasu albo naprężoną

gumę rozpiętą na łydkach tych dwóch ratowniczek

stojących na brzegach basenu. Tu są megafony

(wszystko jest pozorem, radością momentu,

pożarem monumentu i szczęściem spadania)

i gwar, i te okrzyki wow i oh, boy zewsząd,

ciała prędkie jak rtęć i piękne nimfetki

niby tak zajęte sobą a przecież zawsze

znajdujące odpowiednią chwilę, żeby obrzucić

mężczyzn jakimś niezupełnie niewinnym spojrzeniem,

w którym migocze coś jak szybki cień uśmiechu,

przedsmak śmiechu Virginie, który Paul poczuje

niby kostkę lodu drgającą na brzuchu. I pragnę

zanurzyć się w tej folie lucide1, chcę doznać

vertige de l’hyperbole2, commotio

vel fluctus3. Tu jest po prostu ciągły przeciąg wody,

pęd i w zasadzie brak gruntu pod stopami,

choć niby jest to „w zasadzie”, a zatem i tutaj

można by balansować — na wstęgach wody, w zamieci?

Ale nie wolno zjeżdżać głową w dół. To nogi

idą najpierw i budzi wesołość

to dowartościowanie nóg tak karnawałowe

(głowa wlecze się z tyłu jak roześmiana zabawka)

zwłaszcza w scenerii tak jawnie komicznej,

wśród syntetycznych kształtów, ni męskich ni kobiecych,

zalewanych hektolitrami heraklitejskiej wody

mknącej we wszystkie strony niczym metafora

cyrkulacji płynów w aniele Swedenborga.

I całość się przewraca w jakąś alegorię.

Zobacz w strumieniach wody parodię potoków

łez całego świata, zobacz w tym systemie

niebieskich wodospadów koronę gałęzi

splątanych jak węże, cudownie

groteskową wersję mitycznego drzewa,

naturę przechytrzoną w akcie alegorii,

która przedrzeźnia ogród uciech tudzież ogród nauk

tymi hiperbolami, parabolami, sinusoidami rozkoszy,

uczonymi spiralami śmiechu. I nie mam pojęcia,

czy wszystko kończy się weselem czy obłędem,

roślinną powagą radości czy konwulsją śmiechu,

bo stosunki mogą się zmieniać, ale wygnanie

pozostaje bez zmian. Boisz się, maleńka? W nocy

te zjeżdżalnie drżą w błękitnym blasku

wody pod czarnym niebem, a my odlatujemy

z odwróconych łuków tęczy jakby z negatywów

niedoświetlonych uczuć i każde ma osobny śmiech

przekreślający przestrzeń jak spieniony ogon komety,

jak kwiat, który wieńczy noc samotnością

odurzającego blasku. I rozjeżdżamy się

w odwrotne strony, nieuchronnie, opadając, down

we go. I tak jest dobrze.

Przypisy:

1. folie lucide (fr.) — świadome szaleństwo. [przypis edytorski]

2. vertige de l’hyperbole (fr.) — zawrót głowy hiperboli. [przypis edytorski]

3. commotio vel fluctus (łac.) — poruszenie albo fala. [przypis edytorski]