Wyprzedaż jesieni

Czerwone i zielone wnętrza wózków ulicznych pachnące surowo krzykiem handlarzy...

— — zieleń jabłek pod pręgami schylonych kupujących, jakby pod gałęziami...

— — czerwone piramidy pomidorów...

Oto o krok: —

rozpoczyna się przepyszna i bajeczna wyprzedaż jesieni: targ jarzyn.

Przemawiają podsycane przez wiatr ogniste języki marchwi —

Przemawiają, objawiają prawdę głodu...

W Karpatach kapusty i dyń przekupki, baletnice charakterystyczne, pieszczą, uczą spokoju szalki wag...

Słońce przybywa — Pszczoła wśród koprów, pszczoła wśród koprów i wiązka kminku w śmiechu...

Czekam na podmuch wiatru, na gruszek w cętkach woń.

Ile dyń... ile dyń... ile dyń...

O, jak głośno dzwoni powietrze poranne i monety ze srebra —!

Powietrze jest także srebrne i okrągłe. Tylko pszczoła w chmurach kopru, jak miedziak...

Dialekty przekupek są proste i tajemnicze.

— — antonówki, buraki...

— — i zgasłe, sczerniałe słońca słoneczników...

Tajemniczy dialekt targu. Depresje i góry cen. Ile — ?

— — ile — ?

— — ile — ?

A jeżeli z przetrząśniętych kieszeni monetę potrzebną wyjmę, jeżeli zapłacę i kupię — ?

Gałąź topoli ulicznej syczy śmiechem, który przetrwa do wieczności!

Nie trzeba być świętym, by mieć wizje... aby słyszeć języki marchwi...

— trzeba być głodnym od wczoraj — !

— — Więc jeszcze raz baletnico z tysiąca i jednej spódnic —: ile —?

Oh, bo zaciska mi się dłoń zwarciej niż pięść kalafiora.

Oto o krok — —

ulegnę pokusie smaku i woni, i jak pszczoła — —

Nie — jak człowiek ukradnę garść fasoli i drugą garść — przez pomyłkę — nasion nasturcji...

— — i pognam perspektywami ulic czerwonych i zielonych i surowych z rozjątrzonym coraz bardziej głodem, i z pięściami zaciśniętymi kurczowo wokół łupu — —

— — z pięściami zakwitłymi naraz:

— — w nasturcji i fasoli pęki...

Ten widok cudu oczyści mi sumienie z tej jaskrawej kradzieży...

— — i umrę niewinniejszy o grzech...

— — i głodny...

Warszawa, 19 września 1942