Cywil w Berlinie

Cywil w Berlinie

Pannie Marii Chrzanowskiej — wdzięczny autor

Przyjazd

W Warszawie straszyli. Przyjaciele i znajomi prawie mnie „żegnali”. Zalecano ostrożność. Anglik zamieszkały stale w Berlinie opowiadał rzeczy naprawdę dość straszne. Znam go jako człowieka prawdomównego. Czy wierzyć tym wszystkim dochodzącym nas wiadomościom? Czy w Zbąszyniu przestraszę się na widok zielonego munduru niemieckiego urzędnika celnego? Od dzieciństwa był to dla mnie symbol zagranicy, wyjazdu, czaru podróży.

Ten niemiecki urzędnik kolejowy czy celny, który na pierwszy rzut oka zdawał się nieco szorstki, ba, nawet brutalny, jakże był uczynny i ojcowski w razie zgubienia biletu czy bagażu. Reprezentował on w moich oczach stosunek Niemca w okresie powojennym do zagranicznego turysty. Czyż to wszystko się zmieniło? Czy wrogość spotka mnie już na samym progu Trzeciej Rzeszy? Tak bardzo nie chcę, by to się stało. Tak bardzo chcę zachować moje sympatie dla tej dziwnej zbiorowości (bo dziwną pozostała i za republiki weimarskiej). Tak bardzo chcę odnaleźć wszystkie dodatnie pierwiastki tego z ducha i celów obcego mi przewrotu. Będę szczęśliwy, jeśli mnie choć trochę na swoją wiarę nawrócą. Dla Niemców miałem zawsze wiele poważania (nie analizuję tego określenia) i teraz tak bardzo się boję, czy nie będę zmuszony usunąć spod nich piedestału; czy nie będę zmuszony przyznać racji tym wszystkim, którzy Niemców sądzili według wspomnień z czasów Kulturkampfu i kolonizacji w Wielkopolsce i w Afryce; czy nie będę zmuszony uderzyć w ton bogoojczyźniany. Boję się. A nuż endecy mają rację. Ale głównie boję się dać jeszcze jedną karabelę do rąk naszych licznych zuchów — Wołodyjowskich ze wszystkich obozów; do rąk tych wszystkich młodych, którzy tylko czekają na hasło nienawiści, by stworzyć nasze rodzime Sturmabteilungi1. Boję się, że w mojej najskromniejszej mierze mogę przeszkodzić tej wspaniale godnej, męskiej, imponująco niedemagogicznej polityce zagranicznej, jaką prowadzi obecny rząd polski.

Więc boję się. Jeszcze raz to powtarzam, ale pisać będę prawdę. Choć należę do powojennego pokolenia, jestem staroświeckim liberałem i młodsi oraz nowocześniejsi ode mnie wymawiają mi moje przywiązanie do uczciwej bezstronności. Ja się snobuję na obiektywizm — oni nim gardzą. Twierdzą, że ludzie silni i twórczy nie mogą być obiektywnymi; że nic nie zbudują. Możliwe. Ja w tej chwili nie chcę nic budować. Chciałbym ratować mój śmieszny, liberalny, ginący dzisiaj świat. Ale kto mi w tym pomoże? Moi młodsi rówieśnicy mają kult czynu i ideowego, choćby nawet najbrutalniejszego kłamstwa. Zdaje się, że po obydwu stronach kordonu pod tym względem młodzi są sobie podobni.

Zresztą zobaczymy. Jadę trzecią klasą. W przedziale jedzie młody Żyd, może ma lat piętnaście. Wyjeżdża sam jeden do ojca do Kolumbii. Ma ze sobą dwie walizki, a kufer nadany został wprost do portu kolumbijskiego. Ma też jedną markę niemiecką na wydatki między Warszawą a Amsterdamem, gdzie wsiada na statek.

W Poznaniu do mojego przedziału wsiada dwóch Niemców. Jeden z nich, poznaniak, odbył służbę wojskową polską i wielce ją sobie, a także swoim przygodnym towarzyszom podróży chwali. Drugi to Reichsdeutsche2, podróżujący często po Polsce, a obecnie powracający do Berlina po trzytygodniowej nieobecności. Obaj ci panowie interesują się Żydkiem, który tak daleko ma jechać, a mówi tylko po polsku i żydowsku. Z typowo niemiecką systematycznością dają mu wskazówki na drogę, kłopoczą się, naradzają, a po przyjeździe do Berlina biorą dla niego tragarza, który ma się nim zająć i wsadzić go cztery godziny później do amsterdamskiego pociągu. Reichsdeutsche w dodatku ofiaruje chłopcu jeszcze pięć marek, a ten z rozczulenia całuje Niemca w rękę na peronie Schlesischer Bahnhof i mówi, że już teraz nie boi się podróży, gdy wie, że istnieją tak dobrzy ludzie. Rozpisałem się. Ale czy nie jest to nieoczekiwany wstęp do moich niemieckich „studiów”?

Na granicy ta sama dobroduszna uprzejmość; na dworcach te same co dawniej, pogodnie uśmiechnięte twarze. Między nimi, jak zawsze bywało, pojawia się z rzadka surowa twarz typowego Prusaka; budzi ona raczej śmiech swoim brakiem zmysłu humoru niż przerażenie. Te same brzydkie, ale wysportowane, o cudnych cerach panny, objęte wpół przez dziwacznie-sportowo ubranych chłopców, wyglądających zawsze o wiele młodziej od swych niewiast. A gdzież są objawy hitleryzmu? No tak, jest ich trochę. Szpilka ze swastyką w krawacie kontrolera paszportów, a we Frankfurcie nad Odrą i na przedmieściach Berlina na wszystkich parkanach wykaligrafowane bardzo porządnie, choć kredą, Heil Hitler!, i znowu swastyka. Ale wszystko to już zmazane i tylko widać blade ślady; widocznie sprzykrzyłoby się na co dzień.

A co można wywnioskować z prasy? Zaopatrzyłem się na drogę jeszcze w Warszawie w ostatni numer „Die Neue Weltbuhne”, pismo radykalne, które oczywiście przestało wychodzić w Berlinie i po wydaniu kilku numerów w Wiedniu osiadło obecnie w Pradze. Dziwi mnie treść tego tygodnika. Jest to przeważnie dość sucha i fachowa polemika z zamierzeniami i posunięciami Hitlera, ale nie znajduję tam prawie wzmianek o terrorze i antysemityzmie. Może numer, który czytałem, był w drodze wyjątku wolnym od tych — bądź co bądź — wysoce aktualnych tematów; a może mieli rację moi znajomi, socjaldemokraci niemieccy, którzy mi tłumaczyli później, że jest to tylko taktyka zmierzająca do odzyskania prawa ukazywania się w Niemczech, gdy tylko sytuacja nieco się odpręży. Przed Zbąszyniem mój egzemplarz „Die Neue Weltbuhne”, rzecz prosta, wyleciał przez okno, a polski konduktor uprzejmie poprosił o podarowanie mu polskich pism, gdyż „i tak szanowny pan zapewne nie będzie chciał wziąć ich ze sobą do Niemiec”.

Więc teraz w Niemczech zaopatruję się w berlińską prasę codzienną. Ciekaw jestem, co w niej znajdę. Naturalnie, pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest to, że opozycja głosu nie ma, a wszystkie pisma twierdzą, że właściwie opozycja ta wcale nie istnieje; nawet te pisma, które do 5 marca3 były właśnie podporą opozycji.

Na widocznym miejscu drukuje się listę ważniejszych cudzoziemców odwiedzających Berlin. Ma to dowodzić, że jest tu spokojnie i bezpiecznie. Na czele tej listy figuruje wzmianka: „wielki przemysłowiec angielski pan Albert Mond, kuzyn lorda Melchetta, który odgrywa wielką rolę w angielskim przemyśle chemicznym”. Więc i Żydom zagranicznym, zdawałoby się, nic nie grozi.

Znajduję dużo wzmianek o nowych członkach zarządów i rad nadzorczych w bankach i spółkach akcyjnych. Nigdzie nie jest powiedziane, kogo zastąpili. To samo dotyczy licznych nominacji lekarzy na stanowiska ordynariuszy różnych oddziałów szpitali berlińskich. Nasuwa to wiele przypuszczeń. Poprzednik mógł być Żydem, mógł być komunistą, mógł być, o zgrozo, pacyfistą lub socjalistą. A gdzie jest obecnie? Może nie żyje, może jeszcze jeden wypadek „samobójstwa”, może jest za granicą, a może odbywa ćwiczenia wojskowe w więzieniu lub obozie koncentracyjnym dla politycznie nieodpowiednio zorientowanych?

Pisze się o wystawie sztuki kolonialnej, że poza eksponatami jest wiele obrazów „z naszych dawnych kolonii, które to obrazy rozbudzają na nowo pragnienie odebrania tych terytoriów”. O wystawie „Zdrowie, sport i higiena” — że jest to wystawa czysto narodowa. Domyślam się, że firmy żydowskie mało tam wystawiają.

Patrzę na rubrykę teatrów. W Berlinie przecież teatry były zawsze tak wybitnie ciekawe, tak śmiałe w dotykaniu najdrażliwszych tematów i w walce z przesądami. Widzę, że to się skończyło. No i aktorów i reżyserów musi być brak, przecież tylu wśród nich było Żydów. A w dziedzinie muzyki? — szał Wagnera. Dwa teatry operowe przez cały miesiąc będą grały jedynie Wagnera. Może potrwa to i dłużej. Program jest drukowany tylko na miesiąc.

„Deutsche Illustrierte Zeitung” na czterdzieści dwa zdjęcia podaje dwadzieścia dziewięć hitlerowskich, a trzynaście samego wodza. Poza tym na tematy nie-niemieckie cztery zdjęcia, i to przestarzałe i błahe. Później miałem okazję stwierdzić, że bywają numery mniej partyjnie nastawione. Zaraz widać jednak, że w kompletnym opanowaniu przez partię rządzącą prasa Niemiec dzisiejszych nie różni się niczym od prasy sowieckiej, a jest nieporównanie mniej niezależna od włoskiej.

Nareszcie Berlin. Jadąc o siódmej wieczorem przez całą długość miasta, spotkałem pięciu spacerujących hitlerowców w mundurach oraz dwóch członków Stahlhelmu4. Flagi ze swastyką widać wszędzie i kolorystycznie wyglądają świetnie. To może najbardziej udana flaga, jaką znam. Jest dekoracyjna w duchu chińsko-japońskim.

Widzę, że dość dużo ludzi odwiedza, dawniej tak małym pietyzmem otoczony, Grób Nieznanego Żołnierza. A jednakże grób ten jest bez wątpienia najbardziej nastrojowy i architektonicznie udany ze wszystkich, jakie widziałem w Europie.

W hotelu, gdzie się od lat zatrzymuję, witają mnie wprost serdecznie. Nie. Coś tu nie jest w porządku. Zaraz pierwsze wrażenie syntetyczne — jeżeli terror i ksenofobia istnieją, objawy ich muszą być bardzo skryte i podziemne. Pierwsze pytanie portiera, kasjera, windziarza czy fryzjera hotelowego, którzy są wszyscy starymi znajomymi, jest jednobrzmiące: „Co o nas myślą i mówią za granicą?” Pytanie to jest zadane prawie pokornie, a zainteresowanie opinią zagranicy palące i bardzo szczere. Pytanie to zresztą zadawała mi, chyba bez wyjątku, każda nowo spotkana osoba w Berlinie, choćby ta osoba stała u samego źródła informacji, jakim jest na przykład ministerstwo spraw zagranicznych. Pewna obawa, którą można by ująć w słowa: „Może idziemy za daleko?” — istnieje prawie u wszystkich; a u najtrzeźwiejszych dochodzi do tego pytanie: „Czy się nie ośmieszamy?” Moja odpowiedź, że decydująca opinia zagraniczna uważa przewrót w Niemczech za proces, który bynajmniej końca jeszcze nie dobiegł i że żadna krystalizacja stosunków, jak dotąd, jeszcze nie nastąpiła — wywołuje szeroki uśmiech ulgi, prawie że wdzięczności za tę sprawiedliwą ocenę sytuacji.

Po przyjeździe do późnego wieczora staram się nawiązać kontakt ze znajomymi. Rezultaty są dość nikłe: nikogo nie ma w domu. Ciągle myślę z obawą: a nuż nie będą chcieli mnie znać? Strach i patriotyzm często już zwyciężały nawet najlojalniejszą przyjaźń. Szczęśliwy jestem, że mogę tu stwierdzić, że pobyt mój w Berlinie nie usprawiedliwił tych przykrych przypuszczeń. Doznałem od wszystkich przyjaciół i znajomych, bez względu na ich orientację partyjną lub przynależność rasową, równie serdecznego i gościnnego przyjęcia, jak za „wyuzdanych” czasów weimarskich; jak gdyby słowa „międzynarodowy” nie wykreślono z hitlerowskiego słownika; jak gdyby duch Goethego, przeciwko któremu generał Ludendorff5 ma tak wiele osobistych zarzutów i którego obecny „kurs” uważa za podejrzanego kosmopolitę, promieniował jeszcze szlachetnie nawet w sto pierwszym roku swej nieśmiertelności. To prawda, że 10 maja palono książki, ale prawdą też jest, że pomyślałem o Goethem, gdy znajomy mój kelner z kawiarni na Unter den Linden, skąd przyglądałem się pochodowi poprzedzającemu potworne autodafe6, zapytał mnie głosem stłumionym nie ze strachu, ale ze wstydu, czy podobną hańbą okrył się już kiedyś naród cywilizowany.

Dość dygresji. A tak trudno ich uniknąć. Niemcy całe i każdy człowiek uczciwy i myślący przechodzą tam obecnie przesilenie jak w ciężkiej chorobie. Jest i gorączka, i majaczenie, i możliwość najróżniejszych komplikacji, a przede wszystkim niepewność co do końca choroby. Stary lekarz wiejski, mówiąc o jakimś beznadziejnym przypadku, wyrażał się: „A potem zapewne nastąpi to, co my w języku lekarskim nazywamy mors”. Obawa śmierci duchowej jest bez wątpienia jedną z upiornych, choć ufam, że mało prawdopodobnych, możliwości tej choroby. Znam ludzi, dla których obawa duchowego zdziczenia Niemiec i zaprzepaszczenia ich kulturalnej spuścizny jest zmorą spędzającą im sen z powiek.

Zrobiło się późno. Wychodzę z hotelu, by coś przekąsić i zobaczyć przynajmniej, jak wygląda nocne życie odrodzonego duchowo Berlina. Wszak jedynie w Berlinie istniało niesztuczne życie nocne: berlińczyk bawił się, a prowincjonał i cudzoziemiec bardzo mało dodawali ruchu i życia. Jadę do zachodniej, nowoczesnej dzielnicy, gdzie znajduje się większość dobrych restauracji i eleganckich lub zabawnych lokali nocnych i barów. Jakież będzie moje powierzchowne pierwsze wrażenie? Wiem, że więzienia są przepełnione, że wielu ludzi umarło w strasznych mękach i może w tej chwili umiera. Czy zobaczę odbicie tego w wyglądzie rozbawionej zazwyczaj ulicy?

Wszystkie restauracje są otwarte i... puste. Kawiarnie prawie wszystkie są czynne. Jedna czy dwie zamknięte. Właściciel był Żydem. Co, jak — nic nie wiadomo. Dość, że zamknięte. Inne zaś, też stanowiące własność Żydów — otwarte. Ale tylko kilka kawiarni cieszy się dużą frekwencją. Większość świeci pustkami. W jednej z wytworniejszych na Kurfürstendammie, głównej arterii tej dzielnicy, była niedawno obława policyjna, tak zwana Polizeirazzia. Powód nieznany. Dość, że wszystkich zrewidowano, wylegitymowano, nikogo nie zatrzymano, ale rezultat był taki, że nazajutrz już prawie nikt tej kawiarni nie odwiedził i stoi pusta. Może szukano handlarzy kokainy, może socjaldemokratów, a może po prostu chciano „wykończyć” lokal.

Lokale nocne świecą pustkami, tak że są zamykane jedne po drugich. Przeważającą część gości stanowili tam bogaci Żydzi lub ludzie w ten czy inny sposób od nich zależni. Ta kategoria klienteli dziś nie istnieje. Żydzi częściowo obawiają się pokazywać, częściowo oszczędzają. Przecież przyszłość jest tak niepewna... Bogaty Niemiec Aryjczyk też chowa się z pieniędzmi. Jeżeli jest choć trochę politycznie podejrzany, a podejrzanym jest każdy, kto nie opowiedział się wyraźnie za obecnym ustrojem, nie wolno dużo wydawać; łatwo takiemu dowieść korupcji i nadużyć finansowych; tak najskuteczniej go się niszczy.

Różne są też drobne, ale charakterystyczne powody obecnej stagnacji życia nocnego. Muzyka jazzowa jest źle widziana w sferach narodowych socjalistów. W mojej obecności członek partii zażądał zaprzestania fokstrota i rozkazał grać marsza. Gdy wchodzi ktoś z odznaką partyjną w klapie marynarki lub w krawacie, zapada cisza i pewien chłód. Członek Stahlhelmu jest o wiele milej widziany i zupełnie inaczej się zachowuje: mniej więcej jak polski oficer po cywilnemu. Od czasu do czasu do lokalu wchodzi patrol SA (Sturmabteilung) głównie po to, by sprawdzić, czy nie ma innych SA lub SS (Schutzstafel). Bojówkarze hitlerowscy nie mają prawa przebywać w lokalach po ósmej wieczór, jeżeli są w mundurach. Mają oni swoje kawiarnie, piwiarnie i restauracje, tak zwane Sturmlokale. Są to przedsiębiorstwa, których właściciele zostali uznani za wyjątkowo prawomyślnych. U wejścia do takiego Sturmlokalu wisi chorągiew ze swastyką. Jest to zwykle lokal tańszy, do którego zresztą każdemu wolno wejść. Muzyka gra tam marsze oraz pieśni patriotyczne i wojenne. Znana żydowska koszerna restauracja w pasażu przy Unter den Linden jest obecnie Sturmlokalem, a szyld zapewnia, że zarząd jest „czysto narodowy”. W Sturmlokalach goście często powstają i stojąc, piją piwo. Jest to skomplikowany rytuał. Nie zdołałem zbadać wszystkich jego tajemnic. Jest to trochę jak u proboszcza na odpuście. Nigdy nie wiadomo, kto kogo i dlaczego ma po obiedzie całować w łokieć.

W związku z nocnym życiem trzeba chyba wspomnieć o kobietach. Wyszły przepisy co do głębokości dekoltu zawodowej fordanserki (ci ludzie o wszystkim pamiętają). Nie sądzę jednak, aby ten przepis był po drakońsku wprowadzany w życie. Płatnej fordanserki nie wolno po tańcu zaprosić do stolika lub baru. Jeżeli ktoś chce mieć towarzystwo kobiece, musi je sobie sprokurować zawczasu na zewnątrz i związać się na cały wieczór. Wielu panów mówi, że woli nie. Podobne stosunki każą mi zapytać się przyjaciół, jak to się dzieje: z jednej strony purytanizm i pruderia (kanclerza Hitlera podobno nic nie kosztuje powściągliwość płciowa), a z drugiej strony te rzesze prostytutek bardziej niż kiedykolwiek natarczywych i ciągnących mężczyzn za rękaw do bram. Nie można wprost wieczorem wrócić do hotelu, nie okupiwszy się przynajmniej papierosem. Na to słyszę odpowiedź, że choć ideałem narodowego socjalizmu jest rozmnażanie się, a więc małżeństwo, jednakże stosunek płciowy jako akt wybitnie męski może być tolerowany, byle mężczyzna okazywał kobiecie, która nie ma zamiaru zostać matką, należytą pogardę i brutalność.

A propos brutalności. Na Leipzigerplatz i koło sklepów KaDeWe7 można było spotkać późnym wieczorem kobiety w wysokich, czerwonych, sznurowanych butach. Spacerowały, wymachując zalotnie szpicrutą. Czekały na panów, którzy rozumieją tę podwójną symbolikę. Mam na myśli bardziej brutalne formy miłości, jeżeli to można tak nazwać. Otóż pewnej nocy przychodzi Polizeirazzia i wszystkie te panie brutalnie zabiera. Ale biciem nie da się ich nastraszyć, więc w trzy dni później zjawiają się znowu na dawnych posterunkach, trochę obolałe, ale z piersią ozdobioną żetonem narodowosocjalistycznym. Nikt ich dziś podobno nie śmie maltretować, z wyjątkiem oczywiście starych, jeżeli nie stałych klientów.

Ale na ogół biedne są dzisiaj kobiety w Niemczech. Życie im się stanowczo nie uśmiecha. Wicekanclerz von Papen8 mówi, że rolą życiową Niemki — o ironio! — jest umrzeć; tak, umrzeć. Mężczyzna powinien umrzeć za ojczyznę z bronią w ręku na polu bitwy (tych pól ma zawsze jakoby wystarczyć), a kobieta ma umrzeć w połogu; ale oczywiście nie w pierwszym, tylko przynajmniej w dziesiątym.

W drugą niedzielę maja obchodzi się zwykle w Niemczech Dzień Matki. W tym roku odbywał się on pod hasłem gloryfikacji licznych rodzin. Aby zachęcić panny na wydaniu i początkujące mężatki, wszystkie pisma ilustrowane zamieściły fotografie i artykuły o matkach zasłużonych, czyli takich, które straciły wielu synów na wojnie. Nie wiem doprawdy, kto ma dziwaczniejszą mentalność: redaktor propagandzista czy kobieta, która się na taką propagandę da złapać. Poza rolą matki ruch narodowosocjalistyczny nie przyznaje innej roli kobiecie. Istnieje wprawdzie dziewczęca organizacja hitlerowska9 (coś w rodzaju harcerek), ale, jak mi mówiono, jest ona traktowana po macoszemu. Biedule te paskudnie wyglądają. Każą im nosić długie włosy, a że od wyborów nie zdążyły im jeszcze wyrosnąć warkocze à la Lorelei, więc chodzą z malutkimi, sztywnymi warkoczykami, istne karykatury przedwojennych „gąsek” warszawskich. Partia życzy sobie, żeby kobieta Niemka nosiła długie włosy, nie szminkowała twarzy, nie karminowała warg i nie paliła w publicznych lokalach. Podobno rzeczywiście Leichner i inne firmy kosmetyczne odczuwają już dotkliwie duży spadek popytu na ich artykuły. Trzynastoletnia córka mojej dobrej znajomej doznała wielkich przykrości w szkole od koleżanek z powodu swego żydowskiego pochodzenia, o którym w ogóle dotychczas nie wiedziała. Przecierpiała bardzo głęboko fakt, że choć się czuje Niemką, nadal nie będzie za Niemkę uważana. Jestem u jej matki na herbacie; wpada nagle do salonu i mówi uradowana: „A ja będę mogła ładnie się ubierać, ja zawsze będę szykowna, bo jestem Żydówką i mnie wolno”. Eureka!

Wszystko to są fakty i wrażenia, które, choć same w sobie nieważne, przyczyniają się do stworzenia tła codzienności dla tych licznych i bynajmniej niecodziennych wydarzeń i fenomenów, jakie dziś w Niemczech można zaobserwować. Te po większej części drobne szczegóły życia, które przytoczyłem, przychodzą mi na myśl, gdy wspominam mój pierwszy samotny wieczór w Berlinie.

Jeszcze nikogo nie zdążyłem zobaczyć, wypytać, nie zdążyłem się nawet przekonać, jak trudno mi to wypytywanie przyjdzie.

Naród w mundurze

Pierwszy poranek w Berlinie. Wychodzę z hotelu. Zaraz rozumiem, że wrażenia poprzedniego wieczoru niezupełnie odpowiadają rzeczywistości. Dziś widzę, że wygląd ulicy bardzo się zmienił. W dzielnicy zachodniej mniej to było znać. Lecz tu, gdzie mieszkam, w centrum (do niedawna zwanym z angielska city, a wymawianym z niemiecka ziti), widać dwie główne zmiany: morze mundurów i nieobecność cudzoziemców.

Najpierw powiem o turystach cudzoziemskich, bo z nimi sprawa krótka: po prostu nie ma ich. Byłem wszędzie, gdzie się ich dawniej niechybnie spotykało: Wagons-Lits i inne biura podróży, halle i bary pierwszorzędnych hoteli. W ciągu dziesięciodniowego pobytu słyszałem dwa razy mowę francuską i ani razu angielskiej. W American Expressie, gdzie co dzień zmieniałem pieniądze, byłem kilkanaście razy, a spotkałem wszystkiego trzech cudzoziemców. Dawniej pomimo kryzysu roiło się tam od nich przez calutki dzień.

Na Unter den Linden, gdzie zawsze stał sznur autokarów obwożących turystów po Sehenswürdigkeitach10 Berlina, z tłumaczami wykrzykującymi w różnych językach uroki Rundfahrtu11, widać jeden taki wehikuł z trudnością zapełniający się do połowy Niemcami z prowincji.

Napływ z prowincji jest dość znaczny, bo w ogóle Niemiec lubi zwiedzać swoją ojczyznę, a poza tym rewolucja hitlerowska spowodowała tyle zjazdów, obchodów, demonstracji itp., których Berlin jest ośrodkiem, że hotele, głównie tańsze, i ulica nie robią wrażenia zamarłych.

Powracając do cudzoziemców, wyjątek stanowią Włosi, których spotkałem dość wielu, oraz różni młodzi Azjaci, zapewne studenci. Podobno fakt, że od wojny Niemcy nie posiadają koncesji w Chinach, ogromnie tam podniósł ich popularność i stąd ten frapujący napływ żółtej młodzieży akademickiej.

Czym wytłumaczyć kompletny zanik napływu turystów zagranicznych, doprawdy nie wiem. Niemcy jak zawsze pozostały idealnym krajem dla wycieczek. Poza wielkimi ośrodkami miejskimi można wszędzie urządzić się bardzo tanio. Dobroduszna życzliwość jednostki w stosunku do cudzoziemców nie straciła nic ze swego dawnego uroku. Trzeba stwierdzić, że turysta zagraniczny jest dziś milej niż kiedykolwiek widziany; Fremdenverkehr12 dorósł do rangi ideału. Nie wahałbym się urządzić całkowicie polskiej wycieczki po Niemczech i wiem, że o żadnych przykrościach nie byłoby mowy. Może bym nie zwiedzał Śląska. Moi znajomi Francuzi przejechali całe Niemcy samochodem i nie natrafili nawet na cień jakiejkolwiek nieżyczliwości. Jedynie może tylko samotnie podróżujący Żydzi mogliby się spotkać z objawami rasowych antagonizmów w jakichś małych prowincjonalnych dziurach. A i to zresztą wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne.

Oczywiście, mówiąc o nieobecności cudzoziemców, nie mam na myśli zagranicznych dziennikarzy czy dyplomatów, stale mieszkających w Berlinie. Dziennikarze ci schodzą się w południe w barze hotelu Adlon; a późnym wieczorem we włoskiej knajpie Die Taverne. Nasłuchałem się tam wielu rzeczy ciekawych i pouczających, częściowo w rozmowach, jakie tam prowadziłem, częściowo rzetelną, choć męczącą metodą podsłuchu. Zrozumiałem zaraz przy pierwszym zetknięciu z dziennikarzami anglosaskimi, którzy do tak niedawna, bo jeszcze do stycznia, byli wyraźnie pod wpływem prestiżu Niemiec, że Trzecia Rzesza, która stworzyła specjalne ministerstwo „wyjaśniania i propagandy”, tymi panami jeszcze się nie zajęła. Nastroje wśród nich są dziwnie sceptyczne. Powstało nagle wielkie zainteresowanie Polską. W barze Adlonu usłyszałem dialog między dwoma dziennikarzami amerykańskimi, pracującymi w Berlinie prawie od zawieszenia broni, a więc bardzo „miejscowymi” ludźmi.

„Widzisz, zawsze mówiłeś, że Polacy pierwsi stworzą zamęt w Europie, a teraz patrz, jacy są spokojni i opanowani”. Odpowiedzią na to było gniewne burknięcie człowieka, który stawiał na faworyta w biegu, gdzie przyszedł fuks.

Ludzie ci są równie zdezorientowani, jak byle jaki laik za granicą. Wszak przewrót w Niemczech jest tak rzeczywiście „cudowny” (od słowa cud) — nie tłumaczy się ani logiką, ani w ogóle żadnymi naturalnymi prawami fizyki dziejowej.

A teraz trochę o mundurach. Choć jakże tu można powiedzieć „trochę”, kiedy temat jest tak obszerny. Odmian mundurów jest bez końca. Wymagałyby one właściwie obszernej, kilkutomowej publikacji z kilkudziesięcioma kolorowymi planszami. Dzieło wypadłoby drogo, no i trochę smutno.

Budzi mnie rano pierwszy telefon od pierwszego znajomego, który nawiązuje ze mną kontakt. Zastanawiałem się poprzednio, jakże się też on ustosunkował do przewrotu. Słucham więc ciekawie: „No więc co? Jesteś w Berlinie? A masz jakiś mundur? Nie? No to w ogóle nie jesteś nikim. Zresztą przez telefon lepiej ostrożnie”. Widzę, że swój człowiek.

Wychodzę wczesnym rankiem z mojego pokoju w hotelu i widzę przed kilkoma drzwiami buty z cholewami. Dopiero po jakimś czasie obraz ten uwypukla się w mojej świadomości. Przecież dawniej, szczególnie w rozbrojonych Niemczech, tego się nie widziało. Ten obrazek nasuwa mi myśl o możliwości bardziej imponującej nature morte, gdy iperyt13 i patriotyzm nareszcie wypowiedzą się za pomocą jedynego właściwego sobie medium.

Więc przede wszystkiem jest SA (Sturmabteilung), brązowe koszule. Ten specyficzny kolor brązowy jest chyba najbrzydszym z rodziny brązowych odcieni. Ujdzie jeszcze na płótnie, ale sukienne mundury wyższych dygnitarzy, których zresztą widać rzadko, są wprost ohydne.

Poza tym istnieje SS (Schutzstaffel). Jest to jakby gwardia bojówek hitlerowskich. Ludzie specjalnie zaufani oraz lepiej wojskowo wyszkoleni. Noszą bardzo szykowne czarne mundury. Właśnie szykiem różnią się bardzo od SA, gdyż ci bez wyjątku wyglądają jakoś jak pomięci i niezamaszyści.

Potem idzie organizacja Stahlhelm o charakterze wybitnie konserwatywnym, przeważnie monarchistycznym, grupująca w większej części byłych kombatantów i w ramach swego temperamentu — apolityczna. Organizacja ta jest karna i państwowo myśląca i mogłaby stać się skutecznym hamulcem na radykalność bojówek. Mundur Stahlhelmu tak mało różni się od munduru wojskowego (Reichswehry), że trudno zauważyć różnicę.

Mówiąc o Stahlhelmie, trudno nie wspomnieć o kobiecym odpowiedniku tej organizacji, a mianowicie Die Kölubu Damen. Choć rolę odgrywa w ogóle niewspółmiernie mniejszą, ale obserwator zagraniczny nie może pominąć tej organizacji milczeniem, tyle ma w sobie „couleur locale14, czyli po polsku barwności. Przede wszystkim te panie, przeważnie starsze, przeważnie tłuste, przeważnie brzydkie, o niesłychanie rumianych, zdrowych, jakby tartą cegłą pielęgnowanych cerach, wyglądające jedna w drugą na zasłużone matki, wzorowe żony, typowe gute Hausfrauen15, noszą suknie o nieokreślonym, pokrowcowym fasonie z sukna chabrowego, a to dlatego, że chabry były ukochanym kwiatem królowej pruskiej Ludwiki16 (patrz Napoleon), duchowej patronki organizacji, gdyż Kölubu jest skrótem od Königin Louise Bund17. Pierś tych pań, często dość pokaźną, zdobi srebrna broszka z literą „L”. Panie te to patriotki o zasadach wybitnie zachowawczych. Jak na swój przeciętny wiek i tuszę bardzo dzielnie kroczą za muzyką wojskową, gdy w południe maszeruje przez Unter den Linden przy zmianie warty. Ceremoniał ten odbywa się od maja według dawnego, przedwojennego protokołu i wywołuje łzę rozrzewnienia w niejednym oku Kölubu Dam. Sądząc jednakże z ich stanowczego wyrazu twarzy, żadna z nich nie poszłaby na dyplomatyczny kompromis, gdyby jakiś nowy Napoleon postawił im alternatywę. Większość dam z Kölubu, jakie miałem sposobność spotkać, niewątpliwie przybyła z prowincji. Zdradzało to wiele oznak: przez jedno ramię przewieszony aparat fotograficzny, przez drugie woreczek niewiarygodnie staroświecki, zamykany na kluczyk, a co najważniejsze — dowolny kapelusik. Kobieta w Berlinie jest dziś świetnie ubrana, a kapelusze tych naszych konserwatystek nie zdradzają jakiegokolwiek pokrewieństwa z prądami mody paryskiej. Panie te dużo jeżdżą tramwajami i autobusami licznymi, dość hałaśliwymi grupami, nawołują się serdecznie, są uradowane, że przyjechały do Berlina, że w tym Berlinie duch Niemiec się odradza, wyglądają poczciwie, trochę śmiesznie i bardzo sympatycznie. Chciałoby się każdą z nich zaadoptować na matkę, tylko że nie wiadomo, czy w razie wojny to jest właśnie ten typ matki, która pomoże uciec do neutralnego państwa. Tak mi się coś zdaje, że nie.

Za mojego pobytu istnieli jeszcze niemieckonarodowi18. Mieli oni też swoją umundurowaną organizację, tak zwany Bismarck Bund. Czarne spodnie, zielona koszula, czapka wojskowa, a na ręku czerwono-biało-czarna opaska z nazwą organizacji. Z powodu znacznego upośledzenia w stosunku do innych „mundurów”, bismarckbundowcy najgwałtowniej karotowali19. Bo trzeba wiedzieć, że hitlerowcy i Stahlhelm wciąż żebrzą.

Na wszystkich głównych i ruchliwych skrzyżowaniach ulic, nawet w najbiedniejszych dzielnicach, spotyka się przedstawicieli mundurowych ugrupowań, a każdy z nich potrząsa skarbonką. Stahlhelmowiec, który najgodniej i najmniej natarczywie szuka zapomogi, trzyma wojenny hełm stalowy przerobiony na skarbonkę. Monety wrzucane do hełmu to chyba nie olej wlewany do głowy przyszłych ofiar przyszłej rzezi. Myślę, że ten, co hełm ów nosił pod Verdun czy na polach Flandrii, gdyby dzisiaj żył, tak by się już starał głową potrząsać, żeby żadna moneta nie dostała się do środka hełmu.

Hitlerowcy też nie próżnują, jeżeli chodzi o zbieranie funduszy: czy będzie to w nocnym lokalu, czy w restauracji, czy w kawiarni, wszędzie podchodzi do stolika taki ultramarsowo wyglądający drab i proponuje kupno pocztówki z podobizną wodza. Z początku pobytu robi to wrażenie i wymaga pewnej odwagi cywilnej, żeby nie zgodzić się na transakcję. Nie widziałem ani śladu przymusu w tej sprawie, ale gdybym miał rysy semickie, wyjechałbym z Berlina zaopatrzony w kilkadziesiąt wizerunków Führera.

Jakież są jeszcze mundury? Nie potrafię ich wyliczyć, bo o wielu nie mogłem w ogóle dowiedzieć się, jaką organizację przyodziewają. Zacytuję więc tylko kilka: rosyjscy hitlerowcy, Hitlerjugend (organizacja mająca zastąpić bardzo źle widziane, bo międzynarodowe harcerstwo), pensjonariusze obozów dobrowolnej pracy (eksbezrobotni), policja i policja pomocnicza (ta ostatnia jest organizacją czysto hitlerowską, używaną głównie przy wielkich obławach policyjnych, masowych aresztowaniach itp.) — no i nareszcie właściwe wojsko. Wojskowych widać wszędzie. Naturalnie nie tylu, co u nas, ale o wiele więcej niż pół roku temu.

Poza szeregami obywateli w mundurach istnieją jeszcze o wiele liczniejsze szeregi cywilnych sympatyków z musu lub przekonania. Poza dość nieznaczną liczbą skoszarowanych SA, większość ich, kiedy nie pełni służby (prace czysto partyjne oraz ćwiczenia wojskowe), chodzi po cywilnemu i tylko nosi odznakę w klapie od marynarki lub w krawacie. Odznak tych jest tyle, że nie sposób się połapać, pomimo że stanowi to ciągły temat ożywionych dyskusji. Wszystko, co jest mundurem lub odznaką, ma ogromne znaczenie i kwestia, kto do noszenia czego jest upoważniony, zabiera wiele czasu w rozmowach i nasuwa wiele podejrzeń lojalnemu puryście od szlif i żetonów.

Więc Stahlhelm nosi miniaturowy hełm stalowy w klapie, a żeton oznaczający przynależność do SA upoważnia do powitania faszystowskiego. Nieopisanie pocieszny widok przedstawia dwóch krępych starszych panów z tekami pod pachą, którzy krzyżując się na ulicy, z kompletnie obojętnym wyrazem twarzy wyrzucają nagle naprzód i w górę rękę zakończoną krótkimi, artretycznymi palcami.

Gest ten przywykliśmy kojarzyć w myśli z najgroźniejszą stroną w kinematografii, mianowicie z filmami o starożytnym Rzymie. Quo vadis i W cieniu krzyża hitlerowskiego — cóż za świetne tytuły dla filmów o obecnych Niemczech.

Ale wracam raz jeszcze do mundurów i odznak, a wracać będę z natury samego tematu — ciągle. Należy zaznaczyć, że niejeden bezrobotny, z którego cywilne ubranie wprost spadało w łachmanach, od chwili, kiedy dostał mundur SA, choć nie należy do uprzywilejowanej grupy skoszarowanych, munduru tego już oczywiście nie zdejmuje. A mundur taki wypada niedrogo, bo zdaje się, że kompletny ekwipunek „fasowany” w partii kosztuje dwanaście marek, a spłaca się go dowolnie, byle co miesiąc coś wpłacić. Można podobno nawet mniej jak markę.

Mówię „podobno”, bo dowiedzieć się prawdy i szczegółów o sytuacji i organizacji finansowej partii narodowosocjalistycznej jest rzeczą niemożliwą. Miarodajna opinia mówi, że Skarb Państwa nie wspiera bezpośrednio partii; że po prostu nie stać go na to. Podobno składka członkowska wynosi trzy marki miesięcznie z nieco wyższym jednorazowym wpisowym, a znowu (też podobno) w formie diet wypłaca się szturmowcom na służbie trzy marki dziennie. Cyfra ta wydaje mi się przesadzona, ale w każdym razie wydatki związane z tak czynną i liczną organizacją muszą sięgać wielu milionów, a skarbonki i pocztówki chyba tyle nie dają.

Poza odznaką przynależności do SA najczęściej spotykany żeton to odznaka członkostwa tak zwanej Betriebszeile, czyli komórki albo jaczejki narodowosocjalistycznej. W każdej firmie czy instytucji dającej zatrudnienie chociażby najmniejszej grupie pracowników musi istnieć taka Betriebszeile. Misją takiej jaczejki jest szerzenie ducha rewolucji narodowej w danym zbiorowisku pracowników i reprezentowanie go wobec władz, ale głównie na manifestacjach. To coś w rodzaju komitetów robotniczych, tylko że zadaniem głównym jest przyjmowanie rozkazów, a nie wyrażanie żądań. Dziwnie też wyglądają niektórzy moi socjalistyczni czy komunizujący znajomi ozdobieni tym żetonem. Ale wyboru nie mieli — inni ich wyznaczyli. Partia połapała się zresztą dość szybko i zrozumiała niebezpieczeństwo wprowadzania do organizacji tylu ludzi obcych duchowi hitleryzmu i zatrzymała przyjmowanie czy naznaczanie nowych członków do Betriebszeile, tak samo zresztą jak do partii w ogóle. Kiedy wybory 5 marca wykazały kompletne zwycięstwo Hitlera, wówczas wśród komunistów padł mot d’ordre20 — wstępować do SA i w ogóle do partii narodowosocjalistycznej. Oczywiście, że powyższy fakt nie jest podawany przez czynniki rządowe czy partyjne jako przyczyna ograniczenia w przyjmowaniu nowych członków. Oficjalnie mówi się, że skoro nastąpiła Gleichschaltung21 (koordynacja) całego ruchu robotniczego i zawodowego pod sztandarem narodowego socjalizmu — to ipso facto22 jaczejki tej partii i rozszerzenie samego członkostwa partii są zbyteczne. Każdy Niemiec jest w duchu nazistą, choć nie udokumentował tego oficjalnym przystąpieniem do ruchu. Tak przynajmniej daje się do zrozumienia.

Pewne poczucie niepewności co do elementu, na którym opiera się rząd, obawa przed szaleńczymi poczynaniami młodych oraz w ogóle przed zbytnim zradykalizowaniem ruchu narodowosocjalistycznego — podyktowały też wszystkie rozporządzenia dotyczące „odpolitykowania”, czyli zakazy należenia do partii narodowosocjalistycznej funkcjonariuszom policji i wojskowym. Są to jedne z niewielu wybitnie rozsądnych i niedemagogicznych posunięć rządu, a trzeba być w Niemczech, aby móc docenić odwagę wydania podobnych zarządzeń.

Idę ulicą. Po jednej stronie wielki napis na szybie wystawowej sklepu z gramofonami głosi: „Tu można nabyć wszystkie płyty narodowego odrodzenia” (Erhebung). Po drugiej, prawie naprzeciwko, nie można się wprost docisnąć, aby spojrzeć na wystawę grawera. Na szybie napis: „Znów dekoracje, ordery i odznaki honorowe”, a za szybą istny skarbiec wszelakich możliwych krzyży, gwiazd i wstęg wielkości naturalnej i w miniaturze. Oczy ludziom wprost z głowy wyłażą; są wprost zaczarowani urokiem tego, co oglądają. Bez wątpienia wystawa ta budzi wspomnienia czasów świetności. Żelazne Krzyże to heroizm i męski czyn męskich lat wojny. (Przymiotnik „męski” jest w ogóle używany jako synonim wszystkiego, co jest wybitnie dodatnie). Ale czy ustanowiono już nowy order do nagradzania czynów odwagi cywilnej? Nic o tym nie słyszałem. A może nie ma jeszcze kandydatów?

Cywile, Reichstag i książki

Czym jest odwaga cywilna? Jest to objaw indywidualności. Skoro grupa czy zbiorowość czują jednakowo, nie ma już miejsca na tę cnotę. Więc i w narodzie, który, jak wykazały ostatnie wypadki, ma we krwi zmysł organizacji żołnierskiej, trudno jest odnaleźć objawy odwagi innej niż fizyczna. Byłby to wprost wybryk. Jak to? Dobry żołnierz, a ma swoje zdanie i jeszcze się przy nim upiera? Naród niemiecki był od wieków wychowywany w duchu bojowym. Heldentum — bohaterskość, oczywiście w znaczeniu wyczynów wojennych, jest gloryfikowana jak nigdzie. Kult dla Richthofena23 na przykład jest dziś w Niemczech tak żywy, jakby ten, naprawdę zresztą nadzwyczajny, lotnik zginął wczoraj. Z drugiej strony, w podświadomości narodu istnieje podejrzenie, że wszelka Geistigkeit (duchowość) jest czynnikiem osłabiającym i przez to nie może istnieć w jednostce lub też zbiorowości równocześnie z odwagą fizyczną. Nie tylko nie może współistnieć, lecz także jest jej wręcz wroga. Od „pięknoduchów” łatwo też mogą nawymyślać. A wiadomo, że grupy silnych ludzi rządzących obecnie niektórymi państwami Europy uważają to słowo za świetną i miażdżącą obelgę. Może zresztą nie tylko rządzący, ale także w ogóle ludzie jutra. Wątpię, aby nasz student-nacjonalista, spalający się w szale nienawiści do wszystkich sąsiadów Polski i do wszystkich jej mniejszości, znalazł w sobie dużo miejsca na duchowość, już nie mówiąc o uduchowieniu.

Co do Niemiec, wyżej wypowiedziany sąd musi się wydać surowy. Jest takim. Ale może się też wydać aprioryczny, bezczelny. Nie wypowiedziałbym go też, gdybym nie znalazł jego potwierdzenia u osób inteligentnych, znających Niemcy na wskroś — po prostu u samych Niemców.

Dużo miejsca poświęciłem powyższym wyjaśnieniom, ale było to konieczne. W dalszym nawiązywaniu kontaktu z niemiecką dzisiejszością będziemy musieli wciąż powracać do tego zagadnienia. Bo albo zdziwi nas, że jakaś wybitna jednostka czy grupa nie zaryzykowały skórą (o głowie nie mówię, bo męczeństwa wymagać można tylko od siebie samego, chyba że się jest rządem), albo też, że ludzie stojący bez wątpienia poza niebezpieczeństwem represji, a przeciwnie, posiadający pełną kontrolę nad aparatem władzy, postąpili, zdawałoby się, po tchórzowsku. Tymczasem wcale nie. Oni są po prostu organicznie niezdolni do wystąpienia z szeregu. Gänseschritt24 nie znosi arytmii; dobry żołnierz nie myśli, tylko swoje robi. A że to „swoje” czasem jest cudzym życiem, no to trudno.

Przyszedł wieczór. Spotykam się na kolacji z pierwszym moim berlińskim znajomym. Idziemy do Schlichtera. Jest to knajpa, gdzie schodziła się cała bohema. Nie wstydzę się w tym wypadku tego skądinąd żenującego słowa, bo zachodzi tu rzadki wypadek, kiedy określenie odpowiada prawdzie. Za mało znam Berlin, aby zdać sobie sprawę, kogo brakuje tam ze Stammgastów25, ale widzę zaraz, że publiczność ma charakter wybitnie mieszczański. Zasiadamy. Cóż się też dowiem od Kurta? Poranny telefon, o którym pisałem, powiedział mi już wiele. Ale autokrytyka to jedna sprawa, a cudzoziemiec żerujący na sensacji w kraju przechodzącym tak ciężką operację to zupełnie co innego. O tym muszę pamiętać.

Kurt należy do powojennych Niemiec. Znam go od lat sześciu. Od tego czasu bywał na wozie i pod wozem, ale przeważnie pod. Odkąd go znam, nie miał stałego zajęcia. Urodzony w Poznaniu, nie chciał pozostać przy rodzicach na polskim Górnym Śląsku i pokłócił się z nimi. Chłopiec prawy, inteligentny, z naukami przerwanymi w połowie gimnazjum, rozgoryczony jest i wykolejony do głębi. Zawsze mnie dziwiło, że nie został komunistą, a teraz wprost zdumienie mnie ogarnęło, że nie uchwycił się tej deski ratunku, jaką mogło się stać dla niego wstąpienie do szeregów SA. Tłumaczy mi, że szanuje czystość intencji i nie znosi oportunizmu. Poza tym ze wszystkiego, co mówi, widać, że jest indywidualistą. Po pierwszych zdaniach zmiarkowałem, że narodowego socjalizmu nie znosi, a będąc obdarzony czujnym zmysłem humoru, nie może wprost przyzwyczaić się do zewnętrznych, często śmiesznych objawów rewolucji. Ciągle porozumiewawczo szturcha mnie łokciem. Tymczasem ja robię szlachetne wysiłki „asymilacyjne” i staram się przywyknąć do tego całego egzotyzmu. Zmysł humoru Kurta sprawia, że chętniej opowiada anegdoty niż udziela informacji rzeczowych. Poza tym jest zmęczony i smutny.

Całe rano trzymali go w urzędzie podatkowym; jak mówi, przeszedł tam istną inkwizycję. Wszyscy znajomi zresztą skarżyli mi się na to samo. Rząd nazistowski przykręcił śrubę podatkową jak jeszcze żaden z jego poprzedników. Podobno urzędy podatkowe podwoiły personel. Zresztą nie tylko podatkowe, bo w niektórych innych urzędach luki wytworzone przez rugi partyjne czy rasowe zostały wypełnione „z czubkiem” przez „swoich” ludzi.

Tu niepolityczna wstawka. O Kurcie i urzędzie podatkowym. Rozwścieczony niedyskretną, a przewlekającą się indagacją, oznajmia, że dochody ma niestałe, bo jest na utrzymaniu mężatki. Na to urzędnik: „Proszę o nazwisko tej pani — my to sprawdzimy”, i tu następuje rycerska odpowiedź: „Powiedziałem, że ta pani jest mężatką”.

Pytam Kurta o jego rówieśników, o chłopców poniżej trzydziestki. Co się z nimi dzieje? Co też myślą o przewrocie? Słyszę odpowiedź, że wszyscy są w partii. Co, i komuniści, i socjaliści też? A jakże.

— Więc znaczy, masz dużo znajomych w partii?

— O, chyba przeszło setkę.

— Co, i wszyscy z przekonania?

— Nie. Nie znam ani jednego, który by się entuzjazmował.

— Więc jakież są powody, że ci wszyscy chłopcy są w SA?

Następuje dość jasne, widać, że przemyślane wyjaśnienie. Powodów jest wiele. Chyba najważniejszy to bieda. Nęci jedzenie, płaca, mundur prawie darmowy, ewentualnie koszary. Komorne przestaje być zmorą.

Potem w hierarchii powodów idzie bezczynność. Przecież każdy Niemiec jest wychowany w tradycji szacunku i konieczności pracy. Jest przeważnie zdrowy i czynny. Brak zajęcia był dla niego i upokorzeniem, i po prostu torturą fizyczną. Świadomość, że partia, choćby od czasu do czasu, będzie go potrzebowała, że powierzy mu jakąś funkcję, choćby maszerowanie w szeregu, musi grać tu rolę rozstrzygającą.

Znowu dygresja. Tajemnicą chyba pozostanie przyczyna świetnego wprost stanu fizycznego tej niemieckiej młodzieży trwającej w biedzie i bezczynności od tylu lat. Sporty, kult ciała, słońce i woda — to wszystko istnieje i w Polsce. A jednak kiedy w dzień po moim powrocie z Niemiec widziałem defiladę polskiego przysposobienia wojskowego i porównałem tych chłopców z ich niemieckimi rówieśnikami, mimo woli nasunęła mi się myśl, czy za czasów Grunwaldu stosunek fizyczny naszych ras był taki sam? A jeżeli tak, to co zwycięża? Przypuszczam, że młodzież niemiecka jest dziedzicznie obciążona zdrowiem i skutkami wysokiej stopy życia. Kilkanaście lat nędzy nie może widocznie zniszczyć tego dorobku. A znowu u nas: przypomnijmy sobie, jak wyglądał przedwojenny gimnazista, nawet z zasobnej inteligenckiej rodziny. Wszak był to żywy pomnik wystawiony złej przemianie materii. Dzisiaj jednakże postęp jest ogromny.

Powracam do wykładu o popularności SA. Dalszy powód to strach. Jakaż znikoma liczba młodych ludzi w Berlinie nie należała do jakiejś organizacji, szczególnie zważywszy typowo niemiecki pęd do skupiania się pod jakimś sztandarem. Za republiki weimarskiej, a zwłaszcza w samym Berlinie, ugrupowania te, choć może niepolityczne, były jednakże przeważnie postępowe. Trzeba tę wstydliwą przeszłość zamazać. Można jeszcze stracić posadę, jeżeli się ją ma. Jak lepiej zamanifestować swą lojalność niż wstępując do SA?

Przyjaciel Kurta, pracujący w dużym domu handlowymi, został wezwany przez szefa oddziału osobowego i zapytany, czy należał kiedyś i do jakiej partii lub też organizacji. Odpowiedź była negatywna. „A obecnie należy pan?”. „Też nie”. „No to żałuję. Będziemy musieli się rozstać”. Rozpacz urzędnika; pyta się, co ma uczynić, aby pozostać na stanowisku. Słyszy odpowiedź: „Może moglibyśmy pana zatrzymać, gdyby pan na przykład wstąpił do partii”.

Czy podobnych wypadków przymusu było wiele, zanim nastąpiło zamknięcie szeregów partii — nie sposób sprawdzić.

Powodem nie do pogardzenia jest też żądza władzy. Tkwi ona prawie w każdym z nas. Więc cóż dziwnego, że nerwowo i fizycznie wynędzniały bezrobotny, który jeszcze niedawno może nawet żebrał, a dzisiaj nagle ma sposobność rozkazywania i każdy cywil musi go się bać — nie umie oprzeć się tej pokusie.

Wreszcie jednym z powodów jest sobie mała — że tak powiem — żydowska (horribile dictu26) kombinacyjka. A mianowicie: wiadomo jest, że od 1 stycznia 1934 roku będzie wprowadzona obowiązkowa służba pracy: taka, jaka na przykład istnieje już w Bułgarii. Młody człowiek odpowiadający mniej więcej fizycznym warunkom potrzebnym do służby wojskowej zostanie wciągnięty do specjalnych kadr, będzie umundurowany, skoszarowany czy „zobozowany”, będzie użyty do robót melioracyjnych, drogowych, budowlanych itp. i oczywiście będzie przechodził musztrę wojskową. Służba ta może być ciężka. Ale ci, którzy wstąpili już do SA i obecnie odbywają przeszkolenie wojskowe, mają wszelkie szanse, że będą użyci w tych kadrach pracy jako wyższe szarże.

W późniejszej rozmowie z jednym z moich przyjaciół, który jest grubą rybą w ruchu narodowosocjalistycznym, ze złośliwą satysfakcją zapytałem się go, czy prawdą jest, jakoby strach przed pracą przymusową w styczniu przyszłego roku był już obecnie przyczyną żywiołowego wstępowania do SA. Powiedział, że nigdy się nad tym nie zastanawiał, że nie jest to wykluczone, i widać było, że biedakowi zrobiło się bardzo smutno. Widocznie obliczał, że drogie jest dyskonto zapału.

Rozmowa nie klei się. Kurt zamilkł. On twierdzi, że stoliki stoją za blisko siebie. Bo prawdą jest, że nigdy w życiu nie widziałem tylu plotkujących głów, co w lokalach berlińskich. Każdych dwoje ludzi to, przysiągłbyś, para zakochanych, tak sobie czule szepczą w uszko. A na ulicy mundurowiec ostrogami dzwoni. Jak widzimy, role są podzielone.

Wychodzimy więc na ulicę. Kurt czuje się tu znacznie swobodniej. Wylewa też na mnie całe katarakty kawałów. Większość z nich, jak wszystkich kawałów świata, jest nie do powtórzenia. Ale tych na zagranicę, cenzuralnych, o charakterze czysto politycznym, jest też cała masa. Należy je opowiadać jednakże oględnie (od słowa „oglądać się”). Sąd się rzadko śmieje, a jest już wyjątkowo drażliwy na punkcie kwestii spalenia Reichstagu27. Za powtarzanie jednej z dwóch następujących dykteryjek, kilku, może nawet niewybitnie kontrrewolucyjnych, „kawalarzy” zostało skazanych na półtora roku więzienia.

Więc pierwsza dykteryjka. Wieczór pożaru w Reichstagu. Goering siedzi u siebie. Nagle wpada służący i woła: „Ekscelencjo, Reichstag się pali”. Na to Goering spogląda flegmatycznie na zegarek i mówi: „Ach, już?”

Druga dykteryjka osnuta jest na tle faktu ze śledztwa w sprawie van der Lubbego28, rzekomego podpalacza. „Dlaczego van der Lubbemu spaliła się w Reichstagu koszula?” „Bo była brązowa”.

A teraz — skąd ta, zdawałoby się, przesadna wrażliwość na tym właśnie punkcie? Otóż pamiętajmy, a mało kto w Europie zdaje sobie z tego dzisiaj sprawę, że Hitler został wybrany i wywyższony wolą narodu. Że na ogół, i wszyscy są tego zdania, wybory marcowe nie były fałszowane. Rządzi więc Hitler pełnoprawnie. A prowokacja ze spaleniem Reichstagu jest tą przykrą, brudną i śmierdzącą (spalenizną) sprawką, o której chciałoby się co rychlej zapomnieć. Ogień w ogóle wiele krzywdy wyrządził reputacji Trzeciej Rzeszy. Ale chociaż już Reichstag nie był tą Ablową ofiarą, której dym szedł prościutko w niebo, to swąd palonych 10 maja książek rozpełzł się gryzącym oparem po całym świecie. Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.

Weźmy dla przykładu katastrofę Titanica i pierwszą lepszą bitwę podczas Wielkiej Wojny. Ginęło tam gwałtowną śmiercią kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy więcej ludzi niż na Titanicu, i to wyłącznie młodych i zdrowych. Drugie tyle wychodziło z tej „imprezy” kalekami. Ale Titanic był i pozostanie zawsze jakoś bardziej fotogeniczny.

To samo z książkami spalonymi na Opernplatz 10 maja. Kiedy się tam tak jak ja stało i widziało brak entuzjazmu, a przede wszystkim obserwowało małą — w porównaniu z możliwościami miejsca, spektaklu i propagandy — liczebność tłumu; kiedy słyszało się zażenowane wyjaśnienia ludzi w ruchu narodowosocjalistycznym wybitnych, tłumaczących, że młodzież musi jakoś ogniście i ciepło zamanifestować swoje zwycięstwo; kiedy się widziało, jak dalece rząd wolałby, żeby palenie w ogóle nie doszło do skutku, cały ten dziki obrządek musi się wydać jednak mniej potworny niż wydał się w pierwszej chwili słusznie oburzonej opinii kulturalnego świata.

Najciekawszym fenomenem jest tu nie masowa psychoza, którą tak łatwo wywołać hasłami nienawiści, ale fakt braku odwagi cywilnej ze strony rządu, który nie potrzebował chyba bać się studentów, a jednakże pomimo obawy rozgłosu, jaki musi wywołać to autodafe, nie tylko go nie zabronił, ale także jeszcze wydelegował swego ministra propagandy Goebbelsa — i ten o północy, choć stosunkowo jak na siebie umiarkowanie, ale jednakże przemawiał nad palącym się stosem.

Choć prasa codzienna dała liczne sprawozdania z tej smutnej ceremonii, przypuszczam, że warto przypomnieć pobieżnie jej przebieg. Pochód studentów uformował się gdzieś na przedmieściu i ruszył, odwiedzając po drodze składy skazanych książek.

Jak się do tych książek doszło? Otóż przez kilka dni przed paleniem wszystkie pisma zamieściły wzmianki, że każdy, kto życzy sobie przyłożyć rękę do dzieła niszczenia niepożądanej literatury, powinien szkodliwe dzieła wyjąć ze swego księgozbioru, zapakować, zaadresować i wysłać pocztą pod wskazanym adresem. Wskazówek udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład spalił u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dzieła Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.

Zresztą ani Heine, ani Spinoza na liście palonych książek nie figurowali. Są to jednak wyjątki, których panujące nastroje nie usprawiedliwiają. Prasa wciąż tylko judzi i wprost tarza się w tych najgorszych absurdach, jakie wypływają z przeprowadzenia jakiejkolwiek myśli do jej ostatecznego, logicznego końca. Drugim źródłem takich „rozkładowych” książek była „czystka” przeprowadzona w bibliotekach takich, jak związku urzędników państwowych czy innych kompletnie rządowi podległych. Nie było konfiskat książek ze sklepów czy też wypożyczalni o charakterze handlowym. Nie robiono też „czystki” w bibliotekach instytucji naukowych. Wprawdzie we Wrocławiu studenci zagrozili, że przystąpią do rewizji po domach prywatnych, ale do tego nie doszło. Zresztą liczba dwudziestu tysięcy spalonych tomów świadczy, że palenie było aktem symbolicznym i nie zmierzało do faktycznego zniszczenia niepożądanych dzieł.

Książki załadowano więc na trzy ciężarówki, udekorowane hitlerowskimi flagami. Pochód nie był liczny. Składał się z korporacji z orkiestrami i ze studentów niosących pochodnie. Ludność, że tak powiem, cywilna nie brała w nim udziału. Jednakże, ponieważ maszerowano w formacjach wojskowych z dużymi odstępami między poszczególnymi grupami, pochód ciągnął się dość długo. Czas jego przybycia na Opernplatz wyznaczony był na jedenastą wieczór. Już o dziewiątej pięciometrowy pas pozostawiony dla publiczności wokoło prostokątnego placu był ściśle wypełniony widzami. Środek placu odgrodzony sznurami patrolowała policja. Pośrodku stał stos belek, mający trzy metry sześcienne objętości, a na specjalnym podium ustawione były jupitery, aparaty kinowe i mikrofony. Oczywiście i dachy, i okna okalających plac gmachów miały swój komplet publiczności. Jednakże oba końce czworoboku w ogóle się nie zapełniły, tak że nawet ruch kołowy na Unter den Linden nie był ani na chwilę wstrzymany. Gdyby w pogodny letni wieczór zatrzymać ruch spacerujących po Unter den Linden między Zamkiem a Bramą Brandenburską — nie stworzyłoby to chyba mniejszego zbiegowiska. Prawda, że na godzinę przed nadejściem pochodu spadł mały deszcz, ale wnet się wypogodziło.

Tłum, wśród którego stoję, nie powitał nawet nadchodzącego pochodu. Jest pogodny, bo niemiecki, bo jest wiosna. Przeważnie każdy mężczyzna jest ze swą niewiastą. Zainteresowanie odzwierciedlone na twarzach należy do kategorii letnich. Jedyne okrzyki pochodzą od maszerujących studentów i od tych, którzy, jadąc na ciężarówkach, powiewają wielkimi flagami ze swastyką. Pochód bardzo sprawnie wkracza i rozmieszcza się na środku placu. Stos okrążają i rzucają nań pochodnie; tak powstaje historyczny płomień. Muzyka wciąż gra. Nagle słychać przemówienie jakiegoś profesora29. Z kolei występuje dwunastu studentów kropka w kropkę jak nasze dzielne korporanty, kompletni, z „deklami” (dekiel to jakoś nie po polsku brzmi? Czyżby to przyszło od zachodniego wroga razem z tak histerycznie opłakiwanym ustrojem uniwersyteckim?). Każdy ma książkę w ręku i wymawiając po kolei tę samą rytualną formułę: „Powierzam płomieniom dzieła (dajmy na to) Karola Marksa”, wrzuca książkę do ognia.

Ogólne wskazówki co do autorów, których należy palić, były następujące:

Najgorsi to pacyfiści: na przykład Ludwig Renn30.

Potem (o subtelności!) książki specjalnie zohydzające Wielką Wojnę: Remarque31.

Następnie historie wojny światowej w duchu pacyfistycznym.

Książki krytykujące Mussoliniego i faszyzm. Tu wstawka. Rozeszła się pogłoska, że palono dzieła Pitigrillego32 jako pornograficzne, ale zaraz nazajutrz w pismach ukazało się sprostowanie, że to nieprawda, że gdzieżby palono dzieła najwybitniejszego humorysty zaprzyjaźnionego narodu włoskiego.

Oczywiście, zbiorowe dzieła Marksa i Lenina. Tego biednego Marksa, który takie straszne rzeczy wypisywał o Żydach.

Później w ogóle autorów żydowskich, jak Lion Feuchtwanger33, Emil Ludwig34, Jakub Wassermann35, Arnold36 i Stefan Zweigowie37, Kurt Tucholsky38, Ernst Toller39, Theodor Wolff40, Alfred Kerr41, Alfred Döblin42, Arthur Holitscher43, Egon Erwin Kisch44, Bernhard Kellermann45, Leonhard Frank46, Franz Werfel47, Vicky Baum48 itd.

Specjalnie wyróżnieni: żydowscy burzyciele obyczajności — czytaj: Magnus Hirschfeld49.

Potem następuje długa lista już całkiem niespodziewanych autorów. Powód, dla którego zostali spaleni, pozostanie na zawsze fascynującą zagadką. Bo skoro jako kryterium wysuwa się, że są obcy duchowi narodowego socjalizmu, to autorów takich znalazłoby się znacznie więcej niż ich było na liście, choćby wspomniany już Goethe. Należą tu: Tomasz i Henryk Mannowie, Erich Kästner50, Bertha von Suttner51, Foerster52, Upton Sinclair53, Ernest Hemingway i nawet, zdawałoby się niewinny, Jack London.

Dwunastu Kulturträgerów zrobiło swoje i ustąpiło miejsca liczniejszej grupie towarzyszy, którzy tworzą żywy łańcuch pomiędzy ciężarówkami a stosem, podając sobie z ręki do ręki książki, aż ostatni, stojący przy samym ogniu, podrzucają je wysoko w górę, a te, rozwarłszy białe swe kartki, opadają, oświetlone z dołu płomieniem, zupełnie jak ptaki. Przychodzi chwila nieznośnego dla mnie wzruszenia. Jakiś szalony żal chwyta mnie za gardło i wyciska łzy z oczu. Nie mogę przemówić do Kurta. Żal tych książek jako ginących przedmiotów; żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granicą tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem. Pomyślałem o uroczystościach weimarskich sprzed roku. Ciągle ta myśl powraca.

A tymczasem muzyka gra. Ci, co biorą udział w obrządku, wiwatują umiarkowanie, a jupitery chodzą po placu jak beznadziejne latarnie morskie.

Nagle cisza. Przemawia Goebbels. Źle słychać, tylko od czasu do czasu można rozróżnić pojedyncze słowa i ten specyficzny ryk, jaki wydają przywódcy narodowego socjalizmu, kiedy chcą naprawdę zawładnąć tłumem. Robi to i Hitler, i Goebbels, najmniej Goering. Żadna parodia przemówienia nie potrafi oddać tego demagogicznego tonu. We mnie budzi to zawsze śmiech.

Po krótkiej mowie ministra propagandy tłum blisko stojący wznosi okrzyki na jego cześć, a reszta dalej trwa w zupełnie gapiowskiej bierności. Dopiero przy pierwszych dźwiękach hymnu hitlerowskiego Horst Wessel54 Lied cały tłum ożywia się i śpiewa z zapałem wszystkie trzy zwrotki. Muszą wydać się one nieskończenie długie dla tych, których ukłon faszystowski, trwający dobre pięć minut — nuży. Bo wszyscy mężczyźni okrywają głowy, a „rączka do góry” obowiązuje bez względu na płeć. Oglądano się trochę na mnie, że nie wykonuję tych gestów, ale nikt mnie w tej sprawie nie zaczepił.

Koniec ceremonii. Tłum się rozchodzi. Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. Przez kilka następnych dni wśród moich „nieodrodzonych” znajomych odbywały się prawdziwe licytacje na te pamiątki, znane pod ogólnym mianownikiem: Von dem Feuer gerettet55. Ja osobiście zdobyłem dwa trofea. Jedno to duży, na kartonie naklejony plakat: reklama powieści Remarque’a Na Zachodzie bez zmian. Ze względu na rozmiary musiałem go, niestety, zaraz podarować. A drugie to karta pocztowa — formularz dla pragnących zapisać się na członków Światowej Ligi Reformy Seksualnej. Pod oficjalnym adresem Ligi w nawiasie: doktor Magnus Hirschfeld. Ten szacowny, choć w błocie zbrukany dokument, mam zamiar ofiarować polskiemu oddziałowi Ligi, czym niewątpliwie zyskam sobie serca wszystkich współpracowników „Życia Świadomego”.

Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach gorączkowo wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła. To tylko dowodzi, że i hitlerowska młodzież jest ludzka.

Powyższe sprawozdanie z palenia książek jest zgodne z prawdą i niech nikt nie wierzy histerycznym opisom spotykanym w prasie: bachanalia, sobótka (była to środa), indiańskie tańce, afrykańskie ryki. Nic podobnego. Było tak, jak opisałem.

Rewolucja

Rewolucja! Czyż naprawdę? Bezwzględnie tak. W Niemczech dokonuje się rewolucja, i to w „najczystszej” formie. Nie mam pod ręką encyklopedii, ale jestem pewien, że oficjalne określenie rewolucji da się bez reszty zastosować do wypadków niemieckich. Poza tym nikt w Niemczech temu nie przeczy, przeciwnie, podkreśla się nawet i wygrywa tę okoliczność, zaznaczając zresztą, że rewolucja jest bezkrwawa. Z opinią tą nie może się pogodzić postronny obserwator, gdyż często krwi nie da się ukryć. Ale w tych wypadkach jest znowu gotowa odpowiedź: „Musi tak być, bo w Niemczech jest rewolucja”. Zaznaczam, że jestem utopistą i że nie mogę opierać się na precedensach. Ale czyż naprawdę rewolucja musi być zawsze bardzo straszna? Widocznie tak. Ale jeżeli tak, to trzeba się zachowywać bardziej po Piłatowemu. Z większym chlupotem i bardziej publicznie myć ręce, drzeć szaty, no i nie wpadać samemu we własne credo. Tych, dla których krew zaczyna się od wymordowania kilkunastu tysięcy ludzi, wypadki w Niemczech rozrzewnią jak widok prawie nieskalanie białej sypialni panieńskiej. Jeżeli w obronie tezy „»bezkrwawość« sowieckiego reżimu” przytoczymy jako argument dowodowy istnienie na Wyspach Sołowieckich56 obozów dla więźniów politycznych czy quasi-politycznych, to oczywiście i w Niemczech te rzesze skoncentrowane w Sonnenburgu57, Oranienburgu58 i w wielu jeszcze innych obozach i więzieniach będą cichym szeptem świadczyły za siebie: „Żyjemy, tak — jeszcze troszeczkę żyjemy”. Bo człowiek, żeby użyć terminologii myśliwskiej, to drobna zwierzyna. To nie pierwsza kula się liczy, tylko ostatni strzał.

Wiem niestety dobrze, co robię: jestem narzędziem Greuelpropaganda (propaganda grozy). To najbardziej niewybaczalna zbrodnia, jaką zna Trzecia Rzesza. Z każdym reportażem, ale zwłaszcza z tym obecnym, widoki na wizę niemiecką dla mnie maleją. Boli mnie to. Boli, bo lubię jeździć do Niemiec; bo mam tam bliskich mi ludzi; bo mi tam przeważnie jest ciepło na sercu; bo jest to najbliższy Polsce kraj, gdzie istnieje przyjaźń i prostota stosunków innych niż rodzinne; bo, i tu bądźmy szczerzy, jest to o dziesięć godzin od Warszawy, jeżeli chodzi o warunki życia, Europa całą gębą i lepiej nawet, bo z domieszką Ameryki; a poza tym wszystkim — i to jest bez porównania najważniejsze i najboleśniejsze — bo nikt w biurze paszportowym i mało kto z moich niemieckich przyjaciół zrozumie i uwierzy, ile ja w te moje „sprawozdania” włożyłem uczciwej życzliwości i szczerej, prawie rzewnej przyjaźni.

Spotkałem się kilkakrotnie ze zdaniem pochodzącym od dziennikarzy zagranicznych w Berlinie, że akty terroru są objawem tak dalece przejściowym, że nie warto im poświęcać myśli oraz miejsca w prasie. Nie godzę się z tym zdaniem. Moralne następstwa podobnych okresów dla ludzi, którzy czynnie je przeżywają, są tak doniosłe, że wiele historycznych postaci w Europie dzisiejszej pozostałoby dla nas zagadkowymi dziwolągami psychologicznymi, gdyby się o nich nie wiedziało, że wyrosły w atmosferze gwałtu i spiskowania po suterenach czy też gabinetach ministerialnych.

Cóż więc myśleć o tych objawach brutalności rewolucji? Dużo o nich słyszałem przed wyjazdem z Polski. Znacznie mniej po przyjeździe do Berlina. Zrozumiałe to jest z wielu względów. Prasa europejska, zwłaszcza lewicowa, rozbrzmiewa tą Greuelpropagandą. W Niemczech o podobnych sprawach nawet pisnąć nie wolno. Nie było chyba jednego artykułu czy wzmianki wypowiadających sąd albo ubolewanie z powodu jakiegoś aktu terroru dawno już znanego ogółowi. Co do prasy zagranicznej, ciekawe jest, że pisma na przykład angielskie, z konserwatywnym „Timesem” na czele, podają znacznie więcej szczegółów okropności niemieckich i częściej to czynią niż polska prasa. A chyba sympatia i wyrozumiałość dla Niemiec są bez wątpienia większe w Anglii niż w Polsce. Tłumaczę to sobie tym, że głównym źródłem informacji prasy polskiej o dzisiejszych Niemczech są korespondenci polskich agencji urzędowych lub półurzędowych albo też pism polskich pośrednio lub bezpośrednio podległych rządowi. Rozumiem też, że obecny rząd w Polsce zwalcza przede wszystkim skłonność do hecy w społeczeństwie i w wewnętrznym życiu politycznym. Spokój opinii polskiej stał się dziś najsilniejszą kartą w trudnej grze, jaka przypadła polskiemu ministerstwu spraw zagranicznych. Jeżeli więc powściągliwość prasy w Polsce jest inspirowana z góry, należy fakt ten tylko pochwalić. To, co dalej napiszę, może nie będzie zupełnie w duchu tej polityki. Martwi mnie to. Pisać będę z poczucia uczciwości reportażysty, a nie z lojalności dla „europejskiej racji stanu”. I tu nie jestem zupełnie w zgodzie z własnym sumieniem.

Tymczasem powracam raz jeszcze do prasy niemieckiej. Próżno w niej szukać materiału bezpośrednio rzucającego cień na łagodność rządów Hitlera. Kłamliwość tej prasy jest tak zupełna, tak (oczywiście z musu) bezczelna, że trudno do niej przywyknąć. Czytając z gruntu fałszywy opis faktów, które się zna dokładnie, nie można powstrzymać się z początku od myśli, że zaszło tu jakieś nieporozumienie. Przytoczę dla przykładu półoficjalną, inspirowaną wzmiankę z okazji zajść przed redakcją pisma niemieckiego w Łodzi. Twierdzi ona prawie przekonywająco, że żaden obywatel polski na terenie Rzeszy nie ucierpiał szwanku na ciele lub majątku.

Drugi przykład jest mniej banalny. Richard Billinger59 to jeden z najzdolniejszych poetów młodego pokolenia. Ten rosły jak dąb, barczysty chłop bawarski nie jest zaangażowany politycznie, aczkolwiek wiadomo, że sympatie jego są bez wątpienia po stronie liberalizmu. Nagle w wielkanocnym numerze urzędowego organu narodowych socjalistów „Völkischer Beobachter” ukazuje się podpisany przez niego — pod względem formy słaby, pod względem treści płaski, wiersz deifikujący Hitlera60. Naturalnie budzi to zdumienie. Czyżby i Billinger przeszedł na podwórko rewolucji, śladami Stefana George’a61 i Borchardta? Tylko, że tamci to ludzie, którzy nie mieli nigdy styczności z życiem. Ich opowiedzenie się za ruchem nazistowskim nie jest nawet poczytywane przez ogół niezależnej opinii literackiej za zdradę, a prędzej za dziwactwo i słabość ludzi, których partia potrafiła wyzyskać. Ale Richard Billinger! Mijają trzy tygodnie. Jeden z moich znajomych spotyka Billingera. Nie wie dobrze, czy mu się ukłonić, ale ten podchodzi i z miejsca opowiada swoje zmartwienie. Wiersza, o którym była mowa, nigdy nie napisał; od trzech tygodni chodzi od redakcji do redakcji, starając się umieścić sprostowanie, ale żadne pismo nie ma odwagi go wydrukować. Prosi więc tylko teraz przyjaciół i znajomych, aby to sprostowanie podawali sobie z ust do ust.

Jakie pisma warto więc czytać? Przede wszystkim zagraniczne. Dużo się z nich człowiek dowie o wypadkach w Niemczech z dnia poprzedniego lub sprzed dwóch dni. Zważywszy sterroryzowanie prasy miejscowej, aż zdumiewa fakt, że na każdym rogu ulicy można kupić periodyk tak gwałtownie antyhitlerowski, jakim właściwie jest każda gazeta zagraniczna. Miałem dziwny odruch, jadąc kiedyś autobusem. Czytałem „Timesa” i spostrzegłem, że jakiś pan, wyraźnie Niemiec, zaglądał mi przez ramię i starał się też czytać. W jednej chwili złożyłem gazetę. Moją instynktowną reakcją było usunięcie sprzed oczu tego człowieka czegoś wysoce gorszącego i przewrotnego. Znajomych Niemców nie spotkałem na ulicy z dziennikami zagranicznymi. Dawniej, pamiętam, zawsze je czytali.

Z pism niemieckich warto przeglądać głównie dwa: „Deutsche Allgemeine Zeitung” i „Vossische Zeitung”. Pierwsze, które było zawsze świetnie redagowanym organem zachowawczym, nie miało wśród swych współpracowników ani jednego Żyda. Trudno więc znaleźć pretekst do szykanowania takiego pisma. „DAZ”, jak ją popularnie zwą, poddała się pozornie „ujednoliceniu”. Dość jednak zręcznie operuje metodą a contrario, głównie w obronie spraw kulturalnych w najszerszym rozumieniu tego słowa. W kwestiach polityki zagranicznej nie stanowi, jak nie stanowiła, wyjątku w stuprocentowo jednolitym froncie prasy niemieckiej. Pod tym względem i socjaliści, i katolicy śpiewają unisono, jedynie pisma o tendencjach pacyfistycznych, rzecz prosta, dziś już nieistniejące, stwarzały mały wyłom w tym „zaczepnym” murze.

„Vossische Zeitung” zaś jest dlatego ciekawa, że można znaleźć w niej więcej „samobójstw”, „śmierci w więzieniu na chorobę nerek” i w ogóle aresztowań itp. Znaleźć, oczywiście, nie na pierwszej stronie ani u góry szpalty, ale sumienny czytelnik nie może tego przeoczyć.

Co z tego, co w Niemczech nazywa się Greuelhetze, można uznać za prawdę? Z góry należy zaznaczyć, że od końca kwietnia do połowy czerwca bujność rewolucji przechodziła pewien stan zmniejszonej żywotności. Greuelpropaganda znajdowała mniej pożywki. Wydaje się, że teraz, wraz z gwałtownym zwrotem przeciwko Stahlhelmowi, niemieckonarodowym, Centrum62, Bawarskiej Partii Ludowej63 i katolikom w ogóle — okres gwałtów znowu się rozpocznie. Ale tym razem aparat tajemnicy doprowadzony już zostanie do prawie idealnej hermetyczności i wprost z politowaniem patrzeć będziemy na te prostackie metody z marca bieżącego roku, kiedy to rewolucja była jeszcze w powijakach (choć i teraz to dziecko drze się wniebogłosy).

Od czego tu zacząć? Czy zabijano? Tak. I bezpośrednio, i przez bicie w brunatnych domach. Okrucieństw i zabójstw dopuszczało się tylko SA. Policja i władze więzienne były i są całkiem correct. Stahlhelm także jest zupełnie wolny od wszelkich zarzutów w tym względzie. Główna kwatera SA była otoczona w pierwszych miesiącach po objęciu władzy przez narodowych socjalistów nimbem grozy, którą trudno opisać. Mało kto zawieziony tam wychodził cało. Albo ślad po nim w ogóle ginął, albo odnajdywano go z trudem, w mniej lub więcej ciężkim stanie w szpitalu bądź też po tygodniach poszukiwań przychodziła wieść, że jest w obozie koncentracyjnym czy w więzieniu. Komunikowanie się ze znajomymi czy krewnymi pozostawionymi na wolności jest rzeczą prawie niemożliwą.

Czyta się czasem, że ktoś w więzieniu umarł na serce lub na nerki (wiadomo — były odbite), ktoś popełnił samobójstwo, że ktoś został zastrzelony w czasie ucieczki. Jeżeli starszy pan z brzuszkiem, a nie zawodowy ptaszek więzienny obmyśla ucieczkę z instytucji karnej, musi naprawdę czuć się tam nieświetnie. Z powodu szalejącej za granicą Greuelpropaganda władze urządziły dla prasy zagranicznej zwiedzanie więzienia politycznego. Do każdej celi razem z dziennikarzami wchodził dyrektor zakładu i proponował więźniowi, żeby się na coś w swym obecnym trybie życia poskarżył. Można sobie łatwo wyobrazić przestraszone milczenie lub jeszcze bardziej przestraszone pochwały ze strony zapytanego. Jeden tylko kupiec — Żyd odpowiedział na pytanie talmudycznie: że mu się tak powodzi, jak w panujących warunkach powodzić się może. Podobno miał tej swojej subtelności słownej później dotkliwie pożałować.

W pierwszych dniach rewolucji działy się rzeczy naprawdę groźne. W wielu wypadkach bojówkarze z SA załatwiali swoje osobiste porachunki i rachunki, bijąc lub zabijając zupełnie bezkarnie wrogów lub po prostu wierzycieli. Nie podam tego szczegółu w reportażu poświęconym kwestii żydowskiej, gdyż krawiec, oczywiście Żyd, który sprzedał hitlerowcowi ubranie na raty, cierpiał nie jako ofiara nienawiści rasowej, ale raczej okrutnej koniunktury finansowej u swego oprawcy. Dziś takie porachunki osobiste są nie do pomyślenia i chyba ostatecznie należą do przeszłości. SA wzięto jednakże trochę w ryzy.

Co do bicia i wypuszczania potem na wolność, przekonano się, że system ten jest dlatego słaby, że wypuszczeni zawsze muszą coś wygadać. Więc dziś na ogół albo zamykają bez pastwienia się nad ofiarą, albo też niepożądany osobnik przepada bez wieści. Gdzieś, w jakimś lasku, dostaje kulę w łeb. Na likwidowanie zwłok znajduje się też różne pomysłowe sposoby.

Myśl moja zwraca się tu ku cudnej, liberalnej, nieznającej twardych wymogów racji stanu Polsce, gdzie tyle wylano (i ja wraz z innymi) łez i atramentu nad odosobnionymi incydentami podobnej natury. Teraz Polacy będą mogli sobie pozwolić na bardziej intensywną kampanię aktów bezprawia, gwałtu i terroru i jednocześnie zachowają prawo oburzania się na zachodniego sąsiada.

Chodzą słuchy, że teraz, o ile w Braunes Haus64 biją czy też stosują olej rycynowy (piękny ten obyczaj przyszedł z Włoch razem z ukłonem faszystowskim), operacja ta odbywa się zawsze w obecności lekarza.

Ale co tu można wiedzieć na pewno? Terror jest kompletny. Und niemand klagte, wer genas65 czy też prawie niemand66. Poselstwo polskie posiada zresztą pod tym względem ciekawy dokument. Pobity obywatel polski złożył skargę do poselstwa, a po jakimś czasie nadesłał list z prośbą, żeby jego sprawę umorzyć; przy czym tłumaczył, że wprawdzie go bili, ale dopiero teraz zrozumiał, że mieli rację, że wszystko, co się robi w imię Gleichschaltung, jest słuszne.

A iluż to ludzi nie wniosło w ogóle zażaleń. Zbyt już byli szczęśliwi, że uszli z życiem i że teraz mogą schować się w szarym tłumie. Wszystko to zresztą dotyczy tylko tych, którzy do jakiejś opieki mają w ogóle prawo: mam na myśli cudzoziemców.

Ważnym powodem, dla którego zmniejszyła się liczba gwałtów, jest wypowiedzenie się rządu przeciwko dokonywaniu aresztowań przez bojówkarzy, a za pozostawieniem tej funkcji właściwemu organowi, czyli policji. Z Polizeipräsidium na Alexanderplatz idzie się tylko do więzienia albo obozu, ale nigdy do Braunes Haus czy też do jakiegoś berlińskiego odpowiednika lasku sękocińskiego67.

Przedłużałem sobie prawo pobytu w tymże Polizeipräsidium i pomyślałem, że jednak wszystko nie wygląda tak doskonale, skoro tyle płaczących kobiet snuje się po korytarzach i siedzi godzinami w poczekalni.

Jak dalece wszystko, o czym wyżej piszę, jest znane społeczeństwu niemieckiemu? Śmiało można powiedzieć, że w dziewięćdziesięciu procentach jest całkowicie nieznane; a w dodatkowych dziewięciu spotyka się z „entuzjastycznym sceptycyzmem”.

Wiedzą o tych sprawach ci, którzy wyraźnie wiedzieć chcą. A rzecz to niełatwa. Wiedzą zatem opozycja lewicowa, dyplomaci i zagraniczni dziennikarze. Partia komunistyczna wydaje ręcznie odbijane pisemko, które jest podrzucane zainteresowanym osobom. Arkusz ten jest istną skarbnicą dla każdego greuelpropagandzisty, gdyż dane w nim są ścisłe i prawdziwe.

Wśród znakomitej większości SA panuje też kompletne nieuświadomienie co do poczynań „narodowej czerezwyczajki”. Zresztą widać, że ci różowi, roześmiani, zdrowi chłopcy w brązowych koszulach nie katowaliby sami i nie dopuścili do katowania jakiejś starszej kobiety za to, że pan, u którego pracuje w charakterze sekretarki, popełnił straszną zbrodnię tłumaczenia w lokalu publicznym artykułu z „Daily Telegraph” towarzyszowi, który po angielsku nie rozumiał. Oczywiście i sam chlebodawca sekretarki oberwał za swoje i artykuł nie był zupełnie „po linii”. Incydent ten jest prawdziwy. Dodać jeszcze należy, że pobito w bestialski sposób (jak zwykle zresztą — do utraty przytomności) także młodą maszynistkę pracującą w tym samym biurze.

Czym biją? Gumowymi pałkami; dość często, choć nie wiem dlaczego, kijami bilardowymi lub też narzędziem, którego nie potrafię nazwać, ale postaram się opisać. Piętnastocentymetrowa, grubości dobrej laski, drewniana rączka; potem dwadzieścia centymetrów gęsto zwiniętej stalowej sprężyny (zwój ma półtora centymetra średnicy), dalej znów dwadzieścia centymetrów już trochę cieńszej sprężyny, a na końcu ołowiana gałka mająca trzy centymetry w przekroju; wszystko to obciągnięte skórą. Podobny instrument miałem sposobność oglądać na biurku u znajomego. Skóra była pęknięta na szwie i miejscami pokryta rdzą zakrzepłej krwi.

Po kilku dniach spokojnego pobytu w Berlinie takie uwagi znajomych, jak „nie trzymaj swoich notatek w hotelu”, „uważaj, co piszesz w listach”, „pamiętaj, że istnieje podsłuch telefoniczny” (tak jakby w Polsce zapominało się o tym) — wydają się śmiesznie przesadne jak staropanieńskie zaglądanie pod łóżko. Podobno robiono rewizje w hotelach, jawne i tajne (à la Moskwa). Mnie się to nie przytrafiło. Łatwo jest być w Berlinie dłuższy czas, mieć stosunki i znajomych i przysięgać w zupełnie dobrej wierze, że terroru nie ma. Chyba że szczęśliwy traf (o ty, przewrotne szczęście dziennikarskie) otworzy nagle człowiekowi oczy na zakulisową rzeczywistość.

Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w drzwiach restauracji, gdzieśmy byli umówieni, po godzinnym oczekiwaniu ujrzałem czerwoną, zmieszaną, choć energiczną twarz mojego przyjaciela, pół-Niemca, pół-Amerykanina — Billa. Kim jest naprawdę w duszy, nie wiem. Paszport ma amerykański, mieszka stale w Paryżu. Przeprasza, że się spóźnił i opowiada, że całą noc nie kładł się spać i że ledwo żyje. Cóż się takiego stało? Poprzedniego dnia po południu dostaje telefon od Angielki, bony dziecka jego kuzynki, wzywający go natychmiast w bardzo ważnej sprawie. Kuzynka ta, także Amerykanka, jest żoną architekta — berlińczyka o sympatiach, o ile wiadomo, lewicowych. Bill wskakuje do taksówki, jedzie i dowiaduje się od zrozpaczonej bony, że pana aresztowano o północy, trzy dni temu; że gdy przez dwa dni nie było o nim wieści, pani poszła do Polizeipräsidium. I oto minęła doba, jak zniknęła. Bill natychmiast poruszył niebo i ziemię. Pomagał mu w tym jego paszport zagraniczny oraz kompletne opanowanie języka niemieckiego. Już nad ranem odnalazł swoją kuzynkę nieprzytomną w jakimś szpitalu. Przeszła tej samej nocy amputację jednej piersi. Stan jej był ciężki. Z czasem dowiedział się, że skierowana z Polizeipräsidium do Braunes Haus nie została tam poinformowana co do losów męża, ale za to kilkakrotnie zgwałcona, a pierś miała tak pogryzioną, iż operacja okazała się konieczna. Bill dowiedział się też, w jakim więzieniu jest mąż i że także jest ciężko chory. Obecnie od rana biega po wszystkich możliwych urzędach, aby uzyskać konieczną, kiedy chodzi o małoletnich, zgodę ojca na wywiezienie dziecka do Paryża, gdzie zajęłaby się nim żona Billa. Po nieprawdopodobnych perypetiach i wykazaniu niesłychanej energii — dopiął swego. Tego samego wieczoru byłem na dworcu, żeby go odprowadzić i widziałem, jak w paryskim sleepingu instalował jeszcze podnieconą, choć starającą się odzyskać narodową flegmę, bonę oraz elegancko wystrojonego dzieciaka.

I pomyślałem sobie: komfort sleepingu, do sąsiednich przedziałów podają przez okna najpiękniejsze w Europie berlińskie kwiaty; bona to wykwalifikowana nurse angielska, a dziecko jak z żurnala — i to ma być rewolucja.

Powyższy wypadek podaję jako ciekawą przygodę z czasów mojego pobytu w Berlinie, nie jako przykład tego, co się co dzień zdarza. Miałem bez wątpienia „szczęście” dotknąć sprawy wyjątkowej. Do poselstwa polskiego napłynęło kilkaset skarg i opisów okrucieństw. Kilku obywateli polskich nie udało się w ogóle odnaleźć; kilku siedzi jeszcze bez powodu ani sprawy w więzieniu; bardzo wielu leczy się ze skutków swej „obcokrajowości”. A jednakże gdy opowiedziałem w poselstwie o kuzynce Billa, powiedziano mi, że pierwszy raz słyszą o czymś podobnym. Kobiety bito, choć rzadko, ale o podobnych bestialskich aktach nikt dotychczas nie opowiadał.

Co do bicia, mamy zresztą oficjalną enuncjację. Członek biura spraw zagranicznych partii nazistowskiej (taki sobie mniejszy Rosenberg), wysłany do robienia propagandy w krajach skandynawskich i zapytany na konferencji prasowej w poselstwie niemieckiem w Kopenhadze, czy prawdziwa jest pogłoska o pobiciu pewnej starej komunistki, nie tylko odpowiedział, że to nie jest pogłoska, lecz prawda, ale także jednocześnie wyraził gorące uznanie dla podobnych metod.

Powracając do poselstwa polskiego, jak również do opinii zasłyszanych u innych dyplomatów mających ciągłe stosunki z Auswärtiges Amt68 — należy zaznaczyć, że wszyscy jednogłośnie chwalą sobie współpracę z tym ministerstwem. Jest ono dość mało opanowane przez hitlerowców. Wódz nie wprowadził tak wielu nowych ludzi (pułkowników). A starzy (nie ze szkoły Rosenberga) dyplomaci niemieccy czują się oczywiście zażenowani niektórymi objawami panującego dziś w Niemczech bezprawia. Współdziałanie urzędników Auswärtiges Amt w odszukiwaniu czy uwalnianiu cudzoziemców jest bardzo gorliwe, choć pomimo najlepszej woli nie zawsze skuteczne. Tak się wtedy dziwnie ułożyło, że osobiste stosunki pomiędzy tymi urzędnikami a dyplomatami zagranicznymi nigdy lepsze nie były.

Pierwszy raz, odkąd piszę o Berlinie, użyłem przed chwilą słowa „bezprawie”. A choć w ogóle jest ono ściśle związane z pojęciem „rewolucji” i choć w innych, bardziej typowych rewolucjach może objawiało się jaskrawiej, tutaj jednakże jest potencjalnie bardziej kompletne. Jest podniesione prawie do zasady i tylko czasem bywa ubrane w formę prawną, zresztą tak naiwną, że to zakrawałoby zupełnie na humoreskę, gdyby ta hipokryzja prawna nie kosztowała wolności tysięcy jednostek.

Bez porównania najjaskrawszym przykładem takiego przemycanego bezprawia jest tak zwany Schutzhaft69. Jest to stara, ze średniowiecza pochodząca forma aresztowania. Stosowało się ją, ażeby zapewnić bezpieczeństwo jednostce przez oddzielenie jej kratą więzienną od niebezpieczeństwa. Taki areszt mógł trwać nie dłużej jak dwadzieścia cztery godziny. Obecni władcy najpierw przedłużyli ten dopuszczalny okres do czterdziestu ośmiu godzin, a później (duży skok) zaraz do trzech miesięcy. Ogromna większość tych tysięcy ludzi, którzy zapełniają dziś więzienia niemieckie, oraz tych, którzy przesiedzieli jeden albo kilka dni i zostali wypuszczeni, nie wiedząc nawet, co było powodem pozbawienia ich wolności, właśnie z tej „obrony prawnej”, jaką jest Schutzhaft, korzystali. Trzy miesiące od pierwszych takich aresztowań już dawno minęły, co nie znaczy, że wdrożono sprawy przeciw uciemiężonym lub też, że ich zwolniono.

Ale czyż można wyliczyć wszystkie objawy bezprawia i opisać całą garderobę płaszczyków, pod którymi się ukrywa? Jest jeden taki płaszczyk demagogiczny, w który wszyscy prawie wierzą jak w królewską koszulę z bajki Andersena. A mianowicie zarzuca się osobom, które się chce zniszczyć, po prostu nieuczciwość. Urzędowe oświadczenie, że ktoś kradł, dopuszczał się nadużyć natury finansowej, wyzyskiwał swoje wpływy czy stosunki itp. — któż na całym świecie natychmiast w to nie uwierzy? Może jakaś zaślepiona matka i to chyba nie w czasach dzisiejszych. Tylu tysiącom ludzi przypisano podobne sprawki, że opinia publiczna nie może się wprost połapać, czy wytoczono sprawy tym rzekomym kanaliom, czy zostali skazani. Wiadomo, że są aresztowani, że siedzą: dobrze im tak. A gazeta jutrzejsza przyniesie tyle nowych sensacji, że o wczorajszych „panamach” nie będzie czasu myśleć.

Tak łatwo przecież przyczepić się do ludzi operujących ogromnymi kapitałami publicznymi. Gdzie tylko jest fundusz dyspozycyjny — tam szantaż murowany. Aż strach pomyśleć, co by się mogło stać, gdyby inny reżim zastąpił obecny i chciał zastosować te same metody walki. Bo nie trzeba myśleć, że wszyscy narodowi socjaliści mają głęboką pogardę dla własnej kieszeni. Jeśli chodzi jednak o tę dziedzinę, plotek opowiada się niewiele, a skandali w ogóle jeszcze nie było. Ludzie u góry są, zda się, uczciwi, choć oczywiście, jak i w innych krajach, zgrywają się na Diogenesów. Czasem ich beczka okazuje się beczką Danaid, ale w to nie wchodźmy. Hitler na przykład całą swoją pensję kanclerską oddał na „cele”, skądinąd jednak wiadomo, że ma podobno niezły dochód z „Völkischer Beobachter”.

Powróćmy do rzekomych nadużyć. Zarzuca się je wszystkim „niewygodnym”. Tak aresztuje się hrabiego Eulenburga, osobistego przyjaciela syna Hindenburga. Prałat Kaas70, były przewodniczący byłej Partii Centrum, zaskoczony wypadkami za granicą, postanawia pozostać w Rzymie ad infinitum71, gdyż wie dobrze, że na granicy Niemiec byłby aresztowany pod zarzutem brudnych machinacji pieniężnych. Wreszcie najskuteczniejszą bronią, która przyczyniła się do kompletnego zniszczenia organizacji robotniczych i zawodowych, było rzucenie podejrzeń na czystość rąk przywódców związków zawodowych, Grossmanna72 i Leiparta73, dwóch starych ludzi znanych z prawości, uczciwości i bezinteresowności, którzy całe życie poświęcili sprawie robotniczej. Przeciw jednemu z nich wysunięto zarzut, że pobierał „niesłychanie wygórowane wynagrodzenie”, bo aż siedemset marek miesięcznie. Ale jak już wspomniałem, zarzut chciwości, choćby poparty tak śmiesznie słabymi argumentami, zawsze trafia do złośliwej łatwowierności tłumu. Tłum ten w Niemczech pozwolił i ze spokojem patrzył na zniszczenie przeszło półwiekowego dorobku i zdobyczy klasy robotniczej w ogóle i partii socjaldemokratycznej w szczególe. Stracił on wiarę w uczciwość swych przywódców i jednocześnie jakiś dziwny węzeł myślowy, jakaś psychoza kazały mu zobojętnieć na wszystko, co zbudował swymi oszczędnościami i ofiarnością, w co do tak niedawna święcie wierzył jako w jedyną drogę do lepszej przyszłości. Klasowo uświadomiony Niemiec nie ma w co dziś wierzyć, więc mówi sobie, że może rząd ma i rację, może go ostatecznie nie skrzywdzi.

Nie potrafię przeprowadzić analizy wszystkich składników czy „rozkładników” stanowiących o atmosferze rewolucji, która się w Niemczech dokonuje. Bez wątpienia, pewne analogie z Rosją Sowiecką wzmacniają świadomość, że tu naprawdę odbywa się rewolucja. Jest nerwowość w powietrzu i nie da się o tym zapomnieć ani na chwilę. Jest też ciągle mowa o sabotażu i kontrrewolucji. Do walki z nimi, podobnie jak do walki z korupcją, ustanawia się nawet odrębne urzędy. Do tych i im podobnych nowo powstających urzędów wyznacza się „komisarzy” z poleceniem, aby w ciągu, dajmy na to, trzech dni dobrali sobie współpracowników, zorganizowali biura, rozpoczęli działalność i złożyli o niej i projektach na przyszłość raport rządowi.

A poza tym wszystkim istnieje na tle już i tak dość zagmatwanego schematu administracji, z ministerstwami i urzędami Rzeszy i odrębnych jej krajów, jeszcze nieprawdopodobna, że tak powiem, koleżeńska nonszalancja, z jaką ministrowie i komisarze mieszają się do spraw cudzych resortów lub innych krajów Rzeszy. Zabierają oni publicznie głos na tematy, które, zdawałoby się, mają swoich „naturalnych” referentów. Jak na kiermaszu — nikogo nie razi ani nie drażni, że dwie sąsiadujące karuzele grają jedna marsza, a druga polkę — tak samo w tej barwnej i jak kiermasz podniecającej imprezie przewrotu narodowosocjalistycznego, ten zamęt w pośpiechu jest uważany nie tylko za objaw naturalny, ale także nawet za oznakę pewnej młodzieńczej żywotności. W każdym razie potwierdza to bez wątpienia istnienie wśród sfer rządzących prawdziwej Kameradschaft74.

Siedzę w kawiarni. Przejeżdża siedem czy osiem ciężarówek. Ustawiono w nich ławki, a na ławkach siedzą, trzymając karabiny między kolanami, policjanci i członkowie policji pomocniczej. Wiadomo, co to znaczy: Razzia75. Otoczą cały blok domów lub nawet kilka ulic, a może jakiś park, wszystkich wylegitymują i poddadzą rewizji. Podejrzanych zatrzymają. Taka obława trwa czasem cały dzień. Zdarza się głównie w dzielnicach ubogich, gdzie dużo jest komunistów, lecz i w centrum, i w Westend bywa również przeprowadzana. Znajoma moja, żona wysokiego urzędnika Auswärtiges Amt, musiała kiedyś siedzieć zamknięta w domu do samego wieczora. Telefonowała do męża, żeby uzyskał jej „zwolnienie”. Nic nie pomogło. Protekcja w takich przypadkach pozostaje bezskuteczna. Oczka w sieci są zupełnie równe. Kogo się tak łowi? A mało to jest wrogów i podejrzanych: prawicowych, lewicowych, centrowych, no i w ogóle niehitlerowców?

Auta przejechały. Zaglądam do gazety. Panna Neppach, tenisistka, Żydówka, którą widziałem wczoraj w barze, „popełniła samobójstwo z niewiadomych powodów”. Córka Scheidemanna wraz z mężem popełnili samobójstwo. Profesor Mayer, nieoceniony znawca sztuki i dyrektor monachijskiej pinakoteki, popełnił samobójstwo w więzieniu. Burmistrz jakiejś mieściny na Fryzach, poseł socjaldemokratyczny z Hamburga itd., itd... popełnili samobójstwa. Nie chce się wprost wierzyć. Nie podaje się nigdy szczegółów śledztwa, a rzadko kiedy sposób, w jaki samobójca skrócił swoje dni.

Tak. To chyba jest rewolucja.

A czy to, co piszę, jest Greuelpropaganda? Nie. Ciągle radziłem się swego sumienia. To, co piszę, to uczciwa, smutna prawda.

Żydzi

Wśród nawały rozporządzeń i ustaw wydawanych przez rządy narodowej rewolucji jest jedna ustawa, która, choć nadzwyczaj doniosła, ciekawa i śmiała, nie jest typowo rewolucyjna. Mam na myśli wprowadzenie w Prusach tak zwanego Ahnerbenrecht. Jest to wskrzeszenie prawa istniejącego w średniowieczu; pewne jego pozostałości przetrwały do dnia dzisiejszego w niektórych krajach Rzeszy. Polega ono na tym, że z każdego chłopa robi ordynata, czyli że wolno mu jest zapisać zagrodę i wszelką nieruchomość tylko najstarszemu synowi. Ma to przeciwdziałać skrajnemu rozdrabnianiu ziemi i chronić zdrowe, samowystarczalne jednostki gospodarcze. Co się stanie z siostrami i młodszymi braćmi nowego ordynata — nie wiadomo.

Przypominam sobie moje zdumienie, gdy bardzo niedługo po przyjeździe do Berlina spotkałem się w „DAZ” ze wstępnym artykułem analizującym to prawo i po raz pierwszy otwierającym mi oczy na całą absurdalność kwestii i prawodawstwa rasowego. Wyczytałem, że ponieważ „prawo germańskie powinno wychodzić na dobre tylko obywatelom krwi niemieckiej, więc i w ustawie o Ahnerbenrecht paragraf aryjski jest specjalnie uwzględniony”. Za chłopa w znaczeniu ustawy nie może być uważany ten, „kto wśród przodków męskich swojego rodu lub wśród innych przodków do czwartego pokolenia włącznie ma osobę pochodzenia żydowskiego lub niebiałej rasy”. „W przyszłości małżeństwo zawarte z osobą krwi nieniemieckiej uniemożliwi potomstwu raz na zawsze zaliczanie się do chłopów w sensie posiadania dziedzicznej zagrody”. Paragraf ten jest ostrzejszy od innych podobnych paragrafów aryjskich w tym, że nie tylko wymaga zupełnej czystości pochodzenia samego nazwiska, ale także nie cofa się do trzeciego, lecz aż do czwartego pokolenia. Istnieje przypuszczenie, że obrachunek ten rozpoczynać się będzie nie od obecnego właściciela, ale od jego spadkobiercy. Wyjątek stanowią „niekolorowi” i nie-Żydzi nie-Aryjczycy, jak na przykład Węgrzy, a za przynależnych do krwi niemieckiej uważani są wszelcy Germanowie, więc Holendrzy i Duńczycy. Czy jednakże w przyszłości związek małżeński zawarły, dajmy na to, z Hiszpanką (krew nieniemiecka), będzie równoznaczny z wydziedziczeniem potomstwa? Biorąc logicznie — tak.

Stawianie kwestii żydowskiej i ras kolorowych na jednej płaszczyźnie jest nie tylko śmieszne samo przez się, ale także przez ogromną niewspółmierność znaczenia obydwu problemów. Tych kilku jazzbandzistów i odźwiernych, którzy przywędrowali jeszcze przed wojną z kolonii niemieckich, zostało naturalizowanych, a teraz wszyscy wyrzuceni na bruk giną z głodu, to tylko smutny i może trochę „barwniejszy” szczegół tego ogromnego, choć nie bez wigoru namalowanego narodowego kiczu. Śpiewak murzyński, obywatel amerykański, który do niedawna świetnie zarabiał, po długiej chorobie w szpitalu wyczerpał wszystkie swoje oszczędności. Nie ma nawet na wyjazd z Berlina, a nie ma prawa zarobić choćby śpiewaniem na podwórkach. (Śpiewacy podwórkowi zostali zorganizowani. Muszą wykazać się partyjną prawomyślnością, ale chodzi głównie o repertuar — musi być czysto narodowy). W nocnym klubie, gdzie dawniej Murzyn ten występował, właściciel zbiera wśród stałych bywalców na wysłanie nieszczęśliwca do Paryża.

Inna rzecz z Żydami; to już nie detal; to sprawa przejmującej powagi. Stanowią oni w Niemczech zaledwie jeden procent ludności. Nie należałoby się może dziwić ludziom, którzy, mając zastrzeżenia instynktowne czy interesowne przeciwko Żydom, przedsiębiorą te okrutne kroki, o których słyszymy; trudno bowiem naprawdę wystawić sobie bardziej żywotny, chłonny i z temperamentu zachłanny taki sobie jeden procent jak Żydzi niemieccy. Gdyby więc ci Żydzi, poza wrodzoną właściwością wypełniania sobą każdej próżni, luki czy potrzeby — jeszcze źle się asymilowali, można by łatwo zrozumieć tych, którzy myślą kategoriami plemiennymi. Ale przecież poza krajami anglosaskimi nigdzie Żyd nie okazał się tak lojalnym i patriotycznym obywatelem (dawali tego dowody podczas wojny) jak właśnie w Niemczech. Tak samo dzisiaj, kiedy się chce, tak jak ja, w rozmowach z Żydami niemieckimi dowiedzieć prawdy o panujących stosunkach, natrafia się na podwójną trudność. Po pierwsze, istnieje aż zbyt słusznie uzasadniony strach, ale po drugie — i to w o wiele wyższym jeszcze stopniu — niechęć zwierzania się z bolesnych i brudnych „spraw rodzinnych” przed człowiekiem obcym, w dodatku Polakiem. Można śmiało powiedzieć, że ogromna większość Żydów niemieckich tylko czeka z upragnieniem na tę chwilę, kiedy im znowu wolno będzie stać się stuprocentowo lojalnymi Niemcami. Jeżeli obecny straszliwy ucisk nie potrwa zbyt długo, przewiduję, że dożyjemy jeszcze czasów nowej fali niemieckiego szowinizmu wśród niemieckich Żydów. Będzie to coś jak kochające małżeństwo godzące się po sprzeczce; jakiś, bardziej niż pierwszy, świadomy miesiąc miodowy. Ale z drugiej strony prześladowanie to może zniszczyć przywiązanie Żydów do Niemiec, o ile w czasie jego trwania zdąży się wychować całe jedno pokolenie „urodzone w niewoli, okute w powiciu”.

Za kogóż innego niż za Niemkę może się uważać osiemdziesięciokilkuletnia staruszka, która, choć rodem z Łodzi, wyszła za mąż do Berlina, mając niespełna dwadzieścia lat? Jest i była zawsze bezwyznaniowa, więc nawet symbol synagogi dla niej nie istniał. Odkąd jest Niemką, przeżyła dwie wojny: 1870 i 1914. Podczas obu musiała drżeć o życie najbliższych. W wojnie światowej miała trzech synów i zięcia. Jeden syn poległ. Dwaj inni byli ranni i otrzymali wysokie odznaczenia wojenne. Jednego z nich wojna zaskoczyła w Ameryce Południowej. Przemycał się z powrotem do Niemiec z narażeniem życia i tylko po to, żeby wstąpić do wojska. A teraz jako docent uniwersytetu w Lipsku, pozbawiony możności zarobkowania, no i nawet pracy naukowej (laboratoria i biblioteki są dla niego zamknięte), musiał wyjechać do Paryża, gdzie szuka jakiegoś zajęcia i boryka się z wielkimi trudnościami materialnymi. Prawie identyczny los spotkał drugiego pozostałego przy życiu syna; tylko że ten jest w Pradze i ma nadzieję dostać pracę w Zurychu. Przecież ludzie ci włożyli w Niemcy zbyt wiele kapitału uczuciowego, żeby od razu móc zobojętnieć.

Więc też ta moja znajoma siedzi sobie cichutko wraz z córką wdową. Synowie już nie pomagają, więc dochody na utrzymanie domu ogromnie zmalały, a przeciwnie, trzeba jeszcze myśleć, żeby dozwolone, pomimo ograniczeń walutowych, dwieście marek miesięcznie wysyłać do Paryża i Pragi. Do dużego, zasobnego, nieomylnie żydowskiego (poznam je na całym świecie) mieszkania przyjęto lokatorów, Żydów oczywiście. Aryjczyk, nawet największy filosemita, niechętnie zamieszka tam, gdzie mogą być rewizje i gdzie pewnie niezadługo zapanuje nędza. Lokatorzy Żydzi tymczasem płacą. Czy to potrwa — nie wiadomo. Jeden jest studentem z Polski — to jak PKO — pewność i zaufanie. Ale jak długo będzie jeszcze mógł tu studiować? Przyszłość jest tak straszliwie niepewna. Te panie jednakże z godnością, ograniczywszy swe potrzeby do minimum, nie okazując pierwszemu lepszemu goryczy, jaka musi być ich udziałem, na zewnątrz pogodne, oczekują lepszego jutra. „Przecież ono przyjść musi?” — pytają mnie trochę nerwowo, patrząc mi w oczy prawie pokornie. Zaprzeczają pogłoskom, jakoby na ulicach miały miejsca akty gwałtów nad Żydami, przeciwnie, podnoszą fakt, że doznały wiele przyjaźni i współczucia od czasu rozpoczęcia prześladowań.

W przeciwieństwie do Nadrenii, w miastach portowych, a głównie w Hamburgu, gdzie najtrudniej wywołać nastroje antysemickie i gdzie dzień bojkotu skończył się notorycznym fiaskiem, nie można było już wczesnym popołudniem kupić kwiatów, gdyż wszystkie powędrowały do mieszkań żydowskich, wysłane tam przez zażenowanych i współczujących Aryjczyków. Ale te fakty, jak również to, że w dzień bojkotu ustępowano Żydom miejsca w kolejkach czy też inaczej podkreślano swą, niestety, tylko powierzchowną niesolidarność z panującymi, a raczej narzuconymi nastrojami, chyba mało kogo na długo pocieszały. Odwagi, znów to powtarzam, w łamaniu bojkotu ze strony aryjskiej nie zanotowano, a i współczucie, o którym pisałem, ogranicza się jedynie do kart wizytowych, kwiatów i odwiedzania znajomych Żydów. Za to zaprasza się Żydów znacznie rzadziej. Jest to zresztą zrozumiałe. Bo co powie kuzyn Otto czy wuj Herbert, kiedy wpadłszy niezapowiedziany na herbatę, dumny ze swej brązowej koszuli, zastanie wokoło salonu istny fryz krogulczych profilów. „To naprawdę zbytnio by już raziło na tle ogólnych nastrojów”.

Antysemityzm znacznie bardziej jeszcze niż inne odruchy rewolucji jest „odruchem programowym”. Osobiście nie miałem sposobności spotkania prawdziwego żydożercy, zwłaszcza urzędnicy państwowi wstydliwie „milczeli na ten temat” lub też wypowiadali często słyszaną formułę: „Ja osobiście nic przeciwko Żydom nie mam, przeciwnie, mam wśród nich nawet bardzo dobrych przyjaciół, ale rzeczywiście już tak opanowali wszystkie dziedziny życia, że może rząd ma rację w tym, co czyni”. A znowu znajomi z SA czy też ważniejsi hitlerowcy zachowują się wobec posunięć antyżydowskich tak samo, jak wobec wszystkich negatywnych stron rewolucji, czy chodzi o rozzuchwalenie młodzieży akademickiej, czy o palenie książek — bagatelizują te objawy. Najwyżej przyznają, że robi się to trochę z chęci zyskania sobie tłumu.

Jedyne konkretne skargi z żydowskich ust słyszałem od matki na temat syna gimnazisty. Chłopiec był chory od nowego roku przez cały trymestr i powrócił do szkoły dopiero po Wielkanocy. Jest nadzwyczaj rosły i wysportowany, dzięki czemu stał na czele drużyny harcerskiej. Po powrocie zastał ten wysoki urząd już w godniejszych aryjskich rękach. W dodatku rozpoczęły się prześladowania ze strony kolegów. Twierdzili przede wszystkim, że nie wierzą w jego chorobę, że po prostu jako Żyd bał się przyjść do szkoły; że ponieważ przyjaźni się z synem barona bałtyckiego, obywatela estońskiego — przyjaźni się z bolszewikami; że powinien razem z wszystkimi Żydami wyjechać do Rosji; że jest harcerzem, bo to organizacja międzynarodowa, więc żydowska; wszystkie te zarzuty kończyły się zwykle rękoczynami. Z utarczek tych wychodził zwykle Willy zwycięsko, choć raz, kiedy go widziałem, był niewiarygodnie podrapany. Matka telefonowała ze skargą do dyrektora gimnazjum, którego znała od lat. Powiedział jej, że całe ciało pedagogiczne ubolewa nad panującymi stosunkami i stara się im przeciwdziałać, ale że dzieci i młodzież są jakby ugryzione przez wściekłą muchę, przyniosły po wakacjach z domów jakiś nadzwyczajny zasób wojowniczości, zawziętości i złośliwości.

Pytałem wszystkich Żydów, z którymi prowadziłem zasadnicze rozmowy, czy mają zamiar emigrować. Większość odpowiadała mi dość oschle, że są Niemcami i że fakt, iż jest im chwilowo źle, nie jest dostatecznym powodem do opuszczenia ojczyzny. Ta mniejszość jednak, dla której życie w Niemczech stało się niemożliwe, objaśniała mi, jak trudno jest wyjechać. Władze skarbowe stoją przeważnie na przeszkodzie. Fiskus działa dwojako, bo i w obronie (albo w rzekomej obronie) swoich interesów albo też wprost jako narzędzie szykany. Żyd nieposiadający żadnej nieruchomości ani żadnego kapitału w banku wyjedzie stosunkowo najłatwiej, ale właściciel kapitału czy nieruchomości nie zostaje wypuszczony pod błahym, lecz decydującym pretekstem, że skoro wyjedzie, nie będzie płacił podatku ze swego majątku, pomimo że majątek ten pozostaje przecież w Niemczech. Należy mieć ciągle w pamięci zakaz wywożenia pieniędzy. Ale władze wychodzą z założenia, że ktoś, kto osiadł za granicą, zawsze znajdzie nielegalny sposób sprowadzenia swej gotówki. A jeżeli chodzi o czystej wody szykanę, mogę przytoczyć przykład mego dobrego znajomego, wybitnego lekarza higienisty, Żyda, który, otrzymawszy bardzo dobrą posadę na jednym z uniwersytetów francuskich, nie uzyskał prawa wyjazdu, gdyż kazano mu otworzyć sobie konto oszczędnościowe w Berlinie w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy marek, podczas gdy on, jako lekarz bez praktyki, miał wszystkiego dwa tysiące marek oszczędności. Gdy wyjeżdżałem z Berlina, miał już tylko pięćset marek i nie wiedział, co dalej pocznie.

Gdzie procentowo było najwięcej Żydów? Dwa wolne zawody, a mianowicie medycyna i adwokatura, były naprawdę, choć głównie w Berlinie, opanowane przez element żydowski. W każdym z tych fachów ludzie pochodzenia żydowskiego stanowili większość.

Lekarze opierali swój budżet głównie na wynagrodzeniach wypłacanych im przez kasy chorych. Używam liczby mnogiej, bo poza ogólnokrajowymi czy „rzeszowymi” kasami istniało jeszcze mnóstwo różnych Krankenkasse76, prowadzonych dla swoich członków przez poszczególne związki i organizacje. Z wszystkich tych stanowisk lekarze pochodzenia żydowskiego zostali, z nadzwyczaj rzadkimi wyjątkami, usunięci. Pozostała im więc praktyka prywatna. Ale co się okazuje? Niemiecką izbą lekarską owładnęli hitlerowcy. Mogą więc każdego wykreślić z listy lekarzy uprawnionych do pełnienia swego zawodu. Każdy lekarz otrzymał kwestionariusz zawierający około stu pięćdziesięciu pytań. Pytania te dotyczą między innymi przynależności rasowej własnej, żony oraz swoich i żony rodziców i dziadków. Należy odpowiedzieć, czy się było kiedykolwiek czynnym komunistą czy socjalistą; co się robiło podczas wojny i czy się na niej straciło ojca lub syna. Każdy lekarz poszlakowany rasowo, politycznie lub bez zasług wojennych, jeżeli będzie dalej chciał prowadzić praktykę, może być uznany za znachora i odpowiednio karany.

A adwokaci? W Berlinie na trzy tysiące sześciuset adwokatów było około dwóch tysięcy ośmiuset podpadających pod dzisiejszą klasyfikację jako Żydzi (jedna czwarta krwi żydowskiej wystarcza). Zastosowano do nich na ogół te same zasady co do urzędników państwowych, tak że pozostało około tysiąca siedmiuset Żydów, którzy zasadniczo zachowali prawo praktyki i występowania w sądach. Ale skądinąd dano do zrozumienia tym wybrańcom losu, że o ile zjawią się w sądzie, „burzliwe elementy patriotyczne”, za które przecież nie sposób odpowiadać, zbiją ich po prostu na progu, a jeżeli nawet by to się nie zdarzyło, wykluczone jest, aby obrońca Żyd wygrał dziś sprawę w jakimkolwiek sądzie odrodzonych Niemiec. Bieda, i to beznadziejna, zagląda więc też do większości domów mecenasów berlińskich; i tylko kilka największych znakomitości wzięło sobie Aryjczyków na Strohmannów77, by ci występowali w sądach. Ale i to długo nie trwało. Izba Adwokacka zabroniła swym członkom utrzymywania jakichkolwiek zawodowych stosunków z prawnikami, którzy utracili prawo do praktyki. Jest surowo zakazane zakładać spółkę lub wspólną kancelarię z adwokatem niearyjskiego pochodzenia, a każdy taki stosunek, o ile istnieje nie dłużej jak od września 1930 roku, musi być natychmiast rozwiązany.

Wreszcie są i urzędnicy państwowi, wśród których też nie brakowało Żydów. Przepisy wykonawcze do nowej ustawy o przyjmowaniu i zwalnianiu urzędników rzucają oskarżający snop światła na beznadziejność położenia Żydów czy też lewicowców, którzy chcieliby dalej spokojnie zarabiać na życie. Ustawa ta bowiem (tacite) stwierdza, że żadna pretensja tych ludzi nie może być broniona przez prawo. Aryjski więc paragraf ustawy urzędniczej tym znowu różni się od ogólnych zasad o aryjskości, że bierze pod uwagę i pozaślubne pochodzenie. Adopcja w niczym nie zmienia położenia. Wyjątek co do nie-Aryjczyków pełniących służbę państwową już przed 1 sierpnia 1914 roku jest tu sprecyzowany w tym sensie, że musieli oni być na służbie od tego czasu bez przerwy i że są w wybitnym stopniu zasłużeni. (Co za pole dla komentatora!). Pojęcie „żołnierza frontowego”, pierwszy raz wysunięte przez ustawę, jest tutaj także specyficznie wyjaśnione, w sposób odmienny niż dotychczas i nader zwężony. Dotąd za „żołnierza frontowego” uważany był ten, kto dwa miesiące spędził z polecenia władz w rejonie działań wojennych, a teraz tylko ten, kto z walczącymi oddziałami brał czynny udział w „potyczce lub akcji wojennej”; kto posiada odznakę za rany lub kto walczył przeciwko spartakusowcom, seperatystom albo też przeciwko wrogom narodowego odrodzenia. Wszyscy nieodpowiadający tym wyjątkom muszą być przeniesieni w stan spoczynku. I tu nagle wielka łaska: „Przepis ten nie dotyczy naturalnie żydowskich nauczycieli w żydowskich szkołach”. Co za ulga: Żyd może być nawet rabinem.

Ale dajmy na to, że jakiś wyjątkowo zasłużony i mający szczęście urzędnik ćwierć-Izraelita ominął tę Scyllę. To nie koniec. Czeka na niego jeszcze Charybda w formie paragrafu o „politycznie niepewnych”. „Niepewność” polityczna nie jest zależna od przynależności do jakiejś partii (z wyjątkiem komunistycznej), ale od tego, czy urzędnik słowem, na piśmie lub też w ogóle swoją postawą nie sprzeciwiał się odrodzeniu narodowemu, nie szkodził urzędnikom-narodowcom (przy istniejącym głodzie pracy co za okazja do donosów i skarg!). Wstąpienie do któregoś z ugrupowań narodowych po 30 stycznia bieżącego roku nie będzie uważane za usprawiedliwienie. Za kryterium powinno służyć wypowiedzenie się urzędnika w czasie wyborów. Tę sprawę należy — w miarę możliwości — jak najściślej wybadać. Wyżsi urzędnicy powinni być badani surowiej od podwładnych, a dla „żołnierzy frontowych” przy ich badaniu nie powinno się mieć żadnych wyjątkowych względów. Jeżeli nie-Aryjczyk jest uznany za politycznie niepewnego, nie dostaje emerytury; po prostu wydala się go ze służby (co za oszczędność!). A jeżeli jest profesorem, traci w dodatku w ogóle prawo wykładania.

Jak widzimy, wolne i naukowe zawody, bo nawet zawody na wolnym powietrzu, są dla Żydów zamknięte. A propos sportów: wszyscy wiemy, że świetny tenisista Prenn78 nie może reprezentować sportowych barw Rzeszy, ale czego ogół nie wie — o ciężkich kłopotach i targach z własnym aryjskim sumieniem sportowego świata niemieckiego, który dowiedział się niedawno o niearyjskim pochodzeniu drugiej rakiety Niemiec, barona von Cramma79, ale nie ma wprost odwagi wyrzucić go z reprezentacyjnego zespołu.

Lecz powróćmy do nauki i profesorów. A więc Max Liebermann, wieloletni prezes berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych, największy impresjonista, jakiego wydały Niemcy, starzec o niesłychanym osobistym i artystycznym prestiżu, jeden z trzydziestu kilku odznaczonych przez Hindenburga „Orłem”, jedyną odznaką weimarskiej republiki, przyznawaną według osobistego uznania prezydenta, podaje się do dymisji ze względu na panujące stosunki. Nikt nie miał odwagi go ruszyć. On miał jednakże odwagę napisać śmiały i piękny list.

Równie pięknym i przejmującym dokumentem był list rezygnacyjny laureata Nobla, profesora Francka80 z uniwersytetu w Getyndze. Ten wielki uczony walczył na froncie, zdobył Krzyż Żelazny i przez to należał do tych uprzywilejowanych, którzy mogą nadal piastować swoje stanowiska; ale profesor Franck podał się do dymisji, uzasadniając swój krok tym, że nie może służyć krajowi, który nie uznaje jego dzieci za Niemców, lecz tylko za obywateli drugiej klasy, za pariasów.

Wspomniane dwa listy na tle powszechnej uległości niemieckiej, dzięki swej odwadze i szlachetnej formie, nabierają cech zupełnie heroicznych.

Laureatów Nobla pozbawionych dziś stanowisk i możności zarobku jest kilku, ale wspomnę tylko o profesorze Haberze81, gdyż jest to wypadek wyjątkowo znamienny. Ten profesor berlińskiego uniwersytetu położył największe zasługi (używam gotowego zdania) dla ojczyzny jako pionier w fabrykacji gazów trujących podczas Wielkiej Wojny.

Jak dla laureata Nobla, tak dla zwykłego studenta Żyda droga do nauki jest zamknięta. Ma być wprowadzony numerus clausus w proporcji, oczywiście, nie wyższej niż jeden procent. Tymczasem sprawa jest w zawieszeniu. Niektórzy odważniejsi studenci żydowscy, jeżeli nawet nie uczęszczali na wykłady, przynajmniej starali się wykańczać swe roboty w bibliotekach czy laboratoriach; ale i tym ich aryjscy koledzy, poparci wyłącznie prawem kaduka, odbierali legitymacje, dając do zrozumienia, że lepiej nie pokazywać się na terenie uniwersytetu, że sprawy studentów Żydów będą rozpatrzone indywidualnie przez władze i że może na jesieni kilku z nich znowu będzie dopuszczonych.

Jakim Żydom jest stosunkowo najłatwiej dziś żyć w Niemczech? Bezwzględnie bankierom. Z nimi obchodzą się względnie gładko i łagodnie. To samo dotyczy, jak dotychczas, wielkich przemysłowców. Zresztą przemysł niemiecki jest na ogół dziwnie mało żydowski. Czasem w bankach czy towarzystwach ubezpieczeniowych przeniosą Żyda na niższe stanowisko, ale wynagrodzenie pobiera to samo. Bardzo zdziwiła mnie atmosfera panująca w domu ludzi dawno i dobrze mi znanych, Żydów wielkich przemysłowców i sportowców. Jest to wielomilionowa fortuna. Byłem u nich na dużym, wystawnym śniadaniu. Przy stole było trochę rodziny, reszta gości składała się z arystokratów-przemysłowców i arystokratów-sportowców. Dokonaliśmy wszyscy, gospodarze i goście, zupełnego wyczynu towarzyskiego; przez całe śniadanie nie padło ani słowo o polityce, rewolucji, Hitlerze czy antysemityzmie. Jakaś widocznie bardzo nieobyta pani wyrwała się tylko z zapytaniem, czy Querschnitt został zawieszony, i nawet ta, w innych czasach, niewinna uwaga rzuciła pewien chłód na zgromadzenie. Później, kiedy znalazłem się sam na sam z gospodarzem, zadałem mu za dwoma nawrotami pytania proste i niepodstępne, po prostu takie, jakie nasuwa dzisiejsza niemiecka codzienność. Spotkałem się z kompletnym milczeniem, zignorował po prostu moje pytanie — a przecież łączą nas od wielu lat bardzo zażyłe stosunki.

Jak przedstawia się kwestia żydowskiego handlu? Tu sprawa jest niejasna. Jednodniowy, demonstracyjny bojkot skończył się bezwzględną klapą, zaraz nazajutrz sklepy żydowskie pełne były kupujących. Ogólna polityka w tym względzie jest też, zdaje się, niecałkowicie ustalona. Napisy Deutsches Geschäft82 były po ustaniu bojkotu najpierw zabronione, potem znowu dozwolone. W każdym razie dziś bojkot nie istnieje. Co się tyczy personelu, wszystkie wielkie domy handlowe i sklepy spotkały się w początkach rewolucji wprost z terrorem, zmuszaniem do obietnicy wymówienia pracy wszystkim Żydom. Były nawet w tym względzie incydenty dramatyczne. Lepiej zawsze wychodzili ci, którzy wręcz odmawiali. W tym wypadku nie zjawiano się u nich po raz drugi z powtórzeniem żądania. Kończyło się na pogróżkach. W Wahrenhausach83 berlińskich w dalszym ciągu obsługa jest rasowo ogromnie mieszana.

Ale co się dzieje z pieniędzmi wpływającymi do tych kolosalnych przedsiębiorstw i z ich zyskami — o tym krążą różne niesprawdzone przeze mnie wersje. Nawet o prywatnych przedsiębiorstwach mówi się — półurzędowo a demagogicznie, że ich polityka handlowa była fałszywa lub że prowadzone były nieuczciwie. Tkwią też podobno w przedsiębiorstwach handlowych jacyś rządowi czy partyjni panowie, którzy pilnują wykonywania wypłat oraz „reszty”, która pozostaje po wypłacie.

Co do małych sklepików, słyszałem o pewnych, skutecznie wywieranych presjach. Znam na przykład maleńką trafikę tytoniową, obsługiwaną przez żydowskie małżeństwo, gdzie w „kadry personelu” wciśnięto dwóch bezrobotnych i całkiem niepotrzebnych blondynów. Nie jest to jednak przewidziane żadnym rozporządzeniem czy ustawą.

Jakie są widoki dla żydowskich przedsiębiorstw na przyszłość? Można tu oczywiście stawiać tylko hipotezy i to zaopatrzone wieloma znakami zapytania. Ale są pewne dane, według których można sądzić o tym, co będzie. Ogromne firmy żydowskie, jak sklepy Karstadt oraz inne, zostały, jak powiadają, wykupione za pomocą kredytów rządowych przez kapitał aryjski. Przy podobnych transakcjach, które oczywiście są dokonywane w czasie i na warunkach wysoce niekorzystnych dla strony sprzedającej, rząd jakoby po cichutku udziela pewnych ulg co do wywozu sum osiągniętych ze sprzedaży, ufając, że za tę cenę pozbędzie się z kraju inicjatywy żydowskiej. Wielu też „speców” od obecnych stosunków przewiduje możliwość istnienia w przyszłości przedsiębiorstw, których spiritus movens będzie za granicą, zasób kapitału na miejscu minimalny, a zarząd w rękach podstawionych figur.

Ale tymczasem Żydzi w Niemczech jeszcze są. W miniaturowym berlińskim getcie, które składa się zaledwie z kilku ulic, ale może się poszczycić chałatami i jarmułkami, brodami i pejsami, ruch i wygląd ulicy są prawie normalne; tylko wiele kramików jest zamkniętych. Właściciele mogą być jedynie albo w więzieniu, albo w Polsce. W centrum i w Westend na ulicach i w kawiarniach widać wielu Żydów. Prawie tylu, co dawniej. Antysemityzm do mas jeszcze nie przesiąkł. Ale czynniki u władzy agitują, jak mogą. Żadne kłamstwo ani oszczerstwo nie jest dla nich zbyt niskie.

Wchodzę do lokalu pisma „Der Angriff”84 (organ SA). Biuro urządzone nowocześnie, a za ladą obsługuje bardzo porządnie i sympatycznie wyglądający starszy pan. Proszę o książkę, którą znajomi kazali mi koniecznie kupić. Wydana jest nakładem „Angriffu” i nazywa się Die Juden sehen dich an (Żydzi patrzą na ciebie). Jest to dzieło doktora Johanna von Leersa85, obecnego sekretarza niemieckiego Pen Clubu. Zaraz na miejscu przeglądam to kuriozum i mimo woli wzbiera we mnie jakiś nerwowy śmiech. Ulica za oknem, redakcja, w której siedzę, i pan za ladą — wszystko świadczy, że znajduję się w świecie cywilizowanym, a tu nagle ten nieprawdopodobny dokument zdziczenia. Bo książka przedstawiciela obecnych prądów w literaturze niemieckiej jest najstraszniejszym stekiem kłamstw i nieścisłości, plugastw, obelg oraz idiotycznych oskarżeń. Nowaczyński86 niewątpliwie wzoruje się na tych przykładach, ale trzeba przyznać, że nie dorósł jeszcze do nich. Zawartość książki to przede wszystkiem fotografie zaopatrzone nazwiskami, czasem nawet nie tych osób, które przedstawiają. Na przykład pod zdjęciem Jakuba Wassermanna jest podpis „Oskar Wassermann” (jest to znany berliński bankier). W książce tej znajdujemy też i nie-Żydów, jak na przykład Erzbergera87, katolika, polityka centrowego, oraz Piscatora88, znakomitego komunizującego reżysera berlińskiego. Zresztą żeby być sprawiedliwym, należy zaznaczyć, że gdy Piscator doszedł do sławy — Żydzi chętnie się do niego przyznawali. Jeżeli czyjaś pamięć lub ktoś jest partii niemiły, zawsze można mu dać etykietę Żyda — a nuż ktoś uwierzy. Poza fotografiami podane są krótkie, ale „siarczyste” charakterystyki — życiorysy. Ofiary doktora von Leersa podzielono na sześć grup, a więc: Żydów krwiożerczych, Żydów łgarzy, Żydów oszustów, Żydów burzycieli, Żydów w sztuce oraz finansistów żydowskich. Kategorie te są chaotyczne i podane niżej nazwiska są chaotycznie pomiędzy te grupy rozdzielone. A więc najpierw nazwiska „oczywiste”: Róża Luksemburg, Liebknecht89, Bela Kun90, Trocki91, Radek92, Kamieniew93, Zinowiew94, Rakowski95 i Marks. Brakuje na przykład Lenina. Ale potem następuje ciekawsza lista. Reinhardt96, najsławniejszy reżyser Niemiec i Austrii, „zasług nie ma żadnych”. Sztuka jego była z gatunku niższych i bezduszna. Tylko prasa żydowska potrafiła wmówić w społeczeństwo, że to wielki artysta.

Bracia Rotter, dyrektorzy teatrów w Berlinie, którzy zbankrutowali i, jak twierdzi książka, „zarwali” wielu wierzycieli, „znajdują się obecnie w Liechtensteinie”. I tu następuje w nawiasie słowo ungehängt — niepowieszeni. To mówi nam książka wydana w kwietniu. Ale od tego czasu bojówkarze Hitlera, bezprawnie przekroczywszy granicę księstewka, już zdążyli zamordować jednego z braci Rotter. Wyraźny przykład, jak skuteczna jest agitacja.

Po nazwiskach dyrektorów teatrów następuje wyliczenie wszystkich prawie najlepszych sił niemieckiej sceny i ekranu. Więc Elisabeth Bergner97, dobrze znana nam z filmów, jest przedstawiona jako kreatura żydowskiej reklamy filmowej. Osobistych zasług artystycznych nie ma żadnych.

Siegfried Arno98, ścisły odpowiednik Kazimierza Krukowskiego99, otrzymał taką wzmiankę: „Co do gęby, nie można się pomylić. Grywał role żydowskie, w których Żyd był przedstawiony jako nieszkodliwy, śmieszny i uprzejmy, aby w ten sposób uśpić w narodzie niemieckim poczucie rasy”.

Może najbardziej zdumiewającą charakterystyką obdzielono Chaplina. „Ten równie nudny jak wstrętny mały żydłak był w następujący sposób gloryfikowany przez „Izraelitisches Familienblatt”: „Ale Charlie Chaplin, który wciąż przedstawia wiecznie toczącą się wojnę ducha przeciwko przemocy i który broni praw ubogich, wstrząsając w ten sposób całym światem — stał się mitem (Mythos) naszych czasów””. „Te czasy już minęły” — dodaje doktor von Leers.

Skończmy z teatrem i filmem. Więc, oczywiście, jest i Einstein. Teoria względności to nie wiadomo co (i tutaj muszę przyznać rację autorowi: ja też nie wiem). Prasa żydowska i niepodejrzliwy naród niemiecki wysławiali go na wszystkie strony, za co on odwdzięczył się robieniem Greuelpropaganda przeciwko Adolfowi Hitlerowi za granicą (niepowieszony).

Jest i Emil Ludwig, który, jak się dowiadujemy, pisał zakłamane książki, gdzie każdy objaw bohaterstwa był traktowany pogardliwie. Wyjechał za granicę, „hecował” przeciwko Adolfowi Hitlerowi i kłamał (niepowieszony).

Także Feuchtwanger pisał złe powieści, „hecował” w Ameryce przeciwko Adolfowi Hitlerowi i kłamał (niepowieszony). Itd., itd., itd.

(Tu uwaga zupełnie poboczna. Zauważyłem, że w Niemczech, kiedy się chce ubrać Hitlera w całą należną mu glorię, mówi się o nim: Adolf Hitler. I cóż tu robić z ludźmi, dla których imię Adolf jest czymś zupełnie naturalnym, czego się nie stara przemilczeć czy zapomnieć).

Więc tyle o Żydach w Niemczech dzisiaj. A co będzie? Pytałem się wszystkich, na lewo, na prawo i w środku — samego siebie. Jest rzeczą oczywistą, że przyszłość Żydów będzie ściśle zależna od trwałości obecnego ustroju. Ale o ile obecne prześladowanie potrwa ze dwa lata, to należy przypuszczać, że ujrzymy bardzo daleko posunięty proces „wyciekania” z Niemiec wielkiego kapitału żydowskiego oraz ludzi rozporządzających nim; „oczyszczenie” sztuki, literatury i życia intelektualnego z elementu semickiego i wreszcie skrajne spauperyzowanie tej części społeczeństwa żydowskiego, która do wyrwania się z Niemiec miała zbyt wiele przywiązania czy zbyt mało energii. Może nawet powstać jakaś nowa forma kulturalnego getta.

W zmianę antyżydowskiego kursu pod obecnym rządem mało kto wierzy, gdyż nawet najcięższe następstwa natury gospodarczej, wywołane przez wszechświatowy bojkot towarów niemieckich, nie mogą być tak groźne, jak pozbawienie mas czegoś do zwalczania. Gdy się nie widzi możliwości dania narodowi, którym się rządzi, już nawet nie chleba, ale choćby plew, to trzeba dać mu przynajmniej tradycyjne, donkiszotowskie wiatraki. W tym wypadku skrzydła Hakenkreuza nie mogą być użyte, ale Żyda „brać na muszkę” — czemu nie?

Myśląc o tym wszystkim, odczuwam nagle względem Polski pewien liberalny patriotyzm. Więc właściwie, pomimo reputacji pogromów, to w tej Polsce nie jest tak źle. Ostatecznie Kazimierz Wielki, Jankiel, Berek Joselewicz, Norwid. Nie ma co mówić — świadczyli sobie, i to wzajemnie.

Norwid nie przewidywał nowych form, w jakie przeleje się w XX wieku patriotyzm w Europie, kiedy pisał:

„Ty! jesteś w Europie — poważny Narodzie

Żydowski: jak pomnik strzaskany na Wschodzie”.

A co będzie na Zachodzie? Czy Polacy będą jeszcze mieli sposobność powtarzać za tymże Norwidem:

„My — pierwej niż inni, my — wcale inaczej

Pojrzeliśmy ku wam, bynajmniej z rozpaczy.”

Odrębność

Powracam jeszcze do Żydów. Jestem jak endek. Nie mogę się od nich oderwać. Ale byłem w teatrze i zobaczyłem straszliwe spustoszenie, jakie antysemityzm wyrządził na tym odcinku. Byłem też w Warszawie na międzynarodowym konkursie tańca i widziałem, że wszystko, co najlepsze (nie według protekcjonistycznie rozdanych nagród), przyszło z Niemiec i było przeważnie semickiego pochodzenia. Żydzi w samej rzeczy rządzili teatrem i spektaklem w Berlinie. Rządzili nimi ze świetnością jakiegoś Ludwika XIV i szerokością poglądów encyklopedystów. A co jest dzisiaj? Przeszło dwadzieścia teatrów stoi bezczynnie. W innych, do których zachodziłem na kilka minut, kupując sobie bilet na galerię, szmira nieprawdopodobna. W ciągu kilku miesięcy osiągnięto poziom niskoprowincjonalny. Przecież poza nazwiskami, które wymieniłem w związku z książką doktora von Leersa, brakuje scenie berlińskiej takich nazwisk, jak: Moissi100, Kortner101, Eric Charell102, Pallenberg103, Gitta Alpar104, Fritzi Massary105, Däjos Bela i wielu innych. Fröhlich106 na przykład nie może dostać angażu z powodu żydowskiego pochodzenia żony, właśnie Gitty Alpar.

Wymownym obrazkiem życia teatru jest to, co się stało po ustąpieniu i wyjeździe do Austrii Reinhardta. A więc prasa z naciskiem oświadczyła, że Deutsches Theater pozostanie nadal pierwszą sceną Niemiec, oczywiście na znacznie wyższym poziomie, bo już nie pod wpływem żydowskim. Na pierwszy ogień dano jakąś sztukę patriotyczną o Alzacji. Recenzenci szaleli z zachwytu, ale po trzech dniach sztukę zdjęto z afisza. Teatr był pusty, a sztuka strasznie marna. Oto okrutna prawda.

Toteż nic dziwnego, że zanik teatru zaczął poważnie niepokoić czynniki odpowiedzialne. Znamienna w tym względzie była mowa pruskiego ministra oświaty Rusta107, skierowana do przedstawicieli narodowosocjalistycznych organizacji kulturalnych, a w szczególności do Związku Walki o Niemiecką Kulturę. (Takie „związki walki” są w ogóle liczne i w swej zamierzonej działalności mają dążyć ku sprostaniu wszystkim patriotycznym, społecznym, kulturalnym i filantropijnym potrzebom kraju). W przemówieniu swym, nacechowanym zupełnie nierewolucyjnym umiarem, podkreślając potrzebę „duchowej demobilizacji” po tak zwycięsko przeprowadzonej rewolucji, pan minister Rust zachęcał do pracy konstruktywnej, a nie tylko polegającej na wyszukiwaniu „niebłaganadiożnych” i zatrzymał się specjalnie nad kwestią teatru: „Wiadome jest, że teatrowi niemieckiemu nie brak ani utworów, ani autorów dramatycznych, a jedynie brak publiczności” — i tutaj Związek Walki powinien rozwinąć całą energię i stworzyć dla teatru poniekąd organizację „konsumentów”. Wyobrażam sobie, jak to będzie wyglądało. Bez pytania zarobkujących odciągnie się im od uposażenia jakąś sumę, w zamian za co wyda się ulgowe bilety na jakieś niemieckie Odsiecze Wiednia czy innych Kościuszków pod Racławicami. Najpierw będą się trochę buntowali, potem przez zmysł skrzętności zaczną wyzyskiwać te — bądź co bądź — darmowe bilety, a wreszcie przyzwyczają się do poziomu, który znamy z Teatru Letniego i Domu Żołnierza. Będzie im się podobało i Deutsches Theater nie będzie świecił pustkami. Ale...

Byłem oczywiście na programowej i rozreklamowanej sztuce Johsta Schlageter108. Zapytałem już wcześniej portiera w hotelu, czy trudno będzie dostać miejsce. Odpowiedział trochę zdziwiony, że przeciwnie, nic łatwiejszego. Przyszedłem po rozpoczęciu przedstawienia, rozejrzałem się po sali i zobaczyłem, że jest na wpół pusta. Pomyślałem, że to pewno bardzo już długo grają. Tymczasem w przerwie zajrzałem do programu i wyczytałem, że to dopiero trzynaste przedstawienie. Publiczność oklaskuje niejednomyślnie: jedni wszystko, drudzy — nic. Sztuka jest grana, jak na to, co się dzisiaj widzi w Berlinie, dobrze, ale przede wszystkim uczciwie i sumiennie. Teatrów działa zaledwie kilka, sztuka jest na czasie — a jednak pustki. Nie będę pisał o treści Schlagetera, bo sztuka stała się skandalem europejskim i cała prasa pełna była cytatów z niej zaczerpniętych. Powiem tylko, że reakcja widza, nierozmiłowanego w panujących stosunkach i umysłowości, jest wprost bolesna. Człowiek siedzi podczas tego przedstawienia trochę skulony i nie wie, czy jest bardziej zgorszony, czy zdumiony. Z jednej strony wali się nań niesłychana gloryfikacja brutalności, wstecznictwa oraz pychy i odrębności narodowej, a z drugiej — przeciera uszy, słysząc długi monolog prezydenta prowincji, dawnego robotnika-socjalisty, który wstydzi się swych spracowanych rąk. Autor daje do zrozumienia, że jest się naprawdę czego wstydzić, że robotnik powinien pozostać robotnikiem. Są to — przyznajmy — akcenty nowe. Dawka nienawiści, zaślepienia i brutalności jest tak silna, że przez całą dobę nie mogłem się uspokoić. Wciąż sobie powtarzałem: „Tyle więc jest tej patriotycznej nienawiści w powietrzu, a zdawałoby się, że w stosunku do zbiorowości jest to uczucie tak nienaturalne”.

Sprawa filmu nie przedstawia się lepiej. W ośmiu kinach śródmieścia wyświetlano podczas mego pobytu Blutendes Deutschland (Krwawiące Niemcy); poza tym niemieckie filmy z całkiem nieznanymi nazwiskami aktorów i — o dziwo! — dwa przeboje sezonu: jeden Kiepury109, drugi Schmidta110. Kiepura — Polak, Schmidt — stuprocentowy już nie Żyd, ale Żydek. Obaj znakomici śpiewacy — znakomicie śpiewają. Kiepura zrobił niewiarygodne postępy: mówi płynnie po niemiecku, gra z humorem i prostotą. Ale czym tłumaczyć fakt, że filmy te tolerowano? Odpowiedź: Hugenberg111 znajdował się jeszcze u władzy, Hugenberg był możnym panem w „Ufie”, oba wspomniane filmy nakręciła właśnie UFA.

Byłem oczywiście na Blutendes Deutschland112. Jest to film propagandowy narodowego socjalizmu, polegający na zlepieniu aktualności filmowych od czasów przedwojennych aż po chwilę obecną. Pokazana jest potęga i blask cesarstwa, rewie wojskowe sprzed 1914 roku, ale — rzecz ciekawa — nie widać cesarza, tylko cesarzową. Potem następuje okres wojny. Napisy wychwalają wojnę jako czas bohaterstwa, próby i ofiarnej służby ojczyźnie. Z ekranu przemawiają nastroje świadczące o tym, że w intencji piszącego scenariusz było przekonanie młodych, iż wojna nie jest naprawdę taka straszna, jak ją malują. Ale fotografowana nie wygląda lepiej, zdjęcia bowiem, bardzo zresztą udane, pokazują najohydniejsze masakry, odzwierciedlają wiernie brud, brutalność i znużenie żołnierza. Trzeba już chyba dobrze znać swoją widownię, żeby móc taki film wyświetlać jako propagandowy. Oglądamy wreszcie powojenne smutnoje wriemia113. Tu widzimy — tak przynajmniej się wydaje — pracę nie filmowo-reporterską, ale studiową, gdyż sceny rozruchów komunistycznych i barykad są pokazywane przeważnie w nocy. Jest to świetne, o ile chodzi o nastrój, ale nie daje zupełnie poczucia autentyczności. Poza tym widzimy zamarłe fabryki i okupacyjne wojska w Nadrenii. Wszystkiemu ma być winna republika weimarska i jej żydowsko-marksistowskie rządy. Każdy napis to podkreśla. (Za „marksistowskie” uważa się dziś w Niemczech wszystko, co jest liberalne czy lewicowe). Pokazują nam na przykład nędzę w mieszkaniu rodziny bezrobotnego, przy czym napis brzmi mniej więcej tak: „Tak się działo, zanim narodowi socjaliści objęli rządy”. Ktoś mógłby pomyśleć, że się cokolwiek od tego czasu poprawiło. Film kończy się poczdamskim tryumfem114 z 5 marca i łopotem flagi ze swastyką. Widowisko jest długie, na ogół nudne i dość niechlujnie sklecone. Publiczność — bierna.

Ale co jest ciekawsze od każdego filmu widzianego dziś w Niemczech, to dodatki dźwiękowe. Kronika tygodnia, poświęcona w dziewięćdziesięciu procentach sprawom niemieckim, i to politycznym, trwa czasem blisko godzinę. Ciągłe zjazdy, obchody i manifestacje są powodem do przemówień i enuncjacji Hitlera, Goeringa i Goebbelsa ze wspomnianym już dzikim, demagogicznym rykiem. Śmiesznie wygląda tylko sam wódz, choć tylko on jeden za każdym swoim pojawieniem się na ekranie wywołuje burzę oklasków. Za to bardzo patetyczne wrażenie robi stary prezydent Hindenburg. Można stać się od razu konserwatystą, porównywując jego zachowanie się, postawę i ton w przemówieniach ze sposobem bycia „ludzi nowych”. Wprost przykro patrzeć, jak czuje się nieswojo ten, co tu gadać, imponujący starzec. Jego brak sympatii do obecnych poczynań narodowych socjalistów, a zwłaszcza negatywny stosunek do antysemityzmu — stanowi dziś publiczną tajemnicę. Jedyny jego człowiek — Hugenberg został usunięty i prezydent jest dziś całkiem osamotniony nie tylko pośród swego otoczenia i ludzi u władzy, ale także w społeczeństwie, jest tak pieczołowicie strzeżony, że nie ma wprost możności nawiązania kontaktów tam, gdzie by chciał.

Ale wróćmy jeszcze do filmu. Więc dawni reżyserzy i aktorzy w przeważającej części wyjechali i studia w Pradze, Wiedniu i Budapeszcie, które świeciły pustkami od początku kryzysu, zostały podobno odnajęte berlińskim wytwórcom na kilka lat. Nie tylko więc teatr, ale także film niemiecki można uważać za chwilowo (i oby tylko chwilowo) nieistniejący w artystycznym tego słowa znaczeniu.

Opera oczywiście trwa. Niemcy są tak muzykalni, że potrafią „śpiewać i grać” sami. Ale fakt, że właśnie są tak muzykalni, zrobił z Niemiec mekkę ludzi muzyki. Żydów i innych obcoplemieńców (Toscanini115) było więc, zwłaszcza wśród kapelmistrzów, bardzo wielu. Brak więc takich ludzi jak Bruno Walter116 daje się jednakże boleśnie odczuwać i projektowane wypuszczenie znaczków pocztowych, ilustrowanych tematami wagnerowskimi, nie przeważy tych strat.

Jak widać, „czystka” przeprowadzana jest z całą sumiennością. Hasło „Niemcy dla Niemców” nigdy nie było tak bliskie urzeczywistnienia. Z obcymi rasami wiadomo już, jak się uporać, ale i wśród swojej, najświetniejszej ze wszystkich ras, trzeba zrobić porządek. Trzeba, żeby się rozmnażała. Strach przed brakiem mięsa armatniego jest większy niż skrupuły przed stwarzaniem milionowych zastępów bezrobotnych. Trzeba więc rodzić, rodzić, rodzić! Trzeba według zasad eugeniki dobierać małżeństwa, a sterylizować nieodpowiednich do prokreacji, pozostawiając im życie alkowy jedynie dla rekreacji. Wszystkie znane zasady hodowlane mają być zastosowane do rasy ludzkiej. Będą więc, jak u krów, ludzie kategorii pierwszej, drugiej itd. Małżeństwa między przedstawicielami różnych kategorii będą utrudniane, a związki z obcokrajowcami wprost zakazane. Taki jest program. Słychać hasło: Wir müssen uns vernordern („Musimy się spółnocnić”). Toteż o kobiecie, która sobie utleniła włosy, mówi się żartobliwie: Sie hat sich vernordert. A jedno pismo wrocławskie z zupełną powagą doniosło, że dowiedziało się ze „źródeł najpewniejszych”, że choć Hitler wąsik ma czarny, ale pod pachami jest blondynem.

Z powodu takiego programu wszystkie poradnie matrymonialne i eugeniczne Berlina zamknięto do czasu — jak głosi komunikat magistratu — obsadzenia ich przez lekarzy o nowych poglądach i sformułowania przez wydział higieny społecznej nowych ogólnych zasad ich działalności.

W ogóle dużo jest mowy „o naszych pięknych dziewczynach i kobietach, o naszych dorodnych chłopcach, o naszej pięknej rasie blondynów”. Jest w tym wszystkim jakiś niepokojący, zmysłowy, narcyzowsko-kazirodczy posmak, który dziwnie odbija od jednocześnie głoszonej pruderii. Przecież Niemcy to naród niesłychanie skomplikowany i psychicznie, i płciowo. Choćby wziąć pod uwagę tak jak nigdzie rozpowszechniony homoseksualizm. Dziś jest to, oczywiście, surowo ścigane. Twierdzi się, że Żydzi zaszczepili pederastię, że jest to objaw bardzo nieniemiecki i pod tym hasłem rozgromiono instytut badań seksualnych doktora Magnusa Hirschfelda wraz z jego biblioteką. Instytut z punktu widzenia nauki był niewiele wart, ale śmieszne jest zarzucanie Żydom, jednemu z najbardziej płciowo zdefiniowanych narodów świata, tego, co jest typowe właśnie dla ras nordyckich.

Wszystkie więc bary uczęszczane przez pederastów i lesbijki, te tak typowo berlińskie instytucje, zostały zamknięte. Wszyscy transwestyci schronili się do SA i tylko, jak powiadają, skarżą się na trudność chodzenia na niskich obcasach. Za to wśród ludzi stojących najbliżej Hitlera jest kilku takich, których brak instynktu „podtrzymywania rodzaju” jest notorycznie znany. Tym panom nie dzieje się żadna krzywda. Chodzi o to, aby mocno siedzieć w partii i głośno wykrzykiwać na cześć Führera i das Deutschtum (niemieckość), a poza tym wolno się kochać choćby w kaczce, byle kaczka była zupełnie prawomyślna.

W kwestii rasy operuje się dziś w Niemczech pojęciami i określeniami wysoce nienaukowymi i nieścisłymi. W rzeczywistości przedstawiciele rasy nordyckiej — najlepszej — stanowią dziś w Niemczech podobno zaledwie sześć procent ludności. Zresztą na Śląsku, na Pomorzu, w Brandenburgii co drugi szyld sklepowy to nazwisko słowiańskie, a mówiąc ściślej — polskie. Ale śmieszna, pseudonaukowa „wystawa rasowa”, z wykresami, gipsowymi modelami, relikwiami znaków runicznych, zmierza do wyjaśnienia, że „najstarszą” swastykę w Europie, wykutą w kamieniu, znaleziono gdzieś w Norwegii, w okolicach kręgu polarnego i że schodząc na południe, rasa się zdegenerowała.

Żeby się więc odrodzić, czyni się liczne wysiłki w kierunku wyodrębnienia się i odróżnienia od innych narodów. Na odwrocie kart pocztowych o tematach hitlerowskich widzimy wydrukowane: Deutschgeboren zamiast Hochgeboren117 albo zwyczajnie Herr. Ten napis wygląda jednak zupełnie bluźnierczo, kiedy po nim widać nazwisko Polaka pochodzenia żydowskiego. Miałem sposobność ujrzeć takie świętokradztwo.

Istniejąca zawsze do pewnego stopnia, zwłaszcza u mężczyzn, odrębność mody niemieckiej została przez rewolucję narodową podtrzymana i podkreślona. Mężczyźni chętnie pokazują gołe kolana, a i mężczyźni, i kobiety noszą krótkie, na dwa rzędy guzików zapinane kurteczki z jakimś tyrolskim zacięciem. Niedawno też powstał w Berlinie urząd mody narodowej pod przewodnictwem żony Goebbelsa118.

Tak we wszystkich dziedzinach życia istnieje dążność do wycofania się z kontaktu ze światem. (To prawie jak polskie ograniczenia paszportowe). Tego się tak nie formułuje, ale tak się to jednak rozumie. Na uniwersytecie w Dreźnie, przy udziale całego gremium profesorów, z rektorem na czele, odbyła się ceremonia „pręgierza”. Do pnia umieszczonego na środku dziedzińca uniwersyteckiego przygwożdżono karty z nazwiskami „przestępców uniwersyteckich”. Więc obok nazwiska profesora, który nie zdjął kapelusza przed Grobem Nieznanego Żołnierza, przybito nazwiska dwóch studentów filologii słowiańskiej, którzy odbyli jakieś kursy na Uniwersytecie Warszawskim.

Na gwałt wprowadza się wszędzie pismo gotyckie. Książki oczekujące na drugi nakład wycofano, bo muszą się ukazać drukowane gotykiem. Nazwy stacji kolei podziemnej, tak jak ulic, zamienia się w szybkim tempie, bo były pisane literami łacińskimi. Zaczęto oczywiście od Adolf-Hitler-Platz. Dawniejszy Reichskanzlerplatz po 5 marca przemianowano na cześć wodza, ale tablicę otrzymał jeszcze łacińską. Sam widziałem, jak tę gafę wstydliwie naprawiano. Znajomy mój w brązowej koszuli wpada zdyszany do baru hotelu Adlon, żeby się ze mną umówić na następny dzień. Spieszy się ogromnie, ma pięć minut do odejścia pociągu i chce mi na kartce napisać swój nowy adres. Trzy kartki zniszczył, bo nie mógł wybazgrać się gotykiem. Była to niema scena niepozbawiona humoru.

A teraz wspomnę o dwóch bardziej jeszcze niepoważnych, ale charakterystycznych objawach separatyzmu duchowego Niemiec. Jeden to pismo codzienne „Die Arische Rundschau”, które w jednakowym stopniu zwalcza Żydów, katolików, jezuitów (oddzielnie), masonów i komunistów. Ciekawa spółka wrogów. Mniej więcej te same ideały przyświecają generałostwu Ludendorffom. Stary generał był w początkach rewolucji uważany za trochę zanadto tego... Ale dzisiaj sama rewolucja „podciąga się” do niego, jak może. Generał jest właścicielem wydawniczej firmy w Monachium, a w Berlinie, na Friedrichstrasse, ma swoją własną księgarnię. Patrząc na wystawę i typ okładek, można by myśleć, że się stoi przed witryną librairie spéciale w paryskim Palais Royal. Papier i wykonanie tandetne, ornamenty secesyjne, dużo nagich ciał kobiecych, włosów i lilii wodnych w ozdobach i winietkach. Wieje od tej wystawy księdzem Oraczewskim119 czy też panem Wotowskim120. Niektóre dzieła wyszły spod pióra generała, większość to dorobek literacki generałowej. Jest ona i płodną autorką, i gorącą zwolenniczką germańskiego boga. Tak dużo i szczegółowo opisywała swoje bliskie z nim porozumienie, że została nawet skazana za bluźnierstwo przez niemoralne sądy republiki weimarskiej. Inni autorzy, których dzieła można tam nabyć, są mi całkowicie nieznani. Zaszedłem do sklepu po dwie karty pocztowe, obie z wizerunkiem Fryderyka Wielkiego i z jego aforyzmami: na jednej przeciwko katolicyzmowi, a na drugiej przeciwko masonom. Sprzedający wręczył mi kopertę. W kopercie znalazłem po sześć sztuk każdej pocztówki. Zaprotestowałem, ale sprzedawca wytłumaczył mi, że sześć otrzymałem za cenę jednej, że będę może miał sposobność rozdania tych kart wśród znajomych. Poza tym nabyłem tam pocztówki z reprodukcjami rzeźb wykonanych przez Murzynów dahomejskich na tematy chrześcijańskie, jak zdjęcie z krzyża i Matka Boska z małym Jezusem na ręku. Pocztówki te są zaopatrzone w komentarz następujący: „Rzeźby te dowodzą, jak mylnym jest uważać Żyda Jezusa z Nazaretu za Aryjczyka, a chrystianizm za odpowiednie dla narodu niemieckiego pojęcie o Bogu”. Zadziwiający, zaiste, kramik nienawiści.

Ale to, co chyba najbardziej wyróżnia narodowosocjalistyczne Niemcy od — cokolwiek powiemy — istniejącego jeszcze demokratycznego świata, ba, nawet od Polski — to prawodawstwo i wymiar sprawiedliwości.

Pisałem o bezprawiu jako o najjaskrawszym objawie każdej rewolucji. Ale prawie nie mniej charakterystyczny dla rewolucji już zwycięskiej jest jej stosunek do istniejącego prawa, jej tendencje do stwarzania nowych praw i wreszcie temperament, z jakim nowe ustawy wydaje lub stare przekształca. Z tych trzech punktów widzenia przewrót narodowosocjalistyczny ukazuje się nam znowu jako typowa rewolucja: do starego prawa — niedowierzanie, a nowe ustawy lub rozporządzenia, mające moc prawną, wydaje się z frenetycznym zapałem, wkraczając chaotycznie we wszystkie dziedziny życia. Prawodawcy Niemiec dzisiejszych zachowują się w równie rozagitowany sposób jak dziecko w sklepie zabawek, któremu pozwolono wybierać, co mu się podoba. Jak dziecko też dzisiejsza rewolucja w Niemczech odrzuca pomoc i doświadczenie starych opiekunów, jak na przykład kodeksu rzymskiego czy innych, bądź co bądź, sumiennie przemyślanych zbiorów praw. Zdaje się w zacietrzewieniu wołać: „Ja siama”.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka ustępów z przemówień wygłoszonych na Manifestacji Prawników w Berlinie. Obchód ten odbył się pod hasłem: O niemieckie prawo i niemiecki wymiar sprawiedliwości. Zgromadził przedstawicieli sądownictwa, prokuratury, narodowosocjalistycznego związku adwokatów (odpowiednik polskiego KARP-u121); obecni byli również ministrowie sprawiedliwości Rzeszy i krajów związkowych oraz delegaci narodowosocjalistycznej organizacji prawników austriackich.

Przywódca frakcji narodowosocjalistycznej w pruskim Landtagu, nadprezydent Brandenburgii, Kube122, mówił: „Sędzia powinien być sprawiedliwy, ale obiektywizm ma swoje granice tam, gdzie idzie o sprawę narodu. Żywotne interesy narodu sędzia musi stawiać bezwzględnie ponad prawem formalnym”.

Dalej przemawiał sam organizator manifestacji, pruski minister sprawiedliwości Kerrl123. Jest on uosobieniem tego radykalnego, powiedzmy — beznadziejnie logicznego kierunku w narodowym socjalizmie, który tak groźnie przedstawia się dzisiaj nie tylko dla komunistów czy junkrów, ale także nawet dla ludzi stojących na szczytach rewolucji. Do grupy przestraszonych można chyba śmiało zaliczyć i samego Hitlera. Kerrl bowiem kilkakrotnie pozwolił sobie wobec Führera na niesubordynację. Na wspomnianej manifestacji powiedział między innymi: „Przezwyciężona została wreszcie zarozumiałość intelektualistów. Przedstawiciele tego poglądu myśleli kategoriami wszechświatowo-obywatelskimi, wszechświatowo-gospodarczymi i wszechświatowo-politycznymi, a naród tymczasem schodził na psy”. Przyszłe prawo „nie może być zależne od jakiejś litery czy paragrafu, dojść będzie można do niego jedynie poprzez charakter niemieckiego sędziego”. „Przyszły sędzia nie będzie kierował się paragrafami czy literą prawa. Musimy odejść od nadmiaru szablonów i fabrykowania ustaw, które tak dalece przewidują każdy możliwy wypadek, że sędzia ma zawsze pełne usta gotowych formułek”. „Praca sędziego to tylko zwyczajna technika. Precz więc od tego szaleństwa!” (żywe oklaski).

Komisarz państwowy doktor Frank124, prezes związku narodowosocjalistycznych prawników niemieckich, określił narodowy socjalizm jako rewolucję germańską. Podkreślił, że po raz pierwszy pojęcie „rasy” jest uwzględnione przez prawo i że prawo to nie wegetuje w zakresie łamańców oderwanego myślenia, ale odżywa na nowo w świadomości narodu. Doktor Frank objaśnił, że chce wyraźnie stwierdzić, że walka o niemieckie prawo jest sprawą narodowego socjalizmu i będzie prowadzona wyłącznie przez „wykładniki siły” tego ruchu (oklaski). Niemożliwe jest, żeby ten porządek prawny, który doprowadził naród do upadku, pozostał nadal, kiedy idzie o odbudowę państwa niemieckiego. „Jak się to już stało w Bawarii, tak samo będziemy się też starali w całej Rzeszy, żeby egzaminy z prawa rzymskiego były natychmiast i w każdej formie wstrzymane. Państwo niemieckie będzie mogło w przyszłości żądać, żeby interesy jego i jego ludu stanowiły jednocześnie podstawę sędziowskiego obiektywizmu”. „Każda neutralność jest zła albo obłudna (oklaski). Niedawno złamaliśmy wpływ żydostwa na niemiecki wymiar sprawiedliwości. Niektórym może wydać się trudne pogodzenie tempa procesu i potrzeb państwa z programowymi założeniami ruchu. Tempo narodowej rewolucji określa nasz wódz. Związek narodowosocjalistycznych prawników nie odstąpi nigdy od żądania wyrugowania wszystkich bez wyjątku Żydów z życia prawniczego w każdej jego formie” (burzliwe oklaski). Doktor Frank zapowiedział, że wkrótce ma być rozpoczęta reforma prawa karnego, jak również reforma procedury cywilnej. (Te rzeczy robi się na kolanie). Jeszcze w ciągu przyszłego tygodnia gabinet Rzeszy zaaprobuje obszerną nowelę do kodeksu karnego, nowelę, która uwzględni najważniejsze i najpilniejsze potrzeby, a mianowicie: zaostrzenie kar w dziedzinie nielojalności, korupcji i dręczenia zwierząt, a zniesienie karalności pojedynków studenckich itd. (Dziwne zaiste są niektóre sprawy niecierpiące zwłoki. Wiem zresztą skądinąd, że studenci nie czekali wcale na ukazanie się noweli i z całym animuszem zabrali się do wzajemnego kaleczenia). „Chociaż praca prawodawcza jest teraz tak uproszczona — ciągnął dalej doktor Frank — w przyszłości będzie bardzo trudno łamać prawa Rzeszy. Państwo nie ma zamiaru prowadzić dalej tego odurzania humanitaryzmem, jakie praktykowano w przeszłości”. „Ośrodkiem naszej pracy jest lud, a przestępcę będziemy tak ścigali, że się nauczy drżeć przed władzą”. (Oby się to drżenie ograniczyło tylko do przestępcy).

Po doktorze Franku dziekan wydziału prawnego na Uniwersytecie Berlińskim Geheimrat125 Heyman126 w ciągu obszernego przemówienia uskarżał się na scholastykę (jak się wyraził), która się ponoć rozpanoszyła, zwłaszcza w prawie cywilnym. Wyraził nadzieję, że prawo niemieckie, które wzięło swój początek z prawa chłopskiego (Bauemrecht), znowu zacznie posługiwać się chłopskim rozumem, a nie, jak dotychczas, metodami scholastycznymi.

Wreszcie dyrektor departamentu ministerstwa sprawiedliwości i prezes pruskiego związku prawników nazistowskich doktor Freisler127 złożył przy akompaniamencie burzliwych oklasków w imieniu pruskiego ministra sprawiedliwości urzędowe oświadczenie, że ci, którzy walczyli o wolność Niemiec i których stary system uznał za morderców, są teraz uroczyście proklamowani bohaterami narodowymi. „Nie ma tu żadnego dociekania prawa formalnego i żadnego wyroku sądu. Sumienie ludu przemówiło”.

Co to znaczy? Jest to aluzja do tak zwanych „Feme-mordów”, czyli skrytobójczych morderstw wykonywanych na zasadzie wyroków sądów tajnych (kapturowych). Jak wiadomo, wiele tego rodzaju wypadków zaszło podczas powstania na Śląsku, w okupowanych rejonach na zachodzie Rzeszy i w ogóle w związku z puczami i walkami partyjnymi. Dzisiejszy prezydent policji wrocławskiej, który od 1 maja bieżącego roku jest jednocześnie dowódcą SA (nadgrupy pierwszej) na Pomorze Pruskie, Meklenburgię, Ostland, niemiecki Śląsk i Brandenburgię wraz z Berlinem, siedział do przewrotu styczniowego w więzieniu za takie właśnie morderstwo. Obecnie, jak donoszą gazety, powierzono mu rolę usmiritiela128 na Pomorzu Pruskim, gdzie ma pokazać opornym junkrom, stahlhelmowcom i niemieckonarodowym, co to jest subordynacja względem narodowej rewolucji.

Enuncjacji doktora Freislera specjalnego posmaku rewolucyjnego dodaje fakt, że podobno wielu jest takich, którzy pamiętają (choć starają się jak najszybciej o tym zapomnieć) doktora Freislera jako czynnego komunistę. Gdyby się o tym nawet nie wiedziało, łatwo byłoby wpaść na tę myśl, słuchając końcowego ustępu jego przemówienia, które jednocześnie zamykało obchód. Położył on, jak również jego przedmówcy, nacisk na to, że przy ferowaniu wyroków nie można się kierować fałszywym obiektywizmem. Prawem jest zawsze to, co służy życiowym potrzebom narodu. Prawnicy niemieccy wrócą teraz do pracy i będą tworzyli państwo karności (Zucht), porządku, zdrowego rozwoju „krwi niemieckiej”, państwo chłopów, robotników, żołnierzy — państwo Adolfa Hitlera.

Czy to o takich sędziach w Berlinie głosi tradycja wieku oświecenia...? Czy rosnące w potęgę Prusy Fryderyka Wielkiego — ale i Woltera — pisały: II y a des juges à Berlin129 gotykiem?

Wehrhaftigkeit

Wehrhaftigkeit znaczy dosłownie — zdolność do noszenia broni, a w znaczeniu, jakie obecnie nadają temu słowu Niemcy, znaczy — zdolność do obrony. Od czasu przewrotu hitlerowskiego jest to jedno ze słów najczęściej spotykanych w prasie. Rozciąga się ono w moim pojęciu na organizację militarną kraju, na sprawy gospodarcze i na psychikę, a nawet na mistykę narodu.

O tym, czy Niemcy są narodem mistyków, zdania są podzielone. Nie można jednak zaprzeczać faktowi, że w chwili obecnej naród niemiecki przechodzi wyraźny, choć nieuświadomiony, okres mesjanizmu. Już w kilku przemówieniach Hitlera nuta pogawędki z Bogiem, pogawędki namiestnika ze swoim monarchą — brzmiała całkiem wyraźnie. Ale poza tym istnieje w dzisiejszych Niemczech pewne podświadome przywiązanie i kult symboliki. Kult ten, bez wątpienia, to w pewnym stopniu zdegradowana forma mistycyzmu. Sztandar, żeton, mundur, mensura130, Führer, Wagner, swastyka, złote warkocze — wszystko to są symbole. Do tego rodzaju symboli i do ustroju koszarowego naród niemiecki zdaje się być głęboko przywiązany. Jak mi wyjaśnił, nie bez paradoksalnego dowcipu, pewien przyjaciel w Berlinie, Niemcy mogły się stać ośrodkiem naprawdę twórczego pacyfizmu: należało tylko pacyfizm ten potraktować militarnie. Pacyfistów trzeba było skoszarować, umundurować, trzymać w wojskowym rygorze, a wówczas zastępy ich rosłyby szybko. Takie Paxabteilungi131, jak udarnicy132 sowieccy, niosąc ewangelię pokoju, szłyby do narodów kochających szabelkę z taką samą bezczelnością, z jaką ministrowie Rzeszy polecieli do Wiednia. Lecz wiadomo, że „dzieci ciemności” zawsze są górą, a pacyfiści, jak nas uczy smutne doświadczenie, nie okazali się dotychczas dobrymi psychologami.

Jeżeli zajmuję się militaryzmem niemieckim, to nie z myślą o nieuniknionej a bliskiej rzezi. Może się mylę, ale w tę rzeź chwilowo nie wierzę. Z pobytu w Niemczech wywiozłem wyraźne wrażenie, że nikt tam w chwili obecnej konfliktu zbrojnego nie pragnie. Młodzi i starzy są zahipnotyzowani słabością Niemiec (czytaj: krzywdą wyrządzoną im w Wersalu) oraz potęgą militarną sąsiadów. O wprost gigantycznej sile armii polskiej, na przykład, ma opinia niemiecka nadzwyczaj wysokie i trwożne wyobrażenie. Więc bije się nie tyle na agresję, ile na obronę i konieczność zadośćuczynienia za upokorzenia wypływające z przegranej wojny. Dopiero podczas ostatniej mojej bytności w Berlinie zdałem sobie sprawę, jak głębokie i szczere jest poczucie, że w 1918 roku naród został zhańbiony i zakuty w niewolę długów wojennych, odszkodowań, kontroli zbrojeń, okupacji ziem praniemieckich. Jak wciąż bolesną i jątrzącą się raną jest utrata kolonii, jakim upokorzeniem — plebiscyty. W tym względzie społeczeństwo okazuje coś w rodzaju głębokiego urazu psychicznego. Czy te wszystkie uczucia były w ciągu lat czternastu przez większość ukrywane, a teraz wybuchły, czy też to już hitlerowska propaganda zrobiła swoje — nie sposób dziś osądzić. Faktem pozostaje, że symbole równouprawnienia Niemiec z innymi państwami Europy są czasami cenione wyżej niż uzyskanie dla narodu jakiegoś znacznego, rzeczywistego plusa, powiedzmy natury gospodarczej. Rozumiem dobrze europejskich mężów stanu oraz rządy, które nie mogą temu ufać, ale kiedy przeciętny Niemiec mówi dziś: „Dajcie nam równouprawnienie, a będziemy najczujniejszymi stróżami pokoju” — wygłasza te słowa z niewątpliwą szczerością. Szczerości w tym samym stopniu nie można się doszukać w enuncjacjach urzędowych i prędzej słyszy się zwroty krasomówcze niż prawdziwie programowe, kiedy premier pruski, kapitan Goering, mówi o sprawie zmiany godła Prus: „Miecz i błyskawice są przywrócone pazurom pruskiego orła heraldycznego. Miecz jest znakiem, że zachowamy pokój i że pragniemy bezpieczeństwa dla naszego narodu. Ale błyskawice są znakiem, że ten, kto spróbuje znowu zniszczyć Niemcy, będzie rażony gromem orła pruskiego”. Te autorytatywne zapewnienia czynników rządzących o pokojowości Niemiec i agresywności sąsiadów są tak ciągle i systematycznie wpajane w społeczeństwo, że nie należy zbytnio dziwić się, kiedy na granicy Polski czy też Saary odbywają się manifestacje z pogróżkami. (Mało to studentów chodziło pod gmach poselstwa niemieckiego w Warszawie?). Siedząc kiedyś przy obiedzie z kilkoma panami zajmującymi tak wysokie stanowiska w partii, że byłem przekonany, iż oni przynajmniej wiedzą, jak się sprawy naprawdę mają, starałem się im wytłumaczyć pokojowość polityki polskiej, zwłaszcza teraz, kiedy rządowi polskiemu można zarzucić wszystko, tylko nie szowinizm czy uleganie pokusom demagogii. Słuchali mnie sceptycznie, choć na ogół mam ich zaufanie i informacji moich nie lekceważą. Kiedy skończyłem mój wykładzik, powiedzieli: „No, ale jednak Gdańsk zajmiecie lada dzień; czekacie tylko na okazję, a dlaczego nie zabieracie Prus Wschodnich — to już jest zupełnie niezrozumiałe. Uderzenie od Grudziądza i Grodna, a Królewiec jest wasz. Przecież te nieszczęśliwe Prusy Wschodnie są całkiem bezbronne”. Tu znowu zacząłem wyjaśniać, ale krótko. Nastawienie tych panów było wyraźnie pobłażliwe dla moich dobrych chęci względem marchii wschodniej, a wysoce krytyczne co do mego daru orientacji w nastrojach polskich.

Naród przeznaczony do wojny trzeba od samej kolebki wychować w odpowiednim duchu. Pod tym względem ciekawa była mowa ministra spraw wewnętrznych doktora Fricka133 na zjeździe ministrów oświaty krajów związkowych. Właściwie mowa ta ciekawa jest tylko dla tych, którzy o wychowaniu w Rosji Sowieckiej czy też we Włoszech (o, przepraszam, w Italii) nic nie słyszeli. Bo i Polacy przywykli już słyszeć o tym, co mówił doktor Frick, „że główną zasadą wychowania powinno być stworzenie ducha służby oraz zidentyfikowanie się jednostki z państwem w przeciwieństwie do liberalnej teorii o indywidualnym myśleniu i wolności”. Przy nauczaniu historii (jednego z najważniejszych przedmiotów) należy specjalnie uwzględniać czy nawet prawie wyłącznie ograniczać się do okresu ostatnich dwudziestu lat. Wojna powinna być gloryfikowana, a rozbudzenie sumienia narodowego we wszystkich jego, nawet najmniejszych etapach, od walk w Ruhrze aż do zwycięstwa Hitlera, ma być tematem szczegółowych wykładów. Dziecko musi zrozumieć, że jest członkiem stumilionowej rodziny, z której zwłaszcza po wersalskim „dyktacie” prawie jedna trzecia znajduje się poza granicami Rzeszy. Wehrhaftigkeit powinna być tym ideałem przyświecającym dziecku od maleńkości. Wola państwa, a nie rodziców, będzie odtąd kierowała wykształceniem szkolnym itd. Wszyscy aż za dobrze znamy ten refren.

Rewolucja narodowa jest niewątpliwie ruchem ludzi młodych. Nowe Niemcy są budowane przez młodych i dla młodych, a jednocześnie dyscyplina wojskowa, na której tle rozgrywa się obecny dramat, wytwarza dziwnie kontrastowe sytuacje. Władze uniwersyteckie wraz z ministrem Rustem starają się ująć w jakieś karby rozwydrzonych przez rewolucję studentów, a tenże Rust w auli Uniwersytetu Berlińskiego podczas przemówienia do młodzieży akademickiej beszta wprost profesorów za to, że powsadzali nosy w księgi i retorty i nic ich nie obchodziło, co się działo w duszy młodych.

Toteż na ogół nie liczy się na profesorów. Marny to materiał agitatorski. Nie nadawała się również do agitacji większość organizacji studenckich. Dowodzi tego ich zlikwidowanie. Stworzono natomiast posłuszną Deutsche Studentenschaft, jedyną instytucję studencką, oficjalnie uznaną przez władze, no i przez „Myśl Narodową”134. Anonimowy współpracownik tego pisma, nie czekając na koniec moich reportaży, zarzuca mi brak zainteresowania duchem tej organizacji. Przykro mi niezmiernie przyznać wrogowi, wprawdzie tylko po części, rację. Bo choć zrobiłem potrzebne kroki i poznałem typowych hitlerowskich korporantów, jednakże nie potrafiłem długo z nimi rozmawiać. Byłem nimi dość przestraszony, trochę jak sztuką Schlageter, pomimo że wielu z nich to ludzie inteligentni. Tylko że taka wizja przyszłości nie nadaje się do długiego oglądania. Rewelacyjne momenty z moich rozmów z niedojrzałymi szowinistami dałyby „Robotnikowi” pełne zadowolenie: ci młodzi nie lękają się wcale mistycznej siły mścicielskiej, jaką zawiera w sobie przelana krew robotnicza. Nowaczyński uważałby przytoczone cytaty za rozsądne opinie narodowo myślącej młodzieży. Ale ja chcę uważać je za przejściowy objaw przejściowego okresu przeżywanego przez ludzi w przejściowym wieku. Nie będę więc rozmów tych opisywał. Po co jątrzyć? Studenci, których spotkałem, powtarzają trochę bardziej szczerze to, co ministrowie wykrzykują do tłumów. Ale nie należy brać tego zbytnio do serca, bo iluż to polskich burschów jest dziś pokornymi owieczkami pana Sławka135. Wystarczy pochodzić rok bez posady.

A w życiu studenckim jakież są objawy Wehrhaftigkeit? Póki wykłady jeszcze trwały, przymusowemu wyszkoleniu wojskowemu poświęcano na niektórych wyższych uczelniach aż cztery godziny tygodniowo, a co drugi weekend spędzano w obozie lub „w terenie”. Przymus ten dotyczył nawet mego znajomego, którego jeszcze rodzice naturalizowali się w Holandii. Żydów do tych ćwiczeń nie dopuszczano. Mieli za to więcej czasu na naukę. Niech się tylko zmieni kurs i znowu ci nieznośni Żydzi będą lepszymi lekarzami i sprytniejszymi prawnikami.

W lecie, tak samo jak w Polsce, mnóstwo obozów „przysposobienia”; zwłaszcza studenci obejmujący posady rządowe muszą wykazać się „obozem”. Program takiego obozu obejmuje „gimnastykę, sporty terenowe, takie jak marsze i biegi w maskach, marsze z przeszkodami, marsze w pełnym rynsztunku bojowym, ćwiczenia w wyzyskiwaniu terenu przy akcji bojowej”. Połowa dnia jest zajęta „tymi sportami”. Wykłady teoretyczne dotyczą tematów polityki populacyjnej i kolonizacyjnej, stosunków politycznych i gospodarczych w Europie Wschodniej, przemysłu wojennego, krzywdy traktatu wersalskiego i świętej czystości rasy.

Jadąc z moim znajomym autem do jego majątku pod Berlinem, przejeżdżałem przez okolice Döberitz, sławnego jeszcze przed wojną terenu ćwiczeń wojskowych, rewii i parad. Służy on obecnie ćwiczeniom wojskowym i manewrom Reichswehry, Stahlhelmu, SS i SA, a czasem wszystkim razem. Jeszcze niedawno odbyły się tam manewry w związku z powołaniem do ćwiczeń wojskowych przeszło pięciu tysięcy byłych oficerów. Nawiązuje się rozmowa na temat przysposobienia. Mój amfitrion jest jednym z niewielu ludzi, którzy już przed wcieleniem Stahlhelmu do bojówek hitlerowskich należeli do jednej i do drugiej organizacji. Podczas wojny był oficerem gwardii. Jest konserwatystą, monarchistą i typowym, chociaż dość inteligentnym, wojskowym. Zaczął więc opowiadać mi, jak regulamin obozu Stahlhelmu jest identyczny z regulaminem wojskowym, jak jego ludzie uczą się robienia map, jak praca nad tymi ludźmi jest wdzięczna i owocna. Mknęliśmy ślicznym dwuosobowym samochodem po świetnej, choć wąskiej i bardzo krętej szosie, mijając co chwila jakieś urocze jeziorko zgubione wśród falistych pagórków pokrytych lasem. Mrok zapadał, powietrze było przesiąknięte zapachem wilgotnej zieleni. Popatrzyłem na mego gospodarza-szofera. W czerstwej sile swych czterdziestu lat, z blaskiem radości życia w jedynym, pozostawionym mu przez wojnę oku, w mundurze niczym nieróżniącym się dla laika od wojennego feldgrau136, siedział uśmiechnięty przy kierownicy i cieszył się, że wieczór jest tak upajający, że auto tak świetnie „ciągnie”, że w swojej pięknej rezydencji będzie gościł podczas weekendu miłych przyjaciół, że w poniedziałek jedzie na kilkudniowe manewry i będzie „robił żołnierzy”. Pomyślałem sobie raz jeszcze, popatrzywszy na niego z dużą sympatią, że jednak w teorii odrębności ras musi być jakiś duży procent prawdy.

I przypomniałem sobie münsterską, dziś już historyczną mowę wicekanclerza von Papena, który przecież mówił: „Z pacyfizmu wyrósł niebojowy pogląd na życie. Zaczęło się to od literatury lubującej się w przedstawieniu człowieka silnego jako brutalnego głupca i uświetnianiu postaci każdego słabeusza”. „Wszędzie wietrzono potrzeby: od potrzeb niezrozumianej kobiety do wymogów płciowych więźnia. Zamiast wzniecać energię do walki życiowej, chciano każdemu rozesłać niejako dywan pod nogi. Życie miało się stać wygodną ulicą, kiedy tymczasem z boskiego założenia jest ono stromą ścieżką. Miłość bliźniego zginęła i ustąpiła miejsca uspołecznieniu pielęgnującemu słabość kosztem siły. O karze śmierci wypisywano grube księgi”. „Choroba, nędza — te wielkie kamienie probiercze ludzkich cnót — miały być doszczętnie wytępione”. Pacyfistyczna literatura o wojnie dawała do zrozumienia, że ten, kto padł na polu chwały, umarł śmiercią nienaturalną. Literatura ta nie miała żadnego zrozumienia dla starej żołnierskiej pieśni: „Nie ma piękniejszej śmierci na świecie, niż być zabitym przez wroga”. Nie rozumiała ona starogermańskiego wstrętu do Strohtod (śmierci na słomie). Uwiąd spowodowany zwapnieniem żył zdawał się jej bardziej męski. Pacyfistyczne powieści wojenne nie mogą się dość naopisywać strasznego wyglądu poległych. Tak jakby „zwłoki pokojowe” były estetyczniejsze, jakby nie było znacznie ważniejsze, w jakim duchu człowiek umarł niż jak jego trup wygląda. „Czym dla mężczyzny jest pole bitwy, tym dla kobiety macierzyństwo. Kobieta stacza swoją walkę ze śmiercią, kiedy wydaje na świat nowe życie. Ale jak pacyfizm życiowy chciał położyć kres śmierci na wojnie z powodu odrażającego wyglądu umarłych, podobnie próbował uczynić też z macierzyństwem”. „Decydujący pozostaje w tym względzie fakt, że i ludzie nie widzą już znaczenia świata jako obowiązku utrzymania rodzaju, a myślą tylko o sobie samych. Zanik męskiego bohaterstwa odpowiada podobnemu zanikowi u kobiet. Ta myśl powoduje w nas nie tylko troskę o istnienie naszego narodu, która przyniosła nam ze strony pacyfistów zarzut, że chcemy użyć kobiet jedynie do wydawania na świat mięsa armatniego, ale także w o wiele większym jeszcze stopniu troskę o stan duchowy naszych kobiet”. „Jest zbrodnią przeciwko porządkowi świata, kiedy ludzie i narody pogardzają prawem utrzymywania rodzaju. Samobójstwo można popełnić nie tylko na sobie samym, ale także na rodzaju i ciągłości życia. Utrzymanie tej ciągłości jest uwarunkowane złożeniem ofiary z indywidualności. Matki muszą się zużywać, aby dawać życie dzieciom; ojcowie muszą walczyć na polach bitew, ażeby swym synom zapewnić przyszłość”. „Już podczas wojny było widać, kto jest urodzonym wojakiem. Można było jasno odróżnić prawdziwie walczące oddziały od balastu. Ci, którzy byli tylko balastem, zdjęli po wojnie mundury. Burzliwe lata 1914–1918 zapadły w ich pamięci jako nieprzyjemny epizod. Inaczej było jednak z tymi, których bohaterski duch nie został złamany i którzy także wśród rzezi walki gospodarczej wciąż odczuwali i wysoko stawiali gotowość do poświęcenia, koleżeńskość i spoistość narodu. Dla nich, pomimo całej goryczy i wszystkich cierpień, wojna pozostała narzędziem łączności narodowej, bohaterskim okresem ich życia, z którego czerpali nadzieję radosnej przyszłości. Widzimy więc, że bojowa tradycja wojny wciąż żyje wśród pewnej mniejszości jako zadatek przyszłości narodu”. Duch wielkich bitew wojennych i duch narodowej rewolucji — jest jeden. „Przedstawiciele tego ducha to ci żołnierscy ludzie, którzy zachowują bojownicze cechy duszy i ciała. Czy idzie o SA, czy o Stahlhelm — jest to ten sam duch potwierdzenia życia (Lebensbejahung), potwierdzenia ofiary z życia, duch, który utrzymał się przez lata goryczy i wreszcie się wyzwolił, ażeby dać początek nowej, heroicznej epoce”. Kończąc swe przemówienie, von Papen powiedział o Hitlerze, że przed śmiercią będzie on mógł pomyśleć o sobie: „Niemiecką żołnierskość z jej nieśmiertelnymi cechami obowiązkowości, odwagi, bezwzględnego poświęcenia dla ziemi swej krwi i ojczyzny swych ojców — postawiłem na nowo pośrodku kręgu myśli narodu niemieckiego. Narodowi temu dałem znowu za przykład żołnierza niemieckiego”.

Myślałem o tej mowie, kiedyśmy zajechali. Przyjęcie miało być kawalerskie. Pani domu i dzieci były nad morzem. Na ganku spotkali nas inni, już wcześniej przybyli goście. Kilka osób było mi już od dawna znanych, wiedziałem też, że znają się z gospodarzem dużo dawniej niż ja. Od lat widywałem ich razem w Berlinie: stanowili jedną paczkę. Zdziwiłem się więc trochę, kiedy zamiast przywitać się po prostu, dwaj młodzi ludzie podeszli po kolei do samochodu, stanęli na baczność, „ruki po szwam” flanelowych spodni, oczy w słup, i czekali, aż gospodarz poda im rękę. Dwaj chłopcy, o których mowa — to młodzi arystokraci w wieku około dwudziestu dwóch lat. Jeden z nich skończył Oxford. Ubrani są wyraźnie nienarodowo, ale za to w Londynie. Rok temu leżeliby rozwaleni, jak każdy z nas, na otomanie i piliby whisky, podając trochę starszemu od siebie panu rękę byle jak. Dziś kwestia kilku miesięcy w różnicy wieku stanowi o tym, kto przed kim staje na baczność. Przy kolacji, dość gęsto zakrapianej, znowu zauważyłem kompletne zmechanizowanie ruchu ramion i łokci przy podnoszeniu do ust kieliszka czy kufla. Znów oczy w słup i oczekiwanie, pełne czujności, na rozkaz picia, a gdy nastąpiło nieme zezwolenie na wychylenie kieliszka, wdzięczne rozrzewnienie w oczach, rumieniec dumy na młodych policzkach. W miarę, jak alkohol działa, mechanizacja ruchów i lojalna koszarowość spojrzeń stają się coraz wyraźniejsze. Mało co w Niemczech tak mnie uderzyło. Spytałem nazajutrz dobrego przyjaciela, który zdawał mi się być niezarażony „koszarową gorączką”, czym wytłumaczyć niesłychaną metamorfozę w obyczajach tych młodych. Powiedział, że bardzo trudno zanalizować powody, ale że widocznie wypływa to z najbardziej zasadniczych cech charakteru niemieckiego. Powiedział to zresztą nie bez lekkiego zmieszania. Trudno osądzić, czy to są właśnie odpowiednie metody dla stworzenia tego Herrenvolk (narodu panów), o którym tyle jest mowy?

Przy tejże kolacji wynikła dość ciekawa i zupełnie szczera rozmowa. Dowiedziałem się tym razem już nie z trybuny, prasy, sceny czy ekranu, ale w zaufaniu, z ust moich młodych towarzyszy, że pragną naprawdę umrzeć za Hitlera. Postuk kielichów i mowa o śmierci za wodza dały mi na chwilę wrażenie, że to wszystko nie może być rzeczywistością, że jestem przeniesiony w jakiś rezerwat dla prarekwizytów teatralnych, że wszystko, na co patrzę, to malowane płótno i togi z drelichu. Ale w dalszej dyskusji wypłynął temat stosunkowej wartości oddziałów SA w porównaniu ze Stahlhelmem. Wciągnięto mnie do rozmowy jako postronnego obserwatora. Powiedziałem bardzo spokojnie to, co myślałem, a mianowicie, że należy mieć nadzieję, iż Stahlhelm nie utraci zupełnie swej odrębnej fizjonomii, bo jest to jednakże element hamujący ekscesy rewolucji. Nie zdążyłem skończyć zdania, kiedy mój przyjaciel mocno kopnął mnie pod stołem. Szepnął mi w ucho, że młodzi ludzie siedzący z nami przy stole należą do SA i mogą się rozgniewać. Byłem zdumiony. O tym, że są w SA, dobrze wiedziałem, ale nie wiedziałem, że w kółku swoich ludzi nie można prowadzić, nawet na zimno, dyskusji na podobne tematy. Więc jak to? Młodzi stoją na baczność, ale młodych nie wolno krytykować. Rekwizyty zaczynają nabierać rumieńców życia. To, co się dzieje, to chyba nie jest jednak powrót do 1914 roku, to jednak rewolucja.

W poniedziałek o świcie mój gospodarz odwozi mnie do Berlina. Na zielonych łąkach Döberitz widzę znowu jakieś mundury. To już nie Reichswehra czy Stahlhelm, ale coś bardzo podobnego — to mundury noszone w obozach dobrowolnej pracy. Tak samo jak w innych organizacjach, przechodzi się też w tych obozach kurs przeszkolenia wojskowego. Sport w Niemczech dzisiejszych przestał być rozrywką i został też poniekąd zmilitaryzowany. Państwowy komisarz do spraw sportu czuwa nad tym, ażeby żaden wysiłek młodych mięśni nie był stracony dla sprawy rewolucji i narodu. Całą Rzeszę podzielono na szesnaście okręgów sportowych z różnymi mniej szymi podokręgami (rodzaj sportowych PKU137). Od komisarza zależy cała hierarchia półkomisarzy i ćwierćkomisarzy sportowych. Na konferencjach działaczy sportowych jest głównie mowa o stronie państwowo-wychowawczej sportu. Organizacje sportowe nienazistowskie są tolerowane, tylko o ile mają na celu „czysty sport”. Wszelkie zabarwienie wyznaniowe czy przekonaniowe dyskwalifikuje je natychmiast. Ale sport prawomyślny jest tak protegowany i reklamowany, że na przykład z powodu święta gimnastyki w Stuttgarcie kolej musiała wydrukować trzy miliony biletów dla wycieczek udających się na to święto.

Dziwne jest w tym wszystkim, że te same ćwiczenia wojskowe, które uważane są nie tylko za obowiązek, ale także za przywilej każdego lojalnego obywatela, są jednocześnie stosowane jako najprzykrzejsza kara dla więźniów politycznych w obozach koncentracyjnych. Tworzy się w tych obozach druga, choć może mniej oddana rządowi, Reichswehra. Przecież ostatnie badania wykazują, że liczba więźniów w obozach Rzeszy wynosi dziś około stu tysięcy ludzi. Cyfrom tym rząd, oczywiście, gwałtownie przeczy.

Tyle o wojsku cywilnym. Ale Wehrhaftigkeit na tym się nie kończy. Dzisiaj w sprawach gospodarczych ministerstwo wojny zabiera głos jeszcze bardziej decydujący niż resorty powołane wyłącznie do opieki nad ekonomicznym życiem kraju. Jeżeli samowystarczalność jest dzisiaj w modzie, to gdzieżby jej więcej hołdowano niż w Niemczech, w tym kraju, który od dziewiętnastu lat czuje się stale oblężony. Ale pomimo tego chronicznego „stanu wyjątkowego” obraz polityki gospodarczej Niemiec dzisiejszych przedstawia się dość mglisto. Poglądy to ścierają się dziwnie przypadkowo, to znowu najbardziej nieoczekiwanie biegną zupełnie równolegle. Jedyną wspólną cechą poczynań, czy to sztabu generalnego, czy to skrajnych elementów partii narodowosocjalistycznej — jest radykalizm. Sztabowi jest obojętne, w jaki sposób wyżywi kraj, głównie interesuje go wojsko podczas wojny, a partii chodzi tylko o to, aby wreszcie dać masom coś bardziej konkretnego niż frazesy — choćby cudzą własność.

Przemysł działa sprawnie, więc należy go oszczędzać. Zakusy skrępowania wielkiego zachodniego przemysłu, robione w początkach rewolucji, spełzły właściwie na niczym. Ograniczyły się do jakichś powierzchownych objawów koordynacji. Przemysł pod wodzą pana Kruppa von Bohlena138 zwyciężył. Cóż mu, poza partią, może dziś stać na przeszkodzie? Chyba tylko koniunktura zagraniczna. Wewnątrz kraju ruch robotniczy został zupełnie złamany. Nowi regionalni komisarze pracy posiadają uprawnienia dyktatorskie co do normowania płac, czasu trwania i warunków pracy. Muszą czuwać nad spokojem w przemyśle, a policja dostała wskazówki bezwzględnego dla nich posłuchu. Tak wygląda więc kraj, którego ministrowie kończą każdą mowę stereotypowym zwrotem do robotnika niemieckiego: „Dla ciebie budujemy tę świetlaną, przyszłą Rzeszę”.

Tymczasem rząd zdaje się być skłonny do tolerowania inicjatywy prywatnej w przedsiębiorstwach stosunkowo niewielkich i posiadających prostą budowę administracyjną; pozostawia zaś sobie kontrolę i kierownictwo nad kartelami czy też polityką ogólną poszczególnych gałęzi wytwórczości i handlu. Gabinet Rzeszy wydał nawet niedawno ustawę normującą mianowanie komisarzy do poszczególnych przedsiębiorstw i tworzenie przymusowych karteli wszędzie, gdzie widać robotę „ludzi niepewnych”. Słychać hasło powrotu do średniowiecznych podstaw ekonomicznych. Dąży się do państwa stanowego. Istnieje wyraźna tendencja rozbijania koncernów na pojedynczo działające towarzystwa akcyjne. Łatwiej dać sobie z nimi radę, a poza tym duże koncerny nabierają zawsze cech międzynarodowych i są związane tysiącami nici z zagranicą.

Wszystko to wydaje się niewtajemniczonemu chaotyczne i bezplanowe. Niektórzy twierdzą, że rząd i partia naprawdę nie ustalili jeszcze żadnych wytycznych życia gospodarczego, a tylko kierują się teorią i dążeniami. Jedna rzecz zdaje się być konkretna, to walka wypowiedziana junkrom, czyli agrariuszom wschodnim. Reforma rolna czeka ich podobno niechybnie, a przeprowadzenie jej będzie tym łatwiejsze, że latyfundia te są tak nieprawdopodobnie przeciążone długami, iż wystarczy nie udzielić ich właścicielom ulg podatkowych czy prolongat kredytów, żeby każdy z tych majątków poszedł w krótkim czasie pod młotek. Będzie wówczas miejsce na kolonizację. Za co jednak przeprowadzi się tę kolonizację, skąd weźmie się pieniądze na roboty publiczne, które mają być wykonane przez obozy dobrowolnej pracy, a w przyszłym roku także i przymusowej — na te pytania nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Ale jak wiemy, na cele wojskowe czy organizacje na wpół militarne gotówki nigdy i nigdzie nie zbrakło. Czasem i często brakuje na zbudowanie ochronki czy szpitala, czasem nie można wykończyć wału ochronnego nad rzeką, która wylewa, ale na pociski i gazy trujące starczyć musi. Więc i w Niemczech jakoś się to dzieje. Tylko że swoboda w rozporządzeniu funduszami na podobne cele musi być chyba jeszcze większa niż w krajach jawnie militarnych, charakter bowiem konspiracyjny zbrojeń niemieckich zwalnia tych, którzy stoją przy kasach, od legitymowania się przed społeczeństwem czy komisją parlamentarną.

Gwałt podniesiony z powodu rzekomego nalotu obcych aeroplanów rozsypujących „bibułę” nad Berlinem, kiedy jednocześnie Maybach-Motoren-Werke wykonują ogromne obstalunki silników samolotowych wprost na zamówienie ministerstwa Reichswehry139 — przypomniał mi rozmowę w samochodzie podczas przejazdu przez Döberitz. Zapytałem, pamiętam, czy ćwiczenia bojówek i Stahlhelmu robione są z bronią. Dostałem na to odpowiedź: „Przecież traktat wersalski na nic podobnego nie pozwala”. I przypomniał mi się strasznie stary, ale zawsze śmieszny kawał o panience z miasta garnizonowego, która pytała matki: Mama, was ist ein Leutnant?140.

Wyjazd

Zbliża się chwila wyjazdu. Jeszcze jedna, ostatnia, wizyta. Spodziewam się po niej pewnego wyrobienia sobie zdania o sprawach Kościołów chrześcijańskich w Niemczech. Choć kroki kieruję do katolików, mam jednakże nadzieję usłyszeć trochę i o stanie protestantyzmu. Pod tak silnym ciśnieniem, jakie panuje obecnie, tworzą się przecież najdziwniejsze sojusze. Wszak widzieliśmy w Rosji Sowieckiej niewątpliwe objawy pewnej solidarności chrześcijańskiej, której próżno by szukać na przykład w Ziemi Świętej. Nadzieje nie zawiodły: znalazłem u moich katolickich informatorów wszystko, czego oczekiwałem. Nie będę jednak nawet robił próby naszkicowania obrazu walk i przeobrażeń toczących się w łonie Kościołów protestanckich. Trzeba by dobrze znać życie i ustrój trzech głównych gałęzi protestantyzmu niemieckiego, żeby móc zrozumieć to, co się obecnie dzieje. Płynność organizacji, dogmatyki i liturgii oraz łatwość, z jaką zbory ewangelickie abdykują z najbardziej, zdawałoby się, zasadniczych rzeczy, łatwość znajdowania kompromisu, wszystko to stworzyło taki stan rzeczy, że Hitler nie miał właściwie, pomimo bardzo stanowczych sprzeciwów prezydenta Hindenburga, zasadniczych trudności z przeobrażeniem protestantyzmu w narzędzie zupełnie podległe narodowej rewolucji, nie dając mu jednakże żadnych przywilejów religii panującej. Der totale Staat141 nie może, oczywiście, patrzeć życzliwym okiem na żadną religię. Religia to konkurencja. Nacjonaliści to najbardziej skrajni monoteiści. Jedno jest bóstwo: państwo. Reszta to opium dla ludu. Nie wątpię, że wśród protestantów działy się i zapewne jeszcze dzieją tragedie. Cierpieć musi wielu purystów, ale cierpią przypuszczalnie głównie ci, którzy widzą dzieło może całego swego życia zniszczone. Mam na myśli ludzi pracujących w organizacjach i związkach wyznaniowych. Tragedie te jednak są bez wyjątku tragediami cichymi. Głośnych protestów nie słychać. Pamiętam tylko jeden w sprawie oczekiwanego zakazu przyjmowania na wiarę protestancką Żydów. Protest ten zresztą okazał się skuteczny, gdyż ustawa normująca obecny stan Kościołów protestanckich nie jest zaopatrzona w paragraf aryjski. Zdziaławszy już tak wiele, rząd myśli teraz o wciągnięciu do wspólnej organizacji także Kościołów protestanckich w krajach bałtyckich, Czechosłowacji, Austrii i Jugosławii, ażeby potem użyć ich jako ogarów hitlerowskiej infiltracji.

Ale kwestia katolicyzmu jest w Niemczech stokroć ciekawsza i ważniejsza. Przeszło czwarta część ludności to katolicy. Śląsk, Bawaria i Nadrenia są całkowicie katolickie, a nawet w Berlinie jest około dziesięciu procent katolików. Kiedy się widzi zlikwidowanie wewnętrznego życia politycznego Rzeszy przez starcie z mapy Niemiec wszystkich partii; kiedy zagadnienia robotnicze i społeczne przestały być aktualne dzięki bezwzględnej koordynacji; kiedy się w dodatku wie, że ten stan rzeczy trwać może ad infinitum, gdyż nawet głód spowodowany wrogiem i koniunkturami gospodarczymi nie przestraszy rządzących, jak ich nie przestraszył i w Rosji, dopóki Reichswehra, SS, SA i Stahlhelm są nakarmione i zadowolone (a ten świetny aparat terroru liczy zaledwie około ośmiuset tysięcy ludzi) — wówczas kwestia katolicka staje się, czy też powinna się stać, problemem największej wagi. Gdyby życie było logiczne, w rękach katolików spoczęłyby losy rewolucji, ale ponieważ logika na arenie politycznej nie króluje, więc w rękach katolików spoczną nie losy, lecz tylko odpowiedzialność za rewolucję. Bo jakże inaczej napiętnować niesłychaną bierność katolików niemieckich zgrupowanych w zwarte jednostki geograficzne, w jednostki cieszące się do niedawna (widocznie nie dosyć) autonomią polityczną (patrz — Bawaria) i mające też do niedawna reputację bardzo „rzymskich”. Stawiano ich przecież zawsze za przykład wszystkim katolikom plączącym sprawy wiary z szowinizmem. A cóż się okazuje? Heca antyżydowska jest najdalej posunięta w Nadrenii, kraju katolickim. Zwracam wybitnemu działaczowi katolickiemu uwagę na wysoce niechrześcijański charakter tego ruchu. Otrzymuję wymijającą odpowiedź, że w Meksyku Żydzi nie bronili prześladowanych katolików.

W ogóle tych kilka cichutkich protestów, czy to w sprawie wolności prasy i słowa, czy to piętnujących objawy brutalności rewolucji, robiło wprost przykre wrażenie, kiedy się wiedziało, jakie możliwości w sensie kulturalnej opozycji czekały tylko na wyzyskanie przez katolików. Zakneblowanie potężnej prasy katolickiej, zamknięcie i konfiskata majątku licznych związków i organizacji katolickich nie wywołały sprzeciwu. Wiem dobrze, że sprzeciw może być równoznaczny z utratą wolności. Ale, o ile mnie pamięć nie myli, Kościół katolicki posiadał już w przeszłości swoich męczenników. Ci katolicy jednak, którzy dzisiaj są uwięzieni, cierpią za swoją przeszłość, cierpią z powodu koniunktury politycznej, ale rzadko kiedy cierpią za akty odwagi cywilnej. Nad tym właśnie ubolewał jeden z moich informatorów, ksiądz, który potem został zresztą aresztowany. On rzeczywiście „cierpi dla sprawiedliwości”. Mówił mi prawie z entuzjazmem, że tylko czeka na więzienie czy obóz koncentracyjny, że jedynie przez pokazanie narodowi męczenników można wyrwać go spod hipnozy nacjonalizmu. Jeżeli za czasów Kulturkampfu — ciągnął dalej — aresztowano nawet biskupów, o ileż jaskrawsze powinny być dzisiaj objawy walki, kiedy duch rewolucji jest o tyle bardziej zasadniczo obcy i wrogi duchowi wszelkiej religii. Bo przyznać trzeba, że jeżeli rzadko uświadamiamy sobie, a może nawet negujemy fakt, że kultura, w której byliśmy wychowani, jest kulturą chrześcijańską, w dzisiejszych Niemczech przekonamy się, stosując metodę eliminacji, że to, co panuje w Europie poza Niemcami (zostawiam oczywiście na uboczu Rosję), jest może oddalonym, ale jednakże refleksem „przewrotu chrześcijańskiego” sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Nic bardziej niechrześcijańskiego, ba, nawet niepogańskiego, niż obecny przewrót niemiecki. Nacjonalizm to kult nizinny. Nie rozwija się on w cieniu Góry Oliwnej ani nawet Olimpu.

Miałem też sposobność zetknięcia się z katolickimi pacyfistami142. Ludzie ci, a raczej resztki tej grupy, które znajdują się jeszcze na wolności w Niemczech, to rzeczywiście cudowny element ludzki. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tak bezwzględnie uczciwych, tak niezdolnych do kompromisu. Dziś ich dążenie do intronizacji ideałów chrystianizmu przez braterstwo ludów może się wydać prawie śmieszne. Lucjan Rydel143 i pani generałowa Ludendorff — oto typy dzisiejszych popularnych teologów. Ale niemieccy pacyfiści katoliccy nie bali się tej śmieszności i tego odosobnienia. Raczej Rzesza bała się ich i dlatego przedsięwzięła od czasu rewolucji odpowiednie kroki, aby ich wpływy unieszkodliwić.

Ale tymczasem pan von Papen, ten sam, który wygłosił cytowaną przeze mnie mowę w Münsterze, który wystąpił z Centrum, który pozwolił w następstwie na rozwiązanie partii katolickich i na wszystkie antykatolickie poczynania swego rządu, podpisuje w Rzymie konkordat, jakiego nie potrafił „wyłudzić” od Watykanu sam wielki Bismarck i zostaje odznaczony jakimś wielkim orderem papieskim, choć pewno nie Pro Ecclesia et Pontifice144.

Co będzie dalej? Dobrzy katolicy oburzają się często na oportunizm, nacjonalizm i bierność episkopatu niemieckiego, który nie tylko nie protestuje w samych Niemczech, ale także jakoby mylnie i łagodząco informuje papieża. Czy pesymiści w sprawach konkordatu mają rację, pokaże przyszłość. Wydaje się nawet dla laika rzeczą niemożliwą, ażeby der totale Staat nie mieszał się do szkolnictwa wyznaniowego, tej najdrażliwszej strony życia katolickiego. A co będzie po prostu z niedzielnymi kazaniami? Nawet kapelan wojskowy nie potrafi mówić zupełnie „po linii”, o ile czuje się naprawdę księdzem. Chyba że Kościół zażąda od swych wiernych nowego rodzaju męczeństwa, a mianowicie złożenia ofiary z zasad i z przekonań.

Trzeba jechać — a człowiekowi się nie chce. Nigdy nie zakosztowałem tak często opiewanego uroku Wschodu, przeciwnie, całe życie czułem instynktowny Drang nach Westen. Zachód nigdy nie wydał mi się tak zgniły jak Wschód. Wsiadanie do pociągu jadącego w kierunku wschodnim jest dla mnie zawsze prawdziwą przykrością. Więc choć w Niemczech widziałem bezsprzeczne objawy zdziczenia, położenie geograficzne Berlina i warunki życia robią z tego miasta coś jednakże bardziej europejskiego od Warszawy. A poza tym od Berlina zaczyna się „mój koniec świata”. Gdyby moje pojęcie o geografii sięgało czasów przedkopernikowskich, nie wątpiłbym po przejechaniu wschodnich przedmieść Berlina, że tu zbliżam się do krańca świata. Przedmioty, na których może spocząć oko, stają się coraz rzadsze, koloryt coraz bardziej wyblakły i kto wie, czy ta sina linia lasów na widnokręgu, łącząca szarawe niebo z mało zieloną ziemią, nie jest właściwie szparą, przez którą widać nicość. Zresztą studiowanie najnowszych map niewiele w tym względzie przyniesie pociechy, bo jeżeliby objechać kulę ziemską na wysokości geograficznej Berlin-Warszawa, droga przedstawiałaby się dość beznadziejnie. Urozmaicenia nader słabe: Ural, Bajkał, sowiecka część Sachalinu, południowy cypel Kamczatki, Góry Skaliste Kanady, dobrze na północ od Vancouveru, dno Zatoki Hudsona, Labrador, no i wreszcie południowa Irlandia i Europa. Jak widzimy, o egzotyce nie ma mowy. A Łowicz nie każdemu wystarcza.

Ale co tu się zastanawiać — jechać trzeba. Wsiadam do pociągu. W moim przedziale siedzą już dwie panie o rysach wybitnie semickich, każda z córeczką w wieku siedmiu, ośmiu lat. Na dworcu żegnają je mężowie. Ruszamy. Moje panie pokazują sobie swoje domy, koło których przejeżdżamy i rozmawiają po niemiecku o rzeczach błahych: nawet podsłuchiwać nie warto. Oddaję się medytacjom, przechodzę myślą wszystko, com widział, com słyszał, hipotezy, jakie budowano, przepowiednie, jakie wygłaszano.

Widziałem więc kraj, w którym odniosła zupełne, miażdżące zwycięstwo rewolucja narodowa. (Zdaje się, że po wypadkach we Włoszech sprzed dziesięciu lat, a teraz w Niemczech, określenie to ma już zupełnie ścisłe, prawie naukowe znaczenie). Widziałem kraj jeden i niepodzielny. Jest to prawie jedyne wielkie dzieło Hitlera. Należy jednak uniknąć nieporozumień co do przymiotnika „wielki” w powyższym zastosowaniu. Dzieło Hitlera jest wielkie, bo nikt tego dotychczas dokonać nie potrafił, bo może być brzemienne w następstwa dla przyszłej historii Europy; ale nie jest wielkie, jeżeli chodzi o kulturę Niemiec i o spokój naszego kontynentu. Powyższe twierdzenia nie wymagają chyba argumentacji. Prawie zupełna konsolidacja Rzeszy stała się jednak faktem i, jak dotychczas, tak dalecy duchowi pruskiemu południowcy nie skarżą się ani jawnie nie żałują utraty swych praw do niezależności i poddania się kompletnego pod batutę Berlina. To, że Hitler jest Austriakiem, nie odgrywa tu żadnej roli.

Czy rewolucja w tych wreszcie zjednoczonych Niemczech siedzi mocno w siodle? Na to pytanie słyszy się przeważnie odpowiedź pozytywną. Z góry zaznaczam, że w przepowiednie nie mam zamiaru się bawić. Postaram się tylko myśleć logicznie, ale i to w polityce czy w historii niedaleko prowadzi. Kiedy się zastanawiać, skąd może przyjść wróg groźny dla rewolucji — z punktu widzenia nazistów trudno nie być optymistą. Katolicy, jak już pisałem, zawiedli. Socjalizm zmarł śmiercią naturalną, tą papenowską Strohtod. Jest to zresztą bardzo przejmująca historia, że drogę do obecnego stanu rzeczy w Niemczech utorowała właśnie socjaldemokracja. Wprawdzie mogła ona też doprowadzić do komunizmu, ale właśnie ten paniczny strach wspólnego frontu z komunistami, choćby stworzonego na krótki okres, dostateczny do zorganizowania strajku generalnego, nawet tak niedawno, jak między 30 stycznia a 5 marca bieżącego roku, spowodował, że Hitler zwyciężył i że klasy pracujące zostały pozbawione i głosu w życiu społecznym, i broni do walki o swe stanowisko w narodzie. Skąd jednak ta zupełna bierność socjalizmu niemieckiego? Tłumaczono mi, że głównym niedomaganiem tej partii był brak ludzi młodych na stanowiskach decydujących. Zaobserwować to zresztą można także i w innych krajach, choćby we Francji i w Polsce. Starzy liderzy socjalistyczni w Niemczech nie byli dostatecznie demagogicznie nastawieni. Za mało urządzali wieców, za mało histerycznie nawoływali tłumy, za rzadko przyjmowali wiązanki kwiatów od dziewczynek w bieli (jak to ciągle czyni Hitler), a przede wszystkim byli kunktatorami i ludźmi politycznie mało odważnymi. Doszło do tego, że wielu synów przywódców socjalistycznych zalicza się do zagorzałych hitlerowców.

Prawodawstwo zmierzające do utrzymania obecnego stanu posiadania rewolucji narodowej z każdym dniem staje się bardziej drakońskie. Istnieją specjalne rozporządzenia przeciwko „ludziom zrzędzącym” (Miesmachen). W biednych dzielnicach Berlina i prawie we wszystkich tańszych lokalach innych dzielnic właściciel lub obsługa są w porozumieniu z wywiadem policyjnym. Praca jaczejek jest niemal zupełnie uniemożliwiona. Jak już pisałem, Niemcy znajdują się w prawie hermetycznie zamkniętym kręgu terroru. A każdy rząd, który swą bezwzględność posuwa poza granice praw i dbania o dobrobyt i szczęście obywateli, jest zwykle rządem dość długotrwałym. Przewraca się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się wahać i mieć skrupuły.

Tymczasem pogłoski o pomrukach ludu rozczarowanego brakiem konkretnych dobrodziejstw rewolucji idą zawsze w parze z wiadomościami o coraz to nowych obostrzeniach prawnych i nowych przywilejach dla organów władzy, rządu i partii. Trochę mniej najzupełniej zbędnej, wiecowej demagogii — a zapewne pracującym warstwom niemieckim oszczędziłoby się niejednego objawu niezdrowo rozbudzonego apetytu. Słowa „apetyt” używam tutaj i w przenośnym, i w dosłownym jego znaczeniu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili, kiedy o tym myślę, zatrzymujemy się we Frankfurcie nad Odrą. Jest niedziela. Słyszę śpiew. Znajoma melodia. To oddział szturmowców śpiewa w odjeżdżającym pociągu środkową zwrotkę Horst Wessel Lied:

Die Strasse frei den braunen Bataillonen,

Die Strasse frei dem Sturmabteilungsmann,

Es schaun aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen,

Der, Tag für Freiheit, und für Brot bricht an!145

Brzmi to jakoś nieaktualnie. Co do chleba, gdzież jest ta nadzieja? Urzędowe dane statystyczne pokazują pewne zmniejszenie bezrobocia, ale należy pamiętać o istnieniu obozów dobrowolnej pracy, ciążących na budżecie państwa, a także o tym, że ci, co utracili posady z powodów politycznych czy rasowych, nie są zaliczani do bezrobotnych. Jeżeli zaś chodzi o wolność, wiemy tylko, że poza opisanymi już gwałtownymi represjami, jakie stosuje rząd niemiecki, zaczęto w ostatnich czasach aresztować rodziny zbiegłych za granicę emigrantów politycznych, ażeby w ten sposób zmusić ich do powrotu i ukarać.

Widziałem więc kraj rządzony według wzorów wziętych po trochu z Rosji i z Włoch. Komunizm jest zbrodnią. Mandaty socjalistyczne do wszelkich ciał ustawodawczych czy samorządowych zostały unieważnione. Inne partie przestały też istnieć: spieszą się jedna przez drugą, która też pierwsza rozwiąże się „dobrowolnie”. Pozostaje więc tylko partia narodowosocjalistyczna, ale kto rządzi nią naprawdę? Hitler, Goering, Goebbels? A może jeden z nich? A może Kerrl albo Rust, albo Freisler, albo Heines146! A może po prostu sztab generalny Reichswehry? Nie sposób powiedzieć. Jak w Rosji, mamy tu prawe i lewe odchylenia. To lewe odchylenie wydaje się odchyleniem przyszłości. Może i Otto Strasser147 powróci jeszcze do łaski. Ale z drugiej strony przemysł zachodni też mocno stoi na nogach i wygląda, jakby nie tracił, ale — przeciwnie — zyskiwał grunt pod tymi nogami. Powinno się pamiętać, że w swych początkach cały ruch nazistowski był finansowany przez kapitał i przemysł nawet po części żydowski, jako środek obrony przeciwko zmorze komunizmu. W obecnej chwili broń zdaje się chwilami obrócona przeciwko jej dostawcom, a już w każdym razie przeciwko junkrom. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko w dalszym ciągu spoczywa w rękach kapitału przez duże K. Przypuszczam, że wersja ta jest przesadzona, tak samo jak przesadzone są przypuszczenia krążące wśród lewicowej inteligencji, że w krótkim czasie dojdzie niechybnie do wielkich buntów wśród rozgoryczonych i rozczarowanych tłumów bezrobotnej biedoty.

Możliwa jest też monarchia. Wiele elementów socjalistycznych patrzy dziś z upragnieniem na tę możliwość. Ufają, że z powrotem monarchii powrócą też bardziej kulturalne formy rządzenia i sprawiedliwości. O cesarzu Wilhelmie148 nie ma, zdaje się, mowy, pomimo żartu o rzekomym telegramie Kronprinza do ojca: Vater, komm bald zurück, wir sind das kleinere Übel („Ojcze, powracaj prędko, jesteśmy mniejszym złem”). Mówi się, jako o kandydatach, o synach cesarza oraz o innych książętach krwi, nawet nie o Hohenzollernach. Masy są na tę ewentualność monarchii zupełnie przygotowane. Gdyby do tego doszło, entuzjazm byłby niewątpliwie wielki, ale kierownictwo partii, a zwłaszcza lewy jego odłam, nie zdaje się bynajmniej dążyć ku temu.

Widziałem, i to może najważniejsze, kraj rządzony prymitywnym instynktem szczepu i jego odrębności. Ani na chwilę podczas pobytu w Berlinie nie mogłem zapomnieć o tym odrodzeniu prymitywizmu. Jaskinia, maczuga, owłosiony małżonek broniący kobiety z cofniętym czołem — takie obrazki stają wciąż przed oczami, kiedy się żyje w atmosferze gloryfikacji poczucia stadnego.

Ale rozmowy w przedziale przerywają mi tok rozmyślań. Po tematach obojętnych moje towarzyszki podróży zaczynają omawiać kurs złotego. Aha, może jadą do Polski. Zjawia się konduktor. Zerkam na bilety. Są do Łodzi. Już wiem trochę więcej. Następuje dyskusja, czy i kiedy należy się przesiadać. Wreszcie nadchodzi kontrola paszportów, z woreczków wyłaniają się niewątpliwe polskie paszporty konsularne. Serce rośnie — rodaczki. Ale rozmowa ciągle jeszcze jest niemiecka, i to niemczyzną zupełnie poprawną. Opuszczamy ostatnią stację niemiecką. Jedna z dziewczynek siedzi przy oknie, wygląda znudzona, wystukuje bezmyślnie palcami po szybie jakąś melodię i coś nuci pod nosem. Przysłuchuję się. Tak, nie mylę się: Deutschland, Deutschland über alles. Słyszy to matka i nagle odzywa się językiem Esterki i Mickiewicza: „Dziecko, po co ty to śpiewasz, ty przecież umiesz i polskie piosenki, zaśpiewaj lepiej coś po polsku!”. Rewelacja! Dziecko posłuszne, choć dalej znudzone, zaczyna bez zapału, ale wyraźnie podśpiewywać: „Oto dziś dzień krwi i chwały”... W tej chwili pociąg wjeżdża na stację Zbąszyń. Wyprawa moja skończona. Jestem już w Polsce. Na jak długo żegnam się z Trzecią Rzeszą, która mnie nie nawróciła, pomimo mej uczciwej chłonności? Ufam jednak, że zostanę należycie zrozumiany. Pisałem tylko prawdę i pisałem ją, mając wciąż na myśli, że nie należy jątrzyć już i tak trudnych stosunków pomiędzy Polską a Niemcami. Unikałem wszystkich szablonów zgiełkliwej histerii europejskiej prasy lewicowej i tylko prawda zmuszała mnie do wysuwania, niestety, dosyć ciężkich oskarżeń.

Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe. Ale czy tak jest naprawdę? Człowiek posiadający wyobraźnię może zrozumieć i odtworzyć wiele z tego, co się dzieje w Niemczech, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. W piśmie sanacyjnym czyta się o inicjatywie rządu w organizowaniu Święta Morza, Święta Straży Przedniej, Święta Przysposobienia Wojskowego. (Pomimo istnienia ogromnej, dobrze, bo za połowę z górą polskiego budżetu, wyekwipowanej, jawnie rozwijającej się armii, która nie zna żadnych traktatowych ograniczeń). Można się dowiedzieć o Legionie Młodych, o jedynej partii, która coś znaczy — BB149; o tym, że zjazdy strzeleckie odbywają się pod hasłami: Każdy Polak winien zdobyć w 1933 roku odznakę strzelecką; Polskę obronimy karabinami, a nie rezolucjami uchwalonymi na wiecach; Każdy obywatel żołnierzem, każdy żołnierz — obywatelem. (Druga część aforyzmu jest trochę niezrozumiała, bo jakże może wykazywać cnoty obywatelskie człowiek pozbawiony inicjatywy i swobody). Dowiemy się o konieczności zdobycia przez możliwie największą liczbę obywateli Państwowej Odznaki Sportowej; o tym, że ćwiczenia wojskowe mają być obowiązkowe na wyższych uczelniach, jak już obowiązują w szkołach średnich; o tym, że dziecko powinno być wychowane jako posłuszne narzędzie, a jego indywidualność ma się całkowicie poddać duchowi państwa. Przepraszam. Powtarzam się trochę, ale zwracam uwagę czytelnika, że tym razem mowa jest o Polsce czy też o przyszłej Europie.

Powracam jeszcze na chwilę do prasy endeckiej. Znajduję tam pewne analogie z duchem prasy sanacyjnej, obok — przyznajmy — zasadniczych rozbieżności. Wspólną więc cechą jest bezwzględność i tolerowanie brutalności, a elementami dopełniającymi obraz dzisiejszych Niemiec — demagogia i antysemityzm, uprawiany zresztą w Polsce przez osoby, które w Niemczech dawno padłyby ofiarą paragrafów aryjskich.

W trakcie czytania tych gazet można usłyszeć, jak przejeżdżający szwadron ułanów śpiewa ochoczo nieprawdopodobną, wprost sadystyczną piosenkę:

Jak to na wojence ładnie,

Kiedy z konia ułan spadnie,

Koledzy go nie żałują,

Jeszcze końmi go stratują.

Prawdą jest, że w Niemczech odbywają się obchody na cześć zabójców Rathenaua150, ale podobnej piosenki nie ma, jak też nie jest używana zdrobniała forma słowa „wojna”. Dotyczy to zresztą sześciu znanych mi języków europejskich. Nie twierdzę, że w Polsce kwitnie duch agresji, bo przeczyłbym swoim najgłębszym przekonaniom, ale od kraju, który podniósł i wykombinował hasło rozbrojenia moralnego, wolno i należy wymagać, aby frazesy na eksport słyszane były, choćby tylko jako frazesy, także i wewnątrz kraju. To chyba nie są przesadne wymagania.

Ale poza tym wszystkim, tak w prasie endeckiej, jak sanacyjnej, tak w Polsce, jak w Niemczech, we Włoszech i w Rosji, ta sama, jedyna myśl przewodnia o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa, i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl Życie termitów Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności działającej sprawnie i celowo. Wszystko dla podtrzymania rodzaju, nic dla pocieszenia i nagrodzenia jednostki. Straszna, doprawdy, wizja tego, co nas czeka. W ten obraz przyszłości instynkt świata stara się wmalować jakiś promień szczęścia. We Włoszech jest ciepło i słonecznie, więc termitom tamtejszym zupełnie źle być nie może. Kościoły, coraz bardziej wkraczające w życie jednostki, obiecują szczęście po śmierci. Rosja zapewnia szczęście naszym prawnukom, co mało pociesza ludzi pozbawionych instynktów dynastycznych.

Niemcy są najuczciwsze: nie obiecują one szczęścia, tylko ogromny szmat ziemi rządzony przez Niemców i ciągnący się od skolonizowanej Syberii po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego po Sycylię Barbarossy. To kolosalne państwo, oczyszczone z wszelkiego indywidualizmu, będzie grząskie od krwi swych synów i krwi wroga, ale odrębne od reszty świata i od reszty świata odosobnione.

Niemcy hitlerowskie po roku

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Stolica i bezrobocie

Pojechałem do Niemiec po całorocznej nieobecności. Chciałem sprawdzić na własne oczy, jakie zmiany tam zaszły. I nie tylko tam, ale także i we mnie. Chciałem sprawdzić, czy moje sumienie, moje poczucie zła i dobra — nie stępiały. Przecież po fali snobizmu na temat Sowietów, przebaczającego temu ustrojowi wszystkie jego niepotrzebne okrucieństwa, wyczuwa się dziś wyraźnie nadchodzący wielki snobizm prohitlerowski. Zaczyna on zresztą panować i wśród Żydów, tak samo jak życzliwość dla endeków czy nieodzowna wzmianka o Golgocie w poezji każdej białostockiej grafomanki.

Drugi ten pobyt w Niemczech hitlerowskich (świadomie unikam określenia „Hitleria”, gdyż daje ono zgoła fałszywe wrażenie, jakoby sam Hitler rządził krajem) dowiódł mi, że zmiany na obydwu niewspółmiernych sobie, ale ważnych dla mnie odcinkach — naprawdę zaszły. Ponieważ typowe objawy rewolucji zakopały się głęboko pod powierzchnię wielkomiejskiego życia, tak że nawet zryta przewrotem ziemia zaczęła porastać trawką normalności — więc moja czujność na sprawiedliwość i cierpienie, na absurd i obcość, stała się roztargniona, lekkomyślna, obojętna.

Dla człowieka w danym kierunku nieusposobionego i obdarzonego czy ukaranego temperamentem entuzjasty — jakże nużącym zajęciem jest szukanie dziury w całym, zwłaszcza, gdy to całe czaruje nas i olśniewa, gdy tkanina społeczna i państwowa wydaje się dla oczu laika bez defektu, gdy jej ufarbowanie na kolor brązowy wypadło, zdawałoby się, wprost znakomicie. Nigdy też badanie jakiejś kwestii czy nastrojów nie przyszło mi z taką trudnością. Przyjechałem do Berlina podszyty jakąś niezwyciężalną lekkomyślnością, jakimś czysto zmysłowym nastawieniem. Obserwowałem i upajałem się powierzchowną stroną zdarzeń i obrazów, a nie chciało mi się wniknąć w ich głęboki sens. Byłem przepojony zabójczą dla badacza życzliwością a priori. Cieszyłem się, że dane mi jest wejść znowu w kontakt z Zachodem, inaczej jak via księgarnia. Berlin pozostaje bowiem nadal najbardziej wschodnią stolicą Zachodu. Słowem, przyjechałem do Niemiec w stanie określonym bliżej słowami „cielęcy zachwyt”, trochę pijany wiosną. A tymczasem warunki zewnętrzne bynajmniej nie sprzyjały otrzeźwieniu. Tiergarten, ten las dębowy przetykany kępami rododendronów, pachniał, jak nie pachnie żaden las, odkąd przed siedemnastu laty wyjechałem z Podola. Każdy przejazd taksówką przez tę centralę świeżego powietrza to był powrót do najczarowniejszego, najzmysłowszego dzieciństwa. Każde spotkanie z młodymi ludźmi — arystokratami, Żydami, hitlerowcami czy bezrobotnymi — budziło żal, że się własnych młodych lat nie wyzyskało w takiej pełni, w jakiej oni potrafili je wyzyskać. Traciłem na chwilę zmysł humoru i myślałem; a nuż lachendes Leben151 miało rację. Każdy wieczór spędzony w podmiejskich willach moich znajomych, gdzie sąsiedzi odwiedzają się motorówkami, choć milionerami nie są; gdzie wszyscy w strojach kąpielowych pędzą przez trawnik wprost z wody do kuchni, aby tam obierać kartofle na improwizowaną, ale jakże świetną kolację, przy której króluje na środku stołu, jak tego wymaga w tym sezonie tradycja, Kalte Ente (nie jest to zimna kaczka, ale kruszon z wina mozelskiego i niemieckiego szampana) — potwierdzał wniosek: ci ludzie potrafią żyć. Sceptyk Słonimskiego szeptał: „Są bogatsi, wysoka stopa życia przyzwyczaiła ich do tego wszystkiego i nie cieszą się tym”152. Ale wystarczyło mi popatrzeć, jak berlińska biedota wyrusza rowerami lub zgoła pieszo na zieloną trawkę w niedzielę rano, zobaczyć ich do głębi pogodne, a nie bydlęce twarze — aby przekonać się, że Bóg obdarzył Niemca geniuszem szczęścia indywidualnego, a ukarał go niezdrowym dążeniem do organizowania zbiorowości. Nie jest to żaden paradoks. Piękny dorobek kulturalnych Niemiec pochodzi z epoki ich „rozproszkowania” na dziesiątki odrębnych państewek. Zwiedzałem znowu, po raz nie wiem który, w muzeum berlińskim dział rzeźby gotyckiej, a także późniejszej, ale zawsze anonimowej. Jest genialna, a widać, że nie urodziła się na chwałę des totalen Staats, lecz tylko dlatego, że nieznany rzeźbiarz lubił rzeźbić, że był pobożny i zdolny, że chciał ozdobić swój kościół lub przysporzyć sławy swojej mieścinie. Znam dobrze Polaków, Rosjan, Skandynawów, Francuzów, Włochów, Anglików i Amerykanów, ale nikt wśród nich nie wyciśnie z niedzieli w maju tyle duchowych witamin co Niemcy. A na zakończenie tego wstępu, ażeby znaleźć się uczciwie wobec czytelnika, powiem to, co powinno być ostateczną konkluzją zamykającą moje artykuły: wróciłem z Niemiec równie nienawrócony do narodowego socjalizmu, jak zupełnie pod urokiem Niemców; tych, których znałem dawniej, których poznałem teraz, jak również tych trzecich, których nie dane mi było poznać, ale których prostą życzliwość odczułem tak ciepło, mijając ich na ulicy.

Niemiecki celnik budzi mnie w nocy nagłym okrzykiem Heil Hitler! Tak dalece jestem na to nieprzygotowany, że oglądam się mimo woli, gdyż mignęło mi przez zaspaną myśl, że Hitler znajduje się może w przedziale, tylko go dotąd nie zauważyłem. Jest w tym pozdrowieniu, które rok temu jeszcze nie istniało, coś tak nieskierowanego do witanej osoby, że trudno się do tej formy towarzyskiej, raczej narodowej, przyzwyczaić. W sklepie czy na stacji benzynowej biedny cudzoziemiec jest nagle zmuszony do konieczności wyboru pomiędzy tchórzostwem, które chętnie chrzci mianem kurtuazji, a uzewnętrznieniem swej odrębności narodowościowej, politycznej, ideologicznej lub po prostu swego konserwatyzmu „powitalnego”. Zabłądziwszy do gospodarczych suteren hotelu Bristol, ujrzałem porozklejane na ścianach kotłowni centralnego ogrzewania, lodowni, pralni itp. plakaty z napisem: Hier wird nur deutsch gegnisst153Heil Hitler! Zresztą w takiej świątyni kosmopolityzmu, jaką jest każdy wielki hotel berliński, te objawy ducha narodowego muszą się chować po piwnicach, niczym po katakumbach: powyżej powierzchni chodnika nie ujrzysz ich nigdzie. Tylko raz słyszałem w jednym z wytwornych barów dyskusję, podczas której elegancka pani oznajmiła, że nigdy nie mówi Heil Hitler!, ale samo Heil!, gdyż uważa pełną formę pozdrowienia za wzywanie „imienia Führera swego nadaremno”.

Po pierwszych chwilach spędzonych na ulicy zaraz widać, jak dalece liczba mundurów zmalała, a flagi wiszą tylko tam, gdzie naprawdę coś oznaczają. W zeszłym roku były one po prostu objawem lojalności mieszkańców danego domu lub właścicieli przedsiębiorstwa. Ci z moich znajomych, którzy rok temu stale paradowali w brązowej koszuli lub w czarnym wykwicie esesmanów — dziś nakładają mundur jedynie w czasie służby. Oczywiście do zmniejszenia liczby osób mundurowych przyczyniło się zlikwidowanie niemieckonarodowych oraz Stahlhelmu. Członkowie Stahlhelmu, choć wcieleni do SA, wolą dziś chodzić po cywilnemu.

Sklepy świetne, pełne pięknego towaru, choć przedmiotów wielkiego zbytku poza samochodami nie widać. Ruch w tych sklepach jest także znacznie bardziej ożywiony niż rok temu.

Cudzoziemców jest też więcej, choć zapewne mniej niż procent normalnego ruchu sprzed dwóch lat. Mała liczba gości zagranicznych sprawia, że Berlin robi wrażenie trochę oddalonego od reszty świata. W rozmowach ze znajomymi uderza, jak wiele faktów, o których wie w Polsce przeciętny czytelnik gazet, jest im zupełnie nieznanych: zainteresowanie sprawami wewnętrznymi zbyt wszystkich pochłania.

*

Jest jeden kontakt z Zachodem, który nie został zerwany, a mianowicie kontakt z modą paryską. Kobiety dalej ubierają się świetnie, używają szminek, chodzą z wykarminowanymi ustami i paznokciami. Jeżeli się utleniają — to nie z powodów nordyckich. Słowem, moda narodowa zarówno w Berlinie, jak i we wszystkich innych większych ośrodkach miejskich nie chwyciła. Kobiety palą, obnażają się, gdzie i jak tylko mogą. Zwyciężyły Urząd Mody Narodowej, o którym jakoś głucho. Podobno czasem na prowincji, gdzie miejscowe damy zawsze hołdowały modzie pokrowcowej, kobieta zbytnio wyfioczona może spotkać się z wymówką uzasadnioną hasłami partyjnymi sprzed roku — ale to wszystko.

Ceny na ogół trwają na tym samym poziomie i dalej istnieje ogromna rozpiętość pomiędzy maksymalnym budżetem przeciętnego berlińczyka a minimalnymi wydatkami przyjezdnego. W Berlinie trudniej jest „urządzić się” tanio, kiedy się nie jest odpowiednio wprowadzonym, niż w jakiejkolwiek innej stolicy Europy. Wygląd ulicy stał się znacznie normalniejszy. Kawiarnie pełne, przechodniów mnóstwo. Ruch kołowy wzmożony i w dodatku zasilony wielką liczbą wspaniałych aut. Wyraźnie i w sklepach, i na ulicy daje się wyczuć, że w obrocie jest więcej gotówki. W niektórych z tych pięknych, nowych, luksusowych samochodów siedzą Żydzi. Jak się to wszystko tłumaczy? Otóż rok temu i Żyd, i junkier, i przemysłowiec, i kupiec — nie wiedzieli, jaki obrót wezmą sprawy. Dziś ustabilizowanie, co tu gadać, jest znacznie bardziej zasadnicze. Pomimo że położenie gospodarcze jest nadzwyczaj ciężkie, a ingerencja państwa w sprawy ekonomiczne jednostek przemożna — przeciętny Niemiec może sobie dziś stworzyć mniej więcej rozsądny preliminarz budżetowy; zwłaszcza dla rentierów jest to możliwe, a zdumienie bierze, ilu pomimo katastrof i inflacji pozostało jeszcze tych rentierów.

Gwarna ulica Berlina pozostaje gwarną do późnej nocy. Znowu można zaobserwować czysto berliński fenomen: skromna piwiarenka, w której szoferzy taksówek i inni maluczcy tego świata grają w szachy lub bilard, jest otwarta i rozbrzmiewa wesołymi rozmowami do trzeciej rano, i to nie tylko w soboty. Cóż dopiero mówić o prawdziwych „nocnych lokalach”. Rok temu o pierwszej nie było już w nich żywej duszy — dziś o trzeciej, kiedy zapada „szpera”154, trzeba z naciskiem wypraszać gości. Lista tych lokali także znacznie się wydłużyła i dalej wydłuża. Widać, że zanim minie jeszcze rok, Berlin pod względem życia nocnego powróci w dużej mierze do swej „weimarskiej formy”. Fala purytanizmu stanowczo załamała się i jedynym jej objawem zewnętrznym jest mała liczba prostytutek. Podobno wiele z nich znajduje się w obozach pracy.

Świat cyganerii posiada znowu kilka doskonałych knajp. Są one przeważnie prowadzone przez Żydów, którzy zniechęceni warunkami panującymi przed rokiem pojechali spróbować szczęścia w Paryżu, ale wkrótce zatęsknili za Berlinem i teraz organizują dla berlińczyków świetne nastroje za skromną cenę ein kleines helles155 lub ein Mocca. W lokalach tych spotkać można różne ważne figury rządowe w mundurach i po cywilnemu. Wejście ich nie stwarza zeszłorocznego popłochu. Witają się serdecznie z niearyjskim gospodarzem, nie psioczą na muzykę jazzową, nie żądają grania marszów. Natomiast sam pianista o wybitnie krogulczych rysach, zupełnie spontanicznie, po zanuceniu ostatniego nowojorskiego szlagieru nagle zaśpiewa: Ich hab’ mein Herz in Heidelberg verloren156.

Ten i jemu podobne motywy krajowe, i to nie tylko w muzyce, zyskały sobie ogólnie prawo obywatelstwa. Dawniej taka pieśń w nocnym lokalu berlińskim byłaby wyśmiana. Snobizm na produkcję zagraniczną był wszechwładny i bardziej niż gdziekolwiek rozpanoszony. Dzisiaj pianista-Żyd nie śpiewa o Heidelbergu z wyrachowania, przeciwnie — ze szczerego sentymentu. Czar doliny Neckaru przemawia doń z tylu plakatów i publikacji, propaganda piękna i uroku krajów niemieckich jest prowadzona tak energicznie, że choć może nie uda jej się udowodnić, iż piękno Nadrenii lub Würzburga jest zasługą Hitlera czy partii — ale świadomość istnienia tych wielkich zapasów piękna wsiąkła optymizmem w podświadomość wszystkich bez wyjątku.