Krakowiaczek Skuba

Pod wawelską skałą

Mieszkał smok-potwora,

Czatował na ludzi

Z rana do wieczora.

Czatował i ludzi

Zjadał tuzinami,

Aż kraj płakał cały

Gorącemi łzami.

Tedym se pomyślał,

Że to sprawa kusa,

I poszedłem prosto

Do króla Krakusa.

— Daj, królu, barana,

Daj mi worek siarki,

A ja Kraków zwolnię

Od tej gospodarki. —

Do baraniej skóry

Siarki nałożyłem,

Potem mocną dratwą

Po szewcku zaszyłem.

Buch! pod smoczą jamę

Kąsek smakowity —

I wyłazi potwór,

Jak zawdy, niesyty.

Już skórę ze siarką

Połknął smok przeklęty,

Już go srodze piecze

Ogień zażegnięty.

Poleciał do Wisły,

Wodą się zapija

I żłopie, i żłopie,

Aż pękła bestyja!

Gdy się król dowiedział

O zgonie szkodnika,

Dał mi złotą zbroję,

Dzielnego konika.

A lud, rad, że przyszła,

Na potwora zguba,

Wołał: — Niechaj żyje

Krakowiaczek Skuba!