Biała książka

[Motto]

Dlatego pewien pogański mistrz powiada:

To, w czym poznajemy lub wyrażamy Pierwszą Przyczynę,

bardziej jest nami niż Pierwszą Przyczyną,

ta bowiem wznosi się ponad wszelkie słowa i rozumienie.

Mistrz Eckhart

Niebo

Pieśń zerowa. Usprawiedliwienie

Niech zaczną się tajemne i skryte mruczanki

z witaminami, z minerałami, z kleikiem ryżowym

dla ciebie, pachnący mlekiem cielaku

byś był jeszcze bardziej syty niż zwykle

Obiecuję nie stać na paluszkach u nóg

nie dotykać czupryną wielkiej kazalnicy

Jej mroczne sapanie słychać już z daleka

Wszyscy mają podniesione wysoko oczy

dostrzegają rozwiązania sklepień żebrowych

Pani w drugiej ławce popuszcza mocz

stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy

Oto wschodzi nowa gwiazda na Południu

jej ciemność oblewa mnie lukrem

skleja moje ruchy, czyni je monumentalnymi

Pani ortodontka ostrzegała mnie przed słowami

które psują od swej słodyczy zdrowe zęby

Moje końskie uzębienie prawidłowo spoczywa

w smyczy z nierdzewnego drutu, pociągnij dalej

pogryzę swój język do mięśnia, do anatomii

Zostanę przysypana magicznym proszkiem

bym mogła skryć swe bliki i odbicia od ciebie

gruba warstwa niech skryje moją głowę

niczym pokrywa śniegowa będzie ciężka

niespodziewanie wywoła katastrofy konstrukcyjne

Oby ich ogrom przeraził ekipy budowlane

zastanawiające się nad tym, jak temu zapobiegać

Pan majster radzi — szlifierki używamy ostrożnie

by nie ranić jaśminowych i pachnących rąk

Pogłaszcz, no pogłaszcz mnie, no jeszcze boleśniej

Wydrapałam resztki komfortowego naskórka

spod kolan, spod łokci, z szyi, z ramion, z pleców

Drapałam się boleśnie, ale i z bolesną przyjemnością

do czarnej krwi, do białej kości

Czerwone ślady po tych wycieczkach są obecne

Nic nie pomaga, próbowałam alantanu, cukru pudru

nic nie złagodzi tych objawów, żadna tajemna maź

Mimo swej kruchości oraz tendencji do cukrzycy

uczyniłam swe kroki hałaśliwymi i monumentalnymi

Rehabilitacja obślinionej i bezwładnej Bianki

Nie ma już wózka inwalidzkiego, ni pomocnej dłoni

droga jest tylko na oślep

Trudno wymacać jakieś znajome, przyjazne kształty

znaleźć jakąś barierkę

Jestem straszliwie zakudlona, zakundlona

Oczy porasta cierpki zarost zapomnianej

na policzku rośnie warkocz mojej siły Samsona

po moim grzbiecie biegają drogocenne pchły

Weszłam po skrzypiących z delikatności schodach

na stary, zapomniany strych pełen bibelotów

Kiedyś były tak dobrze rozpoznawane z daleka

teraz wszyscy zapomnieli ich przyjemnego widoku

Takie dekoracyjne, takie dodatki do wszystkiego

po prostu świetne się nadają na black garden party

Idę z wypukłą piersią pełną nie mleka, ale stali

przyporządkowaną mi przypadkowo i śpiesznie

przez świat natury, kotów, gruszek, lepkich much

Naturalna odporność wzmacniana przez składniki

w mleku nowej matki o chłodnym spojrzeniu

Nie spodziewaj się ciepłego, rozpoznawalnego

to wszystko dla tych, którzy mają tylko dziąsła

nie potrafią dobrze i prawidłowo przepychać dalej

Moja konstrukcja tak delikatna, wrażliwa

będzie niezniszczalna, wiekuista i trwała

Będą się o nią rozbijać kutry rybackie pełne węgorzy

jak o górę lodową lub nie zanotowaną na mapie rafę

Padlinożerne ryby będą miały zdziwiony wyraz pyska

nad wyraz, nad słowo

Moje podbrzusze miękkie kute jest w niezwykłym stopie

z kowalskim zacietrzewieniem wykuwane w piwnicach

Technologowie z Uniwersytetu w Chicago

nigdy nie dojdą, z jakich składników jest ten stop

mimo licznych badań i wielości papieru do drukarki

będą uśmiechać się niepewnie, spoglądając na siebie

Oto idzie przed wami Bianka, wasza prywatna bielanka

sypie w niezwykłej obfitości czarne kwiaty

z zawieszonym na szyi koszyczkiem

Rozsypuję ich kadzielniczy swąd pod wasze stopy

by ośmielić wasze kroki i uczynić je odtąd innymi

Pieśń pierwsza. Strojne przygotowania

Cierpkie wilcze jagody o kolorze nieprzeniknionym

w mojej rozwartej jamie ustnej niczym perły macicy

turlają się, rozsadzają się przez wewnętrzne ciśnienia

mają niezwykłą moc trucia i atakowania śluzówki

Być może istnieją sanktuaria Matki Bożej z żylakami

od zbyt ciężkich reklamówek reklamujących pustki

gdzie przez pomyłkę komuś śnią się niewłaściwe sny

Przygotowałam się odpowiednio do pisania pieśni

Nocne rzucania kamieniami w zwierzęce skowyty

Stroiłam się, zerkając na małe, schowane lusterko

takie kosmetyczne, takie żeby nikt nie widział

Wkładałam różne wersje ubrań, chcąc robić wrażenie

niebieskie spodnie, czarna bluzka, biały stanik

Nic jednak nie pasowało w mojej garderobie

z radością odkryłam, że wszystkie moje ubrania

są za małe na mnie, co za miła niespodzianka

Stanęłam naga, bardzo narażona przed sobą

Spoglądałam ciekawie, uśmiechałam się cynicznie

wobec siebie, wobec mojego własnego podglądactwa

W moich włosach zaszczepiłam dyskretne sadzonki

byłam bardzo tkliwą ogrodniczką dla moich pasożytów

jak dziwne zwierzę w głębi ciemnych kolorów

z drobnymi żyjątkami narośniętymi na nim

naturalnie, bez dekoratorstwa, bez designu

Tylko niech one zdobią moją niezręczną nagość

Jest wśród nich parę niezwykłych okazów, spójrz

moje słodkie narośla, moje guzy schowane

Ze względu na tę uroczystą, podniosłą okazję

założę tylko dziecięcy śliniaczek, bo będę się ślinić

od dużej ilości słów, nadmiar może mnie pobrudzić

Brudasek będzie opowiadał

Prosto do kąpieli, marsz

Prosto do chloru, marsz

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się

Mogłabym zapuścić sobie długą, gęstą brodę

czesałabym ją, zmieniając codziennie stylistykę

to w prawo, to w lewo

Merdałabym nią jak długim ogonem uznania

starcze doświadczenie zaklęte w końskim włosiu

To naprawdę robi cyrkowe wrażenie

ilu jest chętnych na takie rozwiązanie

Stoją cierpliwie w długiej kolejce, doczekując się

Przenoszą ciężar ciała z jednej nogi na drugą

delektując się rozdawanymi za darmo drinkami

Moja broda pasowałaby stylistycznie do powagi sytuacji

Mój złagodzony wzrok osiadałby na pobliskiej ławce

ze zmęczenia, już nie mogłabym iść dalej, jeszcze

dalej, i jeszcze przejść przez płot, i jeszcze przez ten

dziurawiąc swoje nylonowe rajstopy z przeceny

Więc udaję się na dziką wyprawę do źródeł Amazonki

jako tako dogadam się pewnie z każdym ludem

pogryzą mnie jakieś łacińskie muszki przeszkadzajki

Moją samotną przeprawę zrelacjonuje chrząszcz

Dostanę po buzi od jakiegoś nazistowskiego przybłędy

Wsłuchując się w zwiastujące dźwięki odmętów

maczetą będę ciąć ostro zarośniętą od dawna ścieżkę

Szeleszcząc złowieszczo i delikatnie

ze śliniakiem i ze spinkami we włosach przez las

będę szeptać o Niebie, Piekle, staroświeckim Czyśćcu

Wysoko drażniący środek do czyszczenia toalet

stoi z boku obok niszczącego wszystko proszku

wraz z brudem zginie wszystko

Obsikane dookoła, tylko nie tam

Rozluźnij nozdrza teraz

Pieśń druga. Rebus I

Został mi zadany pewien rebus, nie do rozwiązania

Niestety nigdy nie był ani czytelny, ani oczekiwany

Czy był napisany w języku łacińskim, czy fińskim

a może jakiś tajemny dialekt kretów w czasie nocy?

Rebus ciągle tkwił spalony, w tłuszczu pływając

wbity jak nóż harcerski dla zabawy w ziemię, we śnie

Potykałam się ciągle o niego, przeklinając

jego przypadkową namolność i tępe ostrze

Do tego te obrazki w środku niego, do rozwiązania

Nic nie rozumiałam z ich kształtów, ze znaczeń

mimo że uzbrojona byłam w wiedzę o abstrakcji

Nic nie pomogło mi zbliżyć się do tego, co znałam

One ciągle śledziły, śledziły każde moje drgnienie

śledziły moją wycieczkę do sklepu spożywczego

Nerwowo odwracałam się do tyłu, czując się obserwowana

w poszukiwaniu tajemniczego sprawcy moich niepokojów

Ich nierozpoznawalność i niemożliwość zrozumienia

była niezwykle strojna, kusząca dla znudzonego

a ich powłóczyste treny ciągnęły się, ciągnęły

Świadczyły o ich niezwykłym dostojeństwie i randze

To wszystko zaplątało się w moje krótkie włosy

Jako kobieta muszę się regularnie czesać z pokorą

by wszyscy znali mój jasny i dobry wizerunek

Chciałam się rozczesać, z radością rozpoznać

swoje oblicze w lustrze, ale się już nie rozpoznałam

niestety już nie, na zawsze będę już rozczochrana

Rebus został mi zadany, a rozwiązanie nie może go dotyczyć

już nie ma żadnych gotowych rozwiązań w zestawach

w zestawach z warzywami z plantacji czyśćcowych

Chóry, zastępy krzyczą w odpowiedzi jednocześnie

każda jest inną właściwością, każda jest właściwa

więc posłucham nieuważnie tych wiekuistych stworów

Niech w chórach, bo tak raźniej, niech krzyczą, niech fałszują

Niech zaczerwienią się na widok publiczności

Niech ich gigantyczne płomienne oblicza będą nieśmiałe

schowane za moim mięsistym ramieniem, podziwiajcie

Pieśń trzecia. Oblubieniec na drodze

On ma maślane stopy pełne prochu, pełne maku

Rozpływają się w żarze taniego asfaltu

położonego tu tylko lokalnie, na chwilę

Słyszę, jak stukają jego brokatowe obcasy

Jak wyglądam, czy jestem dostatecznie piękna

czy zauważy mnie w niezwykle ciemnym lesie

Mój speszony wzrok sarenki zza krzaka

Chodź ze mną w bardzo ciemne błądzenie

bez ścieżek, bez górskich szlaków, bez niczego

Stanę tak oniemiała, uderzona jego blaskiem

drażniącym boleśnie nocne spojrzenie

Będę bezbronna, bez żadnej ukrytej kieszeni

pachnąca dzikimi odmętami leśnych dotyków

głaszczą, głaszczą moją dziką skórę

Nadchodzi, a jego wzrok przenika ukrywane

pod paznokciami drobne tajemnice nieczystości

Myśliwy bez nienawiści w oczach, w powiekach

Jego głos słychać z dala, jest przenikliwie cichy

Ze wzruszeniem dopytuje się o mnie u znajomych

pokazując im moje nieaktualne zdjęcie

Już tęskni za szorstkim, za ściernym ciałem

Wszyscy będą go mieli za bezpiecznego szaleńca

Jego zazdrość zawieszona na wieszaku w szatni

Układy współrzędnych, niech on będzie zerem

Teraz jest bardziej X niż Y, później bardziej Y niż X

Gołębie roznoszące tyfus już zwiastują kroki kolosa

Jego naiwne ciało pachnie ciastem drożdżowym

pełnym ciepła, wewnętrznej, radosnej pulchności

Spotyka mnie liżącą swoim różowym języczkiem ranę

Prawdziwe łobuziary łażą cały dzień po drzewach

nie schodzą na ziemię, tylko boleśnie spadają

na kolana, na kolana

Spojrzy na mnie bez pożądania, bez przywiązania

Podejdziemy do siebie w połowie drogi do Miąskowa

Na czarnym podłożu rzeczy wszelkiej pozdrowi mnie

pod naporem tak banalnie niezwykłego gestu rozpadnę się

na kawałki

Pieśń czwarta. Love will tear us apart

Oto efekt pryzmatu, jednak lekcja fizyki

Zjawisko całkowitego wewnętrznego odbicia

pozwala użyć pryzmatu jako idealnego elementu

odbijającego światło, mam kąt wynoszący 62°

kąt między ścianami, gdzie skryłam resztki

Odrobina miłosierdzia ubranego w plastikowe kwiaty

rozszczepiła mnie na kilka barw, na kilka właściwości

już nie mogłabym być tylko jako Bianka

Muszę już chóralnie, oralnie, muszę piszczeć już

w trzech postaciach, w trzech wygodnych zapachach

Stoję na złotym trójnogu przed tobą, żeby się nie potknąć

Jestem teraz jeszcze bardziej zwichrowana niż zwykle

Moje czarne patyczki w konstrukcji koronkowej

połamały nóżki, zresztą mechanik konstrukcji to wie

były za silne przeciążenia na delikatny materiał

Można było się tego spodziewać od samego początku

Z przerażenia tą katastrofą każdy z kolorów uciekł

pośpiesznie chowając swe atrybuty w zarośla

byś nie zauważył, że wszyscy są nadzy i tacy słabi

Stałeś jeszcze przez chwilę, a potem z miną znudzoną

krok za krokiem wracałeś do domu na obiad

pozostawiając mnie tak bardzo inną, pokolorowaną

Mój pierwszy kawałek schował się w norze jako Nieme

czekał on do wieczora, by ruszyć na nocne łowy i ruję

Drugi kawałek znalazł się pod ściółką i przytulał się

uciekał do przygodnych futerek dających ciepło

Trzeci zaś sklecił sobie gniazdo z ostrej trzciny

Po pewnym czasie zostałam wywąchiwaną

Moje tropy znały już wszystkie dzikie zwierzęta

Bianka już nie jestem tu, oto moje trzy ramiona

Tylko dla twojej osobistej pociechy

przedstawiam ci: Bianca, Bruna, Blu

Pieśń piąta. Pierwszy kawałek o najbardziej łagodnych krawędziach

Z powiewem wiatru w przyszerokich spodniach

wielokrotnie rozrywanych w bolesnym kroku

od zbyt długich i tanecznych kroków

z oddechem, którego wszyscy unikają

podśmiechują się ze mnie w autobusie, jestem Blu

Dziewczyny na mój widok mocniej przytulają

swoich przystankowych towarzyszy, drżąc

jak sadzonki pomidorów wspierające swój ciężar

na solidnych patykach, które korygują ich kształt

Dzieci patrzą na moje ciemne oblicze

szukając oczu do rozpoznania twarzy

Chodzę, patrząc się na bezcelowy ruch

Ich mobilność jest absolutnie zbędna

Na dworcach świata mam swoje apartamenty

President Suite z marmurową posadzką

Oddaje mi ona swój zbawienny chłód, spokój

Obdarty jestem z koronek tłumiących oddech i ciało

Drapię się za uchem, spoglądając na wysokie kobiety

w reklamówkach całe życie za 35 złotych z resztą

Jestem cieniem, przybrudzonym krawężnikiem

w którym zbierają się kałuże, mokre odpadki

wsiąkają we mnie swobodnie i lękliwie

Wystraszeni swoją pewnością siebie, uciekają

na drobnych nóżkach, w podziemne przejścia

Szarobura cera uczyniła mnie prawie umarłym

co może się stać z człowiekiem, gdy nie słucha mamy

co może stać się z człowiekiem, gdy nie słucha innych

Moje kroki bujają się w rytmie siarczanych opowieści

Prawdziwie niesamowite, bo oni tak zawsze

moi kompani częstują mnie nimi jak papierosami

Nie mam przeszłości, nie mam ani ojca, ani matki

nie mam licznych sióstr, braci, przyjaciół, wrogów

nie mam kochanek, ani kochanków

nie płaczę, nie szukam pocieszenia

ani łaski, ani litości, ani gniewu, ani ciebie

Nie jestem samowystarczający, ale wystarczający

dlatego jestem nieproszonym dozorcą

komentatorem pięknych, rozproszonych detali

Dostaję grosze od zgarbionych ludzi

dzięki temu co dzień jem czerstwy chleb

piję najtańsze, wiśniowe wino

w plastikowo-kryształowym kielichu uwielbienia

Toczą mnie w środku jakieś nieznane choroby

których objawów ciągle oczekuję

Z pełną świadomością przyjmuję wszystko

Moje ciało tęskni już za rozkładem

Czuję tę piękną i skuteczną presję

tę dyskretną elegancję wycofywania się

w środku przyjęcia

Pieśń szósta. Ośrodek wypoczynkowy z kokosem w logo

Chłodny poranek zaglądał mi ostro w oczy

jego mocne uderzenia to jasna tenisówka

Prosto w głowę pachnącym butem z gumy

W mojej głowie jeszcze vino bianco

w plastikowej paczce, z kraju kwitnącej wiśni

Odkleiłem powieki ważące na oko pół tony

Przeprowadzając sondę, zbierałem na bułki

Tematem sondy był wpływ poezji metafizycznej

wpływ na codzienne życie młodzieży licealnej

Jakaś piękna kobieta o niewyraźnych rysach

podarowała mi coś niezwykłego

w dniu mojej śmierci, amen

Błękitny likier o smaku kokosowym

luksusowa przyjemność, z naruszoną pieczęcią

Siedziała przy mnie, nie mówiąc nic

Spoglądała na mój płaszcz, cerując go wzrokiem

Kobieta pełna lęku o swoje chude ciało

Gdy moi kompani zobaczyli moje błękitne usta

powiedzieli, że całowałem się z niebem

Wysoko, wysoko w tym pięknym dniu

Moje ciało bujał jeszcze skryty aromat kokosów

które w egzotycznych krainach zdobią hotele

nazwy ośrodków wypoczynkowych all inclusive

Moje serce zaczęło wybijać nieznany mi rytm

bardziej nerwowy, nieujarzmiony już niczym

Rytmika zaczęła wyskakiwać poza układ linii

Nuty nie mieściły się już w tych układach

przestały się do nich ciągle odnosić

Poczułem przeciągły ból w klatce piersiowej

cicha czerń okryła moje zmęczone oczy

Bolesna depilacja trwała zaskakująco krótko

Spojrzałem jeszcze raz na to moje ciało

pogrążone w przyjemnym półmroku dworca

Porzucony odwłok, zapomniana torba turystyczna

Czułem radość cząsteczek w stanie rozpadania się

w podskokach z radości wracały do domu

na progu z dala wyglądali ich widoku zżercy

Ktoś próbował mnie przebudzić elektrowstrząsami

robiąc mi awanturę za jego własne życie

Słuchałem tych oddalających się dźwięków

zmierzając już na stację Ursus Północny

Pieśń siódma. Blu podróżuje znów

Tchnienie jak wiatr zdmuchnęło mnie czule

ruszyłem w kierunku cichych konstrukcji

pełen nieśmiałego oczekiwania na jakieś zaproszenie

to wszystko przez te kokosy, jak zwykle

Ich egzotyczna woń kołysała mnie w uśpieniu

CHODŹ — szepnęło niejęzykiem jakieś nieistnienie

Wszystko zaczęło się wzajemnie znosić

ten szum był szeptem miliardów istnień

Żaden z tych głosów nie był głośniejszy czy cichszy

dlatego wszystkie były słyszalne równocześnie

Chodź do nas, chodź do nas, wielość cię woła

Jesteśmy cudnie przeludnieni

jakże piękna ta istna katastrofa demograficzna

w obfitości przelewamy się na wszystko

Usłyszałem w swoim duchu rwącą tęsknotę

byłem ścigany z wielką szybkością

Czułem, jak wszystko ściszone do tej pory

ryknęło przeciągle z ukrytego schowka

odpowiadając twierdząco na zawołanie

zaklęte w tym dźwięku, przenikliwie pytające

Pozostawiłem wspomnienia, zbędne powidoki

Nędzne, żebracze wybory zdmuchnięte zostały

Przymknąłem swoje już nieoczy z powodu blasku

gdy je otworzyłem, byłem już w czymś innym

gdzie powietrze było gęste od Wielkiego Jodu

Oddychało się już tylko nim

przy pierwszym oddechu poczułem bliskość morza

Biegnij, biegnij, zaraz je zobaczysz

Przestrzeń była podobna do niezwykłej plaży

Na szerokim, ciepłym brzegu zobaczyłem

w różnych odległościach od siebie postaci

Jeszcze były w odległościach od siebie

czekały na przypływ, aby je zabrał

gdy spojrzałem w stronę morza, poczułem

AAAAAAbsolutne spełnienie mnie i wszystkiego

Pieśń ósma. Mare1

Wielkie, czarne, rozlewające się po policzkach

Nieskończona liczba koncepcji, myśli, konstruktów

powołanych z przepełnienia do przepełnienia

do jeszcze większej obfitości przelewana

Czułem miliardy, były wspólne i oddzielne

Chłód owiewał mi twarz, spełniona rewolucja

To chłód dostrzegany przez niewielu

za słaba jakość soczewki w lornetce

Dryfowały tu nieoczekiwane metafory

burzycielskie i dzięki falom rytmiczne

Były jak resztki po rozbitych samo lotach

Drzazgi z drewna, resztki wsłuchane ostatecznie

Nie było tam czasu teraźniejszego, passato prossimo

Ja stałem, wchłaniałem ten widok otwartą gębą

Pocztówka z widokiem za 1,50

plus znaczek znaczeń, by odnaleźć nadawcę

Wiekuiste leżenie na zabujanym w tobie hamaku

podczas zmasowanych ataków rozwiązań

z butelką niepotrzebnego wina oglądasz sufity

nie dotykasz podłóg zabezpieczonych izolacją

Dotykam głową sufitu, no proszę

mój policzek przykleja się do niego

no, już nareszcie nie można wyżej

To bardzo staroświeckie standardy wysokości

Supłana konstrukcja przyjemnie cię obejmuje

Nie ma tu wielce oczekiwanych staruszków — owadów

Wszystkie możliwości są tu spełniane w spokoju

wszystkie oprócz ograniczeń, koncert życzeń

Słowa mają tu swoje liturgiczne głębokości

zaskakujące w swych turbulencjach i przejawach

Sanctus, sanctus, sanctus2 łamie porządki

porządki szklanych gablotek

porządki systematyczności gatunków

ułożonych przez moralizatorów, przez archeologów

Morze ma swoje przypływy i odpływy

Teraz lekko się wycofało, odsłaniając piaszczysty brzeg

odsłaniając swą anarchiczną antygramatykę

Oto reklama ośrodka wypoczynkowego

gdzie ciągle brakuje kompletu na turnus 27.07.–30.08

Pieśń dziewiąta. Wybrzeże

Na plaży dostrzegłem resztki po ludziach

Zbiornik je zabierze, poszerzając swoje reguły

lingwistyczne

Bliskość morza sprawiała, że piasek rumienił się

był poświęcony wielokrotną ilość razy

na wszelki wypadek uświęcany stale

Miewa swoje ledwo słyszalne harmonie

Niechcący porzucone muszle dające echa

wyrzeźbione w kruchej powłoce wapniowej

wspominają pracownie rzeźb z plasteliny

zwiastują perfekcję w niedoskonałym tworzywie

Północna plaża pociągała mnie najbardziej

inaczej łamała się tu linia brzegu zwiędniętego

Nie było tu żadnego przedstawiciela ratownictwa wodnego

Zanurzyłem swe stopy w piaszczystym brokacie

Moje istnienie mieniło się niczym zabawka na choince

pełna refleksów, pełna uroczystej odświętności

lecz pozbawiona odbić wpatrzonych we mnie

Spacer do wysokiej kobiety, którą obrałem za punkt A

sprawiał mi niewymowną przyjemność

Samotny wypad za miasto w pojedynkę

Pojedynek ze sobą samym

W podmiejskim pociągu, dwie moje połówki

Czy jeszcze coś Pan sobie życzy?

Wie Pani, tak się jeszcze zastanawiam

cienie po ciałach w formie ręczników, poproszę

Dizionario di lingua perfetta, per favore

jeszcze poproszę, aby pani się też spakowała

do tych zakupów, czy zmieści się Pani do jednej reklamówki?

Czy wszyscy się zmieszczą?

Mój wózek złomiarza, wiecznego tułacza

da sobie radę z takim ciężarem, z taką mnogością

na sankach zawiozę, zostawiając po sobie ślad

Wszyscy będą w stanie mnie wywąchać już teraz

psy policyjne, młodzieżówki polityczne

Moje sekretne drogi i skróty

Pieśń dziesiąta. Psalm do kobiety ze złamanym stawem biodrowym

Kim jesteś, o piękna przyjaciółko moja

o rudych włosach, zawsze mi się takie podobały

spiętych jak kurtyna, tylko dwoma punktami

Jakże twoje jasne oblicze jest olśniewające

Piłaś zawsze esencję z herbaty, inni rozwadniali

stąd pewnie twój herbaciany odcień

Twoją cerę pokryły piegi i niedoskonałości skóry

wrażliwej z tendencją do wysuszania się

Z długimi nogami na ręczniku plażowym leżysz

kremem posmarowana UV 100, byś się nie spaliła

jesteś tak cholernie wrażliwa na wszystko

Czarne okulary chronią twój skacowany wzrok

Jednoczęściowy kostium zawodowej pływaczki

Siedzisz tak, paląc papierosa, wpatrując się w morze

Jego łagodna rytmika odpowiada echem w tobie

Cóżżeś zrobiła, o moja piękna przyjaciółko

że znalazłaś się tutaj, na tym dziwnym brzegu?

Czy nosiłaś etiopskie dzieci na uszach

a może byłaś artystką społecznie zaangażowaną

wzruszałaś się na samą myśl o mniejszościach?

Może dostałaś pokojową nagrodę Dżingis-chana

Zapach od morza morski swąd oddaje, czy wiesz

masz piękne ramiona i spokojny oddech w sobie

Czy mogę położyć się przy tobie na ręczniku?

Przyglądając się wnikliwie, skorzystać z tej okazji

kiedy jesteś taka plażująca i obojętna wobec mnie

Nie proponuję ci romansu w stylu country rose

po prostu położę się obok ciebie, spojrzysz na mnie

swoim szarym spojrzeniem z rudym owłosieniem

Więc zlituj się, o zlituj

Bądź miłosierna, zdejmij te okulary

No pokaż mi się wreszcie

Pieśń jedenasta. 29 minut i 3 sekundy

Pięknie piejesz, o nieznajomy, budzisz mnie

Pięknie piejesz, o nieznajoma, budzisz mnie

Prosząc mnie o głośną odpowiedź na ciebie

Tajemnicze reguły zawołały mnie tutaj

niepotrzebne jest mi ich zrozumienie

Jestem kobietą ze złamanym stawem biodrowym

Moje dawne gesty zakończyły się wreszcie

Oceniam je jako niedostateczne formy baletowe

wywijanie nogami i rękami według ustalonych reguł

Moje całe życie to był wielki wyścig pokoju

Ja utalentowany, lecz niedoświadczony kierowca

w środku sezonu zaczynam spadać w rankingach

nie potrafię sprostać wysokim oczekiwaniom

jakie narzuca mi ambitna publiczność teatralna

Zamiast jechać prosto, z dużym impetem prosto

skręciłam na dziwne drogi, łykając żwir z pobocza

znalazłam sobie mój osobisty pościg

za tym, który kochał mnie grzecznościowo

przez 29 minut i 3 sekundy

potem już nie, potem już tylko płacz

Byłam doskonałą aktorką teatralną, słodka żmijka

tak mnie przezywali moi drobni przyjaciele

przyjemne włazidupki liżące mi opuszki palców

Moje role były wymagające poświęceń

„Nigdy nie będę twoja w polu rzodkiewek”

Wyżej oczy, wyżej nad publiczność, nad

Melodramatycznie do granic obrzydliwości

zakochałam się w stażyście, grał drzewo w tle

Nikt go wtedy nie zauważył, tylko ja niestety

Skrywał się nagi za gałęziami, wstydząc się

Nagi, schowany przed karcącym wzrokiem

wciągnął mnie do swojej czarnej dziupli

na 29 minut i 3 sekundy

potem uciekł wraz z całym sztucznym listowiem

Obciął mi ręce, nogi, głowę, włosy, rzęsy

za pomocą chińskiego zestawu do obcinania

wydłubał ze mnie wnętrzności, porcja rosołowa

Pozostawił mnie kadłubem, bez właściwości

wypieprzonym na jakieś nieprzyjemne warunki

atmosferyczne, wtedy było zimno i mokro

Jeździłam cadillakiem, pijąc drogi koniak

z gwinta, sapiąc z przyjemności i bekając

Oto pocałunki mącące moją marność

Słodkie pocałunki prosto w usta, z gwinta

Załamana nerwowo aktorka biega w nocy

Nie chciałam nikogo innego już więcej

Byłam bogata, ale to nie było nic warte

Zostawił mnie z jego dociskami palców

łatwy do rozpoznania sprawca zamieszania

Jego intensywny zapach ciągle miałam na sobie

Jeździłam płynnie przez rozświetlone bulwary

nawet rozbijając swój wóz w kolorze ecru

miałam w ustach jego znakomity smak

Wypadek spowodował moje kulawe inwalidztwo

Miałam wiele okazji na przyjemne chwile

z pachnącymi jeszcze produkcją, jeszcze fabryką

ale stałam się umarła dla pustych odwłoków

Stałam się jednoosobową zakonnicą

odepchniętą, z wbitym kawałkiem karoserii

w kolorze kremowym w piękne biodro

Wycięty z tyłu mój czarny habit z wyleniałą etolą

którą miałam na sobie w tamten wieczór

Złożyłam śluby czystości dla tego, który odszedł

w sumie chrzanił moją kondycję psychiczną

Oto rzucam miliony nie pereł, ale diamentów

przed niegodnego

Niech kopie on te kamienie poświęcone

Niech jego but zgniecie ich mineralne struktury

Niech wreszcie poślizgnie się na nich

I niech stłucze sobie boleśnie staw biodrowy

Pieśń dwunasta. Biodro, które się zrosło

Nie miałam w sobie cynizmu ani złości w trzewiach

nie nosiłam w portmonetce drobnych, przekleństw

Byłam przyjemna dla środowiska naturalnego

Moje osobiste spaliny chronione były katalizatorem

Zestarzałam się w spokoju, narzekając na ślad

w krągłym biodrze, choć już nikt nie pamiętał

Świetność mojego brązowego biodra minęła z czasem

Pokochałam swoją cichą samotność z esencją herbaty

Miałam coraz bardziej niewygodnie spętlone buty

wbijały mi się w moje poskręcane stopy zapomnianej

Coraz bardziej gniotły mi się jedwabne rajstopy

na zmarszczonych kolanach ciągle wyczekujących

Codziennie na targu kupowałam świeże warzywa

Gotowałam, patrząc, jak zanurzają się w gorącej wodzie

to jedyny grzech, który wspominam z niepewnością

Słoneczna staruszka ze zdziwieniem odkrywa siwiznę

Często w sklepach, dla żartu, grałam zapomniane role

ku uciesze publiczności, by się cieszyli jeszcze raz

Umierałam spokojnie wraz z kolejnymi kwitkami

odcinki emerytury i badań na obecność nowotworu

Na ostatnie pół roku bólu zostałam położona

w Umieralni, gdzie zaprzyjaźniłam się z paprotką

z wolontariuszką, którą namówiłam na studia

Kiedy zmieniała mi pieluchę, podawała mi mleko

dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, 6 miesięcy życia

Cicho zasnęłam którejś gwiaździstej nocy teatralnej

oddychając spokojnie i nie oddychając już spokojnie

Słodka ciemność przygarnęła mnie ręką, wyciągniętą

tylko do mnie, zgarniającą mnie jak drobniaki

Teraz tu, na plaży, moje nieciało spoczywa w pokoju

na ręczniku w kolorze ecrú wieczny odpoczynek

Niedługo przyjdzie przypływ, czuję to w biodrze

Jest bardzo wrażliwe na zmiany atmosferyczne

Zabierze mnie do siebie na zawsze, spełni mnie

tam gdzie będę tą, której biodro nareszcie się zrosło

Moja meta nie była więc w ramionach drzewa

Moja meta to ramiona tego brzegu, kochana czarna toń

Nic potrzebuję, to miłość od pierwszego wejrzenia

Wiem, znam doskonale jej słodki smak

Pieśń trzynasta. Pocałunek na dobranoc

Blu śpiewa

Moje współodczuwanie stało się teraz wyraźne

Poczułem dokładny jej ślad na moim biodrze

bolesną karoserię w sobie, którą ona nosiła

przez lata jak drogocenną biżuterię, pamiątkę

Leżeliśmy chwilę na jej pachnącym ręczniku

Wielki Jod napełniał nasze resztki płuc

wypełnieniem tam, gdzie zawsze brakowało

czyniąc z każdej naszej odpowiedzi pieśni

o zapomnianych melodiach i hultajskim rytmie

Brokat lepił się zabawnie do naszych lekkich dłoni

Pocałowaliśmy się w usta na dobranoc

w koszulach nocnych dopasowanych do braku ciała

wymierzonych przez szepczące dziwadła

Oto stroje wieczorowe, strojne tylko na jeden wieczór

na jeden cichy zmierzch, schowany przed wszystkimi

kiedy jest tak sympatycznie chłodno, dyskretnie

Moja przyjaciółka spokojnie odwróciła się do morza

Nie potrzebowała mojej czułości ani głaskania

Nie potrzebowała już mojej śpiewnej obecności

Z dala punkt B migotał już do mnie cekinem

Był to dla mnie sygnał dźwiękowo-świetlny

powinienem już iść do kolejnego morskiego żyjątka

Moje kroki znów stały się taneczne

Mój wzrok ciekawie rysował kontury nieznanego

Pieśń czternasta. Pieśń przejściowa

Tanecznym krokiem

Przechodzenia, dochodzenia do ciebie

Prawie mam ciebie, prawie się zbliżam

Poczekalnie na przejście w ścisku do uścisku

Korytarzem długim wędruję i wrzeszczę

Rytmiczne uderzenia z boków rozpraszają

Po pęknięciach betonu skaczę

byle nie na gładką płaszczyznę szlaków

by nie iść wygodnie, skuchy obowiązkowe

Wymagam znalezienia słodkich błędów

tylko ich śladami wędruję zdyscyplinowany

tany, tany, jestem kawałkiem rozpryśniętym

wywijam rękami w powietrzu

skacząc nad przepaściami płyt chodnikowych

W powietrzu łapię braki słów niczym alpinista

przyciągam swój ciężar ciała do nich

już mogą utrzymać mój ciężar

Zawsze mi ich brakowało jakoś

bo to jest pieśń przejściowa

bo zazwyczaj tak bywa

bo nie jest to pieśń pomiędzy

lecz to taki nieśmiały rodzaj układu rodnego

prawie że ginekologiczny opis

przechodzenia z bezcelu do bezcelu

Pieśń piętnasta. Dziewica z czerwonymi uszami na plaży

Na piachu, w piachu pogrzebany

Ma oczy zwrócone na mnie, woła cicho

Oczekuje mnie z niecierpliwością

chce zaśpiewać mi mleczarską pieśń

Jego zapach unosi się z daleka

Ciemne, kręcone włosy i wysokie ciało

długie ramiona, czerwone uszy słonia

pierwotnie wyzbyte żądzy, a to ciekawe

Jedwab jego skóry najdelikatniejszy

tkany przez nieświadomych przodków

Panie i panowie, proszę nie piszczeć

Leżał całkiem nagi i spokojny zarazem

Wiatr święty delikatnie palcami czesał

jego ukryte kołtuny, ukryte skrzętnie

czerpał z tego ukrytą przyjemność

Jego istnienie zwiastowało kwaśność

Jasna, wytworna obecność na brzegu

Na jego widok pragnąłem go już mieć

jakbym się z nim rozstał na chwilę kiedyś

powracając do siebie z większą tęsknotą

Twoje ręce nie pachną ciałami innych

Manikiur pozwala ci zachować czystość myśli

Pachnąca pokusa pozostawiona na parapecie

zwabia wygłodniałych daleką podróżą

Nieotwarty dłużej zachowuje swój smak

Wytrwale skrywany przed smażalnią ryb

zwinięty w papierek-cukierek słodki

O Boże, o Boże, jaki on bywa piękny

Pieśń szesnasta. Dziewica o czerwonych uszach śpiewa

Tak, jestem nią, czystą, wyborową jednostką

Nikt mnie nie dotknął, ja sam nie dotykałem

choć może raz albo dwa razy z tęsknoty

Jestem ofiarą całopalną, spaloną doszczętnie

Tylko czerwone, zawstydzone uszy pozostały

po mnie jako jedyna odznaka, medal za odwagę

Śpiewam teraz postpunkowe pieśni jodłowane

byś, piękny włóczęgo, pozostał chwilę przy mnie

Od liceum nosiłem buty, które gniotły miękkości

Byłem jak trup spalony dla wszystkich

Nikt nie zna tego smaku dziwnego

rwą się w swojej wilgotności i gotowości

do spełniania się w tym lub innym na chwilę

Ja, syn mleczarza, rozwoziłem ser żółty i biały

z czerwoną obwódką po północnych wsiach

a stare kobiety uśmiechały się do mnie cicho

nie miały reszty, one były resztkami

Dla wszystkich byłem raczej sfumato

Moje krawędzie były miękkie i maślane

nikt nie mógł mnie uchwycić za ostry kontur

Tylko czerwone uszy do tarmoszenia pozostały

czerwone i drażniące w mlecznym pejzażu

sygnalizowały mnie z daleka, w nabiałowej mgle

Z pewną łatwością akceptowałem mój brak siebie

brak szorstkiego zarostu z powodu jego lub jej

W czarnym podkoszulku rozwoziłem serki

homogenizowane, do smarowania się na plaży

Ani kobieta, ani mężczyzna

ani chodzący na rękach czy tańczący na zębie

nie oderwał mnie od wąchania krajobrazu

o 4 rano, gdy już ciężarówka czekała na mnie

na moje czerwone uszy z małą zawartością tłuszczu

Dla wielu mogłem być nosicielem płodnych wirusów

lecz nie byłem ani dodatni, ani ujemny

Zbliżałem się do nich, lecz nigdy nie dotknąłem

mógłbym przez to coś stracić z mleczności

Przejeżdżałem poprzez ich zbiorowiska rano

Mogłem być dupą światowców, co za frajda

w zapasach błotnych zdobyłbym główne wyróżnienie

za każdorazowe drżenie przed stosunkiem ze strachu

Niepotrzebne mi były kwieciste badania ginekologiczne

Nie oceniałem ich, tylko z daleka spoglądałem

pozostawiając po sobie ślad czerwonych uszu

Cóż by mi przyszło, gdybym ich wszystkich posiadł

doznał okrzyków rozkoszy, zdziwienia sobą nagle?

Nikogo nie obsługuję, więc nie mam nikogo

Chciałem być takim wielkim kolektywem

dla tych, których nie wybrałem z powodu uszu

czerwieniących się ze wstydu bliskości

Popuszczanie fizjologii, popuszczanie słów

Więc dzięki temu mogę wyśpiewać tę pieśń

wyznaczoną przez wieki tylko dla mnie

Moja negatywna melodia przy morzu

Pieśń siedemnasta. Uszy stają się mleczne

W dniu swojej śmierci miałem dziewiętnaście lat

dwie plomby w zębach, jeden ubytek

Nastrojowy zachód słońca w mojej głowie

Była zima i wcześniej zachodziło słońce

Była zima, więc szybciej zachodziłem i ja

Wybuch gwiazdy, katastrofa astronomiczna

wylew w mózgu, wylew na ten brzeg tutaj

Zadano mi tylko jedno pytanie w przejściu

uśmiechnąłem się, znając odpowiedź

Anarchistyczne echo we mnie się odezwało

śpiewne spojrzenia we mnie, na mnie

Poślubiony z czarną oblubienicą, ulubienicą

patrzę na jej cichy rytm, leżąc tutaj, słuchając

Oto idę mleczny i zależny już teraz od niej

tylko moje białe uszy jeszcze tu pozostały

nie są już czerwone, usłyszały nowe rzeczy

Noc poślubna tylko dla mnie, z morską tonią

Połóż się przy mnie towarzyszu, głowę oprzyj

Patrzmy na naszą nieznaną piękność schowaną

przed światem tutaj skrytą, niepodglądaną

Chowa się ona przed nami, kusząc nas

swoim egzotycznym spojrzeniem niewinnej

Nie musisz degustować, dzisiaj jest szwedzki stół

kosztuj mnie z ciała bez ciała, ile chcesz

można wywalić ten pachnący wilgocią ręcznik

do wiecznego podcierania krocza

Leżę więc bez ręcznika na lśniącym piasku

Kto zna takie trudne pieśni?

Kto zna ich smak, gdy melodia jest wymagająca

od piejącego odpowiedniego, niemożliwego głosu?

Pieśń osiemnasta. Korytarzem i potem prosto

Korytarzem w lewo, potem w prawo

Lewy kąt w prawy róg wystający patrz

Potem trochę schowam się za kaloryferem

Potem trochę przy niesuficie zawisnę

na półtorej godziny albo na 40 minut

Głowa włóczęgi porysuje ściany brudem

Rozwalę rękę o ogrodzenie, przechodząc

boleśnie, serdecznie będzie zdruzgotana

Potem skręcisz w przecznicę bez świateł

zauważysz do niczego nic podobnego

Młodzieńca pozostawiam w spokoju

idę do punktów D i G prosto krętą drogą

one razem machają do mnie z daleka

chusteczkami higienicznymi z zapachem

Chusteczkami wilgotnymi z lanoliną

Korytarzem musisz przejść, trochę w dół

w górę, potem szargaj się na boki

aż odrapiesz resztki ubrania i siebie

Szerokie i wąskie naprzemianległe wejścia

trącanie się o pradawne konstrukcje

W lewo, w prawo, w lewo, w prawo

W górę, dół, w górę, dół, w górę, dół

Niespodziewana musztra moich kroków

Nie bój się, że zabłądzisz kochanie

brak oznaczeń ci pomoże, na pewno

Pieśń dziewiętnasta. Blu śpiewa dla dwuosobowej publiczności

Moje drogie plażowiczki, pozwólcie, proszę

że będę was zabawiał niczym przybłęda

olśniony znienacka waszą urodą i szykiem

Pachnące świętymi olejkami do opalania

leżycie tu razem, grając w dziwne scrabble

za pomocą słów, lecz już z ich spełnieniami

Obejmujecie fantazje, reakcje nieświadome

idee niesprawdzalne za pomocą grabek

swymi ramionami, obejmuje się razem

Będę was teraz przedrzeźniał i przezywał

Wasz publiczny autyzm jest uroczy, zaprawdę

a dialog dopiero zaczęty zaprasza mnie

Czy mogę dołączyć się do waszej gry w słówka?

Upijemy się znaczeniami każdej litery

jak chłodnym winem na plaży razem z butelki

Jesteście niczym morskie potwory

o ciekawej dla ewolucjonisty fizjologii dziwadeł

Wasze filozoficzne śpiewy uśpiły niejednego

Sen zachłannego podróżnika, niby to odkrywcy

który ze zdziwieniem roztrzaskiwał się o skały

otwardy brzeg z krzaczkami logicznymi w tle

malowanymi pośpiesznie na potrzeby scenografii

a potem nie mógł wykonywać już żadnej pracy

on tak by chciał być tylko filozofem, tylko

Wy jesteście jego dyskretnymi kusicielkami

przez wasze pirackie pieśni pachnące tytoniem

i morzem

Pieśń dwudziesta. Kobiety śpiewają razem

pianissimo possibile et fortissimo possibile 3

Zaśpiewajmy razem pieśń dla włóczykija

najciszej jak potrafimy, najgłośniej jak można

Oznaczenia muzyczne w zapisie nutowym

pochodzą z języka trudnego do translacji

by prawidłowo wykonać utwór, musimy je znać

Nasze gęste słowa turlają się zdziwione ciężarem

od pierwszych brzmień, pierwotnych przedsłówek

Jesteśmy osobliwymi chórzystkami na czele

ubrane w białe kołnierze wszystkowiedzących

ambitne cele, zmęczone powieki przy nocnej lampce

Dotykając abstrakcyjnych pojęć palcami

musisz mieć co najmniej gumowe rękawiczki

Nasze ciała pozostawiałyśmy w kącie przy wieszaku

na niepotrzebne lumpeksowe palta, wywłaszczane

My raczej za życia wbijałyśmy się mocno zębami

w wysokie półki skalne niedostępne dla wielu

za pomocą jakiegoś w miarę ostrego narzędzia

Byłyśmy kiedyś strażą graniczną języka

szerokich kieszeni, w których tak wiele się mieści

ale i wiele gubi się gdzieś na chodniku, w przejściu

powodując nasz szczery płacz, ubolewanie

Ubrane niczym poetki w szarobure mundury

dla doskonałego kamuflażu na co dzień

wychodziłyśmy nocną porą na zwiady w las

osobiście przybliżając się do słupów granicznych

Siadałyśmy wtedy przy nich i paliłyśmy papierosy

Patrzyłyśmy na daleki horyzont, czytałyśmy książki

gotowe do postawienia kroków zagranicznych

Tutaj na plaży obfitość znaczeń nas onieśmiela

z cierpliwością filatelisty zbieramy teraz resztki

zagubionych, płochych, zaprzepaszczonych słów

Leśne tropicielki z błyszczykiem na ustach

dla niepoznaki, że sytuacja była zawsze poważna

Pieśń dwudziesta pierwsza. Blu śpiewa do Ciuciubabki

Z oczami dokładnie zawiązanymi szalem

nie widząc nic, znając pośrednio reguły

kiedy kręcisz się wokół, a potem łapiesz

łapiesz w mroku niepewności cienie

po rzeczach i ich namacalne kształty

To jest ta, która w czerni migotała bytem

z harcerskim rumieńcem na twarzy

z misjonarskim, dobrym zgryzem zębów

Śpiewała pieśni Przechodzącej w mroku

Niech zabrzmią dźwięki zbyt głośne na noc

Oootakich wielkich rzeczach mówić unitarnie

Grzebać słabymi dłońmi umykające znaczenia

Czy ktoś bawi się w metafizyczną ciuciubabkę?

To jest taka odmiana tej gry dla starszaków

wywija się łapami na lewo, prawo chwytając

uciekające sylwety, co drażnią cię, wołają

Niewielu zostało wielbicieli tej ślepej gry

czmychnęli przed wieczorem, bo było późno

w sumie szybko robiło się chłodno i niewygodnie

mama wołała już na ciepły posiłek z daleka

więc nie warto było nawet zaczynać zabawy

Wszyscy zaczynają śnić swoje prywatne sny

Nikt nie chce wędrować nocnymi szlakami

Nikt nocą nie wędruje po tych pustych ulicach

Tu jest ciemno i niebezpiecznie i kostka brukowa

nie gładka

A ty sama śpiewasz pieśni ciuciubabki idącej prosto

przechodząc w mroku, śpiewając o nim słowa

można dostać po żebrach od przymglonych bytów

Znałaś ukryte gramatyki i ortografie nocy

niewielu takich zostało, co jeszcze pamiętają

Słodkie ich głosy z chorymi gardłami

z ciągle zainfekowanymi gardłami od wycia

śpiewają podniesione pieśni zaciemnione

O kusicielko metafizyki negatywistycznej

Wódź, wódź mnie na pokuszenie ramieniem

To jest ta, której nie było, a tym bardziej jest

Czy mogę znów obrócić ciebie wokół

byś jeszcze raz szukała, z niepewną miną?

Pieśń dwudziesta druga. Pieśń Ciuciubabki

Zaczynam dla ciebie pieśń ciuciubabki

przypominają mi się dawne reguły

Był chłód wychodzenia z domu

Był chłód zakładania płaszcza

gdy wszyscy śpią już w śpiochach

we flanelowych koszulach i pościeli

Nocą czarne ulice są niebezpieczne

Szłam najmroczniejszymi zaułkami

uparcie pod nocnymi latarniami

Czytałam książki z zakresu metafizyki

takie pieśni śpiewali dawni brodacze

śliniąc się nieprawdopodobnie przy tym

Ale dziewczyna ze zmarszczonym czołem

w naszej epoce elektryczności psuje wzrok

od latarni na dawno zapomnianych ulicach

zamiast zająć się doskonaleniem gotowania

nóżek kurczaków w sosie z kiwi i ciasteczek

To ja swoje oblicze wpisałam w nieznane

w to, czego nie ma, a tym bardziej jest, bo tęskni

Nosiłam w reklamówkach ze sklepu nocnego

resztki wieczornych oddechów, modlitw

z opaską na oczach szczelnie zawiązaną

Czasami, gdy nikt nie widział, podglądałam

by nie zderzyć się z innymi ciuciubabkami

W czarnej smudze chłodnej godziny podglądanie

Ludzie boją się bardzo ryb głębinowych

nieznanych z nazw, one zakopane są w mule

Niechętnie się demaskują, podając swoje imiona

odmieniając łacińskie ozdobne sentencje

Moim łuczywem była końcówka papierosa

która sygnalizowała światełkiem odblaskowym

moje ciągłe czuwanie do jutrzni, bez powodu

bez praktycznego argumentowania funkcji

tych godzin zgubionych, zaprzepaszczonych

Gdyby to jeszcze miało jakieś zastosowanie

w celu zbawienia np. insektów syberyjskich

Odkryć, że oddech w parę się zamienia w mroku

tylko po to, by było to zbędne i niepotrzebne

by te ślady rozpłynęły się w niebywaniu

Jestem kobietą Nic, zupą Nic z mąki, z wody

Cieniem, który nosi w sobie resztki dawnego rysu

rysu czarnej księżniczki Kunegundy

która całe życie przemieszkała samorodnie

Drugie piętro w moskiewskim akademiku

ze wspólną toaletą dla niedostatecznych

Całe moje życie jak zakładka do książek

Przytulać się do szorstkiej logiki, prosić o czułość

Taka randka w ciemno z niezwykłościami

w moich zmęczonych, podrażnionych oczach

od łapania ostrości w ulicznym mroku

z opaską na oczach, ślepa jak niemowlę

Wszystkie pojęcia chowają się przed światłem

lekko się wycofują, bojąc się zwartej formy

Ćmy i nocne owady roztrzaskują swoje czoła

małe główki zderzone z wielką jasnością

która jest też największym zaćmieniem

największą ciemnością, ona ściga wszystkich

Szłam przez noc, zapalając papierosa od papierosa

wspominając swoich filozoficznych poprzedników

wplatając w wieczorne pieśni resztki ich wersów

przekazane przez tradycje słowa przekazywanego

jak od papierosa do papierosa, moje ciemne roraty

gdy noc nie ustępuje dniu, gdy się potykasz boleśnie

Czarne, płaskie pantofle nigdy nie rozgniotły

ślepych, delikatnych stworzeń w nieczytelności nocy

stworzenia nieświadome mojego przemarszu wypełzały

Patrzyłam wtedy na ich piękną ulotność i naprawiałam

im złamane nóżki, bandażując otwarte złamania żeber

Oto pieśń ciuciubabki, która przechadzała się

na nieznanych przez taksówkarzy z nazwy ulicach

Ręce badają byty o zmęczonej porze

jakże słodka noc, w której tak można pięknie błądzić

Pieśń dwudziesta trzecia. Ciuciubabka zdejmuje apaszkę z głowy

W godzinie śmierci mojej amen, w tym dniu

W godzinie drugiej przed zimnym świtaniem

gdy przechodziłam zmęczona nocą przez ulicę

w ciemności nie zauważyło mnie jadące auto

Nie paliła się latarnia elektryczna na tej ulicy

Pijany jeszcze jakimś spotkaniem młody pan

strzaskał się tam z moim cienistym ciałem

pozostawiając je nieśmiało pogruchotane

neon reklamowy Endless, w witrynie sklepu

Odchodzenie trwało w samotności parę minut

więc zdążyłam jeszcze ze spokojem spojrzeć

w życie z przekrzywionym uśmiechem spokoju

Przebite plecy i brzuch wszystko przepełniało się

płynami hamulcowymi, olejami, keczupem

modnym i wykorzystywanym w filmach grozy

niskobudżetowych, prześlicznie amatorskich

z pełnym zaangażowaniem w moje umieranie

Usłyszałam tylko śpiewne pozdrowienie

Miałam doświadczenie jako ciuciubabka 24 h

Znałam ten miły chłód, ciepło powitania

żegnania się o poranku, gdy na dzień idziesz spać

Krzyknęłam sobą, by być dobrze zrozumiana

Czułe spojrzenie przeniosło mnie tutaj na brzeg

tu jest moja noc, mój poranek, moja godzina

tu jest zakończenie mojej gry, gdy jaśnieją oblicza

wszystkiego, co miało jedynie śliski dotyk w sobie

W powietrzu dopełnia każde moje słabe słowo

usprawiedliwia braki, w ramach pracy domowej

którą ciągle sam sobie zadaje, odczuwając pełniej

zna doskonale te koronkowe rebusy w pionie

w poziomie rozwiązywane dla osiągnięcia błędu

Cieszy go uzupełnianie wszystkich pustaków we mnie

Cieszy się, że się tak bardzo starałam wpisywać

we właściwe pola dobre pojęcia, nocną porą

na kolanie powtórzone magicznie brzmiące zasady

W świetle staroświeckiej latarni kontemplowałam go

często z nieświadomością mojej krzyżówki z nim

Pieśń dwudziesta czwarta. Pieśń metafizyczna

to nie będzie pieśń miłosna, lecz pieśń

która nie powinna być wyśpiewana

bo nie ma takich głosów

bo nie ma już takiej ciszy

podpiwniczone okna z wilgotną głębią

schowane przed szeroką publicznością

zdradzają jej wytworne szaleństwo ukrycia

moje argumenty czystej negacji

niebyt jest bardziej rumiany niż byt

to, co się nie stało

moje zdrady ciche

moje wycofywanie się

nie w szereg, ale za szereg

moja bierność wobec układu planet

i promieniowania ultrafioletowego

unitarnie zebrać wielkie przestrzenie

tak większość ucieka między, całe masy

pominąć mnóstwo, nie dotykając niebytu

jeszcze ta niemożliwość zrealizowania

dość przekonującej prezentacji, slajdów

grafów, szlaczków, obrazków humorystycznych

na ten nietemat

dlatego też wszyscy się na pewno znudzą

nie ukoronują cię, o wrajterko, o fajterko

nie musisz popisywać się i podpisywać

nie musisz łasić się do odpowiednich osób

atrakcyjna wobec czerni rozpraszającej

wyblurowana rozkoszą i egzotycznym pączem

tańczę sama, nieoczekująca kogokolwiek

nie będzie owacji na stojąco ani laurów

nikt ci ich nie przyklei na ślinę do skroni

dawno zwietrzał ich zapach na szczęście

połamane liście laurowe wsypywane do zup

nieestetycznie jest wkładać głowę do spływu

obserwując, gdzie to wszystko ucieka

co z tym dalej

wsadź tam łeb głęboko

każdy taki ściek trafia w końcu do Morza

to jest moja nieekologiczna pociecha

Pieśń dwudziesta piąta. Blu przesiada się do drugiej kobiety na ręczniku

Leżę sobie na kocu podziurawionym przez wszystko

Pijemy razem doskonałe wino, podziwiając morze

Przytulam was, a wy całujecie mi uszy słuchającego

Moje nieciało leżało na jednej stronie wygodnie

Ciemna łuna twojego mroku mocno mnie spala

lecz teraz przewrócę się na drugi bok, kochanie

opalając się od twojej przyjaciółki, mogę teraz

dzielić się z wami, a wy ze mną sobą, bez urazy

Wszyscy do wszystkich, więc możemy tu razem być

Leżymy tu razem na końcu świata, wszystko topi się

Siedzimy tu cierpliwie, oczekując rozwiązania nas

zaplątanych z czasem przedłużaczy elektrycznych

Czuwać, aż nadejdzie upragniona fala, zabierając nas

w odmęty odczuwania w niezwykłej głośności

Tu są nasze końcowe napisy, tytuły na koniec filmu

Scenariusz i reżyseria, możemy podziwiać producenta

Leżę sobie na kocu podziurawionym przez wszystko

razem z pięknymi kobietami na plaży, przytulając się

do braku ich ciał, których kształt określa tylko melodia

Pieśń dwudziesta szósta. Blu śpiewa do kobiety z miłosiernym spojrzeniem

Kobieto, z drzewa miłosiernego uczyniona, módl się za mną

Ty, co za życia szukałaś sprawiedliwości, módl się za mną

Ty, co biegłaś spóźniona na wykłady, módl się za mną

Denerwująca się, że dziecko nie śpi, a ty masz tyle książek

do przeczytania jeszcze tej nocy, módl się za mną

Samotna z dzieckiem na stypendium jadąca, módl się za mną

Zasmucona wydatkami za miesiąc luty, módl się za mną

Pochylająca się ze zmęczenia do przodu, módl się za mną

Pisząca parę wersji książki o wybaczeniu, módl się za mną

i tkliwie się przy tym uśmiechająca, módl się za mną

Stawiająca miłosierdzie nad sprawiedliwością, módl się za mną

O litości śpiewająca w zwartych esejach, módl się za mną

Zapomnienie w twojej puderniczce koryguje niedoskonałości

żeby nie nienawidzić, aby wzgardy w kieszeniach nie nosić

Twoja elokwentna ślina to mikstura na zapominanie o tym

że sprawiedliwość musi karać z Zaciśnięciem, módl się za mną

Bo ty zawsze tylko

Kyrie eleison

Kyrie eleison

Kyrie eleison

Pieśń dwudziesta siódma. Kobieta o miłosiernym spojrzeniu śpiewa

Miłosierne spojrzenie przez okulary dalekowidza

nie ćwiczyłam go przy lustrze codziennie rano

byłam dzięki niemu bardziej ślepa od ociemniałych

Z racji tego kalectwa musiałam walczyć z detalami

z wykonywaniem obowiązków domowych

Miałam dwoje dzieci, które teraz mają problemy

z wyborem zakładu pogrzebowego w mieście

jasne głowy, ciepłe twarze dobrze odżywione

Wychowałam je samotnie, mój mąż mnie pozostawił

w supermarkecie przy produktach mocno przecenionych

i odszedł, nie chciał znać ich pierwotnej, wysokiej ceny

Ten rabat był tylko dla niego, wyprzedaż całkowita ze mnie

Pracowałam na uniwersytetach, piejąc rano niczym kur

ze zmęczoną cerą, lecz z miłosiernym spojrzeniem

Chciałam powiedzieć im o przebaczaniu spokojnym

o zapominaniu, o słodkiej chorobie Alzheimera

Szukałam pojęć w bibliotekach dla ociemniałych

Szukałam, aby każdy mógł się nasycić uspokojeniem

i nie miał tych nieprzyjemnych wzdęć u niemowląt

z powodu nerwowego połykania powietrza i płaczu

Wada wzroku spowodowana łagodnym spojrzeniem

wzbudzała niezadowolenie wielu okulistów z praktyką

Czy ślepa kobieta może być sprawiedliwa?

Czy kobieta gotująca łagodne sosy może być sprawiedliwa?

Czy niechciana może być sprawiedliwa?

Przez przymknięte oczy nie widać bolesnych detali

tych ostrych odpryśnięć z kryształowych wazonów

one były kiedyś honorowymi nagrodami z okazji udziału

w jakiejś letniej wojnie połączonej z koszeniem

bardziej wystających ciał, dłoni i rozumów z tłumu

Te zmiecione resztki pod dywan z zagiętym rogiem

jak w pamiętniczku z twardą oprawą albumową

z dopiskiem na zgiętym rogu ku pamięci i ku przypominaniu

gdzie przeprowadzić tę niechcianą granicę wybaczenia

kredą narysować ją za pomocą drżącej ręki

Ja widzę tylko detale kulące się w miłosierną całość

Choć są rzeczy, które odrzucam od jej obłego kształtu

te drobiazgi bowiem w swej jaskrawości przeczą jej

Miażdżycowe zapomnienie siebie w funkcjach

Wzrok oparł się więc miękko na niedowidzeniu

gdzie wszystko zaczyna być całością, niepomijającą

Delikatne macanie pod spódnicami świata

Uchylając je

Pieśń dwudziesta ósma. Wada wzroku się powiększa

Wada wzroku się nareszcie powiększyła

Jestem teraz bardzo niewidoma, a tym więcej widzę

Niepotrzebne są mi więc grube okulary do czytania

soczewki, lupy zegarmistrzowskie wszczepiane

Problemy z sercem miłosiernym pod bluzką

z sercem, od którego odchodziły złote promienie

łuny kolorowe sugerujące mój wewnętrzny blask

Już dawno było widać ciche nieprawidłowości

Czy to jeden z tych złotych, ostrych promyków

przez przypadek wbił się w drugą stronę tak

że malowane kropelki krwi sączyły się skrycie

pod koronkową bluzką kości i ścięgien kolorowych

Podczas rozmowy z dziećmi przy kawie zbożowej

serce malowane przetarty dźwięk wydało

Jęknęłam, a pauza wcisnęła się w żelazną rytmikę

słaby wzrok osłabł jeszcze bardziej w tej chwili

wśród krzyków zdumienia dzieci odchodziłam

ich płacz i zdezorientowanie sytuacją łaskotały jeszcze

Promyki pozłacane mojego słabego serca błyszczały

ściągane za pomocą Magnesu z plusem i minusem

Podniosłam swoje oczy z miłosierną wadą wzroku

a wtedy zostałam porwana z wielkim zdecydowaniem

na tutejszą plażę, łagodnością swego klimatu ujmującą

Teraz leżę na ręczniku o nieostrych krawędziach

w błyszczącym brokacie siedzimy tu razem, odpoczywając

razem gramy w scrabble, czekając, aż litery roztopi fala

która mieni się niezwykłymi barwami z daleka

wszystkie odcienie miłosierdzia w nieskończonej ilości

Tu słowa nareszcie wypełniają się potencjalnościami

ich krawędzie ciągle są przebrzmiałe z nadmiaru znaczeń

na ten nasz brzeg leżących spokojnie i zapiaszczonych

Tutaj jest sens w słodkim bezsensie gry popołudniowej

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Blu przechodzi do punktu F

pieśń antyarchitektoniczna

Na czarnej plaży nie ma już żadnych budowli

ani z piasku, ani z kamienia na brzegu

Nic już nie musi być konstruowane, opierane

Nie ma żadnych oparć ani sił ciążenia

Nic nie musisz już wykreślać na kalce

Nie potrzebujesz różnicować grubości linii

widzialnych i cieńszych, prawie niewidzialnych

albo nieistniejących przerywaną linią

Nie znajdziesz tu żadnych drogich przyborników

No spróbuj zrobić makietę mojego niekroczenia

No spróbuj zrobić makietę mojego odchodzenia

Przygotuj planszę, gdzie narysujesz moją niedrogę

Niech będzie perfekcyjnie wykonana na tekturze

Niech nic już nie będzie na pachnącym papierze

Jeśli pozostanie pusta, będzie zaprawdę pełna

Ulep to swoimi higienicznymi łapami, z piachu i błota

bez projektu, bez niczego, na golasa, z brudzeniem się

Taka niezwykła jest droga od punktu C i D do F

Powinna być zrealizowana w ramach konkursu

pająków zaangażowanych z okolicy do happeningu

one robią to ze śliny i włókien, gdy nikt nie widzi

To linie słów niewypowiedzianych, rozpiętych

pomiędzy w miarę stałymi, czarnymi gałęziami

Po takim moście przejdę, nie raniąc się, do ciebie

mój kolejny ochotniku, mój dawco opowieści

Skopane resztki kształtów przesuwa dalej wiatr

Foremka po moim kształcie pozostawia ślad

powielony wielokrotnie w celu osiągnięcia rytmu

Pieśń trzydziesta. Blu spotyka człowieka o trzydziestu dłoniach

Czy jeszcze możliwy jest taki stwór niezwykły

który ma trzydzieści dłoni na co dzień?

Zgadnijmy więc, kto to, wyglądający jak Rozgałęzione

trzydzieści dłoni i naturalne spojrzenie

To jest taki stwór, okaz morza przetrzymywany tutaj

niczym ryba w akwarium, można mu się przyjrzeć

przed jego powrotem do morza, pooglądać trochę

Niezwykłe ubarwienie skóry i mnogość zakończeń

Ma tyle dłoni głaszczących, karmiących potomstwo

czuły ojciec, bez zacięć maszynką przy goleniu

z jogurtami biegnie do kasy, by zdążyć do teatrzyku

na spektakl dwudziestego pierwszego dziecka

On nigdy nie zapomniał, choć to nieważna sztuka

syn gra ostatniego w tłumie, ale ma wypieki na twarzy

ma tremę i tylko sprawdza, czy ojciec wieloręki jest

Usłyszał, że dwudziesta druga córka płacze

za marynarzem, siedział z nią w nocy, słuchając jej

Karmił swą owłosioną piersią najmniejsze bliźnięta

na przemian z ich natychmiastowym przewijaniem

Je wszystkie głaszcze po wygłaskanych już głowach

przynosi z pracy paczki okolicznościowe dla nich

Dzieląc zawsze sprawiedliwie, za pomocą dłoni

za pomocą żylastych trzydziestu dłoni

Wielkie, kolorowe szczęśliwe wstęgi wokół niego

Wszystkie dzieci doskonale znają każdą z tych rąk

ich linie papilarne i prawie niezauważalne detale

robią sobie konkursy, teraz ty znajdź różnice

między dwudziestą pierwszą a dwunastą ręką ojca

Czy można tak licznie, tak sprawiedliwie kochać

wszystko jednocześnie i dostrzegać każdy smutek?

Wyławiać z ich spojrzeń, łagodzić każdy ból

nigdy nie załamując ze zmęczenia licznych ramion

Pieśń trzydziesta pierwsza. Człowiek z trzydziestą pierwszą dłonią śpiewa periplus4

Będę śpiewał periplus dla ciebie, pieśń dziwnej mapy

dlatego, że zawsze trzymałem się widocznego brzegu

Nie odważyłem się wpływać na otwarte przestrzenie

zawsze obserwowałem brzeg dla bezpieczeństwa

lękliwe nawigując według znanych mi punktów

Zbudowałem wiele portów wokół mojego wybrzeża

cały czas pływałem kraulem pomiędzy miastami

Z czasem łatwiej mi było przemierzać te odcinki

przybywało mi coraz więcej ramion do żeglugi

W każdym z tych portów moje rybie potomstwo

Kochałem je tak mocno, tak chciałem im pomagać

że ciało samoistnie wypuszczało nowe ramiona

Stałem się więc drzewem z wieloma zakończeniami

Moja królowa-matka-pszczoła pisała pieśni dla dzieci

ja wypływałem, spotykając każde z moich Licznych

Oczekiwano mnie z radością i niecierpliwością

Znałem każdy ich grymas, każde załamanie głosu

każdą pliskę skóry i sposoby wielu zachowań

Analizując swoje błędy wychowawcze przy herbacie

opowiadałem im zamorskie opowieści wieczorami

Do mojego łóżka przed nocą schodził się tłum

Chcą tylko przy mnie być czuć mój morski zapach

od ciągłego pływania kraulem za pomocą tylu ramion

Z daleka co dzień wszystkie widziały moją banderę

wtulały się w moją zniszczoną solą i słońcem koszulę

tropiły każdy jej wątek, lepiej mnie zapamiętując

Kładłem je spać, przytulałem do siebie, słuchając ich

rytmicznych oddechów wpływających już w noc

by jutro z piskiem radości przywitać kolejny dzień

na pływalni

Pieśń trzydziesta druga. Trzydzieści dwie dłonie do potęgi n

Naturalną konsekwencją licznego rozgałęzienia

był nowotwór mojego zdeformowanego ciała

Rozrastał się on wraz z moimi kończynami

pod skórą zamieszkał i był nielegalny

Piszczałem wewnętrznie z przeciągłego bólu

ciągle zatykając sobie licznymi rękami usta

Twarz wysuszała się z niepokoju

a w dłoniach pierwszy raz poczułem drżenie

Wielkie dziedzictwo moje pozostanie same

dorosłe dzieci będą karmić młodsze filetami

Otwarte buźki ze zdziwienia, że odchodzę

Zapamiętałem ich pożegnanie z refrenem

każde z nich było długą, samodzielną zwrotką

rytmiczne zderzanie się

codziennie z ich kamienistymi brzegami

Kolejna dawka morfiny na uśmierzenie bólu

serce stęknęło w skurczu podwodnym

znużone zmęczeniem tego opierania się jeszcze

Wszystkie moje dłonie cicho opadły na pościel

spokojnie na dno morza opadałem, czując chłód

Zostałem złowiony słowami Obcokrajowca

liczne ramiona wplątały się na szczęście

w najpiękniejszą z sieci utkanej z pytań do mnie

Zostałem wyrzucony tutaj na czarną plażę

Teraz gałęzie z każdą pieśnią mnożą się

coraz liczniej, coraz liczniej zajmują miejsca

obrastają mnie jak porosty niezwykle płodne

Jest to znak braterstwa z tym, co ma najwięcej

ramion, a każde możliwe zakończenie je zna

Nasycę się więc nieskończonością na brzegach

choć zawsze śpiewałem periplusy5 blisko lądu

W tej mnogości zachowam ostrość wszystkiego

każdego detalu obrzędowego przy nawigowaniu

na nieznane lądy

Pieśń trzydziesta trzecia. Do następnego przejścia

Prześlizgnę się na brokacie piasku przeciągle

za pomocą jednego, mocno rozkraczonego

gestu tanecznego z akompaniamentem słów

dotrzeć do następnego chętnego z publiczności

wybranego, oderwanego od czynności ciała

Na palcu średnim mojej lewej stopy tańczyłem

Dawne wykonanie pozy łyżwiarki chińskiej

która wygnie się tak mocno, boleśnie dla was

chce być taka piękna i najwyżej oceniona

przez komisję, która nie lubi Chińczyków

Dawne konkursy odbijają się we wspomnieniu

lecz teraz mój najdrobniejszy ruch powieki

jest doceniony u napełnionych wszystkim

Mój taniec jest więc wolny od choreografii

Chybotliwe echo naśmiewa się ze wzorników

Płynę teraz na tafli wszystkiego najlepszego

Jestem wśród finalistów mistrzostw świata

Paraolimpiady dla nie do końca sprawnych

gdzie wszyscy dostaną swoje złote medale

za niedokładne wykonanie figur na lodzie

Pieśń trzydziesta czwarta. Blu spotyka czarną Bambolę6

Czy przy tobie jeszcze można coś skomleć?

Ty jesteś taką bambolą, z różnymi funkcjami

możesz mówić mama, możesz nawet sikać

Słodki wyraz twarzy, nadzwyczaj słodki

Gdybym był gwiazdą muzyki rozrywkowej

śpiewał co roku na festiwalu San Remo

gdzie podstarzali łysiejący, gdzie młode kicie

to bym wzruszał się infantylnie nad dolą lalki

made in Rwanda or Republic of China

Jak słodko można chrzanić i wzruszać się

Małe, czarne bambole z Afryki transportowane

Czyż moje wzruszenie nie jest śmieszne

jest kłamliwe, bo wymówione na głos?

Śpiewanie na głosy, teraz już tak potrafię

Czy tylko łzy wylewać do kwiatów ogrodowych

nad dolą światów trzecich i czwartych, i piątych

Popatrzmy na zdjęcia małych, głodnych ust

czarnych, małych gardeł ze strunami

na których grana jest bardzo dziwna melodia

Jakże straszliwe są te pęczki warzyw

te cenne darowizny, wypieprzone na boki

z nadmiaru, zbyt niskiej ceny rynkowej

Nie opłaca się ich przechowywać dłużej

w drewnianych skrzyniach płynących

Język jest bezużyteczny i pachnie tandetą

zakwiecone wersje opisujące czarną skórę

Ładne litery z motywami etnicznymi

informują, że jest to wersja second skin

Nawet jak się histerycznie bronisz chirurgią

staje mi wszystko w gardle i krztuszę się

i duszę, i wypluwam, i znów dławię się

ciemniejszą wersją kaszki manny na mleku

Chodź do mnie, moja mała dziewczynko

bawisz się teraz wiaderkiem na plaży

budując nieznane rzeźby minimalistyczne

Nie będę trzaskać twoim plastikowym ciałem

w kaloryfer, sprawdzając, czy jesteś odporna

jaki dźwięk dasz przy tym do akompaniamentu

Nie będę białym kolonizatorem gwałcącym czerń

Nie będę ci obgryzać paznokci nerwowo

ani też czesać twoich włosów w ciągłe dekoracje

Nie posadzę cię obok mnie, byś mi towarzyszyła

lecz ja przysiądę się do ciebie, ja będę twoją kukłą

dla ciebie choć przez chwilę, kukłą drugiego sortu

zakopaną tylko dla twojej zabawy w piachu

bym to Ja śmiesznie i litościwie wyglądał

Pieśń trzydziesta piąta. Bambola z funkcją śpiewania

Mam taką funkcję w sobie, mogę śpiewać

Funkcja niezwykle pożądana wśród was

kolekcjonerów pamiątek z dziwnych miejsc

Czarne wydłużone rzeźby z pseudohebanu

Udawanie materiałów, udawanie wzruszenia

z udawania ciebie i mnie, wiekuiste podróby

Jestem wieczną sierotą pozostawianą w przejściach

Czy ktoś mnie przygarnie ze względu na wygląd?

Mieszkałam w Kinoni, rodzice zginęli w walkach

Nikt nie znał ich z imienia, z nazwisk źle napisanych

Nikt mnie nie znał, leżałam jak porzucona zabawka

która pociesza wokół wszystkich swymi zdrobnieniami

bez tkanych białych kwiatków na bluzce

w ułożonych pęczkach, w pęczkach smażonych

bez żadnych wstążek na sukience, trzeba oszczędnie

Przy ulicy Pamiątkowej jest taki smutny plac zabaw

porozrzucane są tam deszczowe mioty dżdżownic

tak boleśnie czują wszystko w porach suchych

braki opiekunów do przytuleń, choć chwilowych

a ja żywiłam się zgniłymi bananami

więc nimi pachniałam doszczętnie

Mój głód był największy na świecie

Byłam głodna wszelkich bananowych eliksirów

radości i zapachów szczęścia, i najedzenia

Cała lepiłam się od słodkości porzucenia

od odwróconych spojrzeń w inne strony

dlatego przyczepiałam się do wielkich drzew

gdzie czułam się bezpieczna, gdzie duża mama

przyjaźnie częstowała mnie tłustym cieniem

zawsze nachylając się do mnie gościnnie

Pieśń trzydziesta szósta. Bambola traci swe funkcje

Czarna, cicha, bezkrwawa rewolucja

wyzwolenie z wiekuistego głodu

Dzień, gdy deszcz dźwięcznie bębnił

w suchą skórę ziemi, zmuszając ją do rytmu

Przewożono mnie ciężarówką z innymi dziećmi

do innego miejsca, do sierocińca w gęstych lasach

Wypadłam z ciężarówki, boleśnie upadłam

na zadżunglony dywan mchów i porostów

Nikt nie usłyszał mego słabego głosu w tle

Musiałbyś bardzo podgłośnić, by usłyszeć

Zaczęłam płakać, bo wiedziałam wszystko

że to będzie ostatnie porzucenie, byle gdzie

Deszcz płukał moje włosy, moją sukienkę

ja skuliłam się w kulkę i schowałam się

pod dużym, prawie opiekuńczym liściem

Leżałam jak szyszka, co nieoczekiwanie spadła

pachnąca z wolna zapachem ziemi i rozkładu

Wilgoć lasu była wielka, tajemnicza, zachłanna

Wiedziałam, że nikt już nie znajdzie mnie w dżungli

Byłam wielkim głodomorem, skurczonym z lęku

w zieleni najpiękniejszej, mruczałam wtedy

najsmutniejszą piosenkę świata

Nikt nie słyszał, to nareszcie mogłam śpiewać

w uśpieniu odchodziłam, w zapomnieniu

zapomnieniu wszystkiego przez wszystkich

Deszcz rozmył wielki liść, pod którym byłam

skryta byłam całe życie, skrywana po kątach

przez prawie osiem lat, dwa dni kamuflażu

mój sen rozpuścił się w wodzie i soli

Nastało to, poczułam w sobie wielkie znalezienie

ktoś czekał cały czas na ten moment znalezienia

już nie jako Bambolę, ale by kochać mnie bez skór

zaspokoić mój nieprzenikniony w czerni głód

Zostałam wtedy tak mocno wtulona w Wielkie Czucie

obdarowana wielkimi skarbami i słodyczami

Byłam odnaleziona po ukrytej we mnie informacji

do kogo należę, z adresem, że ktoś czeka, gdy zginę

Zwracaj mnie właśnie tam, gdzie jestem teraz

Moje wielkie dosycenie spełnia się bez przerwy

bez przerwy na funkcję, na tę kanapkę z kiełbasą

Pieśń trzydziesta siódma. Pieśń rzeźbiarska

Dalsze przechodzenie, poruszanie się za pomocą wiatru

Rzeźbiony jestem podczas moich mistycznych spacerów

Pod skórą rzeźbią mnie słowa głęboko, boleśnie niekiedy

Rytmiczne strupy po nich na śliskim ciele podróżnika

W powietrzu rysują się słowa właściwe

odrzucając niepotrzebne kawałki moich tkanek

Materiał odcinany odsłania właściwy kształt głęboki

Drążą mnie pewne brzmienia prawie muzyczne wokół

bardzo ostre, łagodne zarazem uderzenia dłuta w cielesność

Ostatnie poprawki, szlifowanie do gładkiej chropowatości

Tutaj znaczenia są bardzo wnikliwe i docierają celnie, oj

Przechodzę przez ich delikatne łuskanie i pieszczoty

zabierają coraz więcej zbytku z mojego nieciała

Wielkie szczotki w myjni samochodowej przenikliwe

wycinają resztki styropianu cichego, ciepłego, izolacyjnego

Strzepuję się z niego, z jego resztek, strzepuję się z siebie

Idąc po brokatowym piasku, nie mając głowy na karku

w murzyńskim tańcu zbliżam się do następnego przystanku

Rytmiczne uderzenia we mnie, ślady słów mnie biczują

dla pięknego niewyglądu, dla nieistotnego nastroju sytuacji

To one jeszcze mnie określają, trzeba jeszcze zamieść resztki

Sam jestem teraz zaskoczony swoim prawidłowym wyobrażeniem

Śpiewam pieśń rzeźbiarską, rozkruszając się w brokat dekoracyjny

bliski morskiemu oddechowi, bez wygimnastykowania się w pocie

molto allegro

Pomału gubię swoje nogi i ręce

O rzeźb mnie, rzeźb, słowo wiekuiste

Pakuj mnie w czarne foliowe worki

te rozproszone tłuszcze po mnie

Niech całkiem nowy stanę przed tobą

wszystko zgodnie z naturą materiału

słuchając jej technologicznego szeptu

Nic nie będzie przeciwko mnie

pogłębi mnie bardziej do środka

za pomocą nowej wymowy

Pieśń trzydziesta ósma. Blu spotyka Ricarda

Na polaroidzie z 1982 roku stałeś mniej więcej

w takiej samej pozie, mrużąc oczy tak jak teraz

w wypłowiałych resztkach traw, jasnych

w pogniecionym podkoszulku z szarym napisem

Teraz znów tak stoisz w białych nietrampkach

patrzysz zmęczonym wzrokiem w stronę wody

Schodzi ci po raz ostatni skóra, od opalania się

Na nieudanym zdjęciu typu polaroid z 1982 roku

mrużąc ze zmęczenia oczy, w podobnej pozie stoi

wysoki żebrowany, w ciemniejszej wersji językowej

Smutne oczy patrzą na zamorskie krainy, za

Wygniecione, ciemne ciało wydzierane przez słońce

Ręce jakieś takie niepotrzebne, kieszeni brak

w podkoszulku z mocno wypranym napisem

Na plaży stoi postać jak na polaroidzie z 82 roku

Czarnuch ukochany w wypłowiałych kolorach odbitki

zdjęcie bardzo nietrwałe, rozsypujące się w dłoniach

Stoi jak patyk wbity w piasek, jako mój ostatni punkt

Z daleka dostrzegam jego rysy twarzy, to mój brat

który raczej nie bywał na zdjęciach, bo uciekał

Stoi w podartej koszuli z napisem Paradise Tours

Przewrażliwiony bardzo

Przebarwiony bardzo

Podatny na farbowanie

od wszystkich materiałów

Pieśń trzydziesta dziewiąta. Blu śpiewa do brata

Powoli zajeżdżam do zajezdni na końcu świata

Ostatni pasażer na gapę wsiada na końcowni

w łagodnym przyzwoleniu mroku i świateł

Widzę jego odbicie w szybie przybrudzonej

podobny jest trochę do mnie, mruży oczy z dala

bojąc się ślepoty od mocnych uderzeń z boku

czarnego słońca prosto w twarze, bez przygotowania

prosto na rozdziawione twarze, bez przygotowania

Jesteśmy razem z tajemnego zakonu braci zgubionych

Mamy habity uszyte trochę ze smutnych spojrzeń

z klauzurą wiekuistego śpiewania i milczenia

Na naszych biodrach sznur przewiązany luźno

by czuć, że jeszcze istniejemy, by mieć dowód

wszystko wskazuje na to, że już nie jesteśmy

Mój zszywany ściegiem amatorskim brat-brak-wrak

na plaży z rękami pokłutymi w różne wzory

Teraz możemy się z radością porównywać

nasze podobieństwo odkryć dopiero tutaj

ten sam sposób seplenienia, z dużą ilością śliny

cicho, niewyraźnie, nerwowo zadając sobie rebusy

nie w formie haiku czy też zdania z myślnikami

ale formie mnogiej, barokowo zaprzepaszczonej

z dużą liczbą detali i zbędnych szczegółów

które płodzą się bez ustanku, po kilkanaście miotów

na minutę z każdego słowa, z każdego brzmienia

nasza rozrzutność słów, dźwięków, obrazów

których nie ma gdzie przechowywać z nadmiaru

Jak my się mamy zmieścić z tym wszystkim

Czy jest jakieś rozwiązanie naszego problemu?

Czy jest jakiś funkcjonalny system meblowy

do przechowywania tych bytów niepraktycznych?

Nasza reguła została spisana wiele wieków temu

reguła opierała się na specyficznym mrużeniu się

Miło cię tu widzieć, umorusany w brokacie bracie

Pieśń czterdziesta. Rebus II

Mógłbym się nie dzielić z nikim ułomkami w koszach

swoimi utopiami utopionymi na dnie wanny, bez korka

Mógłbym się schować przed innymi w roli scenografa

skrywając swoje ludowe misje, sugestia tła jedynie

Lecz ty, Rolando, ze złamaniem otwartym swojego bycia

przyszedłeś we śnie moim, wkradłeś się na paluszkach

innych nie budząc w środku nocy, nie przeszkadzając

Przyszedłeś z rebusem w kieszeni w piżamie dla dziecka

Czemu obdarowujesz mnie takim dziwnym darem?

I nie rozpłynąłeś się na moją milicyjną komendę?

Lecz stałeś, pozując jak na zdjęciu polaroidowym z 82 roku

gapiąc się na mnie z błagalnym wyrazem twarzy

Twoja przenajświętsza wrażliwość właściwa tylko tobie

Opowiedz, jak to się stało, że leżałeś taki umierający i pokłuty

w miejskim szalecie zarzyganym przez anorektyczki

Matka nie dostarczyła ci odpowiedniej ilości witamin?

Twoja dieta za uboga była w warzywa, w owoce?

Po co przychodzisz do mnie z takim głupim wyrazem oczu?

Więc stałem się prawie cycatą ratowniczką z patrolu

słoneczną ratowniczką wyciągającą twego trupa na brzeg

bez szansy na jakąkolwiek reanimację, zmartwychwstanie

przyglądając się tobie uważnie, drobiazgowo cię opisując

Chciałeś mi coś przekazać, jakiś rebus nierozwiązywalny

Mówiłeś do mnie w niezrozumiałym mi z brzmienia języku

Stałeś we śnie, szeptałeś z trudem tak, jakbyś dopiero się uczył

wypowiadać prawidłowo zdania, wyrazy, dziwne słowa

To było jak ciche pojękiwanie niemowy z trudem fałszu

Szeptanie słów, które były zamazane korektorem i wydrapane

nożem introligatorskim, zdarte z warstwy rozumienia ich

Resztki zostały zamazane markerem Universal Permanent

jednak coś tak mocno tkwiło pod tą warstwą skrytą

chowało się pod czarną folią malarską, zachęcając

by wymacać kształt i radośnie krzyknąć, aha

W twojej mowie nowe są brzmienia słów

Jak być jeszcze zrozumiałym

nie umiesz powiedzieć

to jest twoja pokuta

brak słowa

Wszystkie znaczenia tkwią pod absolutnie szczelnym kamuflażem

ze słomy, z kamieni, ze szmat maskujących głębokość pułapek

Musiałem tę pieśń wyśpiewać za ciebie, udając twój ton głosu

Musiałem wniknąć w nieczytelne warstwy, w resztki pozostające

Gdyby się tak nie stało, musiałbyś czekać w zakładzie utylizacji

odpadów higienicznych dla niewystarczających, w oczyszczalni

Niech więc zabrzmi wreszcie twoje śpiewanie pełnym głosem

tańcz przy tym z radości, wykonując przy okazji Nieboskłony

wymachuj dziurawymi rękami jak białymi flagami na znak

twojego oficjalnego poddania się

Pieśń czterdziesta pierwsza. Ostatnia chwila Czyśćca Ricarda

Ricardo śpiewa wreszcie

Otwierasz mi usta bardzo szeroko do badania

do dentystycznego, laryngologicznego dźwięku

tak, aż moja żuchwa swobodnie odfruwa na bok

Śpiewam nie za pomocą słów, ani też jakiejś składni

swoim ulotnym niebyciem mruczę cicho

resztka obecności jeszcze pomrukuje z ciepła

Nie będę śpiewał o moim przewrażliwionym bycie

Nie będę śpiewał o moim tłustym ojcu Heliosie

Nie będę śpiewał o mojej matce porwanej przez morze

Nie będę śpiewał o połykaniu kwaśnych winogron

Nie będę śpiewał o mojej śmierci

Nie będę śpiewał o niegodziwości wspaniałych narkotyków

Nie będę śpiewał o moralizowaniu i niemoralizowaniu

Nie będę śpiewał o jasno i sterylnie wyznaczonych szlakach

Nie będę śpiewał o moim błądzeniu i niebłądzeniu

Nie będę śpiewał o ostrych kamieniach w mojej stopie

Nie będę śpiewał o smutnych spojrzeniach

Nie będę śpiewał o nadmiarze śliny w słowach

Nie będę śpiewał o tobie siostro moja, bracie mój

Nie będę śpiewał już o niczym, wszystko zostało mi darowane

za jedno słowo

Nie jest ani miłosierdziem, ani przebaczeniem

lecz czymś zakochanym w tobie tak, że zapomina

że jesteś zafajdany resztkami po wczorajszym obiedzie

że masz resztki farby pod paznokciami i ją ciągle wyjadasz

badając, jaki smak ma zdrapywanie do białości, do czystości

Nie umiesz zawołać, zabrakło ci słów, których nadużywałeś

Pozostały ci tylko puste uderzenia w blachę w rytmie zdań

może by się ktoś domyślił, że jest to rodzaj alfabetu Morse’a

lecz bez znaczeń, bez znaczenia dźwięki te były

Wybacza ci wszystko, przyciąga cię do siebie

za kręgosłup ze skłonnościami do skoliozy

Pieśń czterdziesta druga. Blu śpiewa o śmierci Ricarda

Nie jest łatwo nosić brzemię zachrypniętego głosu

Czy mam stanąć tak jak ty, domalować sobie twoje rysy

bardziej przekonująco zagrać twoją rolę ducha?

Niech więc będę twoim głośnikiem, twoją tubą głuchą

będę tłumaczem twojego milczenia, tak jak kiedyś

Teraz będę cię tłumaczyć, jeśli pozwolisz jeszcze raz

Byłeś wiecznie rozmazywany przez swojego ojca

który jednym ruchem przekreślił ciebie, twój łupież

przydługie ręce, chude nogi, zmrużone oczy

Nikomu się nie chciało rozczytywać niechlujnych słów

znaczenia ich ulegały destrukcji, coraz większej korozji

język stawał się dla ciebie coraz bardziej bezużyteczny

W końcu zamilkłeś, postanowiłeś to sobie na zawsze

Twój głos stawał się coraz smutniejszy i gorzki niewybaczalnie

Coraz więcej byłeś podziurawiony przez ostrza strzykawek

ten właśnie las piniowy sprawił, że stałeś się durszlakiem

dlatego wszystko przepływało, nie czując żadnych oporów

W miejskim szalecie leżałeś i umierałeś, dosyć to zabawne

na pewno melodramatyczne, sentymentalne tak zdychać

za ostatnie pieniądze ukradzione z torebki

uszytej z wężowej skóry

Widziałeś kolorowe ściany, przenikałeś przez nie

dzięki dziurawej chemii, przenikałeś przez meblościanki

Byłeś tą nieważną literą alfabetu, tą ostatnią, tą zbędną

dla porządku słów, dla języka, konstrukcji ze sklejki

Leżałeś, opalając się w pełnym lśnieniu lampki łazienkowej

opierając swoją przyciężką głowę na śmierdzącym sraczu

Dworcowałeś przez wiele tygodni, więc cuchnąłeś

swoją obsikaną fizjologią, śliną ściekającą z ust jak jad

Byłeś taki zmęczony paradą wenecką tych głosów

we śnie twoje serce, niepewne kolejnych uderzeń

przestało ci wreszcie służyć cicho w środku, zmarło

Opadłeś upozowany na posadzkę, kierując swe oczy

na sztuczne oświetlenie, ono zdawało się gasnąć

Posadzka, na której leżałeś, była mozaiką szczególną

przedstawiającą historię zbawienia w wersji light

w wersji dla korzystających z miejskiej łazienki

Postacie wszystkie szczerzą białe, amerykańskie zęby

Ich kolor komponuje się z kolorem umywalek

gdzie szatan to uśmiechnięty kolega z klasy

z nosa wyjada dziwne rzeczy, poci się ze strachu

swąd jego lęku przed nauczycielem czuć wszędzie

Chrystus to gwiazda kina popularnego we Włoszech

na którego polują lafiryndy i rzesze dziennikarzy

chcą robić sobie zdjęcie z nim w tle, z autografem

mieć kolejne, niezbite świadectwo jego istnienia

zbadane przez chemików ustalających daty powstania

pocieszyć wszystkich ateistów, że to fałszerstwo

kolejny zuchwały triumf nauki nad wierzeniami

Murzynów, dzieci, starców drżących, sikających w ławkach

oświetlając sztucznym oświetleniem nieprzenikniony mrok

za pomocą wszelkich nam dostępnych zdobyczy techniki

Pozostaną im tylko te białe zęby szczerzące się

z hasłem dbaj o swój promienny uśmiech pośmiertny

Taka mozaika popularnonaukowa w miejskim szalecie

na którą nie mogłeś już patrzeć, na niej umierałeś

Poczułeś wtedy ryk trzeźwego chłodu, wymagania

Usłyszałeś, że jesteś niedostateczny z plusem

złowiony za pomocą niedurszlaka

został ci włożony do niekieszeni rebus

rebus do wypowiedzenia

Ty sam nie mogłeś wypowiedzieć jego rozwiązania

nie miałeś tego daru języka, za karę i bezszelestność

Mogła to tylko twoja siostra, skryta w milczeniu

Musiałeś ją prosić w sposób niezrozumiały o pomoc

Echo po ciele jeszcze raz odbiło się w sennej rzeczywistości

tak stałeś w przepoconym podkoszulku, ucząc się mówić

od początku, krztusząc się, deformując wszystko śmiesznie

wymówić słowo między znaczeniami, literować je

to słowo jest dmuchanym kołem z PCV

kołem ratunkowym, rzuconym, wypychającym cię

Tylko jedno słowo, które nie istnieje z powodu wad

wymowy, seplenienia wszystkich języków, dialektów

Analiza zbawicielska każdej sekundy twojego życia

twój każdy spłowiały włos został zbawiony z osobna

Zbawiony jest także ten cyniczny w twoim przypadku napis

na wypranej i przebarwionej od innych podkoszulce

żeby Paradise Tours dobrze się kojarzyły z niebem

Zachęcić wycieczki szkolne do odwiedzenia tych okolic

które są ciągle niedocenione, mało reklamowane w TV

Zbawienie miłosierne dryfuje niczym meduza w wodzie

możesz go nie zauważyć, choć mieni się, odbijając ciebie

Jego galaretowatą strukturę trudno uchwycić w wodzie

Uczyni cię miłosiernym, uczyni wszystko na nowo

Uczyni cię ostatnim plażowiczem przed przypływem

Oto teraz dziury po kornikach zostały zaimpregnowane

będziesz teraz mógł wyglądać jak stary, stylowy antyk

Handlarze będą się zabijać o ciebie, jeden już umarł

Niech więc nastanie już twoje milczenie i niech tylko ciche

świsty wiatru w tobie jeszcze pozostawią jakiś pogłos

Pieśń czterdziesta trzecia. Ostatnie przechodzenie

Idę brzegiem plaży w moim zapiaszczonym bycie

Jestem największym burzycielem konstrukcji z piachu

choć dosyć dyskretnym krokiem kroczę tanecznie

absolutnie wolny w dzisiejszy wieczór życia

Więc gdzie chcesz ze mną pójść na późny spacer?

Poczujesz chłód mojego śpiewania, może ubierz coś

cieplejszego, coś włóż na siebie, byś się nie przeziębiła

bo jeszcze umrzesz i wtedy to będzie dopiero ciekawie

Więc ubierz się ciepło na spacer z trupem zbawionym

Pachnę likierem kokosowym, a moje usta są niebieskie

od pocałunków przechadzających się na plaży

Zatracam rysy twarzy najbardziej mi znane

takie legitymacyjne, rozpoznawalne, wzrost 174

znaków szczególnych miliardy we mnie

Przemieszczam się, zdążając na molo w Ahlbecku

gdzie przejdę po drewnianych stopniach rytmicznie

Festiwal organowy przy każdym moim dotknięciu

palcami u nóg zagram jeszcze raz coś pociesznego

Wszyscy będą się dziwić, że potrafię grać stopami

co za miły, niepełnosprawny człowiek, tak potrafi

Będę naciskać te drewniane klawisze, bez obawy

Oto jest wejście na mój punkt obserwacyjny, ostatni

Przed wejściem widzę jeszcze resztki architektury

Z cukru pudru i śliny poczynionej przez ludzi budowli

uświetniające tysiącletnie rocznice śmierci świętych

oni nigdy się namiętnie nie całowali, nie dotykali

im zawsze było wstyd tak zatracić się na chwilę

w ciepłocie izolacji, w pomarańczowej skórze

Dmuchnę, tchnieniem rozproszę wokół siebie

te przemądrzające się w mej pamięci wieżyczki

zdmuchnę ten tort urodzinowy bez świeczek

z dużą ilością tłustego kremu, z dekoracjami

żyj sto lat, sto lat, sto lat i nigdy nie umieraj

Przechodząc, znoszę ze sobą wszystko

W lustrze ustawionym w stronę morza

w jednym z od dawna nieużywanych hoteli

widać przeglądającego się na tle Morza

Widok ten ścigać cię będzie od teraz

aż złapie cię za ramię i krzyknie

raz, dwa, trzy, szukasz mnie teraz ty

Pieśń czterdziesta czwarta. Domy z cukru pudru w Ahlbecku

Dosyć cukrowych rozwiązań architektonicznych

nad brzegiem wody jeszcze widać ich szyk

nad słoną wodą cukier, mój Boże, jakie to urocze

Białe rusztowania dekoracyjne, wyżej, jeszcze wyżej

skręcone tylko w niejasnym układzie pokoi i niepokoi

Ma tu bywać Bóg z dziurawymi zębami leczonymi

Myśleli, że przy parapecie w takim domku jest miło

będzie można oglądać jego dobrotliwe twarzysko

jego wapienną figurkę z martwym uśmiechem

Nie spodziewali się słonej wody oczyszczającej

szczypie w oczy tak, że je przecierasz ze zdziwienia

Choć bliskość morza była odczuwalna intensywnie

skryli się w koronkowe i wysokie rusztowania

koncentrując się na białym montażu do użytkowania

Szlifowali z zawziętością szczegóły wystroju wnętrz

detale dekoracyjne, gustowne dodatki w stylu retro

Choć z okien widać było już obiektywną czerń

Choć z okien widać było już nieskończoną toń

tuczyli się węglowodanami, podziwiając swoje prace

swój sztucznie diamentowy pot na zmęczonych czołach

Dumni i pewni motywów dekoracyjnych użytych właśnie

wykorzystywanych w przemyśle cukierniczym

Tucz się, tucz z uśmiechniętą naiwnością, rozczarujesz się

twój Bóg nie ma siwej brody mędrców ni zgrabnych nóg

Wielki żywioł poszerza ciągle swoje granice mocniej

podmywając dyskretnie fundamenty

pudrowych zjawisk w swoim otoczeniu

Sól wygra z cukrem, bo nie lęgnie się w niej nic

Umykajcie więc, resztki po architekturze w Alhbecku

wygodne i komfortowe, z widokiem na morze

Dużo świeżych kwiatów w przejściach, w pokojach

Cisza i spokój i można odpoczywać miło od pracy

leżąc, leżąc w łóżku wygodnym jak grób

Nie trzeba schodzić na plażę, jest ciepły basen w środku

Nie musisz zderzać się z chłodem wymagania od ciebie ciepła

Basen jest zawsze otwarty, temperatura wody jest komfortowa

Pozostaną jedynie stare zdjęcia dokumentujące budowle białe

Według starych zdjęć wszyscy będą zgadywać te dawne miejsca

i będą szukać w swej niepamięci ich lepkich resztek

Pieśń czterdziesta piąta. Molo w Ahlbecku

Na molo impregnowanym solą, sezonowo odświeżanym

idę, podziwiając głęboką czerń złożoną z przemnożenia

Wychylam się niebezpiecznie za dziwną barierkę

tracąc prawie równowagę, próbuję złapać tę wilgoć

Latarnie nieczynne oświetlają mi tę wieczorną drogę

Mój pas startowy, rozpędzam się, odfruwając daleko

z lewej i prawej strony wiatr całuje mnie coraz namiętniej

Nie mogę się ciebie doczekać, no choć już, chodź do mnie

Chłodny wiatr poczułem na swojej żylastej karkówce

No rozbierz się już, rozbierz, niech nastąpi rajska nagość

Zdejmij te przyciasne stopy, ten płaszcz wysuszającej się skóry

ten kapelusz tłustych włosów zostaw gdzieś przypadkowo

Rozbieraj się szybko, chodź do mnie, nie wstydź się

nagi i zawstydzony, i przygarnięty, tak zależny, Tak

Niech się otworzy ta czarna dziura pochłaniająca wszystko

do siebie z szerokimi ramionami, zagarniającymi każdą drobinę

Jestem w miejscu, gdzie wszystko jest dawno nieczynne

nigdy nie było czynne, zamknięte z powodu remanentów

W samotności przecieram swe oblicze

jednocześnie je rozmazując na zawsze

Nic nie będzie już do siebie podobne

na drewnianym pomoście obserwacyjnym

Połykam wiatr, otwierając swój pysk szeroko

Anioł zwiastujący przypływ w moim przełyku

utknął zdziwiony kształtem mej krtani

Pieśń czterdziesta szósta. Rysunek I

Mnogie resztki po mnie pogubione błędnie

w piachu pozostawione jak ślad ślimaka, ślina

na błyszczącym wewnętrznym blaskiem brokacie

Przechodziłem między plażującymi, idąc anarchistycznie

Moje ścieżki były naznaczone swobodą ruchu, bez zbroi

Nie było tutaj żadnych autostrad z czarnego asfaltu

ani dróżek wyżłobionych przez ukryte zaskrońce

chód był nie uporządkowany, tylko intuicyjny

Pokonawszy drogę od punktu A do B, przechodząc

do dalszych punktów porozrzucanych w piachu

dokonałem rysunku za pomocą ciepła

Co jeszcze po mnie zostaje, wystudzam się ciągle

Czyż więc zakładając chaos mojego wędrowania

wyznaczyłem nowy, czarny szlak turystyczny?

Teraz to widzę z dystansu, kształt chodzenia

droga między postaciami miała znaczenie i kształt

przepełniona anarchią porządkującą właściwie

na wyższym poziomie, znając wszelkie alternatywy

Oto mój ostatni rysunek poczyniony ze śliny

Panie i Panowie, dziwcie się, jaki oryginalny dobór narzędzia

Nie znam znaczenia tego rysunku, pachnie dziwacznie

Nie jest to jednak forma dekoracyjna, poczyniona dla kurażu

raczej dzika konstrukcja w części tylko mi ujawniona

Patrząc na nią teraz, wiem, że to część większej formy

Mam w spoconej dłoni jeden element Trzyczęściowego

aby z powrotem złączyć je w całość dawno rozbitą

Nie przyklejając ich za pomocą kleju szybkoschnącego

badając, w które pęknięcie wkleić, jaką część czego

Mój rysunek z pęknięć i ukruszeń wyznaczony

przez śpiewanie nadmorskie o słonym smaku

Coraz lżejszy jest nacisk na powierzchnię

więc kreska zaczyna się rwać i gubić na kartce

do rysunku technicznego, ma inny punkt zbiegu

linie horyzontu ruchome, przesuwające się

rytmicznie, zgodnie z cichymi ruchami fali

Nie zobaczysz więc tutaj szkicu z lotu ptaka

ani z żabiej perspektywy wyginającej do siebie

do siebie ciągnąc przedmioty, deformując je skrycie

Zobaczysz bardzo głęboko detal wszystkiego

z wszystkich perspektyw możliwych i utopijnych

Będziesz miał wrażenie, że wszystko zbiega się

do mięsistego punktu wciągającego do siebie

wszelkie byty z odwiecznej tęsknoty tworzenia

rysunków nieregularnych wykraczających poza

układ współrzędnych z ciała i kości poczynionego

Promienne linie zbiegu, koniec jest rozmyty

rozmazany przez rapidograf podobnież precyzyjny

ale niestety się rozlał, jeszcze w takim miejscu

miejscu zbiegu dla zbiegów ze świata poczynionym

Pieśń czterdziesta siódma. Przypływ

Oto nadchodzi przypływ obiecany i oczekiwany

Stoję związany prawidłowym węzłem żeglarskim

Słowa nie da się wciskać między brzmienia

Nadchodzi, czując wszelkie niedrożności we mnie

Moje cielesne myślenie pomału zaczyna się rozpadać

na fali pochłaniającej plażowiczów, na nią czekających

Właściwa w nieporządku kreacja, wybuch obfitością

pragnienie, by morskie stworzenia przypomniały ją

ukryte w nich instynkty nurkowania i nurzania się

Każdy z odpoczywających zaśpiewał swoją piosenkę

harcerską, pożegnalną, w nadziei na zbawienie ich ust

które zachłysną się powietrzem i wodą świętą

Wielka fala podtapia wszystko, lecz nie rozcieńcza

zagęszcza tym bardziej swoje możliwości, potencje

Rodzina znajdzie po mnie resztki kręgosłupa

rozpoznając, że to byłem ja, i pochowają trupa

Kosteczki koronkowe w muzeum wykopalisk

Wstęp wolny tylko w dniu zmarłych, ze zniczami

Wymachuję nogami, jeszcze coś mieć pod nogami

Jeszcze czuję dno, i jeszcze czuję dno, teraz już nie

nic już nie czuję, moje ciało rozpada się na pierwiastki

pierwotniejsze od wszelkich organizmów pierwszych

Na końcu nie ma już niczego

brak tu orkiestry symfonicznej robiącej nastrój

świeczek o zapachu cynamonowo-cytrynowym

Brak histerycznego klaskania w dłonie czy w czoła

Brak młodzieży wzruszającej się na samą myśl

Nie ma podniesionego głosu narratora błękitnego

pouczania i trzymania wszystkich w baraku

z kości słoniowej, w obozie zagłady z kryształu

Wielkie czucie ciągle cieszy, morusa się

w brokacie z resztek słów i bytów

Boże mój, Boże, wypełnij mój krwiobieg

słonym posmakiem nowych wartości odżywczych

Ostatnie moje słowa niech będą składane dla ciebie

w formie świątecznych wieńców triumfalnych

ze splecionych pogłosów słów zapomnianych

Pieśń ostatnia. Pusta plaża

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

(((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((())))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Czyściec

[Czyściec — Motto]

Ad audiendum verbum

(dla usłyszenia słowa)

Pieśń pierwsza. Pralnia chemiczna

Nic już nie pozostało po dawnych wizerunkach

po wielkich ucztach, na których maczałeś swe usta

dostojnie i powoli, dostojnie i powoli

W pustce, w znużeniu rysują się nowe kształty

musisz przyzwyczaić swój wzrok do mroku

by zauważyć ich śladowe muśnięcia na boku

Oto leżę teraz w ciemności mnogiej, wielokrotnej

Me usta zawiązane są w kokardy drapowane

Tak wygląda drugi początek końca

w zapomnianej przez wszystkich odlewni żeliwa

które kiedyś miało służyć na zbroje, na mundury

tych najsłabszych i niezrównoważonych psychicznie

co to się mieli plątać się właśnie w Czyśćcu

Niech mi to udowodni ktoś wywazelinowany

że nie może istnieć druga strona postrzępiona

Niech weźmie te chrzanione lupy, skanery czułe

niech wybada wielkie braki wszystkiego

Stoję, prężę się w chórze dziwnych uczniów

z przekrzywionymi głowami śpiewają

Głowy i głosy przekrzywione ze zdziwienia

sobą w nowych, oczekiwanych funkcjach

na pasie dzielącym krainy niedostępne

Szczelne nory schowane, zapomniane

Syk chłodu i potępienia tylko rozrzedza

oddychanie innych, niezwykle intensywne

Idę ze szczotką drucianą na siebie i ciebie

Uciekaj, uciekaj ode mnie w podskokach

Widzisz moje oblicze pełne zacietrzewienia

masz się czego bać, kochanie, masz

Ostre szczotki, środki pielęgnacji drażniące

dzierżę w wysuszających się ciągle dłoniach

Druciana szczotka spoczywa już w kącie

w pewnym podkuchennym schowku porzucona

Szczotka druciana w mych dłoniach, berło

Powoli dostrzegam swoje brudactwo

Przecieram tory moich własnych wędrówek

zarastają one bardzo szybko kurzem

Biorę metalowy druciak do mycia naczyń

przypalonych garnków ze szwedzkiej stali

nigdy nie miała się przypalać, a jednak

Z wielką zawziętością szoruję ich głębokie dno

zobaczyć, jaka była ich pierwotna kolorystyka

Z drutu kolczastego korony, suknie me strojne

pochowanie w garderobach, pochowane w ziemi

Higieniczna misja pielęgnacji wszystkich

podmywanie w wodzie rumiankowej, nasiadówka

Rozdaję więc mydło z osobistego tłuszczu

z dodatkami pachnących słów zatopionych w nim

Możecie się teraz mną myć, moim woskowym ciałem

Płyny rozdaję do tych jeszcze bardziej intymniejszych

miejsc niż krocza, narażone są na reakcje alergiczne

na ciągłe informacje o tych drobnoustrojach, bakteriach

atakują nas one w ramach cichej wojny podjazdowej

w której jest tu ciągły remis, zero do zera

Mleczko kokosowe do powierzchni delikatnych

choć ślady zawsze jakieś zostaną w formie blizn

Czyść mnie, szoruj szczotkami, gąbkami syntetycznymi

Szoruj brud czystości tego wiecznego dbania o higienę

wewnętrzną i osobistą

Niech więc brudas we mnie jeszcze bardziej czarny

zaprzeczy mi w każdym słowie, zapełni arbuzami

Demontaż tak pięknie wysprzątanej konstrukcji

takiego niezwykle zdyscyplinowanego wysiłku

z zaciśniętymi zębami i zmęczeniem

z nadludzkim wysiłkiem poczynionej

z lubością ją zniweczyć, miękko

z impetem i namiętnością roztrzaskać w pył

dla miejsca, gdzie wszystko jest między

trzeba by znaleźć jeszcze lepszy środek czyszczący

aby usunąć mnie

Moje istnienie z mokradeł, z tłuszczów

moje istnienie z kurzu i bakterii rozpuścić

w odwiecznie śmierdzącym chlorze

Pieśń druga. Między

Czarna, brudna królowa, to ja, płaczliwa madonna

Mam drobne jeszcze błyski dobroci, można je zauważyć

jak przechylisz głowę trochę w lewo

to może dostrzeżesz we mnie ten zabłąkany odcień dobroci

Oto jestem Rozszczepiona pryzmatem twojego wzroku

Twoje spojrzenie na mnie prawie miłosne

złożone z tysięcy zaczepnych kryształków

Twoje spojrzenie i wiem już wszystko

Twoje spojrzenie i nie wiem już nic

A mój drugi kawałek rozszarpany, rozszczepiony

Jego krawędzie są ostrzejsze, można się skaleczyć

pokaleczyć język, podniebne podniebienie

W głębokich warstwach zostałam podzielona między

Powoli składam się, oceniam, czy jeszcze jestem

wyczyszczona z Blu i Bruny, czy jestem Bianca

Druga część mnie pomiędzy nie jest ani dobra, ani zła

na dwie nieregularne części pęknięta

Ich wewnętrzny skrzyp, walka błędnych rycerzy

Nic tu nie jest samym w sobie, wszystko odnosi się

to są ciągłe powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia

po to, aby sędzia dokładnie przeanalizował

za pomocą mikroskopu elektronowego, kto skusił

które słowo skusiło, skacząc na oślep

To druga liga, Jemu nie chce się oglądać

Jest tu więc sytuacja nieskończenie pusta

Nie chce rozstrzygać, że coś się zmieni w grze

więc wszyscy czekają napięci jak struny

żeby zmiany zewnętrzne zmieniły ich constans

Zmierzcha już, zimno jest już, na zewnątrz

Idę skryta przez zmęczenie i mam słodką ślinę

Co rano czyszczę medale doskonałości

odznaczenia człowieka roku albo pół roku

taka łagodna, empatyczna, wszyscy lubią mnie

Promienne spojrzenie pieczołowicie mydlę, czyszczę

Te moje wyrestaurowane fasady to jedyna nadzieja

W kącikach ust i oczu, uszu tkwią wielkie czernie

wielkie apetyty niespełnione, głodne, ciągle by się spełniały

apetyty na wszystko, na wszystkich, mieć w sobie wszystko

Czym bardziej odświętne wznoszę jasne spojrzenia

tym grubsza warstwa narasta we mnie jako bunt skryty

Nie umiem być pokorna wobec uczuć dobrych, okazywanych

tych uśmiechów szczerych, tych lekkich skinień głową

Cóż za perfidna zależność wrzucona w moje istnienie

za fasadą jaśnie oświetloną, za fasadą ciemnością pokrytą

tkwi świątynia buntownika, skrycie odmalowywana na nowo

Bianca moje imię spisane, by wysoko i nisko

spoglądać, by znaleźć coś poza uczuciami, poza gramatyką

ciągle pomiędzy przebywać, doznawać rozkoszy

i goryczy bycia ani tu, ani tu

Niemożliwość zlokalizowania mnie za pomocą systemów

nawigacji satelitarnej i teologicznej

gdzie się aktualnie znajduje między

Lubię ten własny brud sklejający moje słowa, obrazy

Kreować od początku te klejące się do siebie spoiwa

z niczego

żeby tak było cicho i czysto

by móc według jakieś logicznej metody rozumieć

odzyskiwać wiarę w jakikolwiek sens mierniczy

podpisywać się jeszcze Bianca albo Chiara7

Białe rozcieranie rzeczywistości, do dna

do głębszych warstw, do konstrukcji pierwotnej

Moje zawzięte drapanie, prawie alergiczne

podrapać się do końca świata, do granicy

gdy się ściera już wszystko, nie ma już podłoża

Moje poszukiwanie sensu za cenę wszystkiego

za cenę połamanych paznokci, nieświeżej cery

O jad kiełbasiany, o drobnoustroje, o nieświeże oddechy

Sunę, oto ja, zachodząca gwiazda chińskich wyprzedaży

z bardzo dumnym wyrazem oczu, z bardzo dumnym

Prostuję się nerwowo, wyglądając lepiej zdecydowanie

Robię sobie ciągle samodzielnie operacje plastyczne

nadając mojej twarzy ciągle zdziwiony wyraz

nacinając skórę w odpowiednich miejscach

Wszyscy się podśmiechują ze mnie, widząc te zmiany

widząc ślady, blizny po moich rozciągnięciach

między słusznością i niesłusznością

Zbyt biała na popołudniową porę z ciepłem w tle

Zbyt chłodna, spokojna na zbawienną kochankę

Zbyt cicha, by jej głos ktoś pochwycił i się przewrócił

z przerażenia, z przerażenia, z przerażenia

Mój byt był zawsze zbyt, zawsze ta nawiązka zostawała

Dzielenie, po którym zostają dwa kosze ułomków

Te pozostałości, nie wiadomo, co z nimi począć

Zbyty, zbyty ciągnę za sobą, wyginając się mocno

Mój tren ślubny z szeleszczących ułamków

które po jedzeniu, miłości i snach pozostają

Pieśń trzecia. Przekrzywiony upadek

Mieszkam w ściółce leśnej — kreciej

z regularnie płaconym ogrzewaniem

gdzie wszystkie izolacje cieplne mruczą

Ciepło wyściela moje małe schronienia

z pluszu, z aksamitu, waty higienicznej

Budzę się rano, by co dzień wpieprzać

zdrową żywność i żyć w dobrym stylu

zrównoważonej diety metafizycznej

Nie jestem satanistką biegającą

w czarnych rajstopach na głowie

ani też kapłanką podcinającą piersi

biodra, łabędzią szyję, brązowe nogi

na znak, że nie pasują już do nastroju

do adwentowej sutanny w tym roku

Miało być sterylnie biało, chłodno

żeby nikt nie wchodził do mojej pułapki

zaprojektowanej na siebie samą

Mogłabym ciągle przypudrowywać się

spoconą twarz kokainą oblepiać

zachowując ten śnieżny odcień bieli

prawie nieczłowieczeństwa, diamentowy

prawie boski chłód spojrzenia na wszystko

Pozbyć się balastu głośnych opowieści

wielkiego chrzanienia ze szklanką wina

przekomarzania się i oglądania rannych

w ramach dobrej nowiny non stop kolor

Spokojnie w słonecznych okularach sunę

przez dynamicznie rozwijające się przejścia

podziemne

Skrywana biel kołnierzyka, to nieludzkie

bywać tak białym jak śmierć

jak bianka

Jakże by tu umrzeć, właściwie w jaki sposób?

Czy w wielkich cierpieniach oczy przymrużać z bólu

iskrzyć się w boleściach pozowanych do obrazu

czy odejść łagodnie nieświadomym przesunięcia?

Wybierz mi coś właściwego, na mój rozmiar

na moje możliwości amatorskiego teatru gestów

Przetestuj mnie, czy będę uciekać, czy ulegnę

Czy histerycznie będę pozdrawiać całą moją rodzinę

rozdając im w spadku kosmyki moich włosów

pozostawionych na pożółkłej od lęku poduszce

dekorując ją w orientalne wzory swym wiciem?

Swobodnie mnie skrusz i połam sobie, jak chcesz

Niech wygną się moje ręce, nogi poskładane

w porządku alfabetycznym, zrywając nowalijki

w której należy całować mocno w usta i patrzeć

Moja śmierć w czepku kąpielowym bawi się

w umieranie, mrużenie oczu od refleksów w niej

Lubi mój kolor, choć w ręku ściska nowe barwniki

W dzień mojego przekrzywionego upadku

wszystko było przekontrastowane i przesycone

Ta woda chlorowana, która była w basenie

powodowała niszczenie wszystkich tkanin

ich rozdzieranie w niefortunnych miejscach

W białym kostiumie siedziałam, oparta o brud

Baseny wykopywane na świętą pamiątkę męki

Nie chciało mi się wtedy pływać w tym moczu

irytowało mnie to ciągłe machanie łapami

Ciągle utrzymywać się na powierzchni lustra

rwać się do kolejnych oddechów, co wysoko wiszą

ciągle walczyć o to bycie między, o to poziomowanie

Mimo rezygnacji i zniechęcenia wodną formą relaksu

weszłam na pośrednią w wielkości skocznię, między

Chciałam zrzucić swe ciało zakostiumowane w dół

Lekko odbiłam swój ostatni ciężar, wygięłam się w łuk

triumfalny co najmniej, co najwięcej

Mój skręcony lot trwał sekundy niefortunne, odliczane

Uderzyłam w wystający brzeg sztucznego morza

w wykafelkowany skalny klif, wywafelkowany uskok

Poczułam długi ból głowy, kręgosłupa, palca u nogi

Krzyknęłam z bólu rozbita o chlor, o swoje ciało

Mój kręgosłup został złamany na tysiące części

które rozbite niestety już do siebie nie pasowały

ani ze względu na kształty, ani na motywy na nich

Zaczęłam się roztapiać, zgruchotanie czułam chwilę

przymknęłam oczy, licząc, że tak wygląda zakończenie

mojego skakania do góry w dół, do dołu w górę

Ciągnęłam za sobą cielesność wywleczoną

Migotliwa podążała ona wciąż za mną

próbowała we mnie odnaleźć dawnego właściciela

obwąchując mnie, sprawdzając, nie dowierzając

Trudno jest zostawić tę kapryśną słodycz po drodze

z daleka jeszcze w tylnej szybie samochodu widzieć

jak wyje z tęsknoty za tobą i nie rozumie, że to śmierć

Przepełniona wodą odzyskuję pełnię przecieku

Wtedy otrząśnięto mnie w chłodnym przejściu

w korytarzu usłyszałam pytanie i słowa rozwiązane

nie byłam w stanie ich uchwycić, mimo wysiłku

Nie miałam w sobie jakiegokolwiek zaczepu

żadnego przełamania w sobie, skrytej szczeliny

Słów tych zrozumieć nie mogłam, skierowanych

Przesunięcie smutne odsunęło mnie od siebie

Poczułam obietnicę brzegu oddalonego o miliardy

miliardy stóp, łokci, zaniedbywanych zgięć

Rwałam się, chwytając się czegokolwiek

ale wyrzuciłam się sama w szarosrebrny popiół

Dziwne, bo byłam przygotowana na zajęcia WF-u

miałam na sobie jeszcze ślad po kostiumie

idealnie nadającym się do pływania w morzu

Strój w cytrynowe pasy niebezpieczeństwa

Pieśń czwarta. Prochy

Oto linoskoczek, na poły przechodzący

nad piekłami srogimi, nad niebami mdłymi

teraz leży w swym stroju biało-czarnym

rozumiejąc powoli swe nagłe rozbicie

na grubą warstwę lepiącego się Prochu

Ukryte są w nim tajemnicze pumeksy i resztki

wysuszonego mleka z piersi, z witaminami

zmielone z dokładnością magistra farmacji

wszelkie lekarstwa, tabletki świata na wszystko

W środku można wyczuć jeszcze inne rzeczy

choćby spopielone kawałki słów za słabych

czy wałęsające się nawiasy jak pogubione rzęsy

Substancja ta miała cechy leczniczo-drażniące

smutek wypełniający mnie całą zgruchotaną

Słodkie tabletki przemielone otaczają mnie

Gorzkie antybiotyki zmielone w buzi

wyplute na krawężnik rzeczy wszelkiej

Wszystko było jakieś takie skurczone tu

z zimna i ze strachu, i ze smutku

podkurczone ze wstydu, że się nie udało

Patrzeć swymi przepłakanymi oczami

Nie można ich przymknąć ni zmrużyć

Krajobraz dokładnie 50% bieli-czerni

Mam w dłoni jeszcze prochy dla siebie

Moje kolorowe przyjemności skurczone

ściśnięte, barwiące swą słodką powłoką

by się lepiej łykało, by łukiem tęczy

zbawić moje bóle podziemne

Prawdziwe cuda mogą się zdarzyć, gdy zmieszam

różne lekarstwa ze sobą nie do pary, nie do wiary

Popiję zwietrzałym winem, poczekam na prochy

na moje wewnętrzne przecieranie się bolesne

Jeśli chcesz znać tę chorobę, to jest ona rzadka

osoba o takich skłonnościach cierpi prześmiesznie

ma potworne bóle głowy i zawroty, i krew z nosa

jej leci na ziemię, z nią całą na ziemię, zalewa się

wszystko widzi straszliwie ostro, każdy detal

mocno wbija się w nią, za głęboko zdecydowanie

Teraz jestem w prochach na prochach w twoich prochach

prawie zatopiona, trafiona, prawie zatopiona

Łykam miliony lekarstw za pomocą siebie, zanurzam się

Przedawkuję wielokrotnie ilość lekarstw na dobę

po to, żeby się już nie obudzić, by ten sen przedłużony

zagłuszyć za pomocą przyjaznej dłoni, jaką podaje nam

farmakologia

co głaszcze po głowie, głaszcze, głaszcze przyjemnie

Pieśń piąta. Trzy minuty Czyśćca

Trzy minuty Czyśćca, zdycham ostatecznie

Zdycham w twych ramionach jak w okowach

jak w ostatnim okopie w błocie wyżłobionym

Czy wiesz, że to przez ciebie te trzy minuty

przez to rozbicie pryzmatem twojego wzroku

twojego mdłego spojrzenia na mnie prowadzonego

Zostałam potępiona i zbawiona, bo nie umiałam

trzymać cię za rękę, nie odpowiedziałam ci

Widzisz, wszyscy mi mówili, że teraz będę płakać

że przypomnę sobie gorzkie wypełnienie tabletek

choć ich pozór, choć ich powlekanie jakże słodkie

Gdyby istniało tu jakiekolwiek ostre narzędzie

zabiłabym się wiele razy, z satysfakcją umierania

aż w końcu byś zlitował się nade mną i pochwycił

łapiąc za mą dłoń, stanowczo mi tego zabraniając

Już nigdy więcej bym tego nie zrobiła dla ciebie

Nie szantażowałabym cię swym płaczem, histerią

W wersji sproszkowanej już mnie nie chcesz za bardzo

teraz ta niepotrzebność, samotność wzgardzona

Nie ma jak pokutować, nie ma narzędzi tortur

Nie ma kół zębatych śmiejących się nieszczerze

Nie ma klatek z owocami rekordowo gorzkimi

Nie ma nic, tylko wielkie pogorzelisko wokół

Ten strup właściwy ciągle się goi i sklejony jest

z plastrem, jeszcze trzy minuty gojenia się

Daj mi właściwy powód mego czekania

W krainie zwęglonej baśni wszystko jest marne

Wszystko jest spalone, ze wstydu kryje swoje twarze

w kąty za karę

Tych kątów do odczekania miliardy, same kąty

Stoję bez ruchu, prawie jak umarła w kącie

Liczę do stu, liczę na ciebie, ojcze, liczę na liczenie

Zniszcz mnie lub zbaw, niech już nie będzie

trzech minut zapomnianych przez wszystkich

Czekam na litość

Wyciągam swe żebracze ręce, błagam o ruch

Z kartką pogniecioną informuję przechodniów

że jestem ciężko chora i nie mam nic

Mam temperaturę w cieniu bardzo niską

Czekam na litość bażancich spojrzeń na boki

Wyciągam się żebracza jak żagiel zwieszony

błagając o szept, co poruszy wielkie ciężary

Czy widzisz moje sczerniałe ręce z węgla wykute

z węgla, dobry jest na przeczyszczenie

Czekam na litość, zbieram na lekarstwa

Pieśń szósta. Sine jezioro pod powieką

Pełna bólu, zmęczenia sobą nie mogę kroczyć

w paradzie jednej osoby bez flag i emblematów

Odwracam się, zemdlona szarością w porcjach

Widzę mą podobiznę multiplikującą się w kątach

Fermentuję, deformuje się ciągle me senne spojrzenie

Smród tutejszy silnie uderza mnie po policzkach

boleśnie spłynęło wszystko wodospadami w doły

Upadłam jeszcze raz na siebie, próbując zobaczyć

wielki, osobowy siniec, rozlewający się we mnie

znak zakazu, nakazu i ostrzeżenia dla łobuziar

Odrętwiałe oczy podniosłam wielkim wysiłkiem

z siną twarzą pełną dźwięcznych zębów w ustach

Czyż nie jestem teraz piękniejsza, obita-opuchnięta?

Me wdzięczne policzki strzaskane, guzy się piętrzą

na prawej i lewej stronie mych skroni jak rogi srebrne

Uśmiecham się niecierpliwie uznając, że mnie poznasz

umalowaną dziś niewinnie dla ciebie, na spotkanie

Wije się niecierpliwie niewielkie rozlewisko

w odcieniach mieni się jej oleista fala

niestety niezachęcająco, niestety niezachęcająco

W szarym prochu fioletowo-zielone jezioro

Bajoro brudne, odmęty głębokie i ograniczone

rozlane tu przypadkiem przed wiekami

w sumie przez nieuwagę się wylało

ale nikt tego nie zmył, nie posprzątał

O nim się tylko zapomina, bo jest z boku

Jego solna toń wypełniła mi gardło

gdzieś przypomniałam sobie tę woń

znaczenie tego zapachu apteczne

walerianowy z cukrem smród wielki

Kompost, nawadnianie okolicy kroplami

z dozownika wąskiego, ciągle zatykanego

To tylko dla bydła gorszego sortu

dla cielaków z sutkiem w buzi

z papierosem najtańszym w okolicy

Mają twarde języki i żuchwy stalowe

smaków nie rozróżniają już w zasadzie

Na brzegu jeziora rozsypany cukier

Cukier zaciągający się gorzkim smakiem

dla histeryczek i histeryków baśniowych

drżą im ręce, nie potrafią nawet nosić siebie

Cukier na małe łyżeczki sypany

zachodzące walerianą zachody słońc

testów ciążowych i papierów lakmusowych

stosowanych przez jeszcze uczących się

Takie sine oko na pustyni pokrytej wykładziną

ukrywa to, że pod nią trwa konsekwentny rozpad

Pomóż mi podnieść oczy, pomóż mi spojrzeć

Cóż to za zjawisko niezwykłe i smrodliwe

czy zapominanie aż tak cuchnie, aż tak?

Pieśń siódma. Bianca śpiewa nad walerianowym jeziorem do nieznajomego

Moje spierzchnięte usta wyszeptują pytanie do ciebie

Kim jesteś, o skulony? Gęsia skóra na twym ciele?

Językiem swym chłepczesz silny koncentrat waleriany

zalany tylko 0,000001% słonej wody z morza

ta niewielka ilość już wystarcza, że pamiętasz o wszystkim

Gdzieś Jego daleka obecność przypomina tobie

że słona woda jest bardzo zdrowa i antyseptyczna

Jeżeli umiesz rozciąć jeszcze raz usta do śpiewu

słowa wypowiadane spopielają się od razu w miał

Nic nie ma smaku, nawet waleriana, nawet twoja ślina

Proszę więc o łyżkę cukru, małymi porcjami popijajmy

za naszą pośmiertną starość i niedołęstwo spowodowane

uprawianiem sportów, które defasonowały nasz bezruch

zapomnieć wszystko, czego nauczył komitet normalizacyjny

Kim jesteś, skulony potworze z jezior fotografowany?

Wszyscy myślą, że jesteś rodzajem istnienia niemożliwego

że jesteś istnieniem z dosyć precyzyjnego fotomontażu

Gumowy łabędź, z którego tchnienie umknęło, i zmarszczony

taki materac wydmuchany, dziurawy w swych spojeniach

Leżysz wyrzucony na brzeg walerianowego sińca w kształcie

nieregularnego koła narysowanego prawie ludzką ręką

Potrzebowałabym teraz kogokolwiek

Czy ty możesz być przez chwilę

Kimkolwiek?

Pieśń ósma. Walerianowy śpiewa żołnierskie piosenki

Fioletowy język trzepocze zalękniony pieśń ostatnią

nad rozlewiskiem zabagnionym ze szlamu i waleriany

Wojenne pieśni śpiewam nad głuchym jeziorem, echami

Ciągle zapomnieć nie mogę, choć chłepczę tę maź

Czynić tak muszę na pamiątkę tego, że musiałem pić

dużo lekarstw uspokajających, zapominając na zawsze

czym laur zwycięstwa jest odkupiony, medale spoczywające

w komodzie sosnowej, nie było gdzie ich położyć

To była krwawa jatka, nikt już tego prawie nie pamięta

Mnóstwo rannych, sami zabici, piekło na ziemi

choć teraz nie jestem pewien używania tej metafory

Walczyliśmy w kurzu czarnej chmury z deszczem kwaśnym

Nadchodziła burza gniewu, dla nas, dla mas wyginanych

dla mas wyginanych miękko-swobodnie na wietrze

Zabić wroga gwałcącego nasze łąki i miasta brudne

Jego kobiety czeszą się inaczej niż nasze, mają karminowe usta

naszym się zawsze włosy przetłuszczają, to oznaka zdrowia

Wojenne pieśni śpiewam nad głuchym jeziorem, z chórem

Wiesz, jak wygląda pejzaż pełen fontann żylnych, tętniczych

Nigdy pewnie nie byłaś w miejscu, gdzie nóż nie wystarczy

Te krzyki, te ciała porozrzucane przez huki, bomby

Widzisz te twarze pełne zalęknienia, płoszą się zwinnie

patrzą na ciebie, błagając o naturalną litość w tobie wydzielaną

Zamykają oczy, zaciskając je do środka, obawiając się huku

przypominają sobie jakieś pourywane strzępy modlitw

Ty stoisz przy nich i celujesz prosto w ich twarze ściśnięte

Wydaje ci się, że widzisz twarze wszystkich męczenników

rzeźbionych w miękkim drewnie przez szatana rzemieślnika

On uwypukla, jak mocno cierpią z niczego, dla igraszki losu

Te lukrowane słodycze palone, smażone i farbowane

Jak już strzelasz, to odwracasz głowę w stronę czyśćca

W końcu jednak trafiono i mnie, w ucho lewe — prawe

Leżałem wtedy na leżaku, spoglądałem w niebo

Słoneczne leżaki — nosze, niosą cię do szpitala

a tam dowiadujesz się, że nic z tego nie będzie

chyba że wytną ci wszystko bez znieczulenia

Będą ci nożyczkami do papieru wycinać wycinanki

Wydrylują twoje owocowe, robaczywe wnętrza

Wtedy przypomnisz sobie twarze wszystkich zabitych

własnoręcznie za pomocą karabinów na słowa

tratatatatrattaatrrratatratttatratttatratttatatatrrrrrata

takie karabiny mają techniczną usterkę, mogą się zacinać

i jąkać

Pieśń dziewiąta. Bitwa po bitwie

Leżę twarzą odwrócony w popiół, do środka

Muszę leczyć swe obrażenia wewnętrzne

Uciekają mi słowa pieśni żołnierskich i patriotycznych

ku pokrzepieniu serc, po śmierci krzepną z trupami

Tak bym chciał je śpiewać, żując czerwone kwiaty jak tytoń

Podsłuchujesz mnie bez ustanku, ty jesteś szpiegiem

Twój głos skryty ma w sobie ten pogłos stłamszony

zdradza ciągłą rejestrację każdego szmeru najcichszego

Czy teraz dobrze mnie słyszysz, czy przesunąć się odrobinę

do skrytych mikrofonów, czy są bardzo wsłuchane we mnie?

Chcesz śpiewu zwierzeń tego, „całego w sińcach”?

Dobrze, to niech wszyscy mnie potępią jednogłośnie

skazując mnie milionowy raz na karę śmierci za dezercję

Z pola walki zabrano mnie tutaj, piejąc dostojnie hymny

wachlując me zwłoki skrzypami i widłakami w trakcie

podczas pogrzebów spreparowanych przez domyślne wdowy

Po śmierci nastała bitwa we mnie, w każdej mej komórce

w każdym organie wewnętrznym słyszałem te skrzypy

przerzucany przez widłaki, to w jedną, to w drugą stronę

Wszystkie moje niedrożności zostały odrzucone razem

Moja batalia trwa ciągle, pełen furii kruszę się ze sobą

płacząc nad wielkim jeziorem, zostałem uderzony

w najczulsze miejsca pod skórą byka, wołu pochylonego

Nagi, bez zbroi i mundurów zszywanych z resztek

Jestem zmęczony tym ciągłym krzykiem bojowym

w oczekiwaniu na wroga w pełnym kamuflażu

Moje jezioro zostało mi dane, żebym zapomniał o biciu

mocno w policzki, dla ich własnej przytomności

Cucić się ciągle z żalu, z otumanienia zapachami

Strzelaj do mnie, strzelaj prosto w serce, 60 punktów

Dostajesz bonus w postaci dwóch granatów z drzewa

prosto w mordę, bez zawleczki, czerwone i słodkie

Po śmierci jestem jeszcze bardziej wycięty w sobie

tylko ścinki zostały po moim żołnierskim rynsztunku

Takiego mnie widzisz, taki słaby kadłub leżący

zgnieciony sam przez siebie w popiele nieświętym

Ślinię się, bo nie mam w sobie żadnych zwieraczy

Oczekuje się od mnie skrycie zupełnie nowych rzeczy

Do tego potrzebna jest mi waleriana, boskie lekarstwo

Moja pokuta nazbyt oczywista, muszę wypić ją z czasem

tę wielką gorzką łyżkę, a wtedy stanę się tylko echem

z sennym mrużeniem poobijanych oczu

z walerianowym odcieniem przeminę, wietrzejąc

Pieśń dziesiąta. Bianca obraca się wokół siebie pierwszy raz

karuzela metafizyczna

Odwrócę się od ciebie, nie będę słuchać

tego smutnego wykrzykiwania pustej sceny

tylko taka amatorszczyzna mu pozostaje

Chciał maszerować, a leży skulony w okopach

zsikany ze strachu sam przed sobą, przed wrogiem

licząc na zbawienie za linią swego horyzontu

Boli mnie słuchanie jego kwaśnego jazgotu

dźwięk, co porządkuje moje tańce ze śmiercią

Ona pochwyca mnie za biodra i obmacuje pijana

oczekując, że mam ciało na zamek błyskawiczny

to pozwoli jej szybko mnie rozebrać i obrać

Odwracam swój pielęgniarski głos zmęczony od niego

Śpiewak z mordą pełną karabinów starego typu

Pot mu jeszcze pozostał na nylonowych mankietach

Podchodziło mi wszystko pod gardło nacięte

jad szerszeni i pszczół, byłam zatruta od niego

Zawroty głowy, omdlenia jako skutki uboczne

Obracam się jako karuzela siedmioramienna

Obracam się wraz z drągami zespawanymi ze mną

Każde siedzenie jest już tutaj zarezerwowane

Niecierpliwie się kręcą w swoim miejscu, czekając

na swoją kolejność wywołanych do odpowiedzi

Jestem osią tej karuzeli, zakręcam się wokół siebie

chcąc pozbyć się tych brzmień nałożonych w nadmiarze

oto moja pokuta

Słuchanie tych kręcących się

wokół siebie rozciągniętych

Jestem karuzelą karuzeli

Mój ciężar nierozłożony

równomiernie, krzywo

Stracić tę pieprzoną równowagę

ruchu i trwania w sobie, o sobie

we własnej osi, na własnej osi

Taki przyrząd z ciernia utkany

dla zabawy, rekreacji po trudzie

w czasie, gdy park jest już zamknięty

dla odwiedzających groby

Pieśń jedenasta. Viniale

W nadmiernym ruchu, tracąc barwy na rzecz szarości

powoli moje rozkręcenie zaczęło zanikać dostojnie

Zobaczyłam przed sobą willę Viniale, stała na górze

Góra z pumeksu kosmetycznego w popiele zanurzona

na której pozostawały jeszcze skóry wężowo-księżycowe

Budynek miał w sobie tylko delikatnie muśnięcie różu

Włoskie, zielone okiennice zostały dawno zamknięte

Gęste warstwy sadzy zdradziły mi tajemnicę ukrycia

Źródło brudu i podgrzybków, niejadalnych czarnych głów

Sama zresztą podejrzewałam, że coś gnije tutaj w środku

nażyźniając okolicę swym pojedynczym wystąpieniem

Odwróciłam się w stronę zabitych drzwi deską piniową

Wtedy lekko zostałam przesunięta do środka tego pałacu

dłonią przesuniętą, co za dobro wynagradza, a za zło karze

Byłam w jego przedpokoju, panował mrok zmrużenia

W studniach głębokich wszystko miało swoje zakończenia

Pozbawione tutaj jakiegokolwiek sensu i funkcji meble

z sera topionego z dodatkiem wełny mineralnej, rzeźbione

i sreberkami kruchymi oblepiane, błyszczące, mylące

Zobaczyłam na wielkich schodach rozciągniętych wokół holu

siedzącą kobietę z bardzo chudym i smutnym policzkiem

ubraną w postrzępioną bieliznę z resztek srebra z piwnicy

Trzymała głowę w dłoniach wychudłych, wysuszonych

podkreślając bardzo matowy odcień twarzy

Zakorzenione tu były sadzonki ostów samosiejących się

Owa szorstkość jej trwania powodowała mój lęk

Prawie zauważalnie cofnęłam się do siebie znów

Poczułam, że jej pieśń z czarnego gardła gorzką będzie

Jej dzikie spojrzenie wyniuchało mnie w mroku

Nie mogłam się wycofać

choć chciałam mój ruch cofnąć

Takie są cholerne reguły gry

reguły gry w gry planszowe

nie można cofnąć ruchu

do momentu Niewiedzy

Pieśń dwunasta. Pani domu śpiewa

Jestem panią domu, jestem bardzo zajęta sobą

Muszę włożyć braki kwiatów w brak wazonu

Muszę rozmazać ten kurz z popiołu na meblach

Zabrakło mi środków czyszczących niestety

Nic nie jest przygotowane na przyjęcie gościa

Nie jestem ubrana dość wytwornie, nieumalowana

Misternie trzeba dobierać garderobę na wieczór

potem będą się z pani podśmiechiwać po cichu

że pani domu nie wygląda dobrze, zestarzała się

ostatnio

Będą ciągle komentować każdy szczegół ubrania

Dobór właściwych dodatków do całości kreacji

Wszystko komponuje idealny porządek i ład

A ty przyszłaś w moje nieprzygotowanie, teraz

Przepraszam cię za mój bałagan ciągły w środku

wszystko przez roztargnienie, przez wspomnienia

nie mogę powrócić ze spokojem do prac domowych

Prowadziłam dom mojej siostrze, przez całe życie

Ona przez lata bardzo ciężko chorowała i śmieciła

Zajmowałam się porządkami odpowiedzialnie, sama

wstydziłam się jej wolnego umierania przed innymi

Nie mogłam patrzeć, jak boleśnie odchodziła, umieraj już

Trwało to tak strasznie długo, na co czekasz, zbieraj się

Marzyłam o samotności i o tym, by umilkła, umieraj już

Miałam dosyć jej mycia, przewijania, karmienia już

utrzymywania wszystkiego w porządku, zdychaj szybko

To wszystko trwało latami, umieraj już, umieraj już

Opieka nad nią była taka męcząca, nie mogę już patrzeć

Nadszedł w końcu ten dzień, chwalcie boga, ach-lleluja

którego jutrzenki z dawna oczekiwałam z przekąsem

Siostra zmarła, nie obudziwszy się, nie poprosiła mnie

jeszcze o tę ostatnią przysługę podtarcia jej tyłka

mogła się przecież zesrać ze strachu, przed końcem

Po jej pogrzebie zostałam nareszcie sama w swym domu

Poślubiłam podczas tajemnej uroczystości siebie dla siebie

aby nikt nie rujnował pedantycznej sterylności dywanów

Wspomnienia błękitne grzybem odkładały się na ścianach

Pani domu prowadzi dom pełen bezpieczeństwa i ciepła

Pani domu kocha porządek przez lata, nic nas nie rozłączy

Unikałam ludzi ciągle odwiedzających z podarkami lichymi

Tą idealną harmonię mojego skrytego domu naruszyliby Oni

Raz dziennie chodziłam na targ po zakupy, by przyjrzeć się

tym ohydnym twarzom, brudnym, rozmnażającym biedę

Jak coś takiego można zaprosić do siebie, do domu?

Lecz ich nie powstrzymałam, do Viniale zakradł się gość

Tak jak ty tutaj zjawił się niespodziewanie, niezaproszony

Włamywacz wskoczył przez uchylone okno w dachu

Wyszłam w nocnej koszuli sprawdzić, kto hałasuje i broi

gdy zapaliłam światło, napastnik, którego nie rozpoznałam

rzucił się na mnie, zaczął mnie dusić brudnymi rękami

Czy Pani sobie to wyobraża, brudnymi łapami na mą szyję?

Gdy wytrącał ze mnie ostatnie oddechy rytmiczne

przypomniała mi się twarz mojej siostry odwracającej wzrok

odliczającej start swojej nowotworowej rakiety w gwiazdy

Gdy ostatni mój oddech został powstrzymany rybną dłonią

przymknęłam oczy na chwilę, wtedy w moim czystym domu

poczułam przeciąg

Nie było Obcego i mego ciała pod kredensem gotyckim

Chciałam pozamykać okiennice przed burzą, co nadciągała

Przeciągi są niezdrowe i można ciężko się rozchorować

Każde okno mojego domu było otwarte na roścież, hukało

więc zamykałam szczelnie moje sumienie na każde pytanie

Na strychu w ostatnim lufciku zapytano mnie

o moje przyznanie się do brudu

więc go ze złością zatrzasnęłam

by się nigdy więcej nie otwierał

Podmuchy wiatru wydają się czasem

jakimś nawoływaniem z daleka

jeżeli wpadną w jakieś szczeliny

Pieśń trzynasta. Nieporządki

Oto skryta siedzę tutaj zaczerwieniona porostem

Może ty będziesz moją przypadkową emisariuszką?

Moje zakurzone usta pełne, są poplątane w szykach

nieporządki oddechów i bezdechów grzybiarzy

Należałoby czyścić ten brud i kurz pokrywający mnie

Kurz coraz bardziej zamieszkuje tu w zakamarkach

Co na to powiedzą sąsiadki z okolicy i znajomi?

Mogę siedzieć tylko na schodach między piętrami

patrzeć, jak wokół mnie staje się nieczystość

a ja jestem tym źródłem brudu rozchodzącego się

Gdy popiół i zgnilizna wszystko już wypełnią

po brzegi wypełnię się kompostem nieprzyzwoitym

Wtedy ktoś odszuka mnie w tym otwartym grobie

dokona niezbyt sympatycznej ekshumacji

odkrywając moje domniemane imię

Grzyb piwniczny, grzyb biały wokół mnie kwitnie

kiedyś tak bardzo je zwalczałam, w kątach piwnicy

oczekuję ich obecności, modlę się o ich powracanie

Rozłożą one te żelbetonowe ściany na kruszywo

które wykorzystywane będzie do budowy obwodnic

Grzyb ten żywi się wilgocią od morza chłodnego

tak czekam znów na ten przeciąg powtórzony

bym była gotowa wobec niego i wobec siebie

Moją pokutą jest ciągłe spojrzenie mej siostry

której pod koniec lekarstw nie podawałam usłużnie

Czekałam z uśmiechem, aż w swoim moczu odparzona

odwróci się do mnie z powrotem, prosząc mojej łaski

Jakże są sekretne te odpryski z rzeczywistości

zmieniają mój dawny uśmiech w skowyt

No wie Pani, taki skowyt wewnętrzny

Czy Pani się to też czasem zdarza, taka dolegliwość?

Czy to normalne jest takie skowyczenie w brudzie

w okresie niemenopauzy, ale pauzy przeciągłej?

Pieśń czternasta. Bianca odwraca się drugi raz

Przestań, umilknij już, nie wiesz, jak fałszujesz

Drażni mnie twoja naciągana na znaczenia pieśń

Nie chcę zbliżać się do ciebie, śmierdzisz przykro

Rozkładasz się tak strasznie wolno, trwa to latami

Kompostowe lato, z tobą wakacje wymuszone

unikając pośrednio twojej obecności niepewnej

wśród mebli kolonialnych i tapet prowansalskich

Ich głównym nowym motywem jest scena hand made

Jedna z sióstr leży w łóżku i błaga Odwróconą o łaskę

pomoc w zdychaniu królewny na ziarnie grochu

Tapeta jest bardzo szczegółowa, a motyw w milionach

Ujęcie sceniczne pojawia się rytmicznie nie do zniesienia

Prowansalskie widoki, niby to słodkie, skradają się w bólu

powoli, słony grzyb zdobywa kolejne kawałki i lądy

zjada historie na tapecie przedstawione, stopklatki

Pożera powoli, rozkodowując ich dawną intensywność

Ten dom jest taki cuchnący odwróceniem, goryczą

Ubrudziłam się tobą bardzo

od twojej pieśni brud

Obracam się drugi raz na pięcie

Znam już trochę swoją mechanikę

ta minimalna możliwość ruchu

zatracić się w tym kołowaniu się

Znów widzę przesuwające się echa

po rzeczywistościach tańczących

Niedokończone rysunki się ścierają

Poczułam lekkie hamowanie

ktoś zatrzymywał mnie za włosy

siedząc na jednym z ramion karuzeli

zatrzymywał mnie swoim szuraniem

przydługich nóg o ziemię

Pieśń piętnasta. Przyrząd gimnastyczny Sensory Integration

Przede mną

drążek pojedynczy, przyścienny, nieistniejący

z obejmami i sworzniami mocującymi kurtyny

Listwa naścienna, spopielony słupek oraz odciągi

z hakami, by utrzymywały niezwykłe ciężary

Słupek, listwa naścienna z otworami po oczodołach

zapewniającymi regulację twojego poniżenia

Odskocznia gimnastyczna treningowa ku górze

z obiciem, ocynkowana rura stalowa, co chód oddaje

na obu końcach haki umożliwiające zawieszenie

twojego braku ciała na skrzyni gimnastycznej

będziesz mógł osiągać na tym sprzęcie lepsze wyniki

Wymachy ku górze

Materace gimnastyczne z wypełnieniem z pianki

regenerowanej, w nieskończoności się regeneruje

Liny z okuciami do zawieszenia twojego rozkładu

System mocowania lin do ściany, byś już nie spadał

Oto zestaw do treningu braku ciała Sensory Integration

Resztki po twoich skórach, po układzie nerwowym

są wyciskane przez metalowe konstrukcje ze słów

Cóż to za niezwykły projekt wystawienniczy

Te poręcze z podparciami do ćwiczeń duchowych

Ławka do treningu mięśni, dopiero je teraz ćwiczysz

Wcześniej ich nikła obecność nie była odczuwalna

nie wykorzystywana przez ciebie na co dzień

dlatego zanikły, teraz muszą urosnąć jak dzikie rośliny

które do bolesnej korozji cię doprowadzą przez zakwasy

Solidna konstrukcja ramowa z rur wysokiej jakości

Do lin spięta obudowa obciążników, byś ciągle fikał

zamknięty obieg linki, napinacz linki, wiszący drążek

do wyciągnięcia twojego zbitego w siebie cielska

Przyrząd do prostowania nóg zahamował karuzelę

i dzięki temu teraz jestem zawieszona na przyrządzie

Razem z tobą na Sensory Integration rozciągam się

Ja, miłosierna Samarytanka, nie wiem, jak pomóc

którą dźwignię mam poluzować dla ciebie

Profil stalowy półzamknięty z elementami

a w środku wśród tych lin i metalowych kółek

śpiewam pieśń dla skazanego na galerę, by mu miarowo

wierszem ułatwiać rytmiczne wykonywanie ruchu

Pieśń szesnasta. Użytkownik zestawu Sensory Integration skrzypi

Każde me słowo skrzypi z niedooliwienia

Słychać tak bardzo, jak się otwiera i zamyka

jego brzmienie w moich koślawych ustach

wszystko przez ten zestaw ćwiczeń na rozciąganie

Nagle wypowiedzenie czegokolwiek staje się trudne

Długotrwała jest moja rehabilitacja, skomplikowana

Opracowano system automatycznego nagrywania

na taśmy magnetofonowe zaleceń, instrukcja obsługi

moich pieśni pasujących do osobistego programu

Instrukcje do różnorodnych typów ćwiczeń

Zestawy opisów pozycji wykonywania ćwiczeń

komendy, cząstkowe opisy ćwiczeń, liczebniki

oraz informujące, motywujące komentarze nagrane

zmieniając we mnie elementy i moduły dynamiki

z liczbą powtórzeń na wybrane partie wspomnień

Ćwiczenia są łączone w dowolne zestawy, mam do wyboru

mogą być pogrupowane według charakterystyki problemu

Przygotowany układ może być łączony

z odpowiednio dobranym podkładem muzycznym

możesz zatem śpiewać do mnie cały czas, ty

wydając mi rozkazy i polecenia dyscyplinujące

bym w swym fartuchu nylonowym doświadczył potu

Poprawa samopoczucia, a przede wszystkim świadomość

sprawności własnego ciała

w nowej formule, nowe nieciało

Dzięki delikatnym impulsom przekazywanym

przez słowa uzyskuję efekt naturalnej pracy mięśni

podobny jak przy wykonywaniu tradycyjnych ruchów

Każdy może ułożyć swój indywidualny, sumienny styl

Niepowtarzalny, powtarzalny zestaw ćwiczeń

Jest to konstrukcja jedyna możliwa dla mnie

by mój tłuszcz odrzucić, by mój byt wreszcie znikł

dzięki zintegrowanej diecie z soli morskiej

Krystalizuje się ona w przejściach granicznych

Pieśń siedemnasta. Ćwiczenie z powtórzeniem

Śpiewam z pośpiechem w głosie swoim

będziesz miała wrażenie mojego ruchu

Jestem teraz może trochę podobny do ciebie

podobny do białej instruktorki aeroaerobiku

Zawieszone gesty spadają pod swym ciężarem

spadają ze zmęczenia, noszą w sobie tony

tony smarów i łojów baranich, schowanych

Pracowałem jako konstruktor, inżynier sumienny

Nosiłem w sobie trochę smutków, swą nadwagę

spowodowaną przez to, że regularnie się pieprzyłem

z kurtyzanami świata zalęknionego, spoconego

Tu następuje niesłyszalny refren

Miałem miłą żonę, od czasu do czasu zauważałem ją

między meblami kuchennymi, między RTV, kwitnąca

Traktowałem ją jak ostatnią w kolejce do moich majtek

przed nią za marne pieniądze robiły to profesjonalistki

wyciągnięte, długie, z gębami od krzyków udawanych

Pieprzyłem się z nimi regularnie, a płaciłem dobrze

ona patrzyła na mnie jakoś tak dziwnie w oknie

wiedziała wszystko, bo kobiety umieją niuchać

tymi swoimi szerokimi, łapczywymi nosami

Płakała codziennie dwie godziny, to był jej refren

Refren

Z powodu tych moich burdelowych przyśpiewek

chyba nawet kiedyś chciała wyjść, ale utknęła

między meblami kuchennymi, między RTV a AGD

nie mogła się w końcu przecisnąć się przez nie

Wchodziłem w wielkie zady tłuste i podatne

z ciągłą świadomością refrenu ukochanej-kwilącej

Nie chciało mi się sobie czegokolwiek odmawiać

wykonywać jakikolwiek ćwiczeń, pobudzić się

uruchomić mój układ krążenia myśli i uczuć

Tłuste złogi właśnie stały się przyczyną zawału

Po odbytym stosunku płaciłem rudowłosej pani

Zdążyłem spojrzeć na jej zaostrzone końce włosów

Zawał serca klasyczny, powieki zasłoniły wszystko

Ktoś jednak skierował do mnie jakieś pytania

ja nic nie mogłem usłyszeć, wtedy właśnie

odezwał się we mnie ten refren z dawna odrzucany

Chciałem go przekrzyczeć, uciszyć w sobie

te płaczliwe śpiewanie i ujadanie w powietrzu

co w sobie instrukcję obsługi mojej pokuty nosiło

Refren

Teraz do tej pieśni akompaniuje mi dyskretnie jej refren

zachęcając mnie do wytrwałych ćwiczeń, by zgubić to ciało

Ma w sobie tę burdelową dekorację z nasieniowodów

Moje resztki wyłowione dzięki Sensory Integration

rozrzucone zostały; do różnych ćwiczeń zmuszone

w tym rytmicznym ruchu archeologicznych bioder

zgubię ten płaczliwy pogłos, po wszystkich refrenach

i ćwiczeniach z pamięci, z ciągłymi powtórzeniami

Pieśń osiemnasta. Bianca odwraca się trzeci raz

Zgięłam się mocno na wciągniku Sensory Integration

Ciśnienie odśrodkowe nakazuje mi ruch dookoła osi

Skręt tak mocny we mnie, jakby ktoś mocno mnie ściskał

Wykonałam jeszcze skrzypiący odwrót oczu ku pustce

nie czytając z ust kłamliwych, speszonych podglądaniem

Przeszkadzam wykonującym pokutę w ciszy

Jestem tu zmuszona do pieśni, choć jej nie chcę

Me usta owrzodzone, pełne bakterii przygodnych

Owrzodzieją me uszy, oczy, dziąsła zbyt miękkie

Zmuszona jestem do odwiedzania ciebie w popiele

Znów mocno kręcę się w sobie, ma szybkość wzrasta

Przyjemne są te zaniki wszystkiego na rzecz rozmazania

rozmywania się w budyniowym krajobrazie

Znów na mych żeliwnych ramionach karuzeli czuję

pokutników martwych, wybrali niewłaściwe miejsce

Męczę się ich ciężarem ogromnym, jedyną rozrywką jestem

taka cyrkowa ze mnie dekoracja, żeliwna, czarna, czujna

na swych długich ramionach ze stali zaplątanych niosę

niosę wysłuchanie ściszonych do zera

Jawię się spowiednikiem zmuszonym do wycierania się tobą

Nie rozgrzeszam win zastygłych dawno, sklejonych warstwami

Jestem tylko takim dodatkiem w dzikiej kolorystyce utrzymanym

co nikomu i niczemu nie służy i tylko zabiera miejsce

by wszyscy cieszyli się, że na końcu świata można się pobujać

w rytmie pieśni dawnych, w moich ramionach opadających

swobodnie

Pieśń dziewiętnasta. -500 stopni

Gdy moje wirowanie na 500 obrotów ustawało

odezwał się we mnie nagły chłód wewnętrzny

Tu było chyba 500 stopni poniżej morza

Tu było chyba 500 stopni poniżej wszystkiego

500 chłodnych stopni wiodących mnie w głębiny

popiołów, proszków na przeziębienia i grypę

Zniżając swój wzrok przyciasny, schodziłam w dół

do skrytej zamrażarki, do głębokiego zamrożenia

gdzie nadpsute mięso leżakuje jeszcze

Przedłużyć daty ważności, wytłoczone czytelnie

na wierzchach, na zafoliowanych bandażach

Najgłębsze są przemysłowe zamrażarki

w które nikt nie sięga już rękami do dna

Drżenie było coraz większe, skurczyłam się, płacząc

głęboki i na miarę był szyty ten mój płacz właściwy

Na dnie lodówki ma dłoń macająca lękliwie wyjęła

zmrożoną postać jakiegoś istnienia zapomnianego

Nie wiesz, jakie to kiedyś kształt w sobie nosiło

tak głęboko było zmrożone i obrośnięte lodem

Ciepło moje rozmroziło Temu usta zabliźnione

Dotknęłam w miejscu, gdzie był otwór śpiewaczy

Wielka, czerwona dziura krzyknęła ze zdziwienia

Oto jest otwarta i wydaje z siebie dźwięki nareszcie

przerażona opuściłam to na ziemię z hukiem

Bryła lodu z otworem gębowym krztusiła się

Białe, bezkształtne szykuje się do pieśni

już stroi swe dźwięki niskie i wysokie

rozpoznaje swój własny głos, nie słyszał go dawno

Pisk zamrożony w trakcie jego trwania w sople ostre

na świadectwo ocen niedostatecznych

Pieśń dwudziesta. Odmrożone usta śpiewają

Niesamowite to uczucie usłyszeć swój głos, znów

pełen stęknięć, cichych jęków wewnętrznych

Jestem istnieniem schowanym w lodowatej powłoce

Lód z warstwy moich łez mnie otacza i skrywa

ich słoność rzeźbi mnie powoli, ulegam korozji

stopniowemu rozwarstwieniu na 500 części

Jestem produktem o przedłużonym terminie istnienia

przed potępieniem wstawionym do zamrażarki

Mija czas, przeterminowuję się z czasem w czyśćcu

Zniweczony, wraz z lodem i owocami kruszon

Zostałem wyróżniony i wrzucony w głębokość

Teraz liż mnie, liż, bym się ocieplił stopniowo

swym ciepłym językiem pełnym słodyczy i ciepła

Ciepło twe czuję w powietrzu, o przybyszu z daleka

Nie jestem męski ani żeński, jestem przedostatni

Nie pamiętam już nic ze swego pachnącego życia

krwią i kałem pachnącego życia, 500 obrazów zostało

Mieszkałem chyba lub mieszkałam w bloku szarym

wykonywałem z jakąś piekielną regularnością pracę

nie przypominam sobie jakiejś rodziny mdłej w tle

Za ścianą mego mieszkania ponumerowanego

przez lata, za tą ścianą była bita kobieta i dziecko

Łamał na nich meble, żelazka jakiś pijaczyna ohydny

Ja popijałem wtedy herbatę lekko już wystudzoną

patrzyłem w brudne okna, nie reagując na ich płacz

nawoływania ratunku jakieś osoby mieszkającej obok

Tak sobie siedziałem z zimną herbatą i myślałem o nich

Te ich piski ścierały się ze mną, ja tylko patrzyłem

Z czasem nawet na mych ustach pojawiał się uśmiech

taki pasujący do tej boskiej komedii za kurtynami

Pewnego dnia z nudy, z cynizmu zacząłem liczyć ich ból

500 razy krzyczała, płakała wraz z dzieckiem, liczyłem

z pietyzmem, z delikatnym uśmiechem prawie że szaleńca

Już byłem w połowie tysiąca, gdy nagle zmarłem

Śmierć przez poparzenie nieszczelną instalacją elektryczną

Me ciało przebiegały jeszcze mocne wstrząsy i wielki ból

gdy spytano mnie płaczliwym głosem tego dziecka

Pełen konwulsji, nagłego żalu, zrozumienia chowałem się

już chciałem się potępić i skazać na wieczne ukrycie

gdy wielka litość zmieszana z pogardą, przyfrunęła

na 500 skrzydłach skonstruowanych z niczego

wskazała mi wielką chłodnię, możliwość zapomnienia

Pokuta dla mnie jest znaczona przeterminowaniem

Moje potępienie i zbawienie wtedy za ścianą walczyło

Wszystko przez tę chłodną herbatę, co ją piłem

ustami zmrożonych głęboko, w ostatniej warstwie

w ostatniej warstwie magazynowej zamrażarki

Pieśń dwudziesta pierwsza. Bianca kręci się czwarty raz wokół

Skręć mnie mocno jeszcze raz, wyciśnij

soki malinowe i z dzikiej róży tłoczone

Znów zamarzają ci usta warstwą słonego lodu

od twoich smarków, śluzów, łez ściskanych

Bryła lodu znów zlewa się z zamrożeniem

Diamentowe igiełki znów pokryją go słusznie

dziergając na nim nowe wzory nieporządku

powodując erozję tych materiałów odpornych

Nieucho pokryło się szronem z zimna

już myślałam, że umrę w tej temperaturze

w 500 stopniach zimna, ale byłam już umarła

pełna złamania, gruchocząca jak instrument

Mam w swojej pustce jakieś dawne ziarna

wydają jeszcze nikły szelest, odbijając się

Sine usta szepczą pieśń jak modlitwę

którą śpiewa się przed wielką zagładą

wiedząc, że się jednak przeżyje w postaci

garści popiołu sypanej na głowy dla mas

Pchnięcie skręciło mnie znów mocno

Bujana zabawka znów zagrała swą melodię

Zaprogramowaną pieśń mam jak pozytywka

W przerwach gruchoczę sobą wokół

gubiąc swe treny w szalonym pościgu

Czy czujesz dziwną obecność potępienia?

Jest tak blisko, wyciągasz się mocno

chwytając się czegoś ostatniego, wystającego!

zaprojektowanego dla twojego uchwytu

zaprojektowanego tylko dla twojej dłoni

Ostatni uchwyt na karuzeli, we mnie chwyć

najgłębiej

Pieśń dwudziesta druga. Bar mleczny na peryferiach

Poślizgnęłam się, spadłam z siebie znów

Rozbiłam się o linoleum, rozłożone było

linoleum ciepłe i cuchnące linorytami

spalonym mlekiem i kisielami śmierdzącymi

od dna przypalonymi, od dna

Stała tu gigantyczna cysterna z mlekiem

najbardziej tłusta i pełna kożuchów

wyglądająca jak wielka pierś kobieca

zakończona silikonowym sutkiem

Przylepiona do niej była jakaś osoba

bezzębna i łakoma

z wytrzeszczonymi oczami ze zdumienia

przechwycała do ust te tłuste kożuchy odstane

Wielka pierś złączona mocno z nim

gdy zauważył moją obecność, odwrócił się

patrzył na mnie, patrzył tępo w dal

Po jego twarzy i ustach spływał strumień

tłustego, wysokokalorycznego przepełnienia

Zachłysnął się nawet, krztusił pełen wysiłku

Wielka pierś jednak regulowała wszystko

zasłaniała przed nim wielkie horyzonty lęku

Była cała pozłacana, tak że niczym w lustrze

odbijała wszystko, odbijało mu się tłuste mleko

Widział on swoją postać i moją w tle

Niezbyt jestem zadowolona z tego zaproszenia

do baru mlecznego na peryferiach

Widziałam karmienie piersią złotą do syta

Obrzydzenie mnie jakieś nagle ogarnęło

Tłuste kożuchy pętliły się w jego przełyku

Oderwałam się z trudem od piersi zbyt ciepłej

zbyt lepkiej

zwymiotowałam, doszczętny wymiot ze mnie

ostatni

Pieśń dwudziesta trzecia. Pieśń z sutkiem w ustach

bełkocząc

Już nie wymiotuj, proszę, patrząc na mnie

na tę przepełnioną bańkę mleczną, maślaną

Wielkie złoża dobroczynnych elementów

odkładają się we mnie niczym brud

Jestem tym, który chciał posiąść bogactwa

Całego świata rodzynki i pieczywa białe

kradłem, niszczyłem, zdobywałem wiele

wypełniając się słodkim mlekiem, miodem

po brzegi, po krawędzie dobrobytu, wykipienia

Złoto zlewało się z bielą w mieszankach

kruszcu, jedzenia, maseczek na usta, na oczy

przykładanych przez czarnych niewolników

Diamentowa rozpusta kusiła mruganiem

słodkim teatrem zależności i manipulacji

Za złoto, bursztyny sprzedawane dusze

za tłustą pierś pełną sączącego się nasycenia

w korzeniach swoich ma głód i strach

Kanaliki mleczne schowane są głęboko

Moje lśniące, pachnące życie kończyło się

nowotwór żołądka i układu pokarmowego

Najbardziej znani na świecie lekarze wróżyli

kuracje alternatywne, milkwaye

przedłużenie mi w komfortowy sposób życia

Wiedziałem, że czekają mnie bóle porodowe

wraz z żoną zadecydowaliśmy o eutanazji

w szwajcarskiej klinice z różowym widokiem

Obserwować sobie te jeziora mgłą zasunięte

Taka refleksyjność nachodziła wtedy człowieka

tak miękko i przyjemnie odchodzi się w ziemię

Po co zwoływać ciężkie myśli w szyki bojowe

w ramach dawnej pieśni skruchy?

Me złoto w mojej pelerynie wisiało, dekorowało

Złote runo musiałem zostawić, z uśmiechem

żegnałem się z najbliższymi, całując ich lekko

po miękkich, rumianych policzkach

Słońce zachodziło nastrojowo na obrazku

Ktoś nawet wspomniał o wielkiej słuszności

Gdy wszyscy na palcach odchodzili cichutko

kroki prawie dekoracyjne, baletowe, wycofane

przyszedł do mnie uśmiechnięty blondyn

niosąc w ręku me oświecone zbawienie i spokój

Podłączył do złotych żył, ropa w nich płynęła

Wykonana ręcznie z kryształu górskiego kroplówka

z rureczkami splatanymi w warkoczach ścisłych

Cenna substancja kropla po kropli dozowana dla mnie

Ciepło i przyjemnie zasnąłem pełen wygody

wtedy nagle nastąpiło gwałtowne drgnięcie

zerwałem się z siebie, zobaczyłem się w korytarzu

ktoś dopytywał się o mnie, a ja nie byłem gotowy

Wiedziałem, że jestem nagi w szpitalnym raju

Skryłem się wśród kryształowych kroplówek

wśród jedwabnych rurek od sprzętów medycznych

Te wszystkie konstrukcje skłębiły się razem

tworząc wielkie wymiono, uczę się ssać

z trudem zdobywania pokarmu i zmęczeniem

Gryzę z bólu wielki sutek, on łagodzi mój ból

przeżarcia, przepełnienia, wygodnej spiżarni

Ten ból niedonoszenia mego życia jak ciąży

Kiedyś skończy się ten pokarm, a ja będę mógł

być nowo narodzonym, z którego się cieszą

zabierają go ze szpitala do siebie, do domu

skurczonego i zależnego w kocach ciepłych

pachnącymi tłuszczami dosyconymi

Pieśń dwudziesta czwarta. Bianca odwraca się kolejny raz na palcu

W me zmarszczki powiał znów wiatr

Owinęłam się nimi dosyć zgrabnie

Modnie splisowana już jestem

Cień po mojej skórze w kurtkę uszyty

z ukrytymi kieszeniami, zakamarkami

Powłóczyste resztki hamują moje ruchy

jeszcze korale z mych zębów wiszą

na szyi powleczone na struny głosowe

Na czole spoczywa już kapelusz pleciony

ze słów mielonych z dodatkami włókien

Kręcę się w tej rewii cała w dekoracjach

w których rozpad i spopielenie następuje

Trzymam w ustach niedopałek papierosa

drogocennego, wyrzuconego przez kogoś

pamiętającego, że są ci, którzy dopalają

Te resztki po innych w moich ustach

Zaciągam się głęboko ostatnimi gramami

Znów byłam w sobie tak skupiona

Wykonam teraz piruet zbyt szybki i błędny

Jak tu zwrócić na siebie uwagę twoją

gdy popiół pokrywa mnie w środku

kamufluje tajemnie me konstrukcje?

W szarości, w połowie jestem uchwycona

Przechwycona w połowie okrążenia

między piekłem — niebem kręcę się

Wykonuję piruet, a mą łyżwą uderzam w lód

Całe me ciało wielka dynamika rozpiera

rękę podnoszę do góry i jakaś umowna sukienka

podkreśla mój ruch zapętlony, a potem rozbijam się

potykam i słyszę już śmiechy i chrząknięcia

Lubię rozbijać te piruety nieskończone

do krwi mieć te kolejne złamania wewnętrzne

mieć poczochrane włosy, sukienkę rozdartą upadkiem

tysiąckrotnie uderzać się o chłodną taflę i kusić

kusić CIĘ swymi upadkami

Piesń dwudziesta piąta. Zakład utylizacji odpadów higienicznych

Znów byłam zatrzymana w swoim pędzie dookoła

Jeszcze kręciło mi się w głowie od zwichrowania

Widzę częściowe układy urbanistyczne miejsc pokutnych

Sami sobie konstruują wszystko podług swoich umiejętności

A tu, proszę, jaki się znalazł mrówczy architekt ukryty

Na pudrowym podłożu zbudowany, dobrze prosperujący

zakład utylizacji odpadów higienicznych

w sumie takie miejsca muszą przecież gdzieś istnieć

Gdzieś to wszystko trzeba gromadzić, te bandaże

zużyte, zaropiałe waciki i łazarzowe prześcieradła

w które obwijane są zwłoki, po przejściach dalej

Te resztki ciał pozostawianych w ramach operacji

na otwartym sercu albo otwartych ustach, oczach

ciągle się zatykają w rurach przechodzących dalej

wybijają swój smród i zawartość na wierzch znów

Widzę niewysoki budynek z dużym, wilgotnym kominem

wielkie złoża śmieci, z których może lęgnąć się epidemia

Noszą w sobie organiczne ślady tych, na których żerują

bakterie rozwiązujące najbardziej skomplikowane zadania

rozwiązują ich znaczenia do liczb pierwszych, do zera

Lęk przed nimi nakazuje spalać w ogniu potężnym

ślady po zostawionych słabościach i niedołęstwie

Każda z cegieł tego budynku z popiołu sprasowanego

ustawiona krzywo, jakoś tak niedopasowana do innych

Na każdym bloczku napis wypalony w ceramice

pismem kaligrafa, starał się bardzo brzydko pisać

Konstrukcje wytrzymujące nacisk przechodzenia

Każda z cegieł była osobno i razem, tworząc zgrabną ruinę

w której ktoś mieszkał, narzekał głośno z daleka

W kominie nikła strużka dymu krążyła

rysując rebusy trwające

bez rozwiązania

Dym sygnalizował

że zakład utylizacji jest czynny

mimo bardzo późnej pory

Pieśń dwudziesta szósta. Obsługująca zakład spalania odpadów śpiewa

Czy już dobrze teraz widzisz mnie?

Czy już dobrze słyszysz mnie?

Między bandażami jestem rozkopana

Tutaj uczę się segregować jak grabarz

mak od piasku, zafajdane pościele, bandaże

Muszę je przekładać pieczołowicie na kupki

wrzucać do odpowiednich pieców gotowych

Układam z nich różne rzeźby i wzory

szukając nieustannie jakieś reguły

porządkującej ten smród, utrapienie

Me kiedyś delikatne i pachnące dłonie

pokryły się trądem, bąblami pełnymi trucizny

Przypominam sobie teraz me pukle włosów

włosów spadających na ciepłe ramiona

były obwinięte pachnącymi szalami

Pamiętam, jak szłam w pełnym słońcu

po Oranienstrasse w popołudnie, na obcasach

z błękitnego zamszu, lekko i swobodnie

wszyscy patrzyli wtedy na mnie

na piękno, na mą młodość w błękicie

a ja miałam głowę podniesioną wysoko

Wiesz, to było bardzo dawno temu

ledwo pamiętam te moje filmy zerwane

Lubiłam segregować już wtedy ludzi

przebywałam tylko w miłym towarzystwie

pachnących, nacieranych olejami bogactwa

Podobali mi się tacy wysocy blondyni

zajmują się oni typowymi polowaniami

w ustach mają waniliowe lody i smaki

Wraz z mym mężem mieliśmy piękny dom

wszystko było takie jasne, pastelowe

tylko jedna rzecz nam nie pasowała do końca

nasza służąca, która tak dziwnie patrzyła

Prowokowała moje rumienienie, wstyd nagły

Miała czarne włosy spięte i brodę wystającą

Czarne oczy pachnące doszczętną spalenizną

Podczas jednego z przyjęć, kiedy degustowaliśmy

kuleczki z orzechami i markowy koniak

znajomi nasi zwrócili uwagę, że jest to żydówka

tylko udaje blondynkę o niebieskich oczach

Brudne jej ciało, myśli brudne, a tam, gdzie brud

przyda się Tisztitószer8, co rozpuści i w niwecz obróci

te dziwne problemy w kuchni

Jakoś się tak złożyło, że zaczynała się wojna

korzystając z wywozu śmieci, pozbyliśmy się jej

za pomocą Tisztitószerów, tej czarnookiej dziwaczki

Potem z radości płodziliśmy naszych potomków

W sumie zmarłam ze starości, w domu starców

obsługiwana przez piękną blond dziewczynę

noszącą błękitne obcasiki do jasnych sukienek

Me słabe serce zgasło, gdy oglądałam program

w jaki bestialski sposób transportowane są zwierzęta

zwierzęta hodowlane, tak było mi przykro wtedy

Umieranie trwało chwilę mojej nieuwagi

Zerwałam się jak napięta struna, jednym uderzeniem

obśliniona, zsikana poczułam smród spalenizny

Spytano mnie w dziwnym miejscu, w jakimś holu

po żydowsku, ale ja nie rozumiałam tego języka

Gdybym wtedy miała przy sobie moją dawną służkę

to by mi wytłumaczyła te dziwnie skręcone zdania

Znalazłam ucieczkę przed popiołem tutaj

spalając te śmieci pełne wojennych historii

dawnych zranień zewnętrznych, wewnętrznych

Ciągle widzę w palenisku ten przerażony wzrok

dziewczyny, co kusiła, co ją odrzuciłam za oczy

za to, że musiałam się wstydzić przed znajomymi

na przyjęciu, na którym podawane były kuleczki

z orzechami, z koniakiem w małych kieliszkach

z cienką nóżką, prawie drżącą na tle płomienia

Teraz segreguję, śmierdzę zgnilizną słoną

od łez, wylewów, nagłych potopów łzawych

Kiedy oddzielę te wszystkie rzeczy od siebie

okaże się, że wszystkie są tym samym skrawkiem

ubrudzonym w tym samym miejscu, tak samo

Wtedy może ktoś z litości wrzuci mnie do pieca

bym się spaliła ze wstydu i zapłonęła rumieńcem

jeszcze raz

Pieśń dwudziesta siódma. Ostatnie odwrócenie. Hiperbola

Odwrócę się od śmierdzącej spalenizną

jej narastający smród ciężko porzucić

Śmierdzący odchodami swymi spoczywają

w kątach lękliwych, w ciemnych norach

Wyginam się ostatni raz, rozciągając

swe ramiona na polach walki odległych

oznaczonych za pomocą podwójnej linii

Linia przerywana, podkreślająca swą umowność

Ubrana w biały kostium gimnastyczki

łamię swe biodra, misterne kręgosłupy

w nieznane bryły geometryczne, odwrócone

Parszywa jest bowiem geometria szczebiocząca

wpisująca się w bryły, opisywana na nich

zgodnie z zasadami owłosionej matematyki

Wewnętrznie czuję jakieś inne algorytmy

inne funkcje wpisane we mnie, podwójnie

Hiperbola ukryta, podwójne podzielenie

wobec osi, wobec pionu, poziomu i zera

Me dwa ramiona wybrzuszają się w tańcu

zbliżając się do osi wiecznie, bez ustanku

zbliżając się z dwóch zupełnie innych stron

magnetycznie, tajemniczo, z odwrócenia

Różniczkuję odwrócenia, różniczkuję grzech

Nie ma w sumie ucieczki wobec mej funkcji

ciągle zaburzanej przez niezwykłe turbulencje

wykreślane w powietrzu na migi sygnały

Karuzelą pomalowaną farbą emulsyjną jestem

o dwóch sprzecznych kierunkach ruchu

piszczę z wysuszenia mych strun wewnętrznych

Rwę się cała na punkty rozłożyste w układzie

Kwitną one z pąków zlepionych łuską zamszową

Dawne barwy dekoracyjne zanikły

zbladły ze wzruszeń wobec Niego

Tylko szarości pozostały w tłach

Moja spocona twarz uśmiecha się jeszcze

wymuszony grymas do publiczności

Szpagaty rozciągliwe, bolesne, częściowe

w mój układ współrzędnych wpisane

Sześć punktów archeologicznych, pogrzebanych

zmieniają mą hiperboliczną funkcję

Rysunek mój na liniach akrobatycznych

elastycznie uginają się pod ciężarami ciała

Kręcenie się teraz trwa długo, już czuję

zawroty i zwroty mych postaw ukrytych

naskórki porozrzucane zostaną w okolicy

po mnie

Zmiatać je będą pieczołowici dozorcy

ubrani ciepło i opuszczający parę oddechu

w wszechstworza

wszechstworza zaklęte w ciszy przedpotopowej

Wszystkie zakwasy z soków własnych odłożone

wycisnąć je w ruchu monotonnym i szybkim

za pomocą zatęchłego odprowadzacza wody

Wylać te resztki po oczyszczeniach stóp

Dosładzanie fermentującego moszczu cukrem

druga fermentacja we mnie odkłada się złogami

Wielkie ciężary przenoszone przez usługujących

wiekuiście pomoc niosących, niewypowiadalnych

Ich imię się zamazuje, zaraz po napisaniu

w niebywaniu raczej odpoczywają ich nazwy

Trwa przyciskanie mnie do perforowanej ściany

w celu uzyskania wina ostatniego z tych zbiorów

o smaku łykowatym, dzikim i raczej niespotykanym

Z daleka to popychanie słyszę, lecz nie umiem iść

w połowie odległości pomiędzy wierzchołkami urojonymi

Me ruchy są niezwykle spowolnione

W pauzie trwa każde moje drgnienie

Biele wokół rozmazują się we mnie, a ja w nich

jakieś resztki jasnych pigmentów mej skóry

jeszcze sugerują moje przesilenia

Pieśń dwudziesta ósma. Lilith

Przede mną w głuchej pustyni widzę ją

w gigantycznej sukni moja piú bella regina9

Patrzy na mnie trochę speszonym wzrokiem łani

trochę się wycofuje, widząc me zdziwienie

Nie uciekaj, mam dla ciebie smakołyki skryte

w dziurawych, gubiących się kieszeniach skarby

Znalazła mnie tu, nie umiejący chodzić kadłub

owinięty sobą jak siecią niezwykle dokładnie

Oto Lilith speszona mną, cała w czerni koronkowej

ze słów misternie tkanych, cekiny i brokaty

Ach, cekiny i brokaty, cekiny i brokaty przeciągłe

brzmiące misternie przy każdym jej drgnieniu

Cekiny i brokaty na pobrudzonej od popiołów sukni

Najbielsze jej lica, już prawie mdleje zagubiona

Chłodnych dłoni nie ma gdzie włożyć ze strachu

przede mną

Nurkuje w swoim pylistym fundamencie pomnika

na którym została śmiesznie wywyższona pośmiertnie

za wielkie konstrukcje wokół siebie toczone z kamienia

Oto czarna Lilith niema, śpiewała kiedyś pięknie

pieśni zwycięstwa, pieśni pod łukami triumfalnymi

Przygryza wargi i wyciąga chłodną dłoń do mnie

Wielkie kokardy na jej ciele, na wysokości ramion

łączą się ze złotymi protezami, wkładkami push-down

wszczepianymi, lutowanymi do kości słoniowej

Jubilerskie inkrustracje w każdym jej fragmencie

Wokół nocnej kreacji tysiące moli podążających

za słodko-gorzkim zapachem tłustych nici

Zszywały one znaczenia ze sobą, tworząc dalekie krainy

Wielki, zgniły kołnierz infantki na niej

złożony z szeptów malowanych, szeroki

Cóż za precyzja składania tego w tak misterny twór

Nie została zabalsamowana zgodnie ze swoją wolą

Teraz jest rozciągnięta między wytwornie tkaną suknią

Stoi naprzeciwko mnie, patrzy na moją obojętność

Jest tak najpiękniej zamyślona, stojąca bez cienia

Lilith ubrana w sto tysięcy słów wypowiedzianych

zawiązanych w starych znaczeniach za pomocą kokard

ściskanych w ciszy i wielkim skupieniu układanych

Uchwyciłam się jednej z jej wstęg, rozwiązałam natychmiast

Ona — łania leśna znająca ten step wiekuisty z prochów

poczyniony, zapomniany przez systemy miernicze

pomknęła wielkimi susami, unosząc mnie ze sobą, niechcący

A na zewnątrz była noc purpurowa

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Lilith w powietrzu śpiewa do Bianchi

Bianco, Bianco najdroższa i ukryta ciągle

Zabieram cię ze sobą daleko, pod spód

Tutaj nasze pieśni nie są wysłuchiwane

Prochy żywią się melodiami skruszonymi

Wtul się w me włosy, bo podążamy

przez wiele milionów istnień skrytych

do pasa granicznego, gdzie tajemnica

sekrety ukryte w słowach i pieśniach

Nasze dusze podwójnie rozwarstwione

w ukrytych szczelinach czarny krem wyborny

Znam te szepty prawie modlitewne

w twoim zmęczeniu odnajduję chciwie

Czekałam długo na ciebie tutaj, niuchając

Nocowałam w swej sukni, żywiąc masy

skrawki słodkich korzonków rosnących

na moich dłoniach, na stopach żyznych

zagubił się ich smak, koloryt dawny

dlatego świetnie nadają się na nawóz

o nazwie fabrycznej Evergreen for you

Schowana w swoich dawnych dekoracjach

ze sklejki malowanej odręcznie, heblowanej

Scenografie po spektaklach, kostiumy zużyte

z bandaży, z plastrów przeciwreumatycznych

Mam jeszcze ciepły głos, tylko dla ciebie

Miodne wspomnienia rozświetlonych słów

Czy pamiętasz ich znikome ślady w sobie?

Zdyszana z pośpiechu śpiewam pieśń dla ciebie

Jestem taka pospieszna, jestem pospieszna

ciepła i wielokrotnie zagięta w sobie tutaj

Przenoszę nasze ciężary do cieplejszych krajów

naszą zgniliznę w koronkach ze słów noszę

Sunę z wielkim wysiłkiem do tyłu

trzeba teraz to przeliterować do początku

Moja czarna królewno, porzucona przez siebie

gdzie twój dwór okazały, gdzie twoje służące

których obecności niechybnie oczekiwałaś?

Osuszę twe łzy w biegu szalonym i celowym

Jestem Lilith, pocieszycielka wycofana w dal

Miękkie są nasze zbroje, delikatniejsze niż skóra

cieląt i koźląt ssących daremnie wodę ciepłą

przegotowaną, ostudzoną do temperatury pokojowej

Podatniejsze jesteśmy na rany cięte i rwane

Nie patrz tak na mnie, za głośno spoglądasz

Musimy uważać na fruwające tutaj papiery ścierne

wielkie, atakujące mechanicznie byty roztrzaskane

czasami Gruboziarniste pilnują pól pustynnych

Me kolana są sine od pasów startowych

podchodzenia do lądowania w celach fizjologicznych

Wysycha ma skóra delikatna bez kremów, bez dłoni

Marnotrawię swą urodę w tym pejzażu z tytoniu

Wybielona, chlorowana, w brudzie płukana bielanko

ubrana w litanie do najświętszych serc błyszczących

mają one funkcje odblaskowe, to czyni je migotliwymi

są zdumiewająco funkcjonalne w liściastych lasach

Wleczesz swe gobeliny, którymi się nikt nie interesuje

ani to latające dywany, ani wyborne dekoracje wnętrz

Wyścielają one wysypiska śmieci, pojemniki kradzione

pojemniki na śmieci przywożone jak trofea zwycięskie

Masz przy sobie klasery ze znaczeniami sprzed wojny

między dobrem a złem, drugiej czy dwudziestej dziewiątej

Przyciskasz pieśni do siebie jak ostatni oręż, tarczę rzeźbioną

chroniącą przed pęsetami i dźwigami abstrakcyjnymi

w ścisku, w skrzypieniu, w podnoszeniu wielokrotnym

Uciekając przed zagładą rychłą, chowasz się do kąta

liczysz i odliczasz od tyłu wszystkie wiersze w nadziei

Swoje imię czytasz od tyłu, jak imię przewrócone w śnie

lecz nie znajdziesz nic w tym przeczeniu frywolnej magii

Musisz się tu więc pogodzić z przyciasnymi słowami

z podśpiewkami naszymi sprzedawanymi za grosze

Śpiewane rymy i schematy dla fałszywej gwiazdy

oby swym blaskiem nas balsamowała przed zniknięciem

w zapadniach niepamięci, w niewidoczności pospolitej

Murzyńskie oblicza jednak w nas głęboko spoczywają

odwrócone od posłuszeństwa, powinności dnia-nocy

My, kolonizatorki u bram edenów, przedmieścia rabujące

Jakoś nam tak trudno oddawać to myto za przejście

ze zbiorów naszych, z plonów niezwykle płodnych

trudno dziesięcinę ze słów oddać, przekraczając dalej

tupiemy, podskakując w tańcu na znak buntu przeciwko

w korowodzie cichym, zamkniętym na wszystko wokół

Lecz w środku najgłębiej jest wielki lęk

tłuszczem obrośnięty toczy naszą lotność

Spoczywasz senna przy mnie, ze znużenia, ze snu

Mój złowiony sum cały dnem umorusany, okraszony

ciągle w poszukiwaniu mętnych granic dna stawów

Węgorze czarne prześlizgują ci się między zębami

gdy milczysz, także się kłębią, jak po bitwach morskich

To ich umykanie, zakreślone grzbiety, słowa ze śliny

nie odczytywalne przez wróżbitów ani grafologów

Pochwycam cię, by w ich centrum oś ruchu zanikła

powodując ich nienaturalny chaos i rozwarstwienie

Podzielić je, rozwarstwić precyzyjnie w podroby

na filety bez kręgosłupów dawnych, ości ukrytych

na skóry preparowane i suszone w pełnym słońcu

w popiołach nienasyconych ciągle i zmuszonych

Uważaj, możesz puścić mą wstęgę przez nieuwagę

Splotę więc dla ciebie nosze wygodne w drodze

z mych czarnych tasiemek powiewających i włosów

w powietrzu, co teraz bardziej słonym się wydaje

jego smak czujemy już razem w ustach naszych

ciszej

Kołysane przez szepty i szyfony

przez szepty i szyfony

Pieśń trzydziesta. Podróż podwójna

Niesiona w podskokach w absolutną szarość

przez przekorną mieszkankę czyśćcowych pól

niepłodnych, wyciętych dawno, dawno temu

Lot do oddalonych kresów, zacieranych granic

przez wielkie przestrzenie przykurczone

Szepce do mnie swoje historie, nie słyszę

Ona nie wybiera jeszcze nieba, choć przenosi

Ten dziwny zapach ukryty ma w gruczołach

w koronkach zdradza się jej odsunięcie ciche

Ona — środek transportu dla stłuczonych istnień

Postrzępiony latawiec powiewa kokardami

tasiemki czarne zatykają mi usta, dławią oddechy

wplątujące się między język, między koła

Nie porywa noworodków i dzieci mlecznych

lecz śnieżnobiałe bianki obtoczone słowami

nakarmione prochami strzelniczymi, melonami

Przynosi mnie tutaj do granicy, pozostawiając

Spogląda na mnie niemo, odprowadza do furtki

Nie pójdzie ze mną dalej i już tego żałuje

Literuje mnie, przegląda mnie, kataloguje obecność

B I A N C A B I A N C A B I A N C A

w jej ciemniejących ustach zanikam na zawsze

Tłumiki osadzane na każdej literze amortyzują mnie

Zakładanie plisek na siebie

zakrywanie ich wnętrz sobą

Delikatnie i sumiennie

Delikatnie i sumiennie

Zostawia mnie pełną kurzu złotego, porzuca

operowaną na stole chirurgicznym w przejściu

operowaną jej niewyraźnym i rwanym szeptem

Skłania przede mną czoło, żegna mnie uśmiechem

Zakrywa znów swe oblicze jako dusza czyśćcowa

odchodzi szukać w szkieletach swej fatamorgany

Przesuwa się wyraźnie moje epicentrum, przesuwa się

moje dygotanie spokojniejsze, jest spokojniejsze

Pieśń trzydziesta pierwsza. Pas graniczny

Skulona z zimna nie widzę nic

tylko siebie, 68 kg mięsa mielonego

co by się nadało

Jadą pociągi transportowe na bocznice

Słyszę ich przewlekłe odgłosy, sapanie

tam, gdzie rosną rośliny niezakwitające

zaniedbane i nierozpoznawalne w deltach rzek

łączących swą słodycz ze słonym zbiornikiem

Ukradkiem w rozlewiskach furtki pochowane

Podziemnie, odchodzące wody porodowe

Rowki przygotowane na przesuwanie mas

Smary, lepiszcza wyściełają wielkie łożyska

by cieplej i rozkurczowo

Stalowe skorupy leżą na śmietnikach

Cysterny z miodem wielokwiatowym

są roztrzaskiwane przypadkowo w pyłki

są zaorane, zziębnięte, pokryte smołą połacie

Pasy graniczne, pasy mistyczne, pasy cnoty

ściskane sznurem, drutem i wazeliną

by zawsze miały podwyższoną temperaturę

czekały w śliskim nieokreśleniu ściśnięcia

na przecięcie wstęgi ostateczne nożem

Choć tego dnia raczej nikt z domu wychodzić

nie będzie

Wieczorem będzie ostateczna dogrywka

podczas której pasy z kredy zamazane zostaną

licznymi nogami przedziwnych wdzięków

szurając, niszczą te spalone pola gry

resztki w kątach bramek cmentarnych

piano non vivace

Idę więc po linie, co za zręczność

Idę po linie szerokiej na hektary

kiedy ją przekroczyłam, nie wiem

czy się bardziej oddalam, czy nie

Szerokie połacie nieużytków czekają

Stojąc samotnie przy pasie granicznym

robię jeszcze listę rzeczy do rozpakowania

Zapomnieć wszystko, bez możliwości pomyłki

wypisuję zdyscyplinowana te rzeczy zbędne

a ma biała dłoń rumienieje, już dnieje

Pieśń trzydziesta druga. Bok

W szarości skóry jęczmiennej

plączę swe nogi, stepując jednocześnie

trochę nierytmicznie mi to wychodzi

Wzrasta przede mną bok w miarę uderzeń

konstrukcja z czarnego grafitu, magnezu

W belkach konstrukcyjnych i wspornikach

wielopiętrowe mieszkalnictwo komunalne

Wybijane kamieniami otwory drzwiowe

wilgotne ościeżnice w przeciągach

Podwiewa mi sukienkę chłód dziwny

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

W ciemnym korytarzu ramiona powtórzone

Piętra te same, podzielone tak samo na porcje

Bądź teraz, szukaj mnie, teraz ty mnie

Brudzę się grafitem ścian i rysuję na czarno

z ołowianym połyskiem łapię jeszcze błyski

Ślizgają się na mnie te larwy przejrzyste

zależne od źródła macierzystego, zależne

Piętro po piętrze biegnę po laur ściśnięty

Po korytarzach wlekę swoje ciało za rękę

ono opiera się siłą i się wyrywa do wyjścia

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

Jestem w ostatnim wolnym pokoju z rezerwacją

Czuję mnożącą się obecność, tysiące nad i pod

z boku i zewsząd czuję ich niecierpliwość

Przede mną tylko okno, w którym ustawiam się

we właściwym miejscu, pod właściwym kątem

Posłusznie, z spuszczoną głową patrzę w dół

w przepaści głębokie i tęskne, tak tęskne

Topnieje tu popiół zmiatany pod rogi dywanu

Kto tu zagląda zgięty do środka, ten tak wygląda

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

W milionach okien stoją poeci z otwartymi usty

żadnych dźwięków samodzielnie nie wydają już z siebie

Zgarniani, zbawiani grupowo w pośpiechu przypływów

Rozgrzeszenie w tłumie przeoczą ich dawne pozdrowienia

dla szatana z wakacji, listy, które wysyłali spod swych ud

bo się im dziwnie pomylił adresat, może to wina poczty

Ramionami tak szerokimi zbierani z głębokich wykopów

wyżłobionych w wapieniach przybrzeżnych, podmytych

w ramach stawki, którą zabiera zwycięzca za partię

gry w kości za kości

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

Pieśń trzydziesta trzecia. Rysunek II

Czuję za sobą tupanie z uwiądem w tle

Zniszczony rysunek od paru dni

stoi w wodzie niezmienionej, pełnej soku

Grzebiąc łapami w błocie pogrzebowym

wyszukuję korzeni wyhodowanych przez wilgoć

Kształt jakiś nieokreślony śledzi me postępy w nauce

Rysunek określają punkty kaligrafowane, początkowe

gdy je połączysz linią, to się ujawni graf skryty

Używałam cyrkla na tej lekcji geometrii, kreśląc

łuki zewnętrzne nieba, oba ich końce to błędy

Kontrasty się wzmacniają, jest tylko czerń i biel

Me ciało niedoskonałym instrumentem kreślarskim

Przestrzeni wielkiej nie zmierzyłam łokciami suchymi

nie pokonałam jej za pomocą skruszonej ekierki

w rogach prawie diabelskich, nie pokonałam czyśćca

Droga krzyżowa stacja 51, autobus się tu nie zatrzyma

niebezpieczna tu okolica i w rozkładzie jazdy

brak twego rozkładu, brak 51 kości skruszonych

na tarce z orzechami, z daktylowymi opłatkami

Mielę punkty drobnoziarniste na plamę barwną

byle się nie zmieściła w tych właściwych skalach

Sama rysuję me granice walcami wynajętymi

w bryłach geometrycznych przechowują łona

Potajemnie wychowują w swym chłodzie mioty

z margaryny poczynione, by straszyć nimi innych

Uciekajcie w popłochu przed mym rysunkiem

Nawołujcie i w popłochu tatuujcie me imię

pod pachami chowane, na lepsze momenty

załóżcie głębokie dekolty na kolacje uroczyste

może się uchronicie przed rysunkiem kolczastym

przed siatką ogrodową, wrastają w nią pnie ciężarne

w ich cielskach powoduje to bolesne przypominanie

Ale teraz rozcieram swe granice restrykcyjne

rozmazuję linie na włochate strzępy miękkie

Rysunek drugi ukryty jest pod spoconą dłonią

ma być bowiem trzecia jego cześć zmazana

a ten środkowy fragment ciągle walczy między

nieprzekreśleniem a przekreśleniem śliskim

Spoczywa on wkopany w ziemię częściowo

Część jego wystaje w postaci płyt granitowych

z wykutym liternictwem jednostajnie osobliwym

z dawnymi datami śnieżnobiało precyzyjnymi

z imionami osób śpiących, ułożonych na boku

Sen o złożeniu do grobu w garniturach brokatowych

Kroki do wieczności pomylone w tańcu z podskokami

na trampolinach z błony śluzowej wyścielającej

wnętrza eleganckich wnęk z buku, z brzozy

Wtopiona druga część zawsze w okolicach ziemi

rysuje się na glebach nawożonych łajnem

Rysunek ciernisty okrawa kształt pusty, zastany

Określa mój kształt bolesny plątanina bluźnierstw

słodkie, pozostawione w ścianie, dla płaczliwych raczej

w miękkich kamieniach wetknięte, trwale się utleniają

Pluję w siebie, analizując reakcje chemiczne zachodzące

Znów obrastają moją mordę liszaje i pleśniawki kwitną

hodowlane, nawilżane stale mą gęstą śliną, w głębokości

uniemożliwiają mi bezkrwawe szemranie i lamenty

Hultajskie ich zwyczaje w zdobywaniu nowych pól

na mej twarzy w okolicach ust walczą nieustannie

o przewodnictwo i wpływ na śpiewy wulkaniczne

Zalana lawą swego głosu zbyt głośnego podkurczam się

czekając na wykopanie z asfaltu z pobocza autostrad

po których mkną, miękko świszcząc w pędzie, One

Rysunek rozpada się, z trudem podnoszę ręce

nadając mu formułę nieczytelnego i niechcianego

odrzuconego przez budowniczych rysunku węglem

Pieśń trzydziesta czwarta. Wiatr od morza

Nasze gardła wysuszone, wzmocnione

resztkami nut impregnowane wielokrotnie

Stoimy w oknach pokutującej i grzesznej Prory10

Największa ruina w okolicy nadająca się na eventy

czekając na Jego ruch na lękliwym postumencie

Fundamenty dawnej budowli siłą były gwałcone

Teraz to miękkie wszystko nareszcie i bezzębne

tylko przewiewa przez nią wiatr, hula niezłapany

Wszyscy mają otwarte gardła na roścież

Kąciki ust są nadcięte jak krocza przy porodzie

by się poszerzyć, by się nie rozerwać w sumie

gdy doda się wszystko i wyjdzie wynik bez reszty

Z otwartymi gardłami czekamy, pokalani

Wielkie organy z pociętymi otworami

puste, wydrążone, wyrestaurowane bardziej

tylko gardła pozostaną, po nas tylko gardła

Wiatr od morza powiewa spokojnie w naszą stronę

owiewa nasze policzki sine od wysiłku, od czasu

wwiewa się do naszych ust powoli i leniwie

porusza naszymi archeologicznymi szczątkami

strun głosowych, utkanych w węzły żeglarskie

drążąc te nasze tunele podziemne, podmorskie

wszystkie czyni gładkimi szlakami dla siebie

Przez drgnięcie wydobywają się z nas głosy

nieznane dotąd dźwięki, melodie, niewyśpiewywane

miliardowe organy brzmiące nie sobą, lecz Jodem

Nie pozwala nam śpiewać siebie, związuje nas

zabiera nasz ciężar z portu, wyprowadza w Pełne

Grube liny jedwabne, splotem krzyżykowym snute

ich wątki naprzemienne w porządku nieodgadnionym

Wciąga nas w głębokość, do której tęskniliśmy

Ten statek rozpruwa się w zetknięciu z wodą

Żyrandole roztrzaskują się, i marmury, i zaplecza

my w nim idziemy na dno, osnuci planktonem

po to, aby nie być już, by nie bywać i się nie pojawiać

zatracić się w tym dostojnym opadaniu w ramiona

które zaciskając się w pozdrowieniu, uwalniają nas

od śpiewania pieśni czyśćcowych

A ze zdziwienia otworzą się nam dzioby nienasycone

Pieśń ostatnia. Dolepienie do Nieba

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

Piekło

Pieśń pierwsza. Pieśń przekreślona11

Przekreślam się na początku i linie przecinają mnie

Przekreślam wszystko, nie wybieram jasnej czystości

liter jasnych między rytmiką nad linią, tylko je ścinam

na wieczną pamiątkę nieczytelności i nieważności

Linie jak wykres kłamstwa — prawdy przekreślają mnie

Zagrzebana w błocie, uduszona plwocinami, laudacjami

do fałszywych proroków ze słoniny, ze złota, drewna

namaszczanych bez odpowiednich procedur i pieśni

olejami zbeszczeszczanymi i gestami udawania, grają

dla mnie, bawią mnie w moim ogrodzie odrzuconym

Oto Jestem, nie dla ciebie boże, teraz nie szukaj mnie

Oto jestem, zagrzebana głęboko w sobie niegotowa

niechętna na konfrontację z tym, co jest litościwy zbyt

Przecinam wyrzuty sumienia, żale zasmarkane

Skomlę, przeczuwając rozstrzygnięcie i pochód śmierci

Ja pies jej, syty-żyr, obwieszczam swym gardłem piekło

potępienie wieczne dla wielu czarnoustnych wśród nas

Znam wszelkie prawdy nieobjawione i apokryficzne

Historie cynicznie wymyślam, paląc papierosy z liści

z drzew prawdy, okolicznych jemu złączonych korzeniami

Nieobrzezana jestem i zresztą już za późno, za późno

na te ceremonie poświęcenia przerośniętego, nienowego

Jak pisać o piekle, co jest bardziej niż cokolwiek we mnie

Redzie je schować i je ukarać za to, że ciągle jest tutaj?

Nic nie zgniecie nas na czyśćcowy proszek sprzedawany

w porcjach, w torebkach plastikowych za 30 srebrnych

skrytych przed rodziną i znajomymi z najbliższej parafii

Wymyślam sobie swoje bóstwo bałwochwalcze ciągle

Ja na szczycie Mont Blanc czy górze gówna wie czego

Jednak wysoko stoję objawiona sobie, promieniuję

Wywyższam się ponad horyzonty, gwiazdy gniotę

Wszystko gniotę mymi pozłacanymi nogami i ogonami

te kruche, niewiadome byty liche, proste, dobre

przekreślam je, by przekreślić ostatecznie siebie też

Milionami skreśleń stapiam wszystko dookoła mnie

Niech świat wraz ze mną cierni i zdechnie w ukryciu

Długie me szaty, brzęczące, zaprojektowane dla tyranii

zżerającej wszystko, nawet siebie z głodu ciągłego

Odrzuć mnie i skreśl, teraz jest dobry moment na to

Spróbuj rozcieńczyć mój grzech wbrew mej woli, wolę

jak jego kształt zamieszkujący we mnie poszerza się

Niech więc linie przekreślające mnie będą tłuste i łakome

Szpetne pieśni szepczę, odrzucając inne w nad nad miarach

Niewłaściwe pieśni na niedziele pańskie, na święta kościelne

Skreślaj mnie, skreślaj, a ja i tak będę trwała pod spodem

na znak przeciwko miłosnym piosenkom, modlitwom

nawet za cenę mojego pomnika, co zostanie strącony

bo sezon skończył się na mój charakter bóstwa i na imię

Pokreślone mam rysy twarzy, lecz nie jestem twą maryjką

choć czarną, najczarniejszą wśród wszystkich kobiet

Na dachach świata siedzę, niszczę pieśni święte

Obcinając im głowy, ręce, łamię śpiewających

Przekreślam wszystko, nie ucieknie mi żadne słowo

Zatrzymam ich słodkie poloty kontekstu i zniweczę

Przekujcie aureole święte, co mogły kiedyś być na mnie

te, które w moim rozmiarze, przekujcie na naszyjniki

dla mnie na wernisaże i spotkania autorskie w piekle

na które już teraz wszystkich serdecznie zapraszam

Przekreśl mnie teraz, proszę, i uczyń nieczytelną

niech me słowa pisane w zmęczeniu i uniesieniu

zostaną precyzyjnie zmazane na wieki przewlekle

Powołani do skreśleń i potępień, wystąpcie teraz

Niezmierzona czerń tablicy, po której kredą mażę

znaki ochronne, znaki ucieczki, ukrycia gdzieś tu

niewielu się uchroniło przedostatnią litością

Są tacy, którym się to udało i skreślili się z listy

Na liście nieobecności teraz tak bardzo są obecni

w niwecz się nie obracają, nie zapominają się

Najmniejsze skupienie wszystkiego złego

Zatykam swe usta w pieśni przekreślone

pieśni skurczliwości do środka własnego

ściśnięcia i zmiażdżenia doszczętnego

Patrz, jak się boję, wkładam tyle do buzi\

Nie rozczytasz mnie w myleniu się moim

pokusa pozostaje, to przebicie dla oczu

będzie przedzierać się do czytelności mozolnie\

Czarne wersy nadciągają w szyku osobliwym

Boję się tego, jak zakradają się armią na mnie

Przekreślam te judaszowe pianie wyleniałych

Zagęszczam się w swych bluźnierstwach mocniej

wykrzykiwanych w dorner kebabach o świcie

w kierunku wschodzących zewsząd księżyców

stękających z każdą minutą przedzierania się

przez ciemność oczu skulonych i zawiedzionych

Lubię śpiewać te pieśni odrzucone przez siebie

nieudane, skazane na to, by się kotłowały w byciu

nieważne, zbite w kartki, zmięte do środka truchleją

Czemu więc tak potrząsasz biodrami w moim kierunku

marcepanowy wrogu w przeczeniach wykrywany

czemu?

Pieśń druga. Zmierzchy bogów naszych

Nasze wielkie procesje nadciągają burzą

miodnych i szaleńczych mów na naszą cześć

Powiewają nasze sztandary mnogie, tkane

Sztyletujemy krawędziami naszych języków

Zabijmy tych, rzucających w nas jabłkami

z mostów rozpostartych nad naszymi przejściami

Jesteśmy Bogami zabierającymi ciągle dla siebie

tylko dla naszych czarownych przydomków

one wywoływać mają strach i ukrycie

Otoczeni dziećmi, kobietami w bukietach

oddają swe lenna w nasze kosze i kufry

Zabieramy im wszystko jednym gestem ręki

Podcinają nasze kryształowe koturny wysokie

a my ściskając pięści, odchodzimy, grożąc temu

który niby-wszechmocny i nie zgwałci nas kolorem

taki niby-wszechmocny i nie zabarwi nas kolorem

Nasze pięści zwinięte w siebie przechowują

groźby, nienawiść do wszystkiego, do Niego

Nasze armie już szykują się zdobyć jego terytoria

Siła nasza ogromna, zabierająca wszystko w tajemnicy

Niech on przyjdzie, składając nam pokłony na dywanach

przenośnych, składanych, które wędrują wraz z nami

Rozrzucamy kości zamiast kwiatów przed antyhostią

Piszemy Tylko Wielkimi Literami Te Zdania Nadrzędne

zgniecione zostaną wraz z nami w pyły alergiczne

rozpadają się w naszych, kwaśnych, cytrusowych rękach

Mordercy prasują nam koszule wyjściowe na noc

Oglądamy się za diabelnym, zmierzającym do nas

Poi nas z niezwykłą regularnością i troską

trzy razy w ciągu dnia, drobną łyżką podaje nam mannę

Kasza pozyskiwana z odwróconego procesu utylizacji

z buraków pastewnych, kradzionych i ukrywanych

Nasze wieczne panowanie, gdzie są zasłony gęste

opadają one głęboko, marszcząc się, dają mrok

chronią nas przed dziwnym widokiem na urwisko

Powoli zmierzcha nasz zewnętrzny blask okrutny

zewnętrza błyszczące, strachliwe, zadające śmierć

Oto idziemy, krwawymi bóstwami nazwani na zawsze

Złoto i wyrwana kość strojna dodaje nam jeszcze blasku

Oto zdychamy w promieniach wschodzącego, nowego

nie umiemy śpiewać dla niego, nie nasze głosy

Nasz chór odrzucony, każdy z nas ma głos pierwszy

nie możemy znieść hegemonii zmiażdżonych nas w nas

Pokazy mody królewskiej kończą się w porze happy hours

Wszystko miało zdychać, nie wzdychać już nigdy więcej

Uczyńmy więc krzywdę słodką, porzućmy dobre zamiary

Nie do zniesienia jest dla nas bóstwo miękkie i głębokie

W nasze żelazne konstrukcje nie wleje się już nic

Wielkie oddzielenia, granice naszej kumulacji pełnej

Nasze naoliwione policzki chudną ze strachu i paniki

przed naszymi sąsiadami, co mają podobne zamiary

Chcą nas pozbawić tronów, komnat bursztynowych

Nasze usta malinowe wysychają z braku ducha w nas

on dodawał nam kusicielskiego piękna, o które się walczy

chronił nas przez całe nasze królowanie w pozłocie

Wessani w siebie przypominamy sobie naszą wielkość

Dekoracyjne formy językowe, muzyczne wiążą nas

Okazało się, że zaprawdę jesteśmy nieśmiertelni

czego skrycie się obawialiśmy, unosząc ostatni dech

w kierunku ścisku, milczenia i zła

podobnego najbardziej do koloru naszych skór zamszowych

które boskim zabiegom pielęgnacyjnym były poddawane

gdzieś w krainach żurawiny suszonej, zgnilizny i zmierzchu

Pieśń trzecia Bruna storia

Trzecia pozostałość po rozstrzygnięciu

po próbach ognia, wody i pryzmatu

upadła najgłębiej w siebie, w obłęd

z którego nie ma wyjścia ewakuacyjnego

choć wejść była mnogość zachęcająca

Jestem częścią odrzucającą oblubieńca

Trzepotał on swoimi rzęsami w moją stronę

z frędzlami, z jasnym uwielbieniem k’mnie

Jego obietnice szeptane niech porwą zwierzęta

stwory leśne, które lubią te słoniny na patykach

Mając je w pyskach, obserwowały mój rozprysk

Odrzuciło mnie daleko od niego, w norę

krecią dziuplę szalonego, ślepego posuwania się

tylko naprzód, bez zawracania i odwracania się

Tony ziemi zakrywają moje górnicze szczebioty

w nieodkrytych do tej pory głębinach gnilnych

Upojona denaturatem filtrowanym przez watę

z trupią czaszką na okładce objawiam się wam

nieprzenajświętsza, nieprzenajświętszy mój śmiech

Chciałbyś może, abym była dziewicą waleczną

konającą w imię boga milczącego za chmurkami

które maluje chaos i przypadek zmyślnie złośliwy?

Wolę być Bruną, z jej ust para zimna ucieka

w wielkie przestrzenie ciepła, miękkości waszej

Gdy cesarstwo kwitło girlandami, krwią krzepliwą

byłam nałożnicą rzymskich cesarzowych i cesarzy

Głaskali swe tygrysy po głowach, głaskali mnie

Miałam wielką władzę panowania, zabijania

Władam wielkimi tronami, potęgami, armiami

Mordowałam swe służki wdzięczne, nieśmiałe

Trucizny kwieciste w sprayach rozpylanych

W me łoże wsiąkały coraz to nowsze smaki i soki

Mój kielich ciągle był nadpity mimo przepełnienia

Wymyślałam krwawe uczty, gdzie mordowano dziewice

niewolnicy ginęli podczas hucznych, gwiaździstych nocy

Osobiście ich biczowałam, doprowadzałam do ujadania

Osobiście, z zaangażowaniem obłędnym biłam jaśminy

Wbijałam ich miękkie ciała w glebę, w marmur

a wtedy kosmyki włosów uciekały mi spod koka

Me jedwabne tuniki czerwonymi wzorami okrywały się

Tak wygląda Maxima-Optima, Szalona zwana Wielką

Ssij mnie mocno, truj się mym sokiem cierpkim

z bzu czarnego i nasion odrzuconych za gorycz

Panny składane mi w comiesięcznych ofiarach

bym była łaskawa dla ich miast dopiero utkanych

W najczarniejszych arkadach przechodziłam, tupiąc

niszcząc, gwałcąc wszystkie porządki zastane

doryckie, korynckie i porządki jońskie też

Nokturnowe szaleństwa do wczesnych godzin

z bufiastymi sukniami, z poduszkami w ramionach

Bym się zdała bardziej bóstwem, co nienawidzą go

Oskarżana przez kuzynów, synów za spółkowanie

z literami przekrzywionymi i z przecinkami w nocy

Dowodami na to miały być kosze martwych maślaków

z którymi powracałam jako morderczyni skryta

Chcieli mnie ująć za zbrodnie i zasztyletować

ale moje gniewne, czarne spojrzenie spod czoła

prześwietlało ich spiski na moje ciało i władzę

zatruwszy ich, cały świat zatruwając, patrzyłam

patrzyłam na agonię pełni i tej niby-nieśmiertelności

młodzieży, kwiatów, małych piesków, owadów

Te ramiona zgarniały wszystko dla siebie, dla mnie

Stałam się prawie legendą, żmijową panią ptaków

choć ma postura wykluczała aż takie okrucieństwo

Oleje wylewane pod me stopy, ścierane włosami

Popełniali samobójstwa przy białych winach

oni opiewający nieskończone, niedokończone

A ja chichotałam, patrząc, jak zdycha świat

piszczący i wznoszący ostatnie spojrzenia po litość

Na mych pobielonych pudrem dłoniach zdychasz

Teraz ty zdychasz

Pieśń czwarta. Winna śmierć

Sącząc z gąbki prawie octowe wino, leżakowałam

Z bólem krzyża wylegiwałam się na skórach

szukając kolejnych ofiar mych kaprysów lata

wśród pięknego i młodego korowodu blondynów

Oto byli z prawej, lewej strony piękni phoibosi

grali jakieś stare, wierszowane pieśni z lutniami

Myślałam, jak rytmicznie wybijam im te nutki z ust

Czy jako bezzębni będą tak samo umuzykalnieni?

Uśmiechałam się do siebie, obmyślałam plan śmierci

wtedy podeszła do mnie półnaga piękność z owocami

czarownie pachniała nienawiścią, nierozpoznaniem

Oj, te panny malowane, oj, te panny szykownie roztrzaskane

Zdziwiona tą odwagą zmieszałam się jej obecnością

Zmieszany kielich powrócił do ust, niosąc ze sobą truciznę

Pijąc winną przynętę, poczułam się senna i zmieniona

Krzyknęłam z nagłego bólu, rozrywającego mnie w środku

Wiedziałam, że zostałam otruta, krzyczałam o pomoc

Nikt z ucztujących nie przerywał biesiadowania śpiewnego

Na ich posągowych, marmurowych twarzach trwała cisza

z wolna dostrzegłam jednak delikatne uśmiechy rysujące się

Wybiegłam na korytarz i leżałam jak skulona ślimaczyca

plując siebie wokół, zsikując się z boleści przygodnej

Tak odchodzi bogini wraz ze swym postumentem na kołach

Winna trucizna zdobywała mnie w licznych żołądkach

cięła mnie na fragmenty, toczyła eksplozjami mą biel

urojoną i wymyśloną na potrzeby wizerunku wykutego

W ciągu jednego momentu mój chłodny oddech spadł

Oczy wytrzeszczyłam w marszczący się mrok czyhający

Wtedy poczułam do siebie nieprawdopodobny wstręt

Szept dziwny nie do zniesienia, przekrzykiwałam go

Całym swoim wściekłym rykiem królowej zagłuszyć go

Tylko to odezwało się we mnie, wielki mój wrzask

Odsunęłam się sama tam, gdzie najdalej, gdzie nie słychać

nic prócz mego głosu królującego nad śmiercią i nad łaską

którą odrzuciłam na wieczność od siebie, w przepaście kredowe

Ściąganie do punktu najmniejszego, prawie niewidocznego

Myślałam, że się rozpadnę, zniknę w jakichś śmietanach nagle

Tak bardzo byłam, za mocno trwało we mnie coś twardego

Zza moimi plecami, gdy odchodziłam, słyszałam lamenty

Głosy z dala wzywały jeszcze Brunę rozczochraną

zamieniły się z czasem w przedziwną odwrotność

Patrzcie, jak nadchodzę, najpiękniejsza

Pieśń piąta. Pieśń odchodzenia do Piekła

W tył zwrot, naprzód w siebie maszeruj

Butami rozdzierającymi, kowalskimi szuranie

Pozostawiając po sobie ślady w błotach

Odchodząc w dale powłóczystym krokiem

Nie chcę już twoich ud i ciepłego brzucha

Patrz za mną, na to ci pozwalam ostatni raz

na patrzenie, jak się odchodzi od ciebie

Me wdzięki uciekają, ale ma wola silna

Nie zobaczysz już nigdy mej twarzy i oczu

Nie będziesz liczył mych oddechów, jak śpię

Nie wkradniesz się we włosy w postaci wiatru

Nie dam ci się wymacać na dnie twojej kieszeni

Już nie rozpoznasz mego kształtu w swej dłoni

Na nic te twoje efekty specjalne, widzisz, na nic

Sklejam się do środka, byś mnie nie mógł zdobyć

twoimi sekretnymi możliwościami drążącymi

Moje kuszenie plecami kołyszącymi, widzisz

i pewnie zadajesz pytanie unde malum12, Bruna?

Naśmiewam się z twego płaczu, jeszcze jednego

Wiesz, to tak jest, że to ty musisz prosić o łaskę

wizyty u mnie w pałacach doszczętnie zniszczonych

gdzie zaraza o moim imieniu pożera wszystko i ciebie

Pożrę cię też, jak tylko się pojawisz w moich podwojach

Me oczy, gęstwina ciężkich powiek i nie dostrzegam

Mam alternatywne zakończenie dla ciebie, o misterny

W tym scenariuszu główny bohater odchodzi w dal

nie rozmywa się jednak, lecz wszystkie jego detale

zaczynają skrzyć od ostrości postrzegania ich na raz

Wszystko zdaje się być takie brzydkie, jaskrawe

Płaczliwe wiatry już ścierają me imię, zapominając je

wracają do siebie bez mej odpowiedzi, milczę, milczę

Zmazują me imienne atrybuty podarowane mi kiedyś

Szkoda, że sama nie mogę ich wyręczyć w tym

Pieśń szósta. Bramy Piekieł

Puk, puk, otwórzcie, zmokłej bogini łez i moczeń nocnych

Stoi przy bramie, kołacze, oczekując waszej gościny na noc

Tu się rozpoznaję, przy wejściu i domofon z moim imieniem

Podzielone bramy na nieskończoną liczbę segmentów

ciągle dzielą się wewnętrznie, ciskają, miażdżąc się w granicach

Nadproża potężne, wielkie filary dźwigające ciężar spotęgowany

Obrazy i historie niby tu widnieją, ale się kamuflują nawzajem

przez spróchniałe zęby cedzone, przez zgryzy zatrzaśnięte

Nowe rysunki na odrzwiach wyrzeźbione dłutem zębatym

Skryte pod deskami świata zwłoki czynów przerażających

Znaki dziwne rozpoznaję, w woskowym świetle ich pląs

Polichromie zdrapane wiatrami dalekimi i kształty miękkie

W rozglifieniu łuku wieńczącego drzwi napisy po aramejsku

Charakter pisma wskazuje na autora przycupniętego

On chciałby zachować anonimowość, raczej się nie ujawnia

Pewnie jakiś dawny mistrz je kuł, bramy piekieł w ogniu

Są na nich zakazane kwiaty, których nazwy są ominięte

we wszystkich językach dawnych i przyszłych, i zaginionych

W przyczółce lampka z napisem wolne, możesz wejść

poprawić przed lustrami w sraczu wypadające włosy

Ślepymi maswerkami ozdobione, czołgankami upiększają

przy klamkach licznych na wszelkich wysokościach

podkreślają stylistykę podążającą w doły i w przepaście

Te modne tendencje w architekturze są osobliwie ciekawe

Zapachy obłędu mego, szaleństwa, tu rozpoznaję się na szczęście

Wśród musujących kształtów dostrzegam trzy postaci wokół

Obgryzam palce do krwi i dotykam tych figur mellitowych

Dwie stojące z otwartymi ramionami, jedno zwierzę zbite

Wszystkie spojrzały na mnie, uśmiechając się przeciągle

Zauważyły moją obecność dotąd tutaj niedostrzeganą

Wtedy poczułam histerię olbrzymią i lęk odsłonięty

Uderzyła mnie fala zła niewypowiadanego w czoło

Rzuciłam się do ucieczki, tłumiąc swój zgubiony oddech

lecz ma ręka spoczywała już na klamce, która odskoczyła

a brama była taka piękna, karmelizowana z tłuszczem

Ot, te sztuczki opierające się na skrzypliwych zawiasach

one wiodą nas na zatracenie w głębiny najstraszniejsze

Nie witajmy się zatem w progu

sata-musie, czy jak ci tam było kiedyś na imię

Pieśń siódma. Pieśń ściśnięta

Płaczcie teraz, wszystkie płaczki żydowskie

Te najpiękniejsze łzy ocierajcie wymuszone

Wysuszajcie swe płatne oblicza włosami

perfumowanymi i namaszczanymi, i długimi

Do tego pośmiertnego orszaku wybieram

te najbardziej wczuwające się i niewinne

z wielkimi oczami rozmazanymi za zapłatę

Drogimi kamieniami was obsypię, całe drogie

Te ręce załamujące się, te jęki, naciągane wycie

Ja nie mogę nad sobą płakać na zewnątrz

Wciśnięta w siebie widzę tylko swój smród

Nie potrafię czuć, tylko ścisk niemiłosierny

Wpychana w najmniejsze ramy moja wielkość

ograniczana liniami czarnymi, oskarżającymi

Me kształty dawne w bolesnym marynowaniu

Zapadam się nieskończoną ilość razy w się

W najgłębszą przepaść w sobie ciągle wpadam

Ciągle spadam w dziurę, którą jestem, pełną i złą

i te chóry potępione, te głosy z dawna cierpiące

przypominają mi dokładnie śmierć zadawaną

Teraz tęsknię za jego obliczem, które odrzuciłam

Za morzem pozostał i pozwoliłam mu zapomnieć

Tu wszystko już zostało spełnione w echach licznych

Tu wszystko już zostało zaprzepaszczone kiedyś

Wciśnięta w środku żyję tylko rykiem wewnętrznym

Nie wyobrażałam sobie, że tak boli śmierć wieczna

Umieram nieskończoną ilość razy, niewidząca kresu

zadać sobie ból z jego dekoracyjnymi detalami

Mieć przez chwilę możliwość tej rozkoszy boleści

Nienawidzę najbardziej mego bytu skurczonego

wszystkiego, trwającego w nieśmiertelności mojej

Płaczcie, o piękne kobiety płatne i lakierowane

Zmuszajcie się, zmuszajcie się wzajemnie, podsycajcie

do żalu za moim wiecznym pogrzebem w listopadzie

Trwam z więdnącym wiankiem chryzantem na głowie

Odszedł ten, co podawał mi wino do ust, pragnąc mnie

bez niego wysuszona oceniam ciągle mą stratę wieczną

Brak mi teraz tych pieprzonych, pastelowych kolorów

kojarzących się z jego cichą obecnością w dalekich tłach

Niech wasz płaczliwy skowyt wzniesie się, o płaczki

w ten kosmos okrutnie cichy i wolny, piekielnie wolny

Pieśń ósma. Bruna nasłuchuje bóstw spokrewnionych

Daleko i blisko pod mym ramieniem słyszę popiskiwanie

Żałosne, nerwowe moje drapanie w tym miejscu, gdzie swędzi

Głos spokrewniony usłyszałam wbity we mnie, tak daleki

Śpiewak fałszujący drżał, srał w majtki bawełniane z domieszką

po nogawkach rajstop ściekał mu mocz ze strachu przed sobą

Wciśnięcia w głębokości nieodkryte przez żadne wehikuły

Byliśmy dawno napełnieni ambrozją i nektarem kradzionym

Szeleszczą części skołtunione mocno, pod spodami

Słyszę świsty jak pieśni powlekane żałością wyczynową

Bóstwa spokrewnione tłoczą się w tym niemiejscu, we mnie

Przekrzykiwania na ścianach przepaści, noszę ją w sobie

Nienawidzę ich, a oni mojej obecności, jednakże zmuszeni

Skóry po nas zostają, po bóstwach leśnych, prehistorycznych

Posłyszałam głos pojedynczy, zdał mi się jakoś rozpoznawalny

Szepcząc w mym uchu, umiejscowił się jak w niewygodnej pufie

Ten pisk, syczący torturował precyzyjnie dźwiękiem nieznośnym

Jego głos, trzeszcząca dźwignia kości zginająca, kości zrywająca

Zasypcie grubą warstwą żwiru to gnojowisko smrodem oszałamiane

Wszystko od niego ucieka, nawet on od siebie ucieka lękliwie

To gardło jest tu tak zwężone, nie ma przełykania i oddychania

Nie wbijesz w to rurki, by uratować mu życie, by mu uratować śmierć

by uratować jego pieśni charczące przed każdorazową destrukcją

po szepnięciu jednostajnym, od razu niszczone są przez połykających

To najmniejsze terytorium bóstw zapomnianych w starych mitologiach

Zaśpiewaj mi swą piosnkę zdolnego szambiarza uwikłanego w zagadkę

Nadchodzisz, w mordzie trzymając swe kości zmiażdżone jak puchar

twym własnym pyskiem i tonowym naciskiem na siebie samego

Twój wątek przeplata się gdzieś we mnie rozpiętej i zgniecionej

mieni się w okolicy, dając znać, że się jawił kiedyś jako Pseudohelios

okrutnie biczujący swymi promieniami twarze pobielone rozpaczą

rytmicznie uderzając w ich skóry, jak w bębny bolesno-dźwięczne

Pieśń dziewiąta. Pseudohelios wyje

Ksandzie, Podargu, Ajtonie i Lamposie żelazny

gdzie się podziało wasze ostre, końskie włosie

wasze gęste grzywy zasłaniające mi głębokie doły

kopane na grobowce Heliosa okrutnego wieczorem

muskularne, dźwigające mój odwłok władczy

Pociągowa wasza misja skończyła się dosyć szybko

Podkradł mi was inny bóg zachodu z brązową twarzą

Nie barwi się tak mocno przy zmierzchu czerwienią

Me słoneczne potomstwo uciekało promieniami

przed mym gniewem olbrzymim i wrzaskiem furii

Jednakże wszystkie z dala gdzieś krążyły na orbicie

Mieszkałem jako prawie trup słoneczny trochę w Italii

Mój pierwszy syn, Faeton, nie mógł patrzeć na mnie

nawet w słonecznych okularach, wybuchał płaczem

Miażdżyłem jego pneumatyczno-aerodynamiczne kości

żelazkodeskami płonącymi, krzesłami wirującymi

Jego delikatna matka, pogruchotana odwożona karetkami

karetami króla słońca, jechała na sygnale mego odrzucania

Nienawidziłem widnokręgu przypisanego mi przez los

Wypalałem ich delikatne powierzchnie i wilgotne kąty

zakamarki schowane przede mną, jakoś trochę urodzajne

Faeton popełnia samobójstwo w trakcie zaćmienia słońca

tak był przyzwyczajony do mojego oblicza spalającego

Widząc już tylko pustynię w owej krainie pogrzebanej

szczątki plączące mi się między zębami i odchodami

na drodze gwiaździstej poznałem kobietę-kometę uciekającą

podążyłem za nią w inną galaktykę i tam poślubiłem ją

koronując się jednocześnie na największego patriarchę

Me kolejne mitologiczne potomstwo to drobne księżyce

za małe, by je rozbić o siebie z hukiem, ich jęki posłyszeć

Meteoryty wysyłane i przedmioty zderzane z ciałem

przy wieszaku na płaszcze przygodne, bujający się abażur

Abażur złoty był mi konkurencją w oświetleniu wnętrza

Abażur żółty, zgnieciony, bujający się wśród przerażenia siłą

Bicie po ich lekko uniesionych głowach w stronę słońca

Nikt nie jest dostatecznie godny, by spoglądać w me oblicze

gniewu i nienawiści do panoram rozpostartych wokół

Ona — kometa uciekła z dziećmi z mego widnokręgu

montując markizy przeciwsłoneczne, żaluzje ciemne

Przesunął się mój ruch jednostajnej fizjologii w bok

Mieszkałem znów tam, gdzie inna strona świata się myliła

Z kolejną boginią rodziłem kolejne brzuchy nienażarte

Przychodziły do mnie, prosząc o ciepło, biłem je okrutnie

po tych ustach zdziwionych, oczekujących minuty solarium

Potłuczone żebra córki nieznośnej i syna z chorym sercem

Sikali ze strachu, gdy wracałem wieczorem do mego pałacu

Zniszczeni, płaczący, lizali swe rany po wybuchach słońca

Wpełzali pod meble włoskie z wyprzedaży zakupione

Byłem przekonany o swej nieśmiertelnej sile niszczącej

lecz pomału prawie niezauważalnie stawałem się słaby

Traciłem swe rumaki ciągnące mój rydwan spalony

ich kopyta jakoś tak tętniły w coraz większym oddaleniu

Zrzucony ze swego słonecznego powozu dotknąłem ziemi

na której już nikt nie zamieszkiwał, porzucona w pośpiechu

Zdychałem przez kilka lat, doczekawszy niepełnosprawności

Zachowałem swój jad ukryty między zmarszczkami na zapas

by starczyło do końca tego niszczenia wszelkich przejawów życia

Me mroczne panowanie i regulacja buntów żelaznym drągiem

zanikało jakoś i bladło, znikał mój ostry blask z powidokami

W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać

Każdy się mnie bał, opowiadałem im o mym niszczycielstwie

o tych zależnych i zaciemnionych, powoli wzrastających w cieniu

Opowiadałem, jak odchodził Faeton pierworodnie niszczony

po miękkościach odsłoniętych, po miękkościach zasłoniętych

Pielęgniarki chowały twarze, a chłopcy ze wstrętem spoglądając

życzyli mi wszystkiego najgorszego, dużo chorób w dniu imienin

podawali mi papierosy, czekając, aż zgasnę, charcząc w dymie

Z czasem zmieniłem się w czerwonego olbrzyma13 obrzękniętego

Nowotwór wpompował w me ciało wiele powierza i wodoru

choć leżałem, umierając, byłem znów najmasywniejszy, potężny

W samo południe, gdy słońce było najwyżej, pojękując, odchodziłem

Jak umrę, wszystko zgaśnie, potężne bóstwo zasypia ze wszystkim

w grobie wraz z rodziną żywcem pochowaną, wraz ze służącymi

i psami, i z wężem ogrodowym, programem telewizyjnym na piątek

Miękki zastrzyk przeciwbólowy kołysał się we mnie łagodnie

Łuski węża ogrodowego pokryły me oczy, oddech ustał w ciszy

Wtedy poczułem pierwszy raz lęk, zmuszał mnie do uciekania

odrzucając moje zewnętrzne warstwy, zachował się tylko środek

Jądro, skondensowane w środku mym, okazało się skarłowaciałe

Zostałem zdetronizowany, pośmiertny zamach stanu i ścięcie głów

Nagłe zrozumienie uderzyło mnie w brzuch najgłębszy, w biszkopt

Uciekłem jak najdalej od tych szeptów nawracających uciążliwie

w wielkim pośpiechu, histerii dotarłem tu, do królestwa strachu

zsikując się ciągle przed sobą — przed nadchodzącym czarnym karłem14

Zbity do mego wnętrza, nigdy się nie poszerza ani zwęża

Przypominam sobie płacze nieustające za mną, za okrutnym

że był taki ohydny, już prawie nie wspomina się go przy obiedzie

Jakieś charczące huki tylko określają moje pochodne kształty

ktoś ciągle śpiewa głosami mych ofiar w tle, naśladując idealnie

Przypomina mi ich strach przed nadchodzącym Pseudoheliosem

zamykane przede mną żółte drzwi do pokoju, drzwi do piekła

które i tak wyważę, i wejdę do tej szczeliny, i zmieszczę się tam

Pieśń dziesiąta. Piekło pseudoheliosa

Określając me śluzy ciągle skapujące

e

e

Zapadające się litery w sobie noszę tu

cały czas, przy sobie mam swój koniec

Skrzywione usta tak trudno narysować

Jakim ołówkiem szkicować ich kształt

granitowo-fioletowy i obawiający się?

Oto nadszedł głuchy dźwięk z zimna

Więziony w sobie, własne żebra-kraty

Wisi przede mną żółty abażur pradawny

Jakieś istnienie rozumne i przebiegłe

szeleści, zadając mi rany, ramy wąskie

cytując i śpiewając — tatuując we mnie

słowami i pieśniami miażdżącymi się

teraz odwrotnie rozciągane, za ogony

na szorstką stronę, która nie pozwala

na noszenie ich bez otarć i zniszczenia

Trzeba zawsze było sprawdzać metkę

kraj pochodzenia tych tkanin skrytych

zakazywanych i wytrzymałych jak juta

Noszę ze sobą zawsze swój koniec

Widzę ciągłe tylko zakończenia ze mną

z głównym bohaterem filmu amatorskiego

w którym wtórują głosy zamazywane

tylko zakończenia mi pozostają

puszczane w ciągłych pętlach

one zaciskają

piekło

śpiew z dziwnym raczej niespotykanym akcentem

gdzież się podział ów, ten helios pierdolony, pragnący spalić świat?

nauczymy cię dyscypliny, my, krwawe owoce lychee, organizujące

spotkania po latach i uczty zakrapiane winami poświęconymi

sraj ze strachu, nadchodzimy na ciebie, znów w odwiedziny

żeby ci było jeszcze bardziej przykro i byś był bardziej samotny

przyzwyczaj się do naszej obecności cierpkiej i karzącej

hi, hi, będziemy dydaktyczni bardzo, oczekuj tego, tylko tego

ohydne, niby takie silne i oświecone, teraz płacze to nieżyjątko

dogonimy cię i będziemy niszczyć, aż nie będziesz w stanie piać

ze strachu, że noc się nie kończy, a złe sny są takie namacalne

i szeleszczą złowieszczo w przepoconych, długich palcach

wydrapiemy jego gardło językami z płomieni, samozaciskami

aż skuli się do niemożliwości, aż będzie wzywać swe dzieci

my z jego ust wszystko pochwycimy, spożyjemy łapczywie

napełniamy się bowiem sokiem jego, prawie że pęczniejemy

w naszym wiecznym głodzie, w trwaniu zakonserwowane

i niezmiennie perwersyjne w rekonstrukcjach

Pieśń jedenasta. Bruna śpiewa pierwszą pieśń wojenną

Wysuszone są me usta, już żaden pocałunek

Nie uda mi się schować w kimś przez moment

Oto mój wróg, wróg śpiewający przede mną

skrywa się za słowami pełnymi czarnej wydzieliny

Umiejscowił się przy moim uchu i pęcznieje

przez chwilę, potem rzęzi w swoim oblężeniu

Będę prowadzić wojnę międzynarodową i wielką

zamorduję wszystkich piosenkarzy dorabiających

Takich jak ty mordować, ich przyuczone głosy

przyuczone głosy do jakiejkolwiek atrakcyjności

W ustach powleczonych same kamienie i ziemia

Szykuj już swój herb wojenny, będzie powielany

herb z czerwonym pasem i zapinką żelazną na nim

Zetrzemy się w bitwie na moim terytorium

ja wyznaczam

Każdy jest tutaj czyhający na ciebie, więc sikaj z lęku

W twoich oczach zamieszkuje strach i ta nerwowość

Nie będę miała dla ciebie żadnej litości, nie licz na to

Już machiny wymyślam, by zdławić twoje liche chlipanie

Zbieram je, gromadzę w zbrojowni, zaskakując cię

Pułapki na lisy i szczury zastawiam, tym się zajmuję

z siatki, z drutu, poranić cię i cię jeszcze bardziej poranić

Ten twój stan zapalny ciągle się aktywizujący pulsuje

pulsuje rytmicznie, przeczuwa swoje wieczne trwanie

Machiny szaleńcze, nowe rodzaje broni będę próbować

Kierować będę je wszystkie, ich małe i wielkie lufy

do twej buzi

Pieśń dwunasta. Bruna wsłuchuje się drugi raz

Dorzuć trochę swoich kości do ognia, bo robi się chłodno

Pod wyleniałą peruką z kreciego futra i z nutrii brzmi wokal

Nadkobiece ma zdolności manualne, taka męska jest i silna

Nawet teraz odwrócona do wszystkich nie chce występować

Idź tam do niej, namów ją, by rozwinęła swe spocone pięści

Niech nie boi się odkrycia swej szpetnej twarzy, robaczywej

Chodź do mnie z tłustymi włosami zgubionymi i wyrywanymi

Przedstaw się ładnie, bardzo proszę, teraz kolej na ciebie

Próbowałaś trunków zakazanych pozyskiwanych z boleści

Witaj w klubie tenisowo-golfowym dla potentatów ropy

czystych, zarumienionych podnieceniem, swoją personalną furią

Pogryziemy wszystko nieznane, sprowadzane z dzikich krain

Będziemy się oblizywać, cieszyć w środku ze swej nadrzędności

Kobiecy wokal wrzaskliwy, taki przekomarzający się o swoje miejsce

Niszczyła wielu, by zaśpiewać taką niezwykle odwróconą pieśń

No może teraz zaprezentujesz ją szerokiej publiczności

przed moim pomazanym obliczem, barwami wojennymi

Nikną już oczy i moje twarze w maseczkach wojennych

Będę cię zabijać wsłuchiwaniem się we wszystkie półtony

Podziemne kwiaty swe pąki zżerają, przerażone wiecznością

Jak uciszyć tych samozwańców rozrastających się w kątach

Samozwańce w korowodzie zaciśnięte w mojej głowie depczą się

i przepychają, i ładnie się ukłonić należy, no mniej więcej tak

Któż tu będzie pierwszy, który pierwszy wystąpi, pokazując się?

Sztuczki sceniczne, aby jakieś osoby zaklaskały z zażenowaniem

chyba nie do końca zrozumiały, że ta pani śpiewająca to trup

Jakaś taka dziwna jest, dziwnie się uśmiecha przez brak zębów

że w ogóle pozwala się na takie występy, scenografie pomylone

Ona się nie rusza, w sumie nie umie śpiewać, jak inne jej podobne

a suknie ma w pasy czarne i nie wiruje w pędzie zgnieciona

tylko pluje, krzyczy ściśnięta i to cały jej występ uroczy

Przeciska się przez siebie, a każdy jej ruch to niemożliwy ruch

Biegnijcie do pierwszych rzędów zobaczyć jej make-upy

namalowane jej uśmiechy w zespole pieśni i tańca ściśniętego

Pieśń trzynasta. Urania śpiewa głosem odwróconym

Szepcząc słowa rozpryśnięte, wykrzykując odstępy

ćwierćnuty i ósemki w częściach szesnastych

tych dawnych, ludowych, śpiewanych historii

Urania jestem, jestem pełna swej siły okrutnej

Nawet tu, zobacz moje zniszczone, krępe dziąsła

dziury wydłubane we mnie z precyzją mistrza

Niosąc długie sukna ze wzorami płaczliwymi

idę do ciebie, przeżuwając siebie, z pełną buzią

Urania była kiedyś sierotą zawszawioną podle

Nie była słaba jak inne, ale się wywyższyła nad

Uwierzyła w wojnę i najgłośniej krzyczała

wykrzywiając twarz w grymasie wielkiej siły

W pierwszym rzędzie tych najsilniejszych, Ja

szybko dostałam od mych kochanków szorstkich

dyspozycje życia i śmierci w mych kieszeniach

plątały się one ze sobą, gubiłam je w kaprysach

Inspektorka obozu pracy we wschodniej Ukrainie

tam gdzie Urania miała w każdym mieście pomnik

W każdym mieście powiatowym mój pomnik

Siedząc na podwyższeniach, władałam kobietami

Przynależały do mnie dziewczynki od 4 do 16 lat

druga grupa 16–60 lat, poza limitami nie istniały

Musiały oszukiwać mnie strojami, spuszczonymi oczami

Chodziło o zdolność do kreatywnej pracy i siłę wyciskaną

by budować utopijne ruiny, jakąś tajną bazę na piekło

Staruszki nagie, kobiety rozkwitające, dzieci w barakach

Ja spoglądałam na nie surowym wzrokiem karcącym

Matki, siostry, kochanki bogów zwiędniętych pod butem

zdychają w hurtowni drobiu zziębniętego i białego ze strachu

Urania urządzała sobie wspaniałe uczty zakrapiane winem

gdzie wszystkie zapraszała, wyciągając z baraków chłodnych

w tej przedostatniej wieczerzy, widzą ją tylko kobiety ciężarne

patrzą zaciśnięte z bólu głodu swego i dzieci schowanych

omdlewają, piszczą, nigdy później nie słyszałam takiego pisku

Kolacja z masłem, szynką, ciepłym chlebem, miodem kapiącym

Oto były me siostry, zakonnice skazane na mnie, na Uranię

Siostry pod wezwaniem najokrutniejszej, bez serca miłosiernego

Biłam ich gładkie oblicza, ciągle się odradzające po nocy

Rajskie ptaki, feniksy, takie piękne, prawie jak nietknięte

suki o modrych i czarnych spojrzeniach, bite po głowach

tam podobnież umiejscowiona jest dusza ludzka, podobnież

Czy można być tak okrutnym jak ja, co ubieram się w ich ból

Biodra szerokie, przepasane dekoracyjnie wrzaskiem i śmiercią

Co za chorały antygregoriańskie mi towarzyszyły wtedy

gdy strzelałam do łabędzic uciekających w lasy, chronią się tam

wraz z małymi dziećmi, nie uciekną nigdy przed Zapobiegliwą

Czuwałam, aby ich serca z piernika pękały z boleści, kruszały

rozmiękając od łez

Urania jest popromienna i zdeformowana, nie ma słabości

Nie ma we mnie pięty Achillesa ukrytej w kaloszach ciężkich

Trwało to lata, choć nie liczyłam tych niezbyt oświetlonych chwil

Ostatecznie wszystkie kobiety zostały kupione przez Szwedów

zapłacili masłem i mięsem różowego łososia za 20 wagonów

Pojechały ściśnięte i szczęśliwe, trzymające się za ręce razem

Machałam więc im chusteczką, nienawidząc ich coraz bardziej

ale wybrałam sobie sztuki z tego tłumu, by służyły mi do końca

panny niby mądre czekające na swego oblubieńca, aż przyjdzie

ale wyręczyłam go w tym jego opóźnionym przychodzeniu

Zabijałam je, strzelając im w łagodnie rozmazane oblicza

strzelając w ich miękkie karki, co do całowania i pieszczot służą

Zostałam w końcu schowana przed kontratakiem do miasta szarego

Schowana troskliwie do schludnej nory przez dawnych przyjaciół

pamiętali doskonale pieśni w moim wykonaniu sprzed lat

W małym przydzielonym mieszkanku żyłam jeszcze długo

czytając dzienniki i kręcąc przy tym głową ze zdziwienia

Urania pomału przestała promieniować, choć pozostałam w głębi

na zawsze wywyższona przez tamte dawne nimfy, przez ich śmierć

śmierć błogosławionych, ta wyjątkowość skryta, niepowtarzalna

Zmarłam w swoim mieszkaniu samotnie w mroku postępującym

Po tygodniach ktoś odkrył mój posunięty rozkład, rozkładówkę

gdy smród w okolicy nie pozwalał już spożywać kolacji postnych

Usnęłam w trującym powietrzu popuszczanym

śmierć na skutek nieszczelnej instalacji gazowej

Pan dozorca zapisał w notatniku jedenaste przykazanie

nie zapomnę sprawdzić kuchenki złowrogiej przed snem

Gdy się obudziłam, uderzyła mnie mnogość oddechów

rozpoznałam je w ciemności przepełnionej nimi

szept przezwyciężający mą grubą powłokę prześwitywał

Usunęłam go swym żelaznym ramieniem, znów było silne

ramię odrzucające litość, ornamenty strachliwe i blade

Marszowym krokiem kolosa weszłam tam, gdzie skały

Intensywniej wszystko teraz czuję wszystko i rozpoznaję

Jestem związana nokturnami, co kiedyś były mi śpiewane

przez te, które nienawidziłam za tę ulotność, za dusze

Ja niczym klucz nutowy rozpoczynający ich ciąg melodii

ostrość zapisu nutowego, przepisanego czytelniej

Nie pominięty zostanie żaden detal, żaden szczegół

Ten utwór sama sobie dedykuję, dla Uranii skowyt wijący

156 zgodnie z katalogiem Kehla15 albo diabli wiedzą kogo

zaciśnięta liniami, na których to wszystko zostało opisane

Pieśń czternasta. Urania in ferno

W krzakach wysterylizowanych, w chowanego

próbuję się znaleźć, nikt mnie nie szuka tutaj

Trwam jako niezbity dowód w postępowaniu

Jakieś resztki uczty zalegają we mnie

Nastawiona na temperaturę 250 stopni

jestem zakalcem zapadniętym ciągle

nie ma żadnej szyby, żeby mi się przyglądać

Pieczona w formie chwytającej mój kształt

dziury we mnie pęcznieją po kulach dawnych

tkwią jak rodzynki i rozsadzają mnie

Ich rozgrzane wątroby eksplodują we mnie

Wewnątrz mnie jakieś obecności obce

drażnią mój głód i rozpacz, i zapadanie

Czy wielcy bogowie tak muszą kończyć

w okowach własnych, stalowych ramion?

Moje kipiące istnienie do nieskończoności

ciągle jest kadrowane do punktu gęstego

Formy wykute własnoręcznie w ogniu

w ogniu wulkanu, w śmierci, w płaczu

dzięki temu są niezniszczalne z gwarancją

Zgniłe kawałki ciast, rozrzucone mięso

Wszystko mrok, nie ma żadnych świateł

Nie ma świateł do ostatniego występu

słynnej Uranii o głosie nieludzkim

Wszelkie me wydostawanie się z formy

wszelkie me wydostawanie się ze słowa

jest odcinane za pomocą noży japońskich

przez te śpiewające przy pobliskim ognisku

Z dziwnymi uśmiechami już nadchodzą

nadchodzące śpiewają

jesteśmy raczej martwymi naturami

ustawimy cię i wszystko, co się spełniło

w różnych konfiguracjach kompozycje

ograniczony jest ten zestaw rekwizytów

czesać ich ostry kształt swym wzrokiem

możesz obserwować dotkliwiej ich detale

tylko pomagamy, komponujemy wytwornie

w detalach znajdziesz wszystko, co znasz

czerstwe kawałki ciast, rozrzucone mięso

to pożera mrok i nie ma rzeźnych już świateł

rzeźnia nie jest w modzie, raczej tu nie pasuje

widzimy raczej szarą tkaninę podwieszoną

w końcach szarpaną z bolesnymi frędzlami

a wśród niej takie kęsy zgniłe jak pamiątki

rozrywające jej jednostajnie potępiony koloryt

na scenie dla ciebie ustawimy scenografię

nasza siostro uwięziona przez siebie w nas

a my jesteśmy raczej martwymi naturami

z uśmiechami szerszymi niż cokolwiek

z uśmiechami dekorującymi wnętrza

zapomnianych ruin

Pieśń piętnasta. Drugi front wojny z uranią

Wysyłam posłańców z nożami kuchennymi

z nożyczkami zaostrzonymi na szorstkościach

by rozpocząć walkę o przewodnictwo, uranio

Rywalizujmy, która z nas bardziej zdeformowana

Urządźmy sobie konkurs piękności pośmiertnej

Wystąpmy w najokrutniejszych kreacjach

Wszystkie melodie już ograne, nie zdarzy się nic

Mordami przeżuwamy ciągle tę samą strawę

Przeżuwamy się nawzajem, zmuszone słuchamy

Jesteś obok mnie z tą kulą i cyrklem niestępionym

urania niby włada, niby nim odmierza proporcje

tych ciał idealnych i zdolnych do wysiłku

Nienawidziłam cię od pierwszego dźwięku

od pierwszego wejrzenia

Te ramiona niby smukłe, a jednak masywne

Zbieraj teraz posiłki, swe armie niszczące

Twój głos ściszony, zmuszę cię do milczenia

Kontenery będą cię wywozić, kontenery

w interpunkcji drobnej będziesz wywożona

Góra plastiku po powierzchniach malowana

dlatego nie ma tych żył mineralnych w środku

tych krystalicznych pęknięć w środku litej

z której jąkające się mojżesze mogłyby wskrzesić

studnie i fontanny znakomite, rozłożyste

Teraz pozwól, że będę cię okładać słowem

rytym w tych samych miejscach, co kiedyś

Kiedyś w te miejsca uderzała urania w uranię

Pieśń szesnasta. Podsłuchy

Leżę na wysypisku śmieci sprasowana w kubik

Wokół mnie podobne kostki do gry oszukiwane

Jakiś dźwięk, fragment we mnie częścią odłożony

odzywa się i charczy, próbując się przedrzeć

Ten masyw sprasowany walczy o głos mocniejszy

lepiej może go nie dopuszczać, czuję jego ton

Łasi się jakoś tak dziwnie, ale brak mu skóry

Łasi się, by jeszcze raz czujność zatracić

Chwyci, zniszczy wszystko wokół wyłożone

Obliczył sobie to na podstawie rachunków

że on jest Rugewit, stosując kalambury i losy

Rzucając, obliczył, że na każdej jego stronie

na każdej jego kostce siedem jest kropek

dają one nieśmiertelność, to taka liczba

Mimo że śmierdział odchodami rybimi

potrafił się zakraść cichutko, skraść wiele

owoce kwitnące, świeżo kradzione warzywa

Już go słyszę, pod mą pachą chyba skrył się

Zaknebluję go jeszcze czymś, by milczał

taśmą malarską albo workiem foliowym

z wizerunkiem uśmiechniętych kobiet

oblizujących palce ze słodyczy schowanej

Zamknijcie mu mordę, ten otwór zdechły

gdy przyjrzysz się uważnie, zauważysz

w jego obliczu matowym śmierć

Iluzjonistycznie narysował sobie wiele głów

żeby się mienić i odmieniać ostatni raz

Przez przypadki odmiana okrutna

Pieśń siedemnasta. Rugewit nabrzmiewa

Me słowa przenoszone są w lektyce zbutwiałej

Ostatni raz je przenoszę, ich wątłe brzmienia

na mych plecach odciśnięte są po nich ślady

między przerwami wciśnięte i rozkładające

Oto jestem — zawołam rozdartym otworem

lecz nie jako sługa nasłuchujący do rana

lecz jako Pan wyróżniony i alabastrowy cały

Mało znane bóstwo znalazło bowiem sposób

na wielki powrót do słynniejszych i silnych

Chowałem się w dziuplach szarych wiewiórek

Me dzieciństwo było idealnie świetlano-miodne

gdy zmężniałem, zacząłem pracować, wyjeżdżając

na wakacje do kurortów dla tych najbogatszych

Któregoś dnia, widząc młode kobiety, zrozumiałem

W kostiumach kąpielowych się śmiały, smarowały

Margaryną pachnące, głaszczące się, całujące się

Widząc mnie podglądającego, drwiły ze mnie

Zuzanny w kąpielach obfitych z kwiatami, z winem

do których nigdy nie pozwoliły mi dołączyć się

Zrozumiałem, że mogę je skraść w ciemności nocnej

że mogę skraść te napoje niebiańskie z nich wytłoczone

bardzo drogie, niedostępne w tanich marketach

Przygotowałem się do tamtego dnia starannie

latami oglądając przewodniki po wielkich miastach

oglądając rozkraczone łona, co tam zamieszkują

Zapuściłem w mym sercu gęste ziarno bluszczu

obrosło mnie w środku, zakrywało mój strach

Wszystko dzięki temu było jeszcze bardziej tajemnicze

Rugewit wzrastał w domu jaskółek lęgnących się

Na starym strychu się lęgły, a ja z wysoka spoglądałem

Tak namacalne były me ofiary przechadzające się

Wiłem się bardzo blisko terenów mieszkalnych i osiedli

Pierwsza ma ofiara złożona na ołtarzu była dziewicą

taka jak ja, na wakacjach z rodzicami odpoczywająca

Opowiedziała mi to przy szklance gorzkiej lemoniady

Ona wypiła lemoniadę przed tym, jak ją zgwałciłem i zabiłem

Muszą mi podlegać te wyszarpywania się gołębi ofiarnych

ofiary jaskółeczek składanych, bym był spokojniejszy raczej

Nikt nie usłyszał jej wtedy, nawet ja jej nie usłyszałem

W wielkim uniesieniu mord rozkoszy i nieprzyzwolenia

Orałem jej ciało gładkie, poczułem się bezkarny w szale

trzaskając w jej morskie loki młotkiem remontowym

Zakopałem ją cichutko, uciekłem do swojej skrytki

Rugewit nadchodził we mnie z hukiem, drżeniem ziemi

nikt tego nie czuł, tylko ja znałem dziwne wibracje

Podsycałem w sobie te pragnienia unhappy endów

podniecając się tą wielką gromnicą na zigguracie wetkniętą

Śliskie były ryby wielokolorowe, ciągle na nie polowałem

Miałem władzę nad ich ławicami parskającymi śmiechem

Drugi raz udało mi się zabić młodą studentkę prawa karnego

Zadźgałem jej ciało nożem ostrym, z dalekich krain zdobytym

Trzecia to była sprzedawczyni mięsa i podrobów z okolicy

Zgwałciłem ją, zatłukłem kijem stalowym w norze lisa

Strzaskałem jej golonki, noszące jej ciężar na spacery

Czwarta zabita, dziewczyna w parku z pieskiem lękliwym

Poleżeliśmy chwilę po miłosnym uniesieniu na trawie

Choć ona już wtedy wielkimi oczami spoglądała martwo

na sosny wysokie, zupełnie jak żywa, odpoczywająca

Piąta była bardziej tłusta, w seksownych dodatkach

Była prostytutką tanią, dostępną w każdej chwili, nawet tej

Żywcem zakopałem tę kruszonkę słodką z nadzieniem

Szóstą goniłem długo, aż me zmęczenie było wielkie

zdążyłem rozbić jej czaszkę kamieniem, jak goliatce

Miała być ta siódma, która miała być zwieńczeniem

Mieć mitologicznych siedem głów niezniszczalnych

Ja, wielki Rugewit, pan życia najpiękniejszego

Jednej mi brakowało, by zyskać ten szlif brylantowy

na ostatnim polowaniu ofiara zbiegła w busz

okazała się odważną dziewicą Joanną d’Arc, postępową

Znała jakieś wschodnie sztuki walki i motywacji

Nie zdążyłem zdobyć jej białego ciała jeszcze chłopca

Uciekając przed mą histerią, wydała mnie w ręce policji

Sprowadziła armię rewolucjonistów, oni nie chcieli boga

któremu składa się takie drogocenne podarki w święta

Oskarżyciel wpadł na ślady mej konstrukcji bolesnej

odkrył te wcześniejsze, zużyte materiały budowlane

Wszyscy wykrzywiali swe twarze surowe, wyniosłe w ocenie

gdy oglądaliśmy zdjęcia, ich portrety w ramkach, z wykopalisk

Jakże się zmieniły od naszego spotkania w leśnych zaułkach

Jednak brak miłości nie wpływa dobrze, zaniedbują swą urodę

Prychnąłem śmiechem, widząc ich zdziwienie okrucieństwem

Rugewit musi składać sobie ofiary, takie jego przeznaczenie

Gdy wyrok przeczytano, byłem z siebie dumny, zachwycony

Te tytuły i osiągnięcia małego człowieczka — wiewiórki

Zostałem skazany na krzesło elektryczne, które sprowadzono

ze stanu Nebraska, krzesło stalowe, na lekcję niby-dyscypliny

pożyczone od kolegi, który akurat go nie potrzebował teraz

Oto krzesło — to mój tron Salomonowy, ma sześć stopni i pół

W gazetach było me zdjęcie powiększone jak portret papieża

Przysłali mi księży w różowych podszewkach, w koroneczkach

katolickiego Anglika, islamskiego pastora, nawet rabina czarnego

Wobec nich ogłosiłem nową religię, której byłem wyznawcą

Całe me królestwo rozkoszy mieści się między literą J i A

Potem było wnętrze sterylnie niebieskie, chłodne w nastroju

Troszkę obawiałem się bólu rozkosznego w natłoku

Za szybą widziałem rozwścieczone twarze rodzin mych ofiar

Zabrałem ich córy do łoża leśnego i rozgrzebanego, ha

bóstwo wylosowane, teraz odchodzę w obłoku

w błyskach glorii, w chwale na tronie, ponad słabymi

Przywiązany, w kapturze czarnym ustawiony król

Według żelaznych zasad ustawiony do zdjęcia

Ono rozjaśnić ma boską twarz z mroku

Przez me ciało przeszły wielkie fale i huki

Głowa opadła

lecz poczułem nieśmiertelność

uzyskaną w dziwny sposób, miałem siedem głów

znów nieuchwytnie dziki, wielki niebotycznie

zbliżałem się do miejsca mej nowej świątyni

Czy o tej porze będzie jeszcze otwarty kościół

poświęcony memu straszliwemu orędownictwu?

Pieśń osiemnasta. Siedmiokrotne potępienie

Zostałem zatrzaśnięty w pułapce z ogonem

którą mógł zbudować ktoś podobny do mnie

Pułapka siedmiokrotna, indywidualna bardzo

Jestem gwałcony przez swą siedmiokrotność

uzyskaną z dużym trudem, z zawzięciem

Siłą bronię się przed Ich obecnością bliską

One zawsze wygrywają ze mną w szarpaninie

wtłaczają w me ściśnięcie jady niespotykane

uzyskiwane w tajemnych produkcjach korzennych

Wtłaczając we mnie rzeczy, które są nienazwane

albo skreślone z nazw i w słoikach skrywane

Pod fałszywymi nalepkami oszukują, by trwać

Z rugewita dawnego zostało spuszczone powietrze

tak go wyolbrzymiało, czyniło widowiskiem

Lepiący się ze strachu, trwam, czekam, piszcząc

Milionowe gwałty i morderstwa popełniane są

na moim drżącym, lichym bycie, dziurawionym

już nigdy nie zostanie nadmuchany tlenem z płuc

Nie będzie służył do niecnych zabaw na plaży

Znów nadchodzą nieme świdry w mą resztkę

Znów wtłaczać będą w mój lęk jeszcze większy strach

nie do wyrażenia, niewyśpiewany przez nikogo

Bluszcz obrastający moje wnętrze został zerwany

pod spodem nie było prawie nic, tylko piekło

Dostrzegłem swą słabość, nagość skrzywioną

Mnogie loki zgubione, tych dziewcząt dawnych

wielkimi się mi zdają, niszczącymi me skoślawienie

Jeszcze bardziej, jeszcze bardziej gwałcą mnie

Nikt nie posłyszy mego wrzasku, nikt, nawet ja

zgubione loki16

pijane jesteśmy twym sokiem jaskółczym

prażonym wielokrotnie z wyselekcjonowanych kwiatostanów

z przedziwnego moszczu zabarwionego ciemnym cukrem

na krześle wiszą odwłoki-powłoki, sztuk siedem

rozciągane, wyciągane, jakoś dużo tego tutaj

wiele dziwnych jaskółek krąży w tobie

po asfalcie biegniemy jako kudłate zbroje

złapiemy cię teraz za świeżo wydepilowane głowy

teraz boleśnie czuj, czuj, czuwaj

Pieśń dziewiętnasta. Pieśń terrorystyczna

falująca

Terrorystyczna pieśń rzęzi w ustach moich

powleczonych śliwkowymi kolorami zakazanymi

Otulona czarnym suknem religijnym, zapadniętym

Zakradnę się do ciebie, jak będziesz w ciągłej agonii

podłożę bombę skonstruowaną w gniewie słuchania

rozerwie cię na strzępy słów i boleści, bezkrwawo

Me słowa stoją w prawie równych szeregach, równo

by atakować stoją w zdaniach zdyscyplinowane

Zaszczepiłam w nich silną chęć do walki z tobą

Ta niecierpliwość niszczenia w nich zatopiona

Pulsują w rytmach i gramatykach niby to spokojnie

gotowe jednak do falstartu mściwego, już wyją, już

Chcą rozproszyć twoje dawne szeregi, falangi skryte

Uważaj, zaraz oblepią cię, chciwie szukając spełnień

jak pijawki, które miały być magicznie uleczające

Ja chowam się za ich zwartymi szeregami

planuję strategię muzyczno-wojenną

z falującymi liniami zapisującymi mój gniew

Takie wielkie widowisko, gdzie wszyscy giną

w tragiczny sposób na wieki, z medalem rdzawym

Jak zakopać cię martwym, kneblując pieśni zgaszone?

Twój głos potrącony niech nie wydobywa się na wierzch

Ile trzeba węgla brunatnego wsypać w twoją dziurę

ile węgla ma dostarczyć Polska Spółka Energetyczna

ile ton gliny trzeba wyłożyć na twój grób domniemany

by zapomnieć o twoim lamencie w Głuszy?

Nie dam ci już więcej tej harfy bezstrunnej

Wszystkie siedem strun zaszarpanych

nie da się ich już nigdy naprawić

Czarne jej obramowanie puste

by rezonans wzmóc

teraz na tobie się szarpie

na tobie ta szarpanina, trwa gra

Słyszę kolejną duszę zniszczoną

swym nieumuzykalnieniem zmęczoną

Wzgardzona wobec, szczerzy swój dźwięk

rozdziera on moją głowę skarłowaciałą, wrytą

Ból szkicuje we mnie żałosne rysunki wyciągane

W szkicownikach ciągnę te rysunki kolekcjonera

Nie usłyszeć tych chórków otępiałych z bólu

Niestety brodzę w melodiach, brodzę ciężko

w melodiach, których się nie śpiewa

w pierwszej osobie liczby pojedynczej

Nigdy nie powinno się ich śpiewać

Pieśń dwudziesta. Lukrecja nuci na bezdechu

Podnoszę swój głos nisko, za nisko podnoszę znów

spod czoła gniewnego i zachmurzonego Lukrecji

noszącej w sobie same trucizny w ustach, w języku

Ona w sukienkach przewiewnych nosiła paczuszki

Moja pieśń ma smak fałszywy, trujący śmiertelnie

Pocałuj mnie namiętnie w usta, a dam ci ich smak sobą

Spróbuj, zasmakuj tych związków we mnie chemicznych

Mojej cierpkości wonie zagubione degustuj swobodnie

Mając dwadzieścia parę lat urodziłam zgniły owoc

Córka, zakradła się do mego brzucha i tam spała

Ja wtedy studiowałam medycynę w białym kołnierzu

Ona przerwała mi swym krzykiem wszystko, me plany

Urodziłam ją, choć marzyłam o aborcjach kwiecistych

Całoczerwony potwór, ciągle domagał się mnie bardziej

Rosa, tak ją nazwała moja matka, ja jej nie chciałam

nie chciałam jej nazywać, wołać po imieniu do siebie

Nie przytulałam jej, nie karmiłam, nie patrzyłam na nią

nienawidząc jej najbardziej na świecie, za tę jej niewinność

za uzależnienie od Lukrecji zwaną dalej Potężną

Nie przerwie mi planów jej byt jasny, złożony do łóżeczka

w te pościele, w ubranka dla najmniejszych, tkanych

Dziecko nie lubiło mej obecności bliskiej i dalekiej

Unikała mnie, płakała, gdy przychodziłam z pracy, z apteki

Praca sprzątaczki, wycieraczka po nocach, po nogach

Miałam być królową, królową cennych skarbów ukrytych

szmaragdowych buteleczek, odważników miedzianych

Wracałam do sutereny, gdzie była ona czuwająca

Spoglądała na mnie coraz rozumniejsza, wiedziała wszystko

jak bardzo jej nienawidzę, jak bardzo jej nie chcę i nie kocham

W cichości swego serca wymyśliłam pewnego dnia śmierć

Zatruję swą córkę najjaśniejszą Rosę, zabierającą mi władzę

orędującą, taką nieskazitelną, pewną swej obecności

Zaplanowałam to w szczegółach, obmyśliłam skład

Znałam się trochę na tych substancjach, na ich brzmieniach

Postanowiłam wyśpiewać nową pieśń głosem pewnym

Plan dawał mi energię do życia i radość wielką

Tego wieczora nie było mej matki stróżującej cierpliwie

Przygotowałam kaszkę z morelami, z dodatkami skrytymi

Skradłam je z apteki cichutko, niezauważalnie w nocy

Nakarmiłam jej twarz, nie chciała jeść mi z rąk

Wykręcała główkę na boki, nieświadomie się broniąc

przed nieznanym smakiem matczynej ręki, z dzikimi owocami

Za mamusię jeszcze pięć, łyżeczkę za mamusię, ta ostatnia

Umyłam ją pierwszy raz, z pewną dozą uczucia dla odchodzącej

ceremonialne, tkliwe obmywanie prawie że trupa

Spoglądała na mnie prawie ciepło, głaszcząc mnie po policzku

Ułożyłam ją do łóżka i czekałam z niecierpliwością na jej sen

W głowie plotłam już nowe historie bez dwuletniej córki

Próbowałam ją budzić, a gdy nie usłyszałam oddechu

owinęłam małe ciało kocem i zawiozłam na działkę

Zakopałam ją pod zwiędniętymi porami, z zimna umierającymi

mrucząc kołysanki, uśmiechając się do siebie w nocnej aurze

W mieszkaniu zaaranżowałam włamanie nieznajomego i zniknięcie

Nie odkryto intrygi skrytej, przez lata córka była poszukiwana

Pogrążona w fałszywym żalu cieszyłam się spokojem i ciszą

tylko matka spoglądała czasem tak samo niepewnie

tak, jak kiedyś spoglądała ona, ten okropny bachor zaginiony

Już śpij, kochanie, Lukrecja założyła własną firmę kosmetyczną

o nazwie Rosa, widzisz osiągnęłam sukces rynkowy i medialny

Zaprawdę powiadam wam, świetna nazwa firmy produkującej róż

Wyszłam za mąż za chłodnego człowieka, on umiał liczyć

za człowieka, którego nie kochałam, a on nie kochał mnie

Nie posiadałam dzieci, Lukrecja się wysterylizowała na zawsze

W wielkich, chłodnych wnętrzach o różanych odcieniach trwałam

Odpoczywałam, nakładając tłuste kremy na mój rozkład powolny

Ostatecznie zginęłam tragicznie, w wypadku samochodowym

mając niecałe pięćdziesiąt lat i doczekawszy bajecznej fortuny

W zimowy wieczór jadąc swym luksusowym autem lustrzanym

wpadłam w poślizg, rozbiłam wóz o drzewo olbrzymie

Poczułam wielki huk i ból, ostatnie, co zobaczyłam w lusterku

to były gałęzie tego drzewa, wyglądały jak pory zziębnięte

takie rosły kiedyś na owej działce, gnijące i martwe już

od niespodziewanych przymrozków

Pieśń dwudziesta pierwsza. Rosetta

Wywinięta wnętrzem na zewnątrz zobaczyłam się

Wstyd ogarnął mnie wielki, rozpacz powłóczysta

Ktoś pytał głosem mej córki Rosy nieumiejącej mówić

Wystraszyłam się rozpoznania trującego zapachu

Skurczyłam się w histerii, w wywyższeniu swoim

Drzwi piekła się zatrzasnęły za mną z hukami ciężaru

Zobaczyłam na ich odwrotnej stronie narysowane koło

To była rosetta

Witraż wybity przeze mnie w kształcie kwiatu umarłego

Zostałam wtłoczona siłą w najmniejszy detal tej układanki

Skazałam się na ciągłe podzielanie się, ściśnięcie jednoczesne

Wszystkie te ramki ołowiane pełne były goryczy ściętej

po tym, co się mogło kiedyś stać, a się nie stało przez kolec skryty

Nie było żadnego prześwitu, okno dekoracyjne na mrok

tylko mrok się w nim odbijał pojedynczym kolorem moim

Zgnieciona do nawetniemilimetrów

byłam fragmentem rysunku potępionego w katedrze ciemnej

Odwrócona katedra iglicami w nas wpięta, ból perfekcyjny

Mogę myśleć tylko o niej, inne myśli zostały mi podcięte

Nie mogę odwrócić oczu, tylko szczegółowo trwam w śmierci

Tylko ja wypełniam jedno pole tej konstrukcji, reszta jest pusta

Nigdy ich nie wypełnię żadnym niedostępnym mi lekarstwem

ukradzionym od boga lub z apteczki diabła najniższego

W pustych polach dookoła czuję obecność Innych, pląsających

Ustawiają miliony luster, bym się sama wciąż potępiała

Te lustra płatkami błyszczą we mnie, mój płacz nade mną

a one śmieją się jej głosem i mają jej echa w sobie, odbicia

Śpiewają pieśni tortury; skonstruowane przez Lukrecja™

wielce szanowna i potężna w swej figurze z pęknięciem

głosem Rosy17

piękna jest ta róża w ciemności hodowana

w piwnicach przechowywana wraz z zimnymi włosami porów

oto działka, hodowla amatorska warzyw umarłych

oto grządki rozkopane równomiernie i cicho, by nie słyszano

ten kwiat podziemny, podlewamy rosą bolesną

nie stępił się jego przepiękny widok, nastrój w tobie

patrz na nas, na lustra wszystko widzące ostro, dostrzegające

wyolbrzymiają teraz twą rozpacz, smutek skulony w miazdze

stałaś się nieważnym kawałkiem, którego śmierć obwieszczamy

psujesz całą kompozycję, jej urok, ciągle odrzucaną za smak

nakarmimy cię papkami, których jeszcze nie znasz w boleści

specjalizujemy się w tym tajnym ziołolecznictwie od wieków

przez wieczność trucizna w tobie będzie nabrzmiewać

lecz nigdy tego segmentu nie rozsadzi, nie uwolni cię

no, to nasza ukochana lukrecjo, może jeszcze jedną łyżeczkę

za córeczkę

Pieśń dwudziesta druga. Czwarta pieśń wojenna gratis

To dostaniesz ode mnie za karę

czwarta pieśń wojenna gratis

z gałęziami ciernia i stroikami

Są one z dawna przeklęte, suszone

Przykleję ci tę pieśń niezgrabnie

taśmą klejącą owiążę, dołożę ją

do całości jako upominek drobny

byś ją zaniósł i przechowywał

położył ją w jakiś starych szafkach

Wraz z innymi pieśniami zabierz ją

Tu słowa są ostre, raniące wokoło

Nie na sprzedaż, ale za darmo dostarczę

pod wasze dobrze ocieplone domy

Lukrecja włożona w ramkę dekoracyjną

milknie w latyfundiach odziedziczonych

A przede mną już ćwiczy swe solówki

bogini wojny upadła, pokaleczona mocno

Pewnie to ona zaśpiewa w dzisiejszy wieczór

Uszy podkulają się z nienawiści do nowego

więc szykuję nową pieśń wojenną

śpiewa się ją przed bitwą krwawą

kiedy ciemnieją nasze oblicza, skrywane

pod tarczami jak parasolami

przed świtaniem schowani w swych ciałach

Taka pieśń jest dobra, gdy gorączka wielka

gdy wszystkie noże wpychają się same

do naszych rąk gniewnych i zaciśniętych

by się oklepywać mocno, do złamań wielu

Po bokach kruszyć twarde krawędzie wroga

do akompaniamentu potrzebujemy lęku

i huków, i armat największych z dziurami

w które wkłada się bomby rozrywające

cały świat i niebo spokojne przedzielające na poły

Teraz ściągajmy te kominiarki terrorystyczne

maseczki upiększające nas w walce z tobą

Jakże piękne są dziś te dziwne barwy wojenne

Pokażmy swe nierozpoznawalności ciemne

niech ujrzą kolejną twarz nieludzką prawie

Pokażmy swe oblicza wyniosłe, wszystkim

Zło jest gratis do niebiańskich smakołyków

tylko tak to jest zapakowane i przemycane

Pieśń dwudziesta trzecia. Badb Catha kracze

Krótkie włosy zachodzą mi na oczy

nie widzę nic prócz ich ostrych końców

Badb Catha wspaniała, groźna niezwykle

kracze w dalekich krainach nieznanych

Wykształcona w dobrej rodzinie przyzwoitych

Pani kruk, panienka z dziwnym spojrzeniem

Studiowałam fotografię z ocenami celującymi

Lubiłam fotografować w czerni-bieli reportaże

Potem młodziutka, pachnąca wyjechałam do Afryki

dokumentować narastającą tam wojnę diamentową

Dzięki dostępnym mi stale pieniądzom żyłam dobrze

Poznałam go na wytwornym, cukrowym przyjęciu

tamtejszego króla plemienia morderczego, wężowego

Zaoferował mi wielkie złoża kokainy i wina

Zostaliśmy przyjaciółmi, szanował mnie jak siostrę

spoglądał w me zaczernione, przekontrastowane oczy

Mówił, że widzi w nich śmierć, którą on kocha

Podczas jednego z seansów, gdy oblepieni złotem

bielusieńkie, magiczne mączki z puzderek

wpadliśmy razem na zły pomysł, przekrzykując się

Może podał go nam równocześnie jakiś demon

ta nasza wspólna zgoda, jednomyślność wtedy

Wiedział on od dawna, że lubię fotografować śmierć

niby to przypadkową, to zwierząt, to kwiatów dzikich

Zajmował się narkotykami oraz ich dystrybucją

był właścicielem paru magazynów z słodyczami

miał też żelazną czwórkę zajmującą się zabijaniem

Śmierć drobnych narkomanów, zbyt głośne prostytutki

rodziny konkurencyjnych handlarzy i niecni klienci

wioski nie współpracujące z nim, na śmierć skazane

Ustanowiliśmy układ, utkwił on w nas, mocno związał

On mi dozwalał robić zdjęcia tym zamordowanym

w których jeszcze życie się tli, bym mogła oglądać

napawając się widokiem ich odchodzenia i cierpienia

Tę noc spędziłam z Tym, co dał mi władzę oglądania

W mych nozdrzach już czułam wielką tajemnicę

Me podniecenie, me drżenie było wielkie, niezwykłe

Pierwszy raz zdarzyło się to w niedalekim porcie

podczas przeładunku miał być usunięty jeden oszust

Jechałam w samochodzie, prawie frunęłam jak kruk

zobaczyć ciepłe pole bitwy, napawać się widokiem

Strzelanina była krótka, wyszłam, spoglądając na niego

Błagał mnie o litość i ratunek, powoli i dostojnie

ustawiłam aparat, zaczęłam go fotografować cicho

Modlił się chyba, zasłaniał się przed mym uśmiechem

Podniecenie ogarnęło mnie wielkie, bo Oto Jestem

Bogini wojny syci swe kontrasty w skali szarości

jak walczy się ze śmiercią, jak śmiesznie się ucieka

Innym razem mój ukochany postanowił wybić wioskę

Pojechałam wraz z nimi, czekałam w furgonetce

aż zakończą przygotowania do mej uczty wieczornej

Krzyki kobiet, wrzaski dzieci i męskie płaczliwe głosy

podniecały mnie do tego stopnia, że cała piałam

Nie byłam w stanie zapanować nad euforią

uśmiechem mego wielkiego spełnienia i radości

Gdy już otworzyli drzwiczki, kaci całowali mnie po rękach

Nikt się przede mną nie schroni, zabiorę jego duszę

do mych skrzynek czarnych i tajemniczo zamykanych

W fotografiach pozowali zmuszeni do ostatniego uśmiechu

Widziałam te twarze popaprane, anatomiczne konstrukcje

Dzieci skulone, wyciągające dłonie do skrzydeł kruka

Kroczyłam między ich ciałami, ja, królowa ich umierania

Jakże dziwne kwiaty pokrywają tę łąkę, jakże dziwne pole?

Setek zdjęć, ujęć z różnych śmierci i cierpień wielu

Me suknie w czarnej krwi umoczone jak opłatek łamany

Mogłabym ratować ich przed odchodzeniem, tamować

ich krwotoki, sklejać tętnice przerwane w jednej chwili

ale białe oblicze wyniosłe unosiło się nad nimi

Tylko na pamiątkę zachowywałam ich wizerunki, portrety

portrety trumienne nieznanych żołnierzy, cichych rodzin

W zielonej, soczystej wilgocią dżungli schowana śmierć

której i tak nikt nie zauważy, nie osądzi, bezkarne me hobby

Król koki sprowadził mi nawet chłopca umiejącego wywoływać

zdjęcia w żółtych kuwetach, suszył je na ciepłym powietrzu

Wisiały te zdjęcia na sznurkach jak prania, drżały na wietrze

Zefir muskał je, kołysał te wizerunki, co litości nie doznały

Mój techniczny wkrótce sam się powiesił na tych sznurkach

Na którejś z fotografii rozpoznał swe dziecko i żonę dawną

Wisiał wraz z tymi zdjęciami, kołysał się na ciepłym wietrze

Nadużywałam słodkich narkotyków, pod rzęsami je nosząc

Zwycięska w czarnych sukniach u królów afrykańskich

Sprzedawaliśmy im najlepsze wyroby cukiernicze w okolicy

wraz z bronią do wojen krwawych i potępiających rzesze

Nad czarnymi łepkami płynęła biała królowa, język maczająca

przygryzając z podniecenia do krwi oczy zachodzące mgłą

na wspaniałych wypoczynkach sprowadzanych z mediolanów

Mój wielki król zawsze prosił mnie o podjęcie decyzji

strategiczne było me krakanie głodne śmierci i krwi

Opowiadałam mu często, jak odchodzą jego wrogowie

Pokazywałam mu zdjęcia dawnych niepodporządkowanych

Śmialiśmy się wtedy, pijąc szampan wyborny, kochając się

na tych zdjęciach, jak na niebie czerwonym bóstwa razem

a ludy prymitywne odczytują to z konstelacji gwiazd

Mordowaliśmy wzajemnie swych kochanków z dziczy

przygodnych, obustronnych, śmiejąc się, ćpając

Biała jak kokaina królowa nocy rozkoszą i towarzyszem

Miałam parę tysięcy zdjęć z różnymi trupami pozującymi

w ekstazach cierpienia, bólu zatrzymanego na papierze

Śmierć zdarzyła się porą deszczową, gdy odpoczywaliśmy

po nocnych eskapadach na dachach świata bezkarnego

Do naszego pilnie obserwowanego pałacu wjechała armia

Byli wśród nich zbójcy wyszkoleni do przerywania uczt

W pałacu wszyscy zostali zastrzeleni, nawet psy w ogrodzie

Gdy wtargnęli do sypialni byłam nieprzytomna, naga

Podszedł do mnie sędzia, strzelając z hebanowego pistoletu

w głowę jasną, całą w lokach z dawna zapętlonych w kołtuny

Zdążyłam usłyszeć tylko krzyk zdziwienia króla mego

Eksplozje nabojów w mej głowie zapukały krzykiem

Leżałam jeszcze chwilę na polu bitwy, słysząc swój ból

napełniając się obficie krwią, dławiąc się nią histerycznie

Me oczy zamarły i odzyskałam świadomość, znów byłam

Poczułam wielką moc, mój lot kruka znów był uwolniony

Poczułam obecność innego boga niedaleko stąd za rogiem

Uciekłam od niego jak najdalej, moje spojrzenie było przesycone

Uciekłam do jakiegoś ciernistego gniazda

gorycz się w nim lęgnie na wiosnę

Rozbiłam się o bramę, na której rozpoznałam dawne wizerunki

dawnej świetności, boskości nurkującej w bólu

Pióropusz został mi zabrany, nagość też została zabrana

Badb Catha, kiedyś nasycająca się widokiem bitwy

ucięte ma skrzydła i dziób, i wszystko ucięte

jestem kadrowana

skadrowana idealnie

do ostatniej fotografii

Pieśń dwudziesta czwarta. Zbyt ostre zdjęcie

Przechodząc między słabymi ciałami

śpiewającymi pod markowymi sandałami

byłam krukiem, na którego się nie poluje

Me piekło jednostajne, tupoczące cicho

Zostałam poucinana, me gałęzie szerokie

bym się zmieściła, musiałam być ciosana

Jestem zbyt ostrą fotografią z błędem

Na tym zdjęciu widzę się jaśniejącą jeszcze

za mną stada ich głosów, podążają za mną

na fotografii, na matrycy nieskończonej

takich drobiazgów nigdy nie znajdziesz

Diabelsko ostre linie i kształty skarżące

jęczą oralnie, te szczegółowe opisy techniczne

w scałkowaniach grzechów perfekcyjne

One przesiadują na wiecznej ławie oskarżycieli

która z samych czarnych konturów się składa

Mówią one o afrykańskich odmianach śmierci

Treny wyśpiewują, wskazując mnie w gniewie

One są dla dawnej badb catha strachami na polu

oblekane najbardziej niegodziwymi materiałami

budującymi je, dającymi im siłę straszenia potworów

Chciałabym od nich uciec na dawnych skrzydłach

lecz jestem w nie wciśnięta, do nich przypięta

One mnie teraz określają, nazywają powtórnie

wołają do mnie po moim grzechu, on został

na zdjęciach w całych seriach miliardy, miliony

w każdym z nich jestem uchwycona i trupia

na każdej z nich pozostaje jeden błąd techniczny

efekt czerwonych moich oczu na każdym zdjęciu

Krwią zachodzą, a nie łzami litości nad obitymi

barwi się karminem moja ślepota nabyta, barwi się

kontury wpisane w badb catha

owłosione kontury z pióropuszami, nie zwilżone łojem żadnym

jesteśmy w tobie dodatkowo, to takie najnowsze opcje techniczne

obiektyw panoramiczny, czy widzisz, rozrywamy cię jak akordeon

dopasujesz się do wszystkich nieznanych nawet nam możliwości

przysłona jest całkowita, raczej nokturnowe będzie to ujęcie

na nasz tort urodzinowy z gromnicami, co je zdmuchniemy

owłosione kontury rysunkowe drażnimy w powiększeniach

mnożymy się bez ustanku w swej nieskończonej pasji obwiniania

płynąc w tobie i przez ciebie, rozbłyskując w twej ciemności fleszami

Pieśń dwudziesta piąta. Pieśń zakamuflowana

Wygrzebuję się z siebie, otrzepując się z lepkich resztek

Przyjaciółko, całujmy się więc do nienawiści zmuszone

przerażone sobą nawzajem, raczej chętne do bójki krwawej

Wspólne zetknięcie jest bardzo bolesne i nienamiętne

już żadnych rozkosznych ogonów przydługich grzechów

Niszczymy się podskórnie, drażnimy swe rany

Zjem ci policzek, kawałek szyi być może pogryzę, żując

Będę pluć już tym twoim mięsem, co zaczęło pracować

Ty będziesz mnie ranić błyskami twych głębokich otworów

Teraz niestety muszę cię zabić, mój pierwszy raz zabijam cię

Proszę, rozepnij tę koszulę utkaną przez jedwabniki ślepe

przymknij oczy, jak to robią młodzi chłopcy kradnący jabłka

niedoświadczeni w śmierci za karę przymrużają oczy z lęku

Twe usta jak ich, jeszcze pełne antonówek tegorocznych

Wyj, teraz do mnie wyj, do kata, wykrzyw się jeszcze bardziej

Zapomnijmy o dawnych pokrewieństwach płci, skóry i żył

Ja też jestem gotowa na twoje ciosy, tylko poniżej łona zbijanie

Słyszę już twego brata nadchodzącego, niszczącego okolice

Czy możesz zasłonić swymi kruczymi rękami jego głos?

Uroda twa zniknęła, więc sypię zakamuflowanymi gwiazdami

Zakamuflowanymi gwiazdami prosto w brzuch trafiam, ciskając

Bez litości dla ciebie, będę się uśmiechać, aż rozgniotę cię pieśnią

pieśnią zakamuflowaną, będę strzelać słowami w jasne twe loki

Niemożliwe? To się jeszcze przekonasz, jak wielką moc ma kamuflaż

Za fasadą ze słów ukryte są wielkie arsenały, potęgi nieodgadnione

Rozpinaj swą bluzkę i przymykaj oczy z bólu, umieraj ciągle

Będę cię nienawidzić tak mocno, nawet śmierć nas nie rozłączy

Tak mi dopomóż piekło, wszyscy potępieni świadkowie ceremonii

zdjęcia z tej uroczystości będą na końcu, po wszystkim

gdy będziemy pozować do wspólnych portretów trumiennych

Pieśń dwudziesta szósta. Set Seta

Zagrzmijcie w trąby odwrócone, zostałem ukoronowany

Gronostaje łaszą się, kłaniają się zgruchotanymi ciałkami

Tak się powinno władcy cześć oddawać, skłonami

Zasłaniając twarze przed mym obliczem Najwyższego

Chorągwie szykujcie, flagi ze wstęgami, twórzcie pochody

śpiewając hymny ku fortunie, która mą fikcyjną nałożnicą

Rogi obfitości wypełnione słowami, udają one owoce

Grajcie, śpiewajcie piosenki przymuszone siłą i złotem

siłą i złotem wygięte ich słowa, melodie, modlitwy głośne

Z pochodzenia jestem Set, z rodu wielkich generałów

Ojciec spoglądał na moje ślinienie się astmatyczne ze wzgardą

Od dziecka byłem przygotowany do bycia kimś niezwykłym

służyłem w wojsku, tam zabijałem, pojedynczo, proszę

Nauczyłem się manipulować gęstwiną pokrak w kombinezonach

już wtedy byłem oszustem błogosławionym, wywyższanym

Set kradł im dusze, sprzedawał taniej, niż kupił na giełdach

Rysowały się już utopie podpiwniczone jeszcze uczuciami

lecz z czasem te podziemia wilgotne zostały zasypane pyłem

Przyszła wojna, jej postać, suknia w najsilniejsze wzory

Wyciąga się do mnie, prowokuje mnie pod sklepem z alkoholem

Oszołomiony jej hałasem mianowałem się Głównym Konstruktorem

Zacząłem wydawać pierwsze rozkazy i niszczyć swych wrogów

we wnętrzności ich ingerując, implikując im nowe funkcje

dla nich mój jad wcierany, by być nieuchwytnym w walce, śliskim

Rozdawany przeze mnie chleb z ziarnami nabojów, z musli

Wielkie szkoły przyuczające przedszkolaków do walki wręcz

Ich czarne usta od zjadanego atramentu straszyły się wzajemnie

Przepływała przeze mnie świadomość władzy, przyszłe królowanie

Zacząłem zszywać sobie nowe płaszcze, nowe miecze wykuwać

Zostałem wrysowany do atlasu dzikich zwierząt występujących

Litość — gangreną zdrowia kolosów i nowych olbrzymów

Straszyłem grupy płochliwe pochowane w norach przede mną

Wydawałem rozkazy zabójstw mych przeciwników i przyjaciół

rozkazy zabójstw w ilościach hurtowych, nie detalicznych

Uniform skrywał wielkie tajemnice, wygniecione i spocone

tatuowałem się mapami, których nikt nie potrafił rozczytać

Przygodne kochanki ginęły przerażone widokiem mych planów

daty, miejsca na przegubach, ostateczne rozwiązania pod ręką

Pornograficzne zespolenie i pozycje wykorzystywania śmierci

nie nazywajmy tego nawet tańcem, to ja prowadzę ją na parkiet

Przeciwnicy znikali podczas wycieczek szkolnych w lasach

Set we mnie wzrastał, coraz silniejszy prężył się dniami, nocami

Zmieniało się moje oblicze na coraz surowsze, kamienne w dotyku

Taki był ze mnie nowoczesny faraon, wielki złodziej w nocy śniący

Dokumenty zawierały coraz dłuższe listy do rozstrzelania

ich podpisywanie, charakter pisma, ciężar ostatniej pieczęci

Nacisk mej dłoni na papier czerpany ze skóry i włosów z kwiatami

Armia coraz głodniejsza, bardziej wściekła podbijała dalekie krainy

Pochody na moją cześć wydłużały się, wzbogacane były w pieśni

W usta wpływały miody pozyskiwane z uzurpacji pszczelarzy

Złoto sklejało mi palce i lutowało me dziury w słabych zębach

Pszenny brzuch pęczniał i coraz bardziej gniewny byłem

Z wielką zapalczywością paliłem świątynie dawnych bóstw

Ołtarze ich roztrzaskiwałem, ciąłem w bloki kamienne dla Seta

Gdzież są one milczące i zamyślone, niech zejdą i toczą spór

Niech schodzą z krzyżów, niech z komór gazowych się uwalniają

Niech wybiegają w panice z kolorowych glorii, co je otaczają

Zostawcie swe hula-hoopy mieniące się tęczami, bijcie się ze mną

Statuy wasze przerabiałem na swoje pomniki zalewane kwiatami

kadzidłami różnymi ubłagiwany jestem, jestem tym złotym cielcem

z fałszywymi wymionami, mleka nie wydadzą ni bogactwa nikomu

Mój wzrok pada właśnie na ciebie, czy czujesz jego szorstką surowość?

Padaj na kolana podcięte przeze mnie, wołaj, wołaj do nowego boga

Set obwieszcza swe imię, które jest już złą nowiną nazywane

na wszystkich odrzwiach, na wszystkich powypisywane

Wielkie strategie gniecenia ludzkich ciał wobec innych

Wybrałem sobie dobrze wroga nazwałem go, dla nich

Nie potrafiłem i nie chciałem z nikim się dzielić władzą

Jabłka władzy zachłannie jadłem, nie pozostawiając nic

Nawet ogryzek nie został z niewidocznym mym zgryzem

po którym można się zorientować, że jestem ludzki i zły

Pęczniały me złowrogie usta zapalczywe, cyniczne

Oni słuchali i gotowali się, by zanieść innym śmierć

Śmierć przysyłana, jeszcze tego samego dnia ją dostaniesz

nie musisz się niecierpliwić, na pewno ją dostaniesz od nich

Otaczałem się wokół dziećmi, można je ścinać bukietami

z ich ściętych łodyg ambrozja, nektar bez dodatku cukru

otoczony szczelnie, wyciągałem swe dłonie do nich

głaskałem po jasnych głowach i karciłem za brak dyscypliny

pouczałem ich właściwie, opowiadając przypowieści o sile

Me podium liczyło tysiące pilastrów zawiniętych w sobie

Tylko ja wygrażający niebu i skarżący je za zbyt jasne noce

za zbyt trzeźwe poranki po bitwach

Nad małymi, skarłowaciałymi pochodami widnieję rozciągnięty

Ochraniała mnie gwardia milczących, mroźnych morszczuków

która często się zjadała wzajemnie, zachowując dynamikę nocy

Wielokrotnie próbowano mnie zabić eksplozjami komet

Pewna trajektoria meteorytu zawarła się we mnie, zahaczając

Przejeżdżałem swym wozem, gdy wpadliśmy w zasadzkę

Widziałem twarz młodego chłopca celującego, zdenerwowanego

ledwo utrzymywał karabin, rozdawany za darmo na pochodach

Strzelił mi w twarz zupełnie amatorsko, celując za 10 punktów

Rozerwało się me oblicze niepoświęcone, krwawe relikwie

Żołnierze zastrzelili go szybko, próbowali ratować wodza

tamować mą krew, która uwolniona z użylnienia kipiała

Umierałem może pięć minut, skuwany mój wizerunek

tłuczony mój pomnik, moja statua 700-metrowa zniszczona

tak można zabić boga ze złotą twarzą Seta na polnej drodze

Ukryłem tętniące ranami oblicze w tkaninach, dłoniach

Odchodziłem od swojego ciała jakoś tak daleko, niespokojnie

Usłyszałem ryk, przyrost wielki mej drobnej figurki

Lustrzane drzwi do piekła zwabiły mnie swym odbiciem

Czerwone dywany witały Seta, w tle słyszałem ich głosy

kłaniające się nisko, uznające mą zwierzchność nad nimi

Jednak gdy bramy się zamknęły, zrozumiałem ich odwrócenie

łowiły mnie z dna i pożerały moje resztki, śpiewając hucznie

Pieśń dwudziesta siódma. Nowy Pochód

Wydłubano mnie z wielkich pomników, z głuchych muszli

Zrośnięty z ich masami zostałem ostrym nożem wyłuskany

Ogołocenie wielkie, obdarcie boleśniejsze i ciężarne

wokół mnie zaczął się nowy pochód potępienia

z daleka usłyszałem te odgłosy, zobaczyłem je w sobie

jak przenikają mnie warstwami, jak gnieżdżą się w mym zbiciu

Na miliony części zostałem podzielony, każda intensywna

Byłem niesiony w Ich kwiatach, w Ich ustach me kawałki

na butach przylepiony, pod paznokciami Ich, we włosach

Rozszarpanie zwiększyło się bardzo, zostałem rozdany na talerze

słowa i dźwięki, obrazy w pochodzie płynącym przez me żyły

w ciągłym, nigdy nie męczącym się sznurze silnym, zwartym

Uszyte mieli ze mnie swe falbany świadczące o ich potępieniach

Ze mnie mieli szyte flagi, proporce młodzieżowe dygoczące z lęku

Krzyczą do mnie, śpiewają ochryple ze złości, chcą mnie zabić

jak mnie spotkają w jakimś sklepie z nabiałem, to wepchną mnie

wepchną mnie do tysiąca jogurtów z trującym wsadem z jeżyn

Może ci się trafi spróbować mnie, może trafisz akurat na mnie

Wpychają mnie do najbardziej bolesnych zakamarków, w dziury

Wciskają mnie do kretowisk ślepych, które skrywają w sobie coś

Potwory te nie mają żadnych portretów ni wizerunków, ni imion

nie pojawili się jeszcze fundatorzy zamawiający takie portrety

raczej nikt obrazów ich nie uczyni, z lęku przed takimi paletami

Teraz śpiewam jako kawałek najsłabszy, zdolny do pogłosu

Lękam się wszędzie, gdziekolwiek mnie niosą One — łapczywe

Moje Greatest hits ciągle na listach przebojów w bibliotekach

Me portrety w piwnicach czekają jeszcze na ponowne odkrycie

Nieskończona możliwość dzielenia jednego, w gorączce mojej

Pochody pełne gimnastyki artystycznej, rozciągania mnie

Jestem chrząstką łączącą ich kości strzaskane i skarłowaciałe

Wykonywany pochód przez zawodowe wizerunki chybotliwe

Na podobieństwo moje, na obraz mój czynione morszczuki

w zalewach octowych zawijane, wokół mnie owinięte

usłyszany fragment pieśni z pochodu na cześć seta

gdzie się skrywasz przed kwiatami z krepiny, o królu wojny

w jakiej gęstwinie map zjełczałych, zaginiony wśród nas kompan

każdy z nas ma dla ciebie laurkę z dedykacją osobistą i wierszem

chcemy cię teraz wydrapywać, pozyskiwać z rudy miedzi twoje imię

formy do odlewania wydrążone tak głęboko, że nic ich nie wypełni

set wyciąga swe gardło na wierzch z bólu przemówienia wydrążonego

które kieruje, jako zawsze ostatnie słowa, do oprawców w łuskach

oj, czarne i głębokie są paszcze morszczuków, które chwytają cię

bawią się w wojnę, taką udawaną, tanią w ciągłym utrzymywaniu jej

i udają w tej wojnie, że jesteś królem setem, który ciągle ginie na końcu

Pieśń dwudziesta ósma. Antypieta

Bruna śpiewa

Wycieram tobą się, podcieram się tobą poprzecznie

Swą strzaskaną głowę na mych kolanach ułóż

Resztę o tobie będę musiała sobie wyobrazić

to tylko półtusza, półdusza, ćwierć wygięta leży

Leżysz, o mój adoptowany wrogu, w mym zgnieceniu

w poprzek ułożony, wijący się, cały w lęku skąpany

Na kamiennej twarzy rysuje się wielka wzgarda

Nienawidzę twego umierania i tego, że inni umierają

umierają za ciebie, za twoje imię, wyznawcy władzy

przelewając cudzą krew, dają ci ofiary na ołtarzach

na stołach potępionych i prowizorycznie stawianych

Leżysz mi na kolanach, konając i bluźniąc wyraźnie

Połamane kości wrzucone na mą suknię potarganą

mogę z nich teraz wróżyć, układają się w rebus

Król wojny na moim łonie wygnieciony spoczywa

Wychudzone, sine dłonie wbijam, zaciskam

byś trzeszczał i chrzęścił, i odsuwał wzrok z bólu

w mym cmentarnym łonie poprzecznie ułożony

Wyrywasz się, bo nie chcesz tej kary ode mnie

To taki prezent dla mnie, że mogę teraz patrzeć

choć me oblicze skrzywione wepchnięciami

Oświetleni cieniem takim, nic go nie może dać

układamy się w kompozycje razem wygięci

gwałceni przez wzajemną bliskość i oddalenie

Długie włosy Bruny włażą ci do ust ślepych

ich falowanie powoduje twą sprofanowaną śmierć

żaden konserwator nie uratuje naszej antypiety

nie ma takich środków chemicznych

przerywających

proces wzajemnego niszczenia dwóch figur

do jednej pieśni zmuszonych, wepchniętych niedbale

w siebie

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Fenrir schowany śpiewa

Czy mogę się dołączyć do tej grupy rzeźbionej?

Będę w tle, jako cherubin nadmiernie owłosiony

Wzbogacę ten układ nierytmiczny ślinotokiem mym

Zawsze ten dodatkowy aspekt i tajemnicę zawrę

byście tym bardziej byli zagubieni w szelestach

Wysiewam wam nowe słowa, które będą suszone

przechowywane na piecach kaflowych z boku

Pełznę do ciebie jako Fenrir wzywany przez siebie

Schowane jest wszystko we mnie, pod plandekami

pozwiązywane, nigdy przedtem nierozłożone

Podzespoły przewożone, niepołączone w całość

tajnie przechowywane, nocami przenoszone w dal

Choć nigdy nie byłem autorem śmiercionośnym

w głowie torturowałem stada tłuściochów pączowych

często przymykałem oczy, bym zaspy trupie widział

Zbierałem do mojej duszy wszelkie niegodziwości

Oto ja, nowy misjonarz, nowy Fenrir zmartwstańczy

unicestwię cię językiem, przykrościami nadziewanymi

unieszczęśliwię cię sobą słownie sto tysięcy razy

Fenrir mieszka w wynajmowanym wiecznie pokoju

jego głównym zadaniem jest niszczenie dookoła

Pulchne, różowe twarze niszczone są przeze mnie

Autor scenariuszów tragicznych objawiony wam

z misternie planowaną intrygą zaskakującą zawsze

To ja dobieram odpowiednie role plączące aktorów

Plączę ich kwestie narzucone tak, że się łamią

wpadają w depresje harmoniczne, leczą się mną

wpycham w nich mój jad w kształcie drogowskazów

po to, by na wieki zaginęli w odstępach leśnych

przywiązani przez siebie do drzew przy drogach

Jako drugie dziecko chłodnych rodziców tliłem się

Od początku, od kiedy pamiętam jedyne uczucie

nienawiść do wszystkiego dobrego

Cynicznie wykorzystywałem osoby bliskoznaczne

szybko zostałem z domu wyrzucony bezpowrotnie

Pracując w teatrze jako sztukmistrz reperujący

dorabiałem nowe elementy ze starych scenografii

manipulowałem ich starymi znaczeniami w nowych

w nowych premierach występowały historie dawne

Bardzo skomplikowaną i wyrafinowaną grę tworzyłem

Stół, na którym zapija się bohater, przerabiałem na kołyski

szubienicę zamieniałem na krzyże, a je na deski wychodka

Nikt mnie nie lubił, ale byłem bardzo oszczędny w pracy

potrafiłem detali używać setki razy, modulując, klejąc

Pozwalałem sobie z czasem na manipulacje aktorami

Przynosiłem im fałszywe informacje na patenach

oni wsysali je nieświadomie ode mnie, padali ofiarami

Ofiary nowego scenariusza, co ma ciemny grzbiet

W głównych rolach u mnie grały niegodziwości

Niektórzy wpadali w alkoholizm, inni się rozwodzili

aktorka odeszła na leczenie psychiatryczne na zawsze

Wtedy poznałem dziewczynę, posiąść ją chciałem siłą

Ona bała się mojego oblicza pełnego złości malowanej

uciekała ode mnie pełna histerii, nerwowości jakiejś

Nauczyłem się ją tak nienawidzić, jak nikogo wcześniej

myśląc o niej, spijałem leki uodporniające mnie na nią

gdy cały sczerniałem z gniewu w sobie, byłem gotów

Ona była śmiertelnie zakochana w jakimś jasnookim

Uknułem misternie tę historię tak, że ona nie wiedziała

Przez listy, przez przypadkowe rozmowy i oszczerstwa

powoli, konsekwentnie, przez dwa lata mych strategii

doprowadziłem ją do samobójstwa w zapomnieniu

Ma księżniczka nawet nie wiedziała, jaką rolę zagrała

na pewno by dostała masę głównych nagród za grę

Złoto za rolę pierwszoplanową u takiego reżysera jak ja

Drugoplanową rolę teraz miał zagrać mój brat rodzony

który zawsze był do mnie porównywany jako lepszy

Pewien czas mieszkał u mnie, miał kryzys z żoną

Przez tygodnie szczepiłem go nienawiścią i gniewem

ostatecznie zrezygnował z pracy, zaczął pić dużo

Widziałem, jak leżał zarzygany pod moimi drzwiami

prosił mnie o radę i wskazówki, o didaskalia

Starałem się jak mogłem operować go amatorsko

Zgodnie z przewidywaniami, planami, zabił żonę

w szale, w zazdrości wpadł do domu i udusił ją

tak jak mu to wcześniej ktoś szeptał do ucha, ktoś

Oskarżony o zabójstwo został skazany na 15 lat

Jego więc odłożyłem do mych zapasów na zimę

gdy wyszedł, nie zapomniałem o nim, zapił się

Tak mój byt niewidoczny, acz nadrzędny trwał

Doczekałem późnej, samotnej, dobrej starości

Na półkach mej biblioteki stały scenariusze

zwijały się ich strony z bólu, do brzuchów zwijane

Imionami je nazywałem, rozpoznając w nocy

Czytałem te albumy ze zdjęciami, podziwiając się

Fenrir skryty, Fenrir szary, już nie zapomnisz mnie

Do końca zachowałem wielką trzeźwość umysłu

Niewłaściwe narządy w niewłaściwych funkcjach

w trakcie operacji woreczka żółciowego, burego

niewłaściwe detale w nieodpowiednich miejscach

spowodowały całkowitą katastrofę w mym ciele

Mój uśpiony oddech się wytrącił, zbudziłem się inaczej

Czułem jakieś zagęszczenie spersonifikowane i wielkie

dałem się wszyć w smycz Jego, ciągnął mnie teraz

za te nici, których kiedyś używałem, niewidzialne ciągnął

zaciągał mnie z tego przydługiego spaceru do domu

Fenrir haftowany w detalach bolesnych zaczął się pruć

coraz boleśniej pozbywany swej ukrytej, bogatej sierści

Mój nowy właściciel wołał już do mnie w gniewie

Do nogi, głupi psie, gdzieś ty się podziewał, Fenrirze?

Pieśń trzydziesta. Waruj nam zawsze i wszędzie

Schowany, wkopany do najmniejszej skrytki

do budy powleczonej mą wściekłą śliną i włosiem

zaprawa cementowa z tak trwałych składników

Znalazł się właściciel, woła mnie po imieniu

Zawszony i zbity leżę, liżąc otwartość mą teraz

a mój język tylko drażni szorstkością najboleśniej

Oglądają mnie w klatce haftowanej ze smyczy

a nad nią napisane w czterech językach me imię

„Potwór Fenrir18, któremu się wydawało, że jest wielki,

że pisze oryginały, niszcząc swych tanich aktorów

A to wszystko były tylko adaptacje starego piekła

już wszyscy tak dobrze je znają, oglądali tysiąc razy

teraz to wszystko się nie liczy, a już haftować nim można

jego dusza włóknista jest i ciągnąć można nici z niego

możemy z jego sierści bolerka tkać, rękawice śniegowe

Kłębek w nim ściśnięty, więc wyrywajmy mu jego nici

tnijmy na długości włóczki do zawieszania nisko

bombek, cacek szklanych w kształtach nieznanych

Łańcuchami go złotymi obwiążemy, niech błyszczy

niech nam robi nastrój, niech będzie nastrojowo”

To wszystko w mym imieniu zapisane na wieki

z regularnością przychodzi sam właściciel, zbija mnie

bym nie zajmował swoim bytem zbyt dużo miejsca

Tutaj jest mieszkań przygotowanych jeszcze wiele

Będę coraz mniejszy, gęstszy, coraz bardziej unerwiony

niepodobny do żadnego człowieka ani zwierzęcia

Śmieją się teraz ze mnie, wskazują palcami mą dzikość

Oto cyrkowa atrakcja pod namiotem nieprześwitującym

Chodźcie, oglądajcie me potępienie, chodźcie i oglądajcie

Przez kraty tych słów wystawiam swój pysk gotowy was gryźć

Przez gęstą siatkę zdań się nie uwolnię, aby was pożerać

Ostatnie zdanie musi ostrzegać tabliczką przyczepioną do pieśni

na wszelki wypadek tabliczka, gdybyście ręce wyciągali do mnie

jest na niej nakreślone, że jestem zły Fenrir warujący w piekle

Pieśń trzydziesta pierwsza. Pejzaż wewnętrzny

Z głębokości swojej wołam do siebie, ni nawet echa

bruna trwająca w sobie sama oducza się już śpiewać

Już nigdy nie będę śpiewać, już nigdy nie będę mówić

już nigdy nie będę śpiewać, już nigdy nie będę mówić

Moje pejzaże wewnętrzne mnożą się niezwykle regularnie

niszcząc drobne odrosty, narośla tęskne i miękkie

Kształty zdają się wykrzywiać, układać w drastyczne chichoty

Żadna farba w paletach, żaden pędzel ni szmata, bez podłoża

Maluj się, maluj, bazaltowy wielkoludzie, idą po ciebie

maluj się w ostatnich pejzażach wewnętrznych, bo za chwilę

za chwilę nie będziesz mógł już nic mówić, z bólu układać

Twój język się zmiesza bardzo, język się zmiesza ze wstydu

Ostatnie to płótna, ostatnie obrazy malowane przed śmiercią

gdy drzwi się domkną, ścisną się one wokół ciebie na zawsze

zawiną się wokół, kneblując twe ujścia bramami piekielnymi

porosty będą się już tylko tobą odżywiać i gnuśnieć z bólu

będą tęsknić za niemożliwościami, za niespełnieniami słonymi

Dawne figury płyną teraz w koktajlach nieprzebranych

nie mieszają się ze sobą tak, że wyczujesz poszczególne smaki

Masy lodowcowe niosą ze sobą wielkie ilości śmieci i błota

Widzę jeszcze, rozpoznaję cyprysy szeleszczące, ścięte w sokach

Ulice nazwane imionami mych smukłych ofiar skręcają bardziej

Wielkie, puste ruiny zaglądają we mnie ciekawie, szukając nicości

lecz we mnie tylko przepełnienia zakończone moimi porządkami

Żywot tych materii portretowanych przedłużony przeze mnie

gniją one bez światła, bez wyciągnięcia się i drżenia na wietrze

gniją we mnie, nie znajdując pokoju, karłowacieją, burzą się pianą

Schody w głębiny zapraszają, wiją się, kruszeją pod stopami

W przymkniętych okiennicach pląsa lęk tłusty, wygląda z okna

oglądając mój pejzaż wewnętrzny, wykrzywia mocniej panoramę

Liguryjskie czerwone drogi powinny przecież prowadzić do celu

Wiodą mnie jednak na punkt obserwacyjny, na Punta Corvo

Czerwienie zagubione w błędzie uciekają po bokach

sklepieniami się one zamykają wiecznymi, zasłaniając nieba

zasłaniając nieba nienamalowane w mym pejzażu wewnętrznym

Pieśń trzydziesta druga. Punta Corvo

Sztuczne kwiaty czarnym plastikiem pachnące

schowam się w nich jako bruna i tam będę spijać

z ich rozżarzonych pręcików szafran krokusowy

Stąd będę obserwować panoramiczne niszczenie

Wyrzucają tu mnie padlinożerne, przyglądając się

Biegnę wciąż do tyłu, do tyłu uciekając przed nimi

tam gdzie są czarne wybrzeża i plaże rozszarpane

Dawne ujście rzeki Magry do morza jest wyschnięte

Punta Corvo nad przepaściami, ostatni kawałek ziemi

we wspomnieniu jej pylistości próbuję się zakopać

usypać sobie jakąkolwiek mogiłę, byle jak przykryć

Wleczona na pogubionych szczeblach kości swoich

wznoszę swój wzrok z wysiłkiem nieludzkim

Widzę z daleka miejsce dawnego połączenia wodnego

Koryto rzeki szerokiej wkopane odwrotnie

brzegi zakleszczone dawnymi okowami kalcytu

antykaniony imponujące na tle ciągłego zachodzenia

Zwapnione, zwątpione skały gną się w kierunkach oddolnych

Są prehistoryczne dowody na to, że kiedyś tutaj były granice

Wielkie katastrofy geologiczne oddzieliły tamami ujścia

Rzeka tłusta, kiedyś czerpiąca z morza, miała tu swoją deltę

te małe i większe dopływy miały swe imiona pradawne

Magra zawróciła swój kierunek, rodząc ziarno bolesne

od środka zatamowana, utracona z woli, w gniewie

kanał wyschnięty, w nim tylko szkielety udawały dawny nurt

Jakże to dawne czasy, w których jej dal rozpływała się w toni

Głębokie koryto wskazuje na dawne, odrzucone zależności

Pozostały jednak ślady w dawnych połączeniach wodnych

Teraz sztuczna substancja płynie, lustrami odbija kanciastymi

najtragiczniejsze szczątki po historiach rozsypane pod stoły

Zasłaniam swe oblicza z przerażenia tymi powidokami

Bagna wyrzucające z siebie nieprzetłumaczalne odchody

Nie da się o nich powiedzieć w żadnych językach poplątanych

Nie ma już tłumaczy, żeby tę starożytność zaklętą pojąć

Widzę w ostrości wielkiej wyciągające się plaże w dole

rozgrzane nienawiścią do oświetlenia nawet sztucznego

Szukają ofiar, zazwyczaj spadają one spychane z Punta Corvo

spadają one jak kwiaty wiecznie nieżywe i trwające

na dywany spadają, pod stepujące, pod jaskrawe stopy

tych, którym się udało zbudowanie tamy wiecznej

Odwrócone imiona strumieni, kiedyś wpływających

Dziś kanałami gnilnymi się zwą i ciągle się rozkopują

kosztem nadających się do tego dostatecznie twardych narzędzi

i w wiecznym, przekornym udawaniu swych głębin wabią

A tam jest tylko parę minimetrów płynu, a reszta to szlam

stoi, nic nie wytrąca jego chemii zawiązanej w sobie

Pływają w nich nieżywe istoty zatkane wiecznym tłuszczem

z przerażeniem obserwujące te dziwne pojemniki od środka

Wiem, że zostanę zrzucona zaraz pod ich stopy z tej skały

Będę leżeć na plaży wyłamana, gnieciona przez ich paradę

Będę leżeć na ich betonach, malowanych emulsją światłoczułą

Misterne to kłamstwo spowodowane odległością, że to nie plaża

w której zanurzasz swój ciężar, w miękkości jej odpoczywasz

To wszystko malarstwo iluzjonistyczne, wrażenie perspektywy

Te odległości też są niewielkie, wszystko ściśnięte w sobie

gnieżdżące i włażące na siebie, i rozpychane ostrymi łokciami

Jak to wszystko może się mieścić w tak małym punkcie?

Jego granice nierozszerzalne, tkane z włóczki ciernistej

Jeszcze wokół tych skorup wydrążonych boleścią i śmiercią

podąża wieczna procesja, pochód z wieloma uczestnikami

dawnymi głowami roztrzaskują się o nisko założone stropy

Rysują kontury, ściągając swym wzrokiem wszystko w pobliżu

wszystkie resztki wyobrażające sobie zbyt wiele

Rozciągane na krosnach niewyobrażalnych barwią sobą tkaninę

Spadam na kawałek mej twarzy, na beton, słyszę już ich tupoty

gęste, zbite w jednorodny pokaz siły, militarnych możliwości

w milionach egzemplarzy powielane, odbijane boleśnie

W kalcytowych zębach kruszą śmietanową porcelanę

z dawnej rodzinnej zastawy wytłukiwanej regularnie

Pieśń trzydziesta trzecia. Procesja

Widzisz, jak z dala posuwa się owe wygniecenie jednolite?

Robótki ręczne, szatańskie puszczanie oczek w szlakach

120 wzorów, by dekorować w procesji sztandary poprzerabiane

po nocach niszczone, w zakładach sztandarów liturgicznych

Nici drogocenne wywlekane, w nowe znaczenia je zaprzątające

Kradzione poduszki, obrazy przemalowywane na inną modłę

Guma spalona z opon zdartych bardziej pod naszymi stopami

Już trzymają wstęgi czarne od proporców wklejone na siłę

Oto występ, oto pokaz największych zbiorów kolekcji prywatnej

oświetlanej spontanicznie żyrandolami z kryształowymi łezkami

Rzeka Magra znowu wypełnia swój sztuczny, betonowy brzeg

Polarna malina na ustach śpiewaczek zgnieciona w mękach

Na dawnych strunach głosowych grają już inni, dostosowując się

Otwarte na roścież złamania kurtynami się kłaniają przed Wijem

Trzaskają nieznanymi instrumentami, ni z dźwięków, ni z nazwy

Trzymają proporce połamane, sklejane klejami kostnymi

Niosą sztandary prześmiewcze na wymiętych kręgosłupach

Tańczą, wykrzywiając swe dusze kolorowe, ludowe, osty

Zakreśla procesja kręgi siedmiokrotnie, zawracając szybko

Należy przecież uzewnętrzniać uwielbienie dla Albinosa

zapewne jest on bardziej pociągający w grubych szatach

Oni są z obrazów pociętych, ze słów, ze zdań ściegiem skręcanych.

jeszcze bardziej skołtunione, pełne warkocze wiszą, brzemienne

Nie chciałbyś ich wziąć w ręce, oceniając ciężar zaraz po śmierci

one z Jego skórą się łączą, zwinięte w sobie cierpienie noszą

Związane są z nim jak gumką do włosów, on ich splot utrzymuje

W klatkach niesione potwory mogą swe dusze pokazywać w procesji

rozciągane przez te, którym zawdzięczają pokusy nieodparte

Wyciągają je teraz jak szarfy czarne w szeregach, szturchając się

każdy chce je przez chwilę ponieść i pochwalić się zdobyczą tłustą

którą można dopasować, uświetniając adorację mistrza ceremonii

To jest ta część procesji, która skręciła w niewłaściwym kierunku

samozwańczo ogłosiła swe centralne uroczystości wokół siebie

Ludowe karykatury wyciągały się w przekłamaniach liturgicznych

Szli pielgrzymujący pod przewodnictwem samego grotowłaza

a uczniowie jego, podczas procesji wykonywali śpiewy orientalne

deklamowali, wygłaszali biblijno-dogmatyczne kwestie, dialogi

Można na nich wiecznie pasożytować, czynić ich sobie poddanymi

Przebierani za aniołów czy świętych, nieśli insygnia królewskie

formowali żywe obrazy z historii potępień, zniszczenia, łamania

Udział w procesji, pełnienie określonej funkcji było powodem bitwy

posiadające imiona grzeszne, walczyły ze sobą zaciekle

Do procesji włączyło się wojsko, ono zawsze wieńczy uroczystość

Wypluta hostia znów stała się waflem o smaku rybnym

Baldachim tkany z włosia arystokratek i urodzonych szlachetnie

wyrywany im siłą, gwałtem zdobywany od tych bóstw wyniosłych

niesiony w szaleńczym tańcu przez sześciu pojawiających się

To wszystko miało monstrancję w czekoladzie rozpuścić

ciągle deformować jej ślady, kształty, dawną pamięć

Te niewypały miały straszyć wybuchami pirotechnicznymi

litanie, aklamacje, psalmy, hymny, antyfony, responsoria niszcząc

tępiąc wszelkie ślady po morskich i podwodnych wędrówkach

Bojówki faszystowskie zadbają o wszelki szczegół obchodów

obiją wszystkich, że jęcząc, będą chórami zastanymi w tłumie

Ze mną leżą inne kwiaty wysuszone pod ich stopami szerokimi

Nie znam ich, lecz wydają się przypominać mój układ dawnych żył

Czarną gerberą jestem teraz, zmiażdżoną przez maskarady

Procesja ich jedyną rozrywką w małym, przyciasnym miasteczku

gdzie miliardy gwiazd giną razem z kwiatami rzucanymi im

przez tych, co zwiędniętymi łodygami ciągną ciężary własne

Mielone kwiaty tysiąckrotnie, by zniknął zapach kadzidła świętego

którym kiedyś były napełniane, którym pachniały, kusząc piekło

Pieśń trzydziesta czwarta. Wij

Przed tak strasznym sakramentem padajcie wszyscy wraz

Wije się ten najdłuższy, ściągając do siebie wszelkie prucia

Wszelkie zło mu się przynależy w medalach właściwie

osnową to jego trzonu, ciągle snującego się wokół swej osi

Straszliwe to jedwabniki snują jego zapętlenia wygodne

Ciągle się nimi obwija, by swą dawną tuszę odzyskać

Ściąga ze świata włóczki wielobarwne, posiadające grubość

siniacząc nasze tyłki, krwotokami nadziewając pożegnania

Ma w posiadaniu wielkie skarby i konta multiplikujące się

Gardząc wszystkimi, wychodzi z torebką, w której ma złoto

w kieszonkach najdrobniejszych kradzieże dawne

Wije się, wije, ściągając swe fałdy po dawnym duchu

Teraz zbiera i zmiata wszystko skrywane i grzebie w tym

z zegarmistrzowską precyzją wydłubuje z nich, chrupie

Jego pusta twarz odbija tylko najstraszniejsze wizerunki

jest wśród nich cała galeria postaci, gestów do przymierzenia

Wielkie wypukłe lustro wkuwane w niego, błyszczy innymi

Wielkie cielsko jaka futrzanego z soplami po bokach nadciąga

Z daleka ściąga najstraszniejsze filmy wideo, oparte na faktach

Chce każde sekundy rozciągać w nieskończoność skończoność

Wygrzebany wędruje ciągle przez świat, posyłając mrówki

Zmielony chochoł nadciąga burzami, krzykami w wyładowaniach

Diagonale go zapowiadają w swych złamaniach i zatraceniach

kierunki błędnie wyznaczone po to, by wpaść w doły

Słyszysz, jak szoruje swymi stopami, płaty skóry opadają

Wielość jego naskórków niezmierzona, w głąb tylko szelesty

Pozostawia po sobie zawsze te same ślady pachnące utwardzaczem

Zbija zeszpecone, dawne piękności, twarze podrzucone mu pod

Jego rozpacz skryta pod głębokimi szatami, szatanami narzuconymi

Pewnie najlepsi krawcy zszywają mu te silikonowe odlewy cierpienia

w jedne masywne, kinetyczne stroiki, brzęczące wokół jak kastaniety

Co za zręczność ciągłego przeskakiwania wobec regularnej krytyki

to chyba jednak są ruchy w tańce zakluczone, a choreografia tajemna

Bogactwo niezliczone obciąża jego tren ciągle gubiący się, zjadający się

W koszykach z supermarketów mu przywożą nowe ciężary z karmelu

ciągle w nowe formy roztapiane na podwieczorek dla kolegów

na posiedzenia rady zarządu spółek z ograniczoną odpowiedzialnością

gdzie rozsiada się w fotelach zestawionych z ławek kościelnych

Drzwi dwuskrzydłowe trzeba poszerzać dla niego na trzy skrzydła

Asystentka jego, wielka nierządnica — ma napisane na wizytówce

Wszystkie narzędzia biurowe drżą, zwiastując nadchodzenie

dusze skulone jeszcze bardziej odwracają się od niego

szepcząc zapomniane paciorki, na które za późno w środku nocy gęstej

Omota wszystko swą architekturą z najtańszej blachy falistej

skręcane rdzewiejącymi śrubami deformującymi do oporu

Witaj nam, wielce nieurodzajny, skradający się powłóczyście

w najgłębszych jaskiniach zdobywałeś swe liczne blizny

lecz wśród brudu i futer zdzieranych masz tylko tanie drobiazgi

Oto śnieżne rękawiczki na przydługie palce, uszyte na zamówienie

Śnieżne uśmiechy, które jak guziki trzymają tłuste warstwy ze sobą

zwijają się ciągle, utrudniając jego chód, czyniąc go strojnym

Któż odpowiednio przywita takiego niespodziewanego gościa?

Bajaderowy jego bałagan, zalewany wielokrotnie Cointreau

w końcu jest on wybitnym specjalistą od organizacji tego typu eventów

W scenografiach piekielnych cateringi z jego łojów odzyskiwanych

w formie koreczków podawane, szczelnie się można nimi zatykać na zawsze

Niewierni słudzy w gnilnych wieńcach, zabierający sobie jego skrawki

łamią się nimi jak opłatkami, z jego skór wężowych, sezonowych

wkładają je potem do wisiorków i niosą jak medaliki bluźniercze

Przed tak strasznym sakramentem padajcie wszyscy wraz

marszcząc swe twarze w loki na podobieństwo do splątanego sobą

splątanego swymi niezwykle skomplikowanymi fryzurami

kształty wieży Babel, murów dzielących, krat więziennych układanych

Solidne są te sztuczne włosia, bardziej wytrzymałe niż naturalne

Przesuwając się prawie majestatyczne, drąży za sobą koryto rzeki

w której morskie tętniło życie, które zmarło wskutek oszustwa

i wycieku ropy skrytej pod jego powiekami przydługimi

On spowodował katastrofy tankowców, dryfujących kiedyś

żeglowały po morzu jako możliwe li tylko ładownie nieoclone

Z ich czarnych dziur wylały się nieczystości na odcięte tereny

po których Wij przechadza się jak w dawnym raju, podziwiając się

ciągle od nowa podziwiając swój wlokący się czarny masyw górski

Spod T-shirtu wychodzi mu kark owłosiony krecim futrem

woskowanym wielokrotnie, wielostronnie

Pieśń trzydziesta piąta. Pieśń Wija

chóralnie ludzkim głosem

Padnijcie na kolana, pozdrówcie z piekła Pana, w pląsach

Z tłustą falą me ćwierkanie zalewa wasze gardła pąsowe

Czyż ktoś jest większy z was ode mnie, niech teraz wystąpi

Wszystkie dusze wasze nie potrafią pełzać tak jak ja, uroczo

Pan wielkiego majestatu, król nad króle wasze, nad królowe

Na wszystkich scenach świata mam przystawione mikrofony

wzburzając tłumy do pieśni wojennych oraz ekstatycznych

Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy spragnieni mych gron jesteście

ja was przyjmę i dam wam władzę na ziemi, nad latyfundiami

nie wymagając od was żadnych męczeńskich gimnastyk, rozdaję

Chcę zarobaczyć te wasze mleczne spojrzenie, różowe policzki

zanim poznacie mą wijącą się naturę, opisującą się na sobie

Pulchne cherubiny ludzkie, zniszczę te nóżki przebierane

W czerniach, szarościach lub tęczach barwnych, przyjdę do was

Znam ja te wszystkie wyrażenia nagradzające i usypiające

aż raz niespodziewanie zdarzy się wam śmierć jak deszczowa pora

Posypani proszkiem do pieczenia wzrośniecie wysoko, potem w dół

strzepnę te wasze sztucznie wyciągnięcia, och, zakalcami będziecie

Podziwiajcie, jakże wielką nienawiścią was darzę w systemie ratalnym

Ja także, jak bóg, rozlewam się, żerując na waszym rozgnieceniu

Na waszych zemdlałych, zaśluzionych pyskach karpiowych składam całusy

szukające powietrza, łapcie rytmicznie śmierć w swe oskrzela płaskie

Pan wielkiego majestatu głosi dziś całemu światu śmierć

W mych ustach wieczna wzgarda, a w środku lepiej się nie pytać

Lepiej o to nie pytać mych ministrantów i padlinożernych dostojników

Oni nawet nie podejrzewają, z jakich głębokości nigdy nie zawołam

tylko antypsalmy wyśpiewuję, bawiąc się ich odwracaniem

Widocznie jestem nowym typem psalmisty, Dawida charczącego

wzbudzając w sobie Saula gniewnego, niszczącego instrumenty

Śpiewam po to, by niweczyć śpiewanie, to taka błyskotliwa gra z poezją

Któż za to mi wręczy nagrody doroczne z okazji dożynek wojennych?

Któż mi wypisze dyplomy uznania dla mych innowacyjnych rozwiązań?

Cóż mi dacie na pamiątkę waszej śmierci, wazony kryształowe

bombonierki zapakowane w wasze nekrologi ze wstęgami

wieczny odpoczynek racz mu dać, czarny Panie, będziecie śpiewać?

Sami wbiegacie w me pachy kudłate, uciekając od Niego

Poczęstuję się waszymi bombonierkami, zjadając wszystko

i was

Oto królestwo uczynione na znak rozliczenia administracyjnego

Jaskinia Sezama, gdzie tysiące rozbójników ciągle się tutaj chroni

Głazy-płazy pilnują wejścia do tego pałacu, tylko ja znam hasło

Na hasło te uchylają się szczeliny i można skraść coś z ziemi znów

porywać was do worków jutowych, przewozić nocami zaklętymi

Przed oblicze przychodzicie sami, szepcąc w lęku swe imiona dawne

nadawał wam inny te imiona, emanuele męskie, nutelle żeńskie

Ja was wytapiam, na me płaszcze, na jesionki w słodkich odcieniach

potem przejdę się w nich po centrach handlowych, powodując zazdrość

Po centrach świata przechadzam się, dzieląc was

jaśnie oświecony, faszystowski gla-mór

prawie morelowy

Pieśń trzydziesta szósta. Piesń Wija do bruny

solo

A któż tu leży pod naszymi stopami? Tak, tak, już cię rozpoznaję

Czyż to nie jest brudna bruna i cóż, me dziecię, powiesz mi teraz?

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo nie żałuję?

Klęknij, szepcz, szepcz mi, coś złego uczyniła, o niebiańska córko?

Przybliż się do mnie, niechże cię zobaczę, niech cię trochę poznam

Wezmę cię na ręce i rozgrzebię od środka, zobaczymy, cóż jest

Odkryjmy jeszcze, cóż za pozostałości masz w swym gardle

w śladach twych dawnych oczu rozczytuję pokrewieństwa inne

skryły się one za bruną, za tym kawałkiem rozpryśniętym w dal

Więc jak to tam było z tym pryzmatem na początku, gdzie reszta

czyżby się dostały w szpary wiekuiste inne niż nasze arkady?

Dawna bruna uciekała przed oblubieńcem w drodze na Miąskowo

najmocniej odpryśnięta, zawlekła się do grobowca rodzinnego

ponieważ za życia była pieprzniętą królewną, dzierżyła władzę

to teraz trzeba ją w odpowiednie szaty ubrać, w płaszcze purpurowe

Ten zestaw z płaszczem udręczonym podoba mi się, mój ulubiony

Zawijam cię jak ochłap po reszcie, która jeszcze pachnie w tobie

Nawet nie wiesz, jak żałosne jest używanie tak słabego języka pieśni

Gdzież jest twoje rodzeństwo, gdzież są Blu i Bianca skruszone?

Dlaczego nie przyprowadziłaś ich do mnie, dlaczego nie oszukałaś ich

wabikami, drzwiami wiecznie uchylonymi do mych komnat z ciepłem?

Och, jakże ja nienawidzę tych kolorowych kształtów ludzkich główek

Błękitne, białe i brunatne wzory podzielone wobec niego, no, no, no

A gdzież jest ta nasza piejąca pieśni, ja także chciałbym się jej ukłonić?

Została mi z polowania tylko bruna, już ja ją odpowiednio nauczę

Chce śpiewać, niech śpiewa, oto włożę w jej usta wielkie ciężary

Po cóż mi taka gerbera pod me łożysko, na co mi ten śmieć brunatny?

Widzicie, jak muszę wachlować się cytatami, jak uczony w piśmie

Myślałaś, że nie dostrzegę ułamania po innych w tobie?

Będziesz więc potrójnie po nieobecnych częściach cierpieć

jeżeli możliwe jest trzykrotnej mocniej cierpieć tutaj

a tu mi właśnie znajomy podpowiada, że jest dawka trzykrotna

czeka właśnie na ciebie, oczywiście, że jest możliwe dla ciebie

wszystko jest możliwe, nie ma rzeczy niemożliwych dla mnie

doprawdy, co za brawura czynów, do prawdy od prawdy

Jak widzisz, mam zacięcie do muzyki i słowa, niezwykle uzdolniony

Towarzyszy mi ciągły nadmiar kropek zakańczających te białe wiersze

Pozwól więc, że zlepię cię mocno w zakończenie interpunkcyjne

zatrzasnę cię w tobie z okazji tego niespodziewanego finału

ciągle zakończając się, pozostaniesz na zawsze znakiem zamazanym

w środku zamazanym swoim własnym kolorem, który tak lubisz

Arriwe’ derczi, bru’ na

Pieśń trzydziesta ósma. Pieśń interpunkcyjna bruny19

rondo

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

Pieśń trzydziesta ósma. Rysunek III

Zagadka rysunku trzeciego przed nami

którego punkty nie tworzą żadnej całości

Wszystkie linie rysunkowe zwiędły

jak je połączyć ornamentami w czytelny rysunek?

Poprośmy, może ktoś z widowni nam pomoże

może komuś uda się to, uda się to uczynić ręcznie

zgadnąć cokolwiek z domniemanego rysunku

Trzy szkice w teczkach woskowych noszę

spoglądam sobie na nie czasem nerwowo

Próbowałam łączyć te paprochy, te zabrudzenia

w solidne całości, ale umyka wszystko śpiesznie

Tych gwiazd w żadne gwiazdozbiory nie złożysz

umieralność ich największa w przestrzeniach

Z trzecim rysunkiem były same problemy

wpierw został zgnieciony, potem zapomniany

Kryję w spoconych dłoniach jego przechowywanie

Oto rysunek niemożliwy, lękliwie uciekający

uciekający samochodami dalekobieżnymi w dal

Rysunek rwie się, napinany do granic nieprzekraczalnych

lepi się do wszystkiego, pieczętuje swoją obecnością

Me pisaki są tu porzucone, wielki śmietnik ustników

W ogniu pieśni zakrywają swe śpiewne oblicza przed sobą

wobec tego brunatnego nowotworu tu ulokowanego

Paczki dobrze sklejone dochodzą do piekła w trzy dni

Mamo, prześlij mi, proszę, te ciepłe kapcie uszyte z wełny

do grobu prześlij mi je, bym mogła szurać po parkietach

woskowanych na wysoki połysk z okazji śmierci wiecznej

Rysowanie rozpada się mi w rękach, one też się rozpadają

Nic tu nie bywa odcinkami, odległości uciekły zawstydzone

Już w sumie próbowałam ciężki rysunek nanosić na ziemię

za pomocą schodołazu, chodzików dziecięcych, starczych

za pomocą swych niewidocznych podpórek szkicować jakiś kres

wszystkie były pokryte białym aksamitem i czekoladą

tym bardziej były luksusowymi materiałami plastycznymi

Patrzę przez ich nieszczelne struktury na mą słabość

na moje potykanie się, czołganie ze wzrokiem ku ziemi

Chodzę z głową gniecioną do dołu, przyglądając się wykopom

Te linie prowadzone na końce jak zagony gnilne, zmrożone

rytmicznie i równo rozkopywane ze znikomymi śladami pulchności

Zagony rytmiczne umykają teraz już pomału, w zaciemnieniu

zachodzą z blaskiem słońc schowanych za horyzontami

liniami się w nas wrysowują, dzieląc nas ozdobnie w okolicach zera

Pieśń trzydziesta dziewiąta. Domknięcie Piekła

Zasklepiane odwierty kiedyś będą powłokami niebieskimi

Nigdy nie roztopi piekła morska fala, nie zmyje jej gęstości

W naszym DNA same dna stukające posadzkami śliskimi

Rozwleczeni jesteśmy między smakiem curry a rozmarynem

peklowani suszonymi psalmami, one ułatwiają trawienie nasze

Potępienie dusz schowanych pod kamieniem zostanie na koniec

zakleszczą się wtedy wszystkie zamki samozatrzaskujące się

Gdzieś w bielach będzie więc krążyć ziarnko maku słodkiego

ziarnko piasku wulkanicznego z lawy gniewu spływającego

Ziemia rozpadnie się na brzegi, połamana różnie wobec morza

Pozostaną również odpryski ostre, odrzucone przez falochrony

Rzeźby dekoracyjne w miał się roztopią, kolory spłowieją

ustąpią kłaniając się niewyrażalnemu, nadchodzącemu

Będą mu tańczyć zupełnie nowe tańce, on je nauczy

Wszelkie cukry roślinne i zwierzęce zostaną skarmelizowane

Świat znów pachnieć będzie nowością, jeszcze opakowaniem

Będziemy podziwiać pieśni tak piękne, że dzięki nim nie będziemy

Wtuleni w ich kołyszące łona, oddychając sobą wzajemnie

Uszczelnione piekło sklei swe dziury, nie ucieknie żadne ciepło

Już nie będzie męczenników, jak warzyw na rynku wildeckim

Nie potrzeba będzie poświęcających się ludzi, jak selerów

Leżą oni wygrzebani z ziemi, zmarznięci z przylepioną ceną

ceną zawsze w jaskrawym kolorze zdradzającą ich zemdlony odcień

Płacz zostanie zniweczony płukanką z leczniczych ziół święconych

Znów spojrzymy na siebie, nie patrząc na naszą nagość niezgodną

na nadrzędność zdań wielokrotnie złożonych, na ich podrzędność

Rozbiory gramatyczne światów prawidłowo ułożonych w bukieciki

rozwiąże je cicho spokojny rytm przypływu, którego nikt nie zauważy

Niektórzy, zapomniani prorocy jedzący szarańcze jak chipsy, zrozumieją

Będą podnosić nieco swe głosy i narażać się na śmieszność wobec tłumu

Nikt nie uwierzy im w ich śmierdzące morzem słowniki

w kieszeniach mają owoce morza, ostatnie daniny na ołtarz ofiarny

Będą wyrzucani poza bramy miasta, a tam zajmą się hodowlą

agroturystyką z możliwością kąpieli w słonej wodzie

w parkach jordanowskich oblewanie się chrzcielną wodą

Wokół nich zwierzęta kręcące się, spokojne ich obecnością

wtulone w siebie, cicho pomrukujące ze szczęścia

Nie spotka ich wstyd ukryty, głowy zanurzać będą w miskach

W tej wodzie nie słychać odczytów i prelekcji dydaktycznych

tylko szum jednostajnie potencjalny w dźwięki dochodzące

Kwitnięcie inne nastąpi, nieskalanymi pąkami będziemy

Wszyscy święci wtedy powiedzą: no nareszcie się kończy świat

całe szczęście, że kończy się świat przed filmem o 20.00

Załóżmy więc okulary przeciwsłoneczne, teraz porażeni będziemy

te światła nawigacyjne mają niezwykle silne, krągłe pola rażeń

Finalnie podnoszę wzrok ponad siebie, wspierając się na łokciach

Znów te refleksy, wyznaczające mi początek, pojawiają się w kątach

te światła zwiastują zagaszanie mych śpiewów przed porankiem

Jutrznia już niedługo, dnieje mleczne światło w ciemnych ujściach

gdy przebudzę się, w mych ustach pozostanie kwas mlekowy po śnie

wiecznym

Pieśń czterdziesta. Końce końców

Chodźcie do mnie wilki szaleńczo szare

nakarmię was pomyjami po ucztach trzech

Wpychajcie w swe pustki wielkie kęsy

ja będę was głaskać, korzystając z nieuwagi

Na koniec zawsze jest najwięcej jedzenia

na mych obrusach tak wiele pozostaje

Przyjdźcie do tej, co ciągle się rozdrapuje

Rozdrapuje swe zrastające się usta do śpiewu

z nieśmiałości zrastające się, z lęku, z pychy

Oto przechodziłam między podwojami tajnymi

twarz może przez to bardziej blada i wysuszona

Teraz unikam swych odbić w szkłach dekoracyjnych

w ich połamanych ornamentach widzę potępienie

Oblubieniec za górami i lasami brzozowymi

a ja palę papierosy, stojąc znów na trzech nogach

Stoję w oknie nad brzegiem morza, wypatrując powrotu

Wszystkie trzy nogi już mi drętwieją przez me pozowanie

Ciężarna jestem wobec pieśni pęczniejących w przełyku

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez lasy?

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez siebie?

W pojedynku pojedynczo ciągle jesteśmy zagubieni

między kopytami porzucamy się na chwilę, na momenty

Świadoma relacji barwnych i praw kontrastów jestem

ciągle rozstrzygana, rozstrzygająca się w wielobarwności

Przebiegając przez przebieralnie mnogie, w pędzie pochwycę

w pędzie pochwycę werdykty w kopertach, skradnę je

W najświętsze wedrę się, ukradnę te werdykty potępienia

Mój śliniak już cały mokry od opowieści uciekających

Pogubiłam me wdzięczne diademy, dostojne dodatki

całą biżuterię wyjściową na błądzenia ślepe

Czyż nie jestem piękniejsza, bo potłuczona i naga?

Wytańczę sobie kształt grobu

będę w nim mogła się pomieścić z mymi zapasami

ze zbiorami słów i obrazów zupełnie bezcennych

Nie kładź więc na moje oczy monet dla przewoźnika

dla tego niewidocznego taksówkarza z czarnym uśmiechem

Chomikowe policzki napełnię pieśniami, będę je jeść

gdy chlebak pozostanie pusty i bidony wystygną

Wtedy złożę z nich kadzidło, złoto, mirrę dla przestrzeni

dla przestrzeni pytających, zostających w wolnym oddechu

Teraz szukam swego podobieństwa znów, lecz trzy echa słyszę

milkną z wolna dźwięki wysokie, niskie

wyskakują jeszcze przede mnie, bym sobie laurki sama sprawiła

Laury pachnące na wieczną pamiątkę śmierci moich potakujących

Potakujące śmierci zgadzające się na datę i godzinę zgonu

Ja, Lacrimosa wątła, wychodzę więc z mroku głębokiego

może jakaś barwa wychyli mój kształt z czerni i zabierze mnie

w kolejne długie historie, ciągle wijące się fraktalami, winem

Pomyśl, jakże przedziwne są smaki tych koncentratów

koncentratów z niemotyli z pierwszego, z drugiego tłoczenia

które wylewają się, burzą, rozwalają wszelkie pojemniki

do przechowywania naczynia rozwalone na trzy części

Rozwalają się porcelany z dożywotnimi gwarancjami trwałości

Jakże to wszystko niepraktyczne i najpiękniej niedokładne

lepienie z niebytów piętrzących się, przy bytach rozrzucanych

Kimże jestem teraz, gdy siedzę na kanapie, spijając ostatnie nuty

kokosowym starcem, karuzelą made in Purgatorium malowaną?

Może jestem w brunatnym wbiciu ciast ciągle się przypalających?

Segregując odpady do trzech koszyków, ciągle przymrużam oczy

Mrużę je, by być sędziną zaprawdę sprawiedliwą i litościwą

Jakże niepurpurowe są me szaty, lekka biel łasi się do mnie

Wszystko znów zabiorę do siebie, zlepię grzbiet zbioru pieśni

Musi być on tłusty, chroniący przed wiecznością uczulającą

mało ciągle na jej temat w miarę szczegółowych przewodników

Nikt nie wskaże nam odpowiednich linii autobusowych, nazw ulic

Nie przeczytamy na miękkich okładkach, jakie są ich przywitania

jak należy mówić i jakie gesty wykonać, nie obrażając ich?

Nieśmiało spoglądam, wychylam się na palcach, chcąc dojrzeć więcej

bujam się w mej niepewności, pewności dalszych panoram

bujam się w sobie, balansując, przekornie wychylając się na boki

bujam się, wyśpiewując pieśni poranne, zlepione jeszcze z nocą

Wtedy me oblicze znów się rozjaśni, znów rozpoznam kształty

które umiem dobrze nazywać po polsku i włosku i je rysować

Potrafię je jeszcze narysować swym spojrzeniem, więdnącym

Rebusy przywrócą swą rozpoznawalną treść schowaną

Roślinność na parapetach systematycznie odżyje

całkowicie zdziwiona mą pamięcią i troską nagłą

W głębokich tłach scenografii będę jednak dostrzegać te niebyty

wycofają się, ustępując temu imiennemu, foremnemu

Ruszę na zamorskie wycieczki przepełniona ekwipunkiem

Zatęsknię do brzegów oddalonych i pójdę na plażę się skremować

Chłodne rozmycie opłucze mnie i pochwyci mnie dla siebie

Teraz rozrzucam wam kropki na końce jak confetti czarne

Cieszmy się więc, posypujmy nimi na zakończenie piekła

tam tkwią wszystkie zakończenia, same końce właśnie tam

spalone ich lonty, kruszące się ciągle na obrusach odświętnych

płaczliwy wosk zaświadcza o ich winie i wysokim płomieniu

nie pozwoli im na jakąkolwiek restaurację dawnych pomników

Znów zęby się pokrywają zniszczeniem wyśpiewanym

Trudny jest ten śpiew odepchnięty, kłócący się ze sobą jednocześnie

śpiewać już nie chcę tak straszliwego udręczenia wypluwanego

Zamykam piec nastawiany na temperaturę ciał ich własnych

Odchodzę, łapiąc swój oddech znów w naturalną rytmikę

Zamorskie krainy wabią mnie swymi smakami nieznanymi

Powinnam się więc pożegnać ze wszystkim słowami znajomego

Arriverderci, brunatni z chwilowymi przebarwieniami ku Bogu

Kazalnicę mą żelazną ominęłam z daleka, nie wznosząc głosu ponad

gdyż moja brunatność oczywista, zęby połamane na pieśniach

co je licznie przed wami wywlekałam, ich kwiecistości zawiłe

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się dopiero

Znów rozgorzeje bitwa na śmierć, na życie, o światłocienie

bitwa o przynależność do zbiorów, określających się wciąż na nowo

Układy współrzędnych z osiami, z ościami, on znów będzie zerem

Podmywa stopy, jasność gruntu i uzębienia spłukuje

Przedostaje się tajemnie przez przerwy między wyrazami

aby podczas nieuwagi głaskać mój biało-czarny grzbiet.

Nadchodź więc i zakończ mnie, zakończ mnie sobą

wyznacz mi wielość nowych początków, na końcu.

Pieśń ostatnia. Czarne confetti

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

Przypisy:

1. Mare (łac.) — morze. [przypis edytorski]

2. Sanctus, sanctus, sanctus (łac.) — święty, święty, święty. [przypis edytorski]

3. pianissimo possibile et fortissimo possibile (wł.) — najciszej jak można i najgłośniej jak można. [przypis edytorski]

4. periplus — ze starogreckiego: „opłynięcie dookoła”, rodzaj pieśni nawigacyjnej dla statków, które pływały przy brzegach w starożytnej Grecji i Rzymie. [przypis autorski]

5. periplus (gr.) — rękopis wyliczający porty i charakterystyczne punkty na wybrzeżu. [przypis edytorski]

6. bambola — z włoskiego: lalka, kukła do zabawy. [przypis autorski]

7. Chiara (wł.) — odpowiednik imienia Klara bądź przymiotnik: jasna, przejrzysta, jednoznaczna. [przypis edytorski]

8. Tisztitószer — z węgierskiego: płyn do czyszczenia. [przypis autorski]

9. piu bella regina (wł.) — najpiękniejsza królowa. [przypis edytorski]

10. Prora — ośrodek wypoczynkowy na wyspie Rugii, zbudowany przez nazistów. [przypis edytorski]

11. Pieśń przekreślona — w druku cała strona przekreślona jest skośną kreską. [przypis edytorski]

12. unde malum (łac.) — skąd [pochodzi] zło. [przypis edytorski]

13. czerwony olbrzym — nazwa gwiazdy będącej na schyłkowym etapie ewolucji. Nazwa pochodzi od ich barwy i zwiększających się rozmiarów/ [przypis autorski]

14. czarny karzeł — hipotetyczny końcowy etap życia gwiazd. Gwiazda przestaje świecić, stając się w ten sposób zimnym czarnym karłem. [przypis autorski]

15. katalog Kehla — spis dzieł Wolfganga Amadeusza Mozarta. [przypis edytorski]

16. zgubione loki — w druku od tego miejsca tekst jest wyrównany do prawej. [przypis edytorski]

17. głosem Rosy — w druku dalsza część tekstu jest wyrównana do prawej. [przypis edytorski]

18. Fenrir (mit. skand.) — olbrzymi wilk, który ma zabić Odyna w dzień Ragnarök. [przypis edytorski]

19. Pieśń interpunkcyjna bruny — w druku wiersz ten przyjmuje kształt koła o 32 szprychach, ktore stanowią wersy, pustego w środku. [przypis edytorski]