Niebo

Pieśń zerowa. Usprawiedliwienie

Niech zaczną się tajemne i skryte mruczanki

z witaminami, z minerałami, z kleikiem ryżowym

dla ciebie, pachnący mlekiem cielaku

byś był jeszcze bardziej syty niż zwykle

Obiecuję nie stać na paluszkach u nóg

nie dotykać czupryną wielkiej kazalnicy

Jej mroczne sapanie słychać już z daleka

Wszyscy mają podniesione wysoko oczy

dostrzegają rozwiązania sklepień żebrowych

Pani w drugiej ławce popuszcza mocz

stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy

Oto wschodzi nowa gwiazda na Południu

jej ciemność oblewa mnie lukrem

skleja moje ruchy, czyni je monumentalnymi

Pani ortodontka ostrzegała mnie przed słowami

które psują od swej słodyczy zdrowe zęby

Moje końskie uzębienie prawidłowo spoczywa

w smyczy z nierdzewnego drutu, pociągnij dalej

pogryzę swój język do mięśnia, do anatomii

Zostanę przysypana magicznym proszkiem

bym mogła skryć swe bliki i odbicia od ciebie

gruba warstwa niech skryje moją głowę

niczym pokrywa śniegowa będzie ciężka

niespodziewanie wywoła katastrofy konstrukcyjne

Oby ich ogrom przeraził ekipy budowlane

zastanawiające się nad tym, jak temu zapobiegać

Pan majster radzi — szlifierki używamy ostrożnie

by nie ranić jaśminowych i pachnących rąk

Pogłaszcz, no pogłaszcz mnie, no jeszcze boleśniej

Wydrapałam resztki komfortowego naskórka

spod kolan, spod łokci, z szyi, z ramion, z pleców

Drapałam się boleśnie, ale i z bolesną przyjemnością

do czarnej krwi, do białej kości

Czerwone ślady po tych wycieczkach są obecne

Nic nie pomaga, próbowałam alantanu, cukru pudru

nic nie złagodzi tych objawów, żadna tajemna maź

Mimo swej kruchości oraz tendencji do cukrzycy

uczyniłam swe kroki hałaśliwymi i monumentalnymi

Rehabilitacja obślinionej i bezwładnej Bianki

Nie ma już wózka inwalidzkiego, ni pomocnej dłoni

droga jest tylko na oślep

Trudno wymacać jakieś znajome, przyjazne kształty

znaleźć jakąś barierkę

Jestem straszliwie zakudlona, zakundlona

Oczy porasta cierpki zarost zapomnianej

na policzku rośnie warkocz mojej siły Samsona

po moim grzbiecie biegają drogocenne pchły

Weszłam po skrzypiących z delikatności schodach

na stary, zapomniany strych pełen bibelotów

Kiedyś były tak dobrze rozpoznawane z daleka

teraz wszyscy zapomnieli ich przyjemnego widoku

Takie dekoracyjne, takie dodatki do wszystkiego

po prostu świetne się nadają na black garden party

Idę z wypukłą piersią pełną nie mleka, ale stali

przyporządkowaną mi przypadkowo i śpiesznie

przez świat natury, kotów, gruszek, lepkich much

Naturalna odporność wzmacniana przez składniki

w mleku nowej matki o chłodnym spojrzeniu

Nie spodziewaj się ciepłego, rozpoznawalnego

to wszystko dla tych, którzy mają tylko dziąsła

nie potrafią dobrze i prawidłowo przepychać dalej

Moja konstrukcja tak delikatna, wrażliwa

będzie niezniszczalna, wiekuista i trwała

Będą się o nią rozbijać kutry rybackie pełne węgorzy

jak o górę lodową lub nie zanotowaną na mapie rafę

Padlinożerne ryby będą miały zdziwiony wyraz pyska

nad wyraz, nad słowo

Moje podbrzusze miękkie kute jest w niezwykłym stopie

z kowalskim zacietrzewieniem wykuwane w piwnicach

Technologowie z Uniwersytetu w Chicago

nigdy nie dojdą, z jakich składników jest ten stop

mimo licznych badań i wielości papieru do drukarki

będą uśmiechać się niepewnie, spoglądając na siebie

Oto idzie przed wami Bianka, wasza prywatna bielanka

sypie w niezwykłej obfitości czarne kwiaty

z zawieszonym na szyi koszyczkiem

Rozsypuję ich kadzielniczy swąd pod wasze stopy

by ośmielić wasze kroki i uczynić je odtąd innymi

Pieśń pierwsza. Strojne przygotowania

Cierpkie wilcze jagody o kolorze nieprzeniknionym

w mojej rozwartej jamie ustnej niczym perły macicy

turlają się, rozsadzają się przez wewnętrzne ciśnienia

mają niezwykłą moc trucia i atakowania śluzówki

Być może istnieją sanktuaria Matki Bożej z żylakami

od zbyt ciężkich reklamówek reklamujących pustki

gdzie przez pomyłkę komuś śnią się niewłaściwe sny

Przygotowałam się odpowiednio do pisania pieśni

Nocne rzucania kamieniami w zwierzęce skowyty

Stroiłam się, zerkając na małe, schowane lusterko

takie kosmetyczne, takie żeby nikt nie widział

Wkładałam różne wersje ubrań, chcąc robić wrażenie

niebieskie spodnie, czarna bluzka, biały stanik

Nic jednak nie pasowało w mojej garderobie

z radością odkryłam, że wszystkie moje ubrania

są za małe na mnie, co za miła niespodzianka

Stanęłam naga, bardzo narażona przed sobą

Spoglądałam ciekawie, uśmiechałam się cynicznie

wobec siebie, wobec mojego własnego podglądactwa

W moich włosach zaszczepiłam dyskretne sadzonki

byłam bardzo tkliwą ogrodniczką dla moich pasożytów

jak dziwne zwierzę w głębi ciemnych kolorów

z drobnymi żyjątkami narośniętymi na nim

naturalnie, bez dekoratorstwa, bez designu

Tylko niech one zdobią moją niezręczną nagość

Jest wśród nich parę niezwykłych okazów, spójrz

moje słodkie narośla, moje guzy schowane

Ze względu na tę uroczystą, podniosłą okazję

założę tylko dziecięcy śliniaczek, bo będę się ślinić

od dużej ilości słów, nadmiar może mnie pobrudzić

Brudasek będzie opowiadał

Prosto do kąpieli, marsz

Prosto do chloru, marsz

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się

Mogłabym zapuścić sobie długą, gęstą brodę

czesałabym ją, zmieniając codziennie stylistykę

to w prawo, to w lewo

Merdałabym nią jak długim ogonem uznania

starcze doświadczenie zaklęte w końskim włosiu

To naprawdę robi cyrkowe wrażenie

ilu jest chętnych na takie rozwiązanie

Stoją cierpliwie w długiej kolejce, doczekując się

Przenoszą ciężar ciała z jednej nogi na drugą

delektując się rozdawanymi za darmo drinkami

Moja broda pasowałaby stylistycznie do powagi sytuacji

Mój złagodzony wzrok osiadałby na pobliskiej ławce

ze zmęczenia, już nie mogłabym iść dalej, jeszcze

dalej, i jeszcze przejść przez płot, i jeszcze przez ten

dziurawiąc swoje nylonowe rajstopy z przeceny

Więc udaję się na dziką wyprawę do źródeł Amazonki

jako tako dogadam się pewnie z każdym ludem

pogryzą mnie jakieś łacińskie muszki przeszkadzajki

Moją samotną przeprawę zrelacjonuje chrząszcz

Dostanę po buzi od jakiegoś nazistowskiego przybłędy

Wsłuchując się w zwiastujące dźwięki odmętów

maczetą będę ciąć ostro zarośniętą od dawna ścieżkę

Szeleszcząc złowieszczo i delikatnie

ze śliniakiem i ze spinkami we włosach przez las

będę szeptać o Niebie, Piekle, staroświeckim Czyśćcu

Wysoko drażniący środek do czyszczenia toalet

stoi z boku obok niszczącego wszystko proszku

wraz z brudem zginie wszystko

Obsikane dookoła, tylko nie tam

Rozluźnij nozdrza teraz

Pieśń druga. Rebus I

Został mi zadany pewien rebus, nie do rozwiązania

Niestety nigdy nie był ani czytelny, ani oczekiwany

Czy był napisany w języku łacińskim, czy fińskim

a może jakiś tajemny dialekt kretów w czasie nocy?

Rebus ciągle tkwił spalony, w tłuszczu pływając

wbity jak nóż harcerski dla zabawy w ziemię, we śnie

Potykałam się ciągle o niego, przeklinając

jego przypadkową namolność i tępe ostrze

Do tego te obrazki w środku niego, do rozwiązania

Nic nie rozumiałam z ich kształtów, ze znaczeń

mimo że uzbrojona byłam w wiedzę o abstrakcji

Nic nie pomogło mi zbliżyć się do tego, co znałam

One ciągle śledziły, śledziły każde moje drgnienie

śledziły moją wycieczkę do sklepu spożywczego

Nerwowo odwracałam się do tyłu, czując się obserwowana

w poszukiwaniu tajemniczego sprawcy moich niepokojów

Ich nierozpoznawalność i niemożliwość zrozumienia

była niezwykle strojna, kusząca dla znudzonego

a ich powłóczyste treny ciągnęły się, ciągnęły

Świadczyły o ich niezwykłym dostojeństwie i randze

To wszystko zaplątało się w moje krótkie włosy

Jako kobieta muszę się regularnie czesać z pokorą

by wszyscy znali mój jasny i dobry wizerunek

Chciałam się rozczesać, z radością rozpoznać

swoje oblicze w lustrze, ale się już nie rozpoznałam

niestety już nie, na zawsze będę już rozczochrana

Rebus został mi zadany, a rozwiązanie nie może go dotyczyć

już nie ma żadnych gotowych rozwiązań w zestawach

w zestawach z warzywami z plantacji czyśćcowych

Chóry, zastępy krzyczą w odpowiedzi jednocześnie

każda jest inną właściwością, każda jest właściwa

więc posłucham nieuważnie tych wiekuistych stworów

Niech w chórach, bo tak raźniej, niech krzyczą, niech fałszują

Niech zaczerwienią się na widok publiczności

Niech ich gigantyczne płomienne oblicza będą nieśmiałe

schowane za moim mięsistym ramieniem, podziwiajcie

Pieśń trzecia. Oblubieniec na drodze

On ma maślane stopy pełne prochu, pełne maku

Rozpływają się w żarze taniego asfaltu

położonego tu tylko lokalnie, na chwilę

Słyszę, jak stukają jego brokatowe obcasy

Jak wyglądam, czy jestem dostatecznie piękna

czy zauważy mnie w niezwykle ciemnym lesie

Mój speszony wzrok sarenki zza krzaka

Chodź ze mną w bardzo ciemne błądzenie

bez ścieżek, bez górskich szlaków, bez niczego

Stanę tak oniemiała, uderzona jego blaskiem

drażniącym boleśnie nocne spojrzenie

Będę bezbronna, bez żadnej ukrytej kieszeni

pachnąca dzikimi odmętami leśnych dotyków

głaszczą, głaszczą moją dziką skórę

Nadchodzi, a jego wzrok przenika ukrywane

pod paznokciami drobne tajemnice nieczystości

Myśliwy bez nienawiści w oczach, w powiekach

Jego głos słychać z dala, jest przenikliwie cichy

Ze wzruszeniem dopytuje się o mnie u znajomych

pokazując im moje nieaktualne zdjęcie

Już tęskni za szorstkim, za ściernym ciałem

Wszyscy będą go mieli za bezpiecznego szaleńca

Jego zazdrość zawieszona na wieszaku w szatni

Układy współrzędnych, niech on będzie zerem

Teraz jest bardziej X niż Y, później bardziej Y niż X

Gołębie roznoszące tyfus już zwiastują kroki kolosa

Jego naiwne ciało pachnie ciastem drożdżowym

pełnym ciepła, wewnętrznej, radosnej pulchności

Spotyka mnie liżącą swoim różowym języczkiem ranę

Prawdziwe łobuziary łażą cały dzień po drzewach

nie schodzą na ziemię, tylko boleśnie spadają

na kolana, na kolana

Spojrzy na mnie bez pożądania, bez przywiązania

Podejdziemy do siebie w połowie drogi do Miąskowa

Na czarnym podłożu rzeczy wszelkiej pozdrowi mnie

pod naporem tak banalnie niezwykłego gestu rozpadnę się

na kawałki

Pieśń czwarta. Love will tear us apart

Oto efekt pryzmatu, jednak lekcja fizyki

Zjawisko całkowitego wewnętrznego odbicia

pozwala użyć pryzmatu jako idealnego elementu

odbijającego światło, mam kąt wynoszący 62°

kąt między ścianami, gdzie skryłam resztki

Odrobina miłosierdzia ubranego w plastikowe kwiaty

rozszczepiła mnie na kilka barw, na kilka właściwości

już nie mogłabym być tylko jako Bianka

Muszę już chóralnie, oralnie, muszę piszczeć już

w trzech postaciach, w trzech wygodnych zapachach

Stoję na złotym trójnogu przed tobą, żeby się nie potknąć

Jestem teraz jeszcze bardziej zwichrowana niż zwykle

Moje czarne patyczki w konstrukcji koronkowej

połamały nóżki, zresztą mechanik konstrukcji to wie

były za silne przeciążenia na delikatny materiał

Można było się tego spodziewać od samego początku

Z przerażenia tą katastrofą każdy z kolorów uciekł

pośpiesznie chowając swe atrybuty w zarośla

byś nie zauważył, że wszyscy są nadzy i tacy słabi

Stałeś jeszcze przez chwilę, a potem z miną znudzoną

krok za krokiem wracałeś do domu na obiad

pozostawiając mnie tak bardzo inną, pokolorowaną

Mój pierwszy kawałek schował się w norze jako Nieme

czekał on do wieczora, by ruszyć na nocne łowy i ruję

Drugi kawałek znalazł się pod ściółką i przytulał się

uciekał do przygodnych futerek dających ciepło

Trzeci zaś sklecił sobie gniazdo z ostrej trzciny

Po pewnym czasie zostałam wywąchiwaną

Moje tropy znały już wszystkie dzikie zwierzęta

Bianka już nie jestem tu, oto moje trzy ramiona

Tylko dla twojej osobistej pociechy

przedstawiam ci: Bianca, Bruna, Blu

Pieśń piąta. Pierwszy kawałek o najbardziej łagodnych krawędziach

Z powiewem wiatru w przyszerokich spodniach

wielokrotnie rozrywanych w bolesnym kroku

od zbyt długich i tanecznych kroków

z oddechem, którego wszyscy unikają

podśmiechują się ze mnie w autobusie, jestem Blu

Dziewczyny na mój widok mocniej przytulają

swoich przystankowych towarzyszy, drżąc

jak sadzonki pomidorów wspierające swój ciężar

na solidnych patykach, które korygują ich kształt

Dzieci patrzą na moje ciemne oblicze

szukając oczu do rozpoznania twarzy

Chodzę, patrząc się na bezcelowy ruch

Ich mobilność jest absolutnie zbędna

Na dworcach świata mam swoje apartamenty

President Suite z marmurową posadzką

Oddaje mi ona swój zbawienny chłód, spokój

Obdarty jestem z koronek tłumiących oddech i ciało

Drapię się za uchem, spoglądając na wysokie kobiety

w reklamówkach całe życie za 35 złotych z resztą

Jestem cieniem, przybrudzonym krawężnikiem

w którym zbierają się kałuże, mokre odpadki

wsiąkają we mnie swobodnie i lękliwie

Wystraszeni swoją pewnością siebie, uciekają

na drobnych nóżkach, w podziemne przejścia

Szarobura cera uczyniła mnie prawie umarłym

co może się stać z człowiekiem, gdy nie słucha mamy

co może stać się z człowiekiem, gdy nie słucha innych

Moje kroki bujają się w rytmie siarczanych opowieści

Prawdziwie niesamowite, bo oni tak zawsze

moi kompani częstują mnie nimi jak papierosami

Nie mam przeszłości, nie mam ani ojca, ani matki

nie mam licznych sióstr, braci, przyjaciół, wrogów

nie mam kochanek, ani kochanków

nie płaczę, nie szukam pocieszenia

ani łaski, ani litości, ani gniewu, ani ciebie

Nie jestem samowystarczający, ale wystarczający

dlatego jestem nieproszonym dozorcą

komentatorem pięknych, rozproszonych detali

Dostaję grosze od zgarbionych ludzi

dzięki temu co dzień jem czerstwy chleb

piję najtańsze, wiśniowe wino

w plastikowo-kryształowym kielichu uwielbienia

Toczą mnie w środku jakieś nieznane choroby

których objawów ciągle oczekuję

Z pełną świadomością przyjmuję wszystko

Moje ciało tęskni już za rozkładem

Czuję tę piękną i skuteczną presję

tę dyskretną elegancję wycofywania się

w środku przyjęcia

Pieśń szósta. Ośrodek wypoczynkowy z kokosem w logo

Chłodny poranek zaglądał mi ostro w oczy

jego mocne uderzenia to jasna tenisówka

Prosto w głowę pachnącym butem z gumy

W mojej głowie jeszcze vino bianco

w plastikowej paczce, z kraju kwitnącej wiśni

Odkleiłem powieki ważące na oko pół tony

Przeprowadzając sondę, zbierałem na bułki

Tematem sondy był wpływ poezji metafizycznej

wpływ na codzienne życie młodzieży licealnej

Jakaś piękna kobieta o niewyraźnych rysach

podarowała mi coś niezwykłego

w dniu mojej śmierci, amen

Błękitny likier o smaku kokosowym

luksusowa przyjemność, z naruszoną pieczęcią

Siedziała przy mnie, nie mówiąc nic

Spoglądała na mój płaszcz, cerując go wzrokiem

Kobieta pełna lęku o swoje chude ciało

Gdy moi kompani zobaczyli moje błękitne usta

powiedzieli, że całowałem się z niebem

Wysoko, wysoko w tym pięknym dniu

Moje ciało bujał jeszcze skryty aromat kokosów

które w egzotycznych krainach zdobią hotele

nazwy ośrodków wypoczynkowych all inclusive

Moje serce zaczęło wybijać nieznany mi rytm

bardziej nerwowy, nieujarzmiony już niczym

Rytmika zaczęła wyskakiwać poza układ linii

Nuty nie mieściły się już w tych układach

przestały się do nich ciągle odnosić

Poczułem przeciągły ból w klatce piersiowej

cicha czerń okryła moje zmęczone oczy

Bolesna depilacja trwała zaskakująco krótko

Spojrzałem jeszcze raz na to moje ciało

pogrążone w przyjemnym półmroku dworca

Porzucony odwłok, zapomniana torba turystyczna

Czułem radość cząsteczek w stanie rozpadania się

w podskokach z radości wracały do domu

na progu z dala wyglądali ich widoku zżercy

Ktoś próbował mnie przebudzić elektrowstrząsami

robiąc mi awanturę za jego własne życie

Słuchałem tych oddalających się dźwięków

zmierzając już na stację Ursus Północny

Pieśń siódma. Blu podróżuje znów

Tchnienie jak wiatr zdmuchnęło mnie czule

ruszyłem w kierunku cichych konstrukcji

pełen nieśmiałego oczekiwania na jakieś zaproszenie

to wszystko przez te kokosy, jak zwykle

Ich egzotyczna woń kołysała mnie w uśpieniu

CHODŹ — szepnęło niejęzykiem jakieś nieistnienie

Wszystko zaczęło się wzajemnie znosić

ten szum był szeptem miliardów istnień

Żaden z tych głosów nie był głośniejszy czy cichszy

dlatego wszystkie były słyszalne równocześnie

Chodź do nas, chodź do nas, wielość cię woła

Jesteśmy cudnie przeludnieni

jakże piękna ta istna katastrofa demograficzna

w obfitości przelewamy się na wszystko

Usłyszałem w swoim duchu rwącą tęsknotę

byłem ścigany z wielką szybkością

Czułem, jak wszystko ściszone do tej pory

ryknęło przeciągle z ukrytego schowka

odpowiadając twierdząco na zawołanie

zaklęte w tym dźwięku, przenikliwie pytające

Pozostawiłem wspomnienia, zbędne powidoki

Nędzne, żebracze wybory zdmuchnięte zostały

Przymknąłem swoje już nieoczy z powodu blasku

gdy je otworzyłem, byłem już w czymś innym

gdzie powietrze było gęste od Wielkiego Jodu

Oddychało się już tylko nim

przy pierwszym oddechu poczułem bliskość morza

Biegnij, biegnij, zaraz je zobaczysz

Przestrzeń była podobna do niezwykłej plaży

Na szerokim, ciepłym brzegu zobaczyłem

w różnych odległościach od siebie postaci

Jeszcze były w odległościach od siebie

czekały na przypływ, aby je zabrał

gdy spojrzałem w stronę morza, poczułem

AAAAAAbsolutne spełnienie mnie i wszystkiego

Pieśń ósma. Mare1

Wielkie, czarne, rozlewające się po policzkach

Nieskończona liczba koncepcji, myśli, konstruktów

powołanych z przepełnienia do przepełnienia

do jeszcze większej obfitości przelewana

Czułem miliardy, były wspólne i oddzielne

Chłód owiewał mi twarz, spełniona rewolucja

To chłód dostrzegany przez niewielu

za słaba jakość soczewki w lornetce

Dryfowały tu nieoczekiwane metafory

burzycielskie i dzięki falom rytmiczne

Były jak resztki po rozbitych samo lotach

Drzazgi z drewna, resztki wsłuchane ostatecznie

Nie było tam czasu teraźniejszego, passato prossimo

Ja stałem, wchłaniałem ten widok otwartą gębą

Pocztówka z widokiem za 1,50

plus znaczek znaczeń, by odnaleźć nadawcę

Wiekuiste leżenie na zabujanym w tobie hamaku

podczas zmasowanych ataków rozwiązań

z butelką niepotrzebnego wina oglądasz sufity

nie dotykasz podłóg zabezpieczonych izolacją

Dotykam głową sufitu, no proszę

mój policzek przykleja się do niego

no, już nareszcie nie można wyżej

To bardzo staroświeckie standardy wysokości

Supłana konstrukcja przyjemnie cię obejmuje

Nie ma tu wielce oczekiwanych staruszków — owadów

Wszystkie możliwości są tu spełniane w spokoju

wszystkie oprócz ograniczeń, koncert życzeń

Słowa mają tu swoje liturgiczne głębokości

zaskakujące w swych turbulencjach i przejawach

Sanctus, sanctus, sanctus2 łamie porządki

porządki szklanych gablotek

porządki systematyczności gatunków

ułożonych przez moralizatorów, przez archeologów

Morze ma swoje przypływy i odpływy

Teraz lekko się wycofało, odsłaniając piaszczysty brzeg

odsłaniając swą anarchiczną antygramatykę

Oto reklama ośrodka wypoczynkowego

gdzie ciągle brakuje kompletu na turnus 27.07.–30.08

Pieśń dziewiąta. Wybrzeże

Na plaży dostrzegłem resztki po ludziach

Zbiornik je zabierze, poszerzając swoje reguły

lingwistyczne

Bliskość morza sprawiała, że piasek rumienił się

był poświęcony wielokrotną ilość razy

na wszelki wypadek uświęcany stale

Miewa swoje ledwo słyszalne harmonie

Niechcący porzucone muszle dające echa

wyrzeźbione w kruchej powłoce wapniowej

wspominają pracownie rzeźb z plasteliny

zwiastują perfekcję w niedoskonałym tworzywie

Północna plaża pociągała mnie najbardziej

inaczej łamała się tu linia brzegu zwiędniętego

Nie było tu żadnego przedstawiciela ratownictwa wodnego

Zanurzyłem swe stopy w piaszczystym brokacie

Moje istnienie mieniło się niczym zabawka na choince

pełna refleksów, pełna uroczystej odświętności

lecz pozbawiona odbić wpatrzonych we mnie

Spacer do wysokiej kobiety, którą obrałem za punkt A

sprawiał mi niewymowną przyjemność

Samotny wypad za miasto w pojedynkę

Pojedynek ze sobą samym

W podmiejskim pociągu, dwie moje połówki

Czy jeszcze coś Pan sobie życzy?

Wie Pani, tak się jeszcze zastanawiam

cienie po ciałach w formie ręczników, poproszę

Dizionario di lingua perfetta, per favore

jeszcze poproszę, aby pani się też spakowała

do tych zakupów, czy zmieści się Pani do jednej reklamówki?

Czy wszyscy się zmieszczą?

Mój wózek złomiarza, wiecznego tułacza

da sobie radę z takim ciężarem, z taką mnogością

na sankach zawiozę, zostawiając po sobie ślad

Wszyscy będą w stanie mnie wywąchać już teraz

psy policyjne, młodzieżówki polityczne

Moje sekretne drogi i skróty

Pieśń dziesiąta. Psalm do kobiety ze złamanym stawem biodrowym

Kim jesteś, o piękna przyjaciółko moja

o rudych włosach, zawsze mi się takie podobały

spiętych jak kurtyna, tylko dwoma punktami

Jakże twoje jasne oblicze jest olśniewające

Piłaś zawsze esencję z herbaty, inni rozwadniali

stąd pewnie twój herbaciany odcień

Twoją cerę pokryły piegi i niedoskonałości skóry

wrażliwej z tendencją do wysuszania się

Z długimi nogami na ręczniku plażowym leżysz

kremem posmarowana UV 100, byś się nie spaliła

jesteś tak cholernie wrażliwa na wszystko

Czarne okulary chronią twój skacowany wzrok

Jednoczęściowy kostium zawodowej pływaczki

Siedzisz tak, paląc papierosa, wpatrując się w morze

Jego łagodna rytmika odpowiada echem w tobie

Cóżżeś zrobiła, o moja piękna przyjaciółko

że znalazłaś się tutaj, na tym dziwnym brzegu?

Czy nosiłaś etiopskie dzieci na uszach

a może byłaś artystką społecznie zaangażowaną

wzruszałaś się na samą myśl o mniejszościach?

Może dostałaś pokojową nagrodę Dżingis-chana

Zapach od morza morski swąd oddaje, czy wiesz

masz piękne ramiona i spokojny oddech w sobie

Czy mogę położyć się przy tobie na ręczniku?

Przyglądając się wnikliwie, skorzystać z tej okazji

kiedy jesteś taka plażująca i obojętna wobec mnie

Nie proponuję ci romansu w stylu country rose

po prostu położę się obok ciebie, spojrzysz na mnie

swoim szarym spojrzeniem z rudym owłosieniem

Więc zlituj się, o zlituj

Bądź miłosierna, zdejmij te okulary

No pokaż mi się wreszcie

Pieśń jedenasta. 29 minut i 3 sekundy

Pięknie piejesz, o nieznajomy, budzisz mnie

Pięknie piejesz, o nieznajoma, budzisz mnie

Prosząc mnie o głośną odpowiedź na ciebie

Tajemnicze reguły zawołały mnie tutaj

niepotrzebne jest mi ich zrozumienie

Jestem kobietą ze złamanym stawem biodrowym

Moje dawne gesty zakończyły się wreszcie

Oceniam je jako niedostateczne formy baletowe

wywijanie nogami i rękami według ustalonych reguł

Moje całe życie to był wielki wyścig pokoju

Ja utalentowany, lecz niedoświadczony kierowca

w środku sezonu zaczynam spadać w rankingach

nie potrafię sprostać wysokim oczekiwaniom

jakie narzuca mi ambitna publiczność teatralna

Zamiast jechać prosto, z dużym impetem prosto

skręciłam na dziwne drogi, łykając żwir z pobocza

znalazłam sobie mój osobisty pościg

za tym, który kochał mnie grzecznościowo

przez 29 minut i 3 sekundy

potem już nie, potem już tylko płacz

Byłam doskonałą aktorką teatralną, słodka żmijka

tak mnie przezywali moi drobni przyjaciele

przyjemne włazidupki liżące mi opuszki palców

Moje role były wymagające poświęceń

„Nigdy nie będę twoja w polu rzodkiewek”

Wyżej oczy, wyżej nad publiczność, nad

Melodramatycznie do granic obrzydliwości

zakochałam się w stażyście, grał drzewo w tle

Nikt go wtedy nie zauważył, tylko ja niestety

Skrywał się nagi za gałęziami, wstydząc się

Nagi, schowany przed karcącym wzrokiem

wciągnął mnie do swojej czarnej dziupli

na 29 minut i 3 sekundy

potem uciekł wraz z całym sztucznym listowiem

Obciął mi ręce, nogi, głowę, włosy, rzęsy

za pomocą chińskiego zestawu do obcinania

wydłubał ze mnie wnętrzności, porcja rosołowa

Pozostawił mnie kadłubem, bez właściwości

wypieprzonym na jakieś nieprzyjemne warunki

atmosferyczne, wtedy było zimno i mokro

Jeździłam cadillakiem, pijąc drogi koniak

z gwinta, sapiąc z przyjemności i bekając

Oto pocałunki mącące moją marność

Słodkie pocałunki prosto w usta, z gwinta

Załamana nerwowo aktorka biega w nocy

Nie chciałam nikogo innego już więcej

Byłam bogata, ale to nie było nic warte

Zostawił mnie z jego dociskami palców

łatwy do rozpoznania sprawca zamieszania

Jego intensywny zapach ciągle miałam na sobie

Jeździłam płynnie przez rozświetlone bulwary

nawet rozbijając swój wóz w kolorze ecru

miałam w ustach jego znakomity smak

Wypadek spowodował moje kulawe inwalidztwo

Miałam wiele okazji na przyjemne chwile

z pachnącymi jeszcze produkcją, jeszcze fabryką

ale stałam się umarła dla pustych odwłoków

Stałam się jednoosobową zakonnicą

odepchniętą, z wbitym kawałkiem karoserii

w kolorze kremowym w piękne biodro

Wycięty z tyłu mój czarny habit z wyleniałą etolą

którą miałam na sobie w tamten wieczór

Złożyłam śluby czystości dla tego, który odszedł

w sumie chrzanił moją kondycję psychiczną

Oto rzucam miliony nie pereł, ale diamentów

przed niegodnego

Niech kopie on te kamienie poświęcone

Niech jego but zgniecie ich mineralne struktury

Niech wreszcie poślizgnie się na nich

I niech stłucze sobie boleśnie staw biodrowy

Pieśń dwunasta. Biodro, które się zrosło

Nie miałam w sobie cynizmu ani złości w trzewiach

nie nosiłam w portmonetce drobnych, przekleństw

Byłam przyjemna dla środowiska naturalnego

Moje osobiste spaliny chronione były katalizatorem

Zestarzałam się w spokoju, narzekając na ślad

w krągłym biodrze, choć już nikt nie pamiętał

Świetność mojego brązowego biodra minęła z czasem

Pokochałam swoją cichą samotność z esencją herbaty

Miałam coraz bardziej niewygodnie spętlone buty

wbijały mi się w moje poskręcane stopy zapomnianej

Coraz bardziej gniotły mi się jedwabne rajstopy

na zmarszczonych kolanach ciągle wyczekujących

Codziennie na targu kupowałam świeże warzywa

Gotowałam, patrząc, jak zanurzają się w gorącej wodzie

to jedyny grzech, który wspominam z niepewnością

Słoneczna staruszka ze zdziwieniem odkrywa siwiznę

Często w sklepach, dla żartu, grałam zapomniane role

ku uciesze publiczności, by się cieszyli jeszcze raz

Umierałam spokojnie wraz z kolejnymi kwitkami

odcinki emerytury i badań na obecność nowotworu

Na ostatnie pół roku bólu zostałam położona

w Umieralni, gdzie zaprzyjaźniłam się z paprotką

z wolontariuszką, którą namówiłam na studia

Kiedy zmieniała mi pieluchę, podawała mi mleko

dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, 6 miesięcy życia

Cicho zasnęłam którejś gwiaździstej nocy teatralnej

oddychając spokojnie i nie oddychając już spokojnie

Słodka ciemność przygarnęła mnie ręką, wyciągniętą

tylko do mnie, zgarniającą mnie jak drobniaki

Teraz tu, na plaży, moje nieciało spoczywa w pokoju

na ręczniku w kolorze ecrú wieczny odpoczynek

Niedługo przyjdzie przypływ, czuję to w biodrze

Jest bardzo wrażliwe na zmiany atmosferyczne

Zabierze mnie do siebie na zawsze, spełni mnie

tam gdzie będę tą, której biodro nareszcie się zrosło

Moja meta nie była więc w ramionach drzewa

Moja meta to ramiona tego brzegu, kochana czarna toń

Nic potrzebuję, to miłość od pierwszego wejrzenia

Wiem, znam doskonale jej słodki smak

Pieśń trzynasta. Pocałunek na dobranoc

Blu śpiewa

Moje współodczuwanie stało się teraz wyraźne

Poczułem dokładny jej ślad na moim biodrze

bolesną karoserię w sobie, którą ona nosiła

przez lata jak drogocenną biżuterię, pamiątkę

Leżeliśmy chwilę na jej pachnącym ręczniku

Wielki Jod napełniał nasze resztki płuc

wypełnieniem tam, gdzie zawsze brakowało

czyniąc z każdej naszej odpowiedzi pieśni

o zapomnianych melodiach i hultajskim rytmie

Brokat lepił się zabawnie do naszych lekkich dłoni

Pocałowaliśmy się w usta na dobranoc

w koszulach nocnych dopasowanych do braku ciała

wymierzonych przez szepczące dziwadła

Oto stroje wieczorowe, strojne tylko na jeden wieczór

na jeden cichy zmierzch, schowany przed wszystkimi

kiedy jest tak sympatycznie chłodno, dyskretnie

Moja przyjaciółka spokojnie odwróciła się do morza

Nie potrzebowała mojej czułości ani głaskania

Nie potrzebowała już mojej śpiewnej obecności

Z dala punkt B migotał już do mnie cekinem

Był to dla mnie sygnał dźwiękowo-świetlny

powinienem już iść do kolejnego morskiego żyjątka

Moje kroki znów stały się taneczne

Mój wzrok ciekawie rysował kontury nieznanego

Pieśń czternasta. Pieśń przejściowa

Tanecznym krokiem

Przechodzenia, dochodzenia do ciebie

Prawie mam ciebie, prawie się zbliżam

Poczekalnie na przejście w ścisku do uścisku

Korytarzem długim wędruję i wrzeszczę

Rytmiczne uderzenia z boków rozpraszają

Po pęknięciach betonu skaczę

byle nie na gładką płaszczyznę szlaków

by nie iść wygodnie, skuchy obowiązkowe

Wymagam znalezienia słodkich błędów

tylko ich śladami wędruję zdyscyplinowany

tany, tany, jestem kawałkiem rozpryśniętym

wywijam rękami w powietrzu

skacząc nad przepaściami płyt chodnikowych

W powietrzu łapię braki słów niczym alpinista

przyciągam swój ciężar ciała do nich

już mogą utrzymać mój ciężar

Zawsze mi ich brakowało jakoś

bo to jest pieśń przejściowa

bo zazwyczaj tak bywa

bo nie jest to pieśń pomiędzy

lecz to taki nieśmiały rodzaj układu rodnego

prawie że ginekologiczny opis

przechodzenia z bezcelu do bezcelu

Pieśń piętnasta. Dziewica z czerwonymi uszami na plaży

Na piachu, w piachu pogrzebany

Ma oczy zwrócone na mnie, woła cicho

Oczekuje mnie z niecierpliwością

chce zaśpiewać mi mleczarską pieśń

Jego zapach unosi się z daleka

Ciemne, kręcone włosy i wysokie ciało

długie ramiona, czerwone uszy słonia

pierwotnie wyzbyte żądzy, a to ciekawe

Jedwab jego skóry najdelikatniejszy

tkany przez nieświadomych przodków

Panie i panowie, proszę nie piszczeć

Leżał całkiem nagi i spokojny zarazem

Wiatr święty delikatnie palcami czesał

jego ukryte kołtuny, ukryte skrzętnie

czerpał z tego ukrytą przyjemność

Jego istnienie zwiastowało kwaśność

Jasna, wytworna obecność na brzegu

Na jego widok pragnąłem go już mieć

jakbym się z nim rozstał na chwilę kiedyś

powracając do siebie z większą tęsknotą

Twoje ręce nie pachną ciałami innych

Manikiur pozwala ci zachować czystość myśli

Pachnąca pokusa pozostawiona na parapecie

zwabia wygłodniałych daleką podróżą

Nieotwarty dłużej zachowuje swój smak

Wytrwale skrywany przed smażalnią ryb

zwinięty w papierek-cukierek słodki

O Boże, o Boże, jaki on bywa piękny

Pieśń szesnasta. Dziewica o czerwonych uszach śpiewa

Tak, jestem nią, czystą, wyborową jednostką

Nikt mnie nie dotknął, ja sam nie dotykałem

choć może raz albo dwa razy z tęsknoty

Jestem ofiarą całopalną, spaloną doszczętnie

Tylko czerwone, zawstydzone uszy pozostały

po mnie jako jedyna odznaka, medal za odwagę

Śpiewam teraz postpunkowe pieśni jodłowane

byś, piękny włóczęgo, pozostał chwilę przy mnie

Od liceum nosiłem buty, które gniotły miękkości

Byłem jak trup spalony dla wszystkich

Nikt nie zna tego smaku dziwnego

rwą się w swojej wilgotności i gotowości

do spełniania się w tym lub innym na chwilę

Ja, syn mleczarza, rozwoziłem ser żółty i biały

z czerwoną obwódką po północnych wsiach

a stare kobiety uśmiechały się do mnie cicho

nie miały reszty, one były resztkami

Dla wszystkich byłem raczej sfumato

Moje krawędzie były miękkie i maślane

nikt nie mógł mnie uchwycić za ostry kontur

Tylko czerwone uszy do tarmoszenia pozostały

czerwone i drażniące w mlecznym pejzażu

sygnalizowały mnie z daleka, w nabiałowej mgle

Z pewną łatwością akceptowałem mój brak siebie

brak szorstkiego zarostu z powodu jego lub jej

W czarnym podkoszulku rozwoziłem serki

homogenizowane, do smarowania się na plaży

Ani kobieta, ani mężczyzna

ani chodzący na rękach czy tańczący na zębie

nie oderwał mnie od wąchania krajobrazu

o 4 rano, gdy już ciężarówka czekała na mnie

na moje czerwone uszy z małą zawartością tłuszczu

Dla wielu mogłem być nosicielem płodnych wirusów

lecz nie byłem ani dodatni, ani ujemny

Zbliżałem się do nich, lecz nigdy nie dotknąłem

mógłbym przez to coś stracić z mleczności

Przejeżdżałem poprzez ich zbiorowiska rano

Mogłem być dupą światowców, co za frajda

w zapasach błotnych zdobyłbym główne wyróżnienie

za każdorazowe drżenie przed stosunkiem ze strachu

Niepotrzebne mi były kwieciste badania ginekologiczne

Nie oceniałem ich, tylko z daleka spoglądałem

pozostawiając po sobie ślad czerwonych uszu

Cóż by mi przyszło, gdybym ich wszystkich posiadł

doznał okrzyków rozkoszy, zdziwienia sobą nagle?

Nikogo nie obsługuję, więc nie mam nikogo

Chciałem być takim wielkim kolektywem

dla tych, których nie wybrałem z powodu uszu

czerwieniących się ze wstydu bliskości

Popuszczanie fizjologii, popuszczanie słów

Więc dzięki temu mogę wyśpiewać tę pieśń

wyznaczoną przez wieki tylko dla mnie

Moja negatywna melodia przy morzu

Pieśń siedemnasta. Uszy stają się mleczne

W dniu swojej śmierci miałem dziewiętnaście lat

dwie plomby w zębach, jeden ubytek

Nastrojowy zachód słońca w mojej głowie

Była zima i wcześniej zachodziło słońce

Była zima, więc szybciej zachodziłem i ja

Wybuch gwiazdy, katastrofa astronomiczna

wylew w mózgu, wylew na ten brzeg tutaj

Zadano mi tylko jedno pytanie w przejściu

uśmiechnąłem się, znając odpowiedź

Anarchistyczne echo we mnie się odezwało

śpiewne spojrzenia we mnie, na mnie

Poślubiony z czarną oblubienicą, ulubienicą

patrzę na jej cichy rytm, leżąc tutaj, słuchając

Oto idę mleczny i zależny już teraz od niej

tylko moje białe uszy jeszcze tu pozostały

nie są już czerwone, usłyszały nowe rzeczy

Noc poślubna tylko dla mnie, z morską tonią

Połóż się przy mnie towarzyszu, głowę oprzyj

Patrzmy na naszą nieznaną piękność schowaną

przed światem tutaj skrytą, niepodglądaną

Chowa się ona przed nami, kusząc nas

swoim egzotycznym spojrzeniem niewinnej

Nie musisz degustować, dzisiaj jest szwedzki stół

kosztuj mnie z ciała bez ciała, ile chcesz

można wywalić ten pachnący wilgocią ręcznik

do wiecznego podcierania krocza

Leżę więc bez ręcznika na lśniącym piasku

Kto zna takie trudne pieśni?

Kto zna ich smak, gdy melodia jest wymagająca

od piejącego odpowiedniego, niemożliwego głosu?

Pieśń osiemnasta. Korytarzem i potem prosto

Korytarzem w lewo, potem w prawo

Lewy kąt w prawy róg wystający patrz

Potem trochę schowam się za kaloryferem

Potem trochę przy niesuficie zawisnę

na półtorej godziny albo na 40 minut

Głowa włóczęgi porysuje ściany brudem

Rozwalę rękę o ogrodzenie, przechodząc

boleśnie, serdecznie będzie zdruzgotana

Potem skręcisz w przecznicę bez świateł

zauważysz do niczego nic podobnego

Młodzieńca pozostawiam w spokoju

idę do punktów D i G prosto krętą drogą

one razem machają do mnie z daleka

chusteczkami higienicznymi z zapachem

Chusteczkami wilgotnymi z lanoliną

Korytarzem musisz przejść, trochę w dół

w górę, potem szargaj się na boki

aż odrapiesz resztki ubrania i siebie

Szerokie i wąskie naprzemianległe wejścia

trącanie się o pradawne konstrukcje

W lewo, w prawo, w lewo, w prawo

W górę, dół, w górę, dół, w górę, dół

Niespodziewana musztra moich kroków

Nie bój się, że zabłądzisz kochanie

brak oznaczeń ci pomoże, na pewno

Pieśń dziewiętnasta. Blu śpiewa dla dwuosobowej publiczności

Moje drogie plażowiczki, pozwólcie, proszę

że będę was zabawiał niczym przybłęda

olśniony znienacka waszą urodą i szykiem

Pachnące świętymi olejkami do opalania

leżycie tu razem, grając w dziwne scrabble

za pomocą słów, lecz już z ich spełnieniami

Obejmujecie fantazje, reakcje nieświadome

idee niesprawdzalne za pomocą grabek

swymi ramionami, obejmuje się razem

Będę was teraz przedrzeźniał i przezywał

Wasz publiczny autyzm jest uroczy, zaprawdę

a dialog dopiero zaczęty zaprasza mnie

Czy mogę dołączyć się do waszej gry w słówka?

Upijemy się znaczeniami każdej litery

jak chłodnym winem na plaży razem z butelki

Jesteście niczym morskie potwory

o ciekawej dla ewolucjonisty fizjologii dziwadeł

Wasze filozoficzne śpiewy uśpiły niejednego

Sen zachłannego podróżnika, niby to odkrywcy

który ze zdziwieniem roztrzaskiwał się o skały

otwardy brzeg z krzaczkami logicznymi w tle

malowanymi pośpiesznie na potrzeby scenografii

a potem nie mógł wykonywać już żadnej pracy

on tak by chciał być tylko filozofem, tylko

Wy jesteście jego dyskretnymi kusicielkami

przez wasze pirackie pieśni pachnące tytoniem

i morzem

Pieśń dwudziesta. Kobiety śpiewają razem

pianissimo possibile et fortissimo possibile 3

Zaśpiewajmy razem pieśń dla włóczykija

najciszej jak potrafimy, najgłośniej jak można

Oznaczenia muzyczne w zapisie nutowym

pochodzą z języka trudnego do translacji

by prawidłowo wykonać utwór, musimy je znać

Nasze gęste słowa turlają się zdziwione ciężarem

od pierwszych brzmień, pierwotnych przedsłówek

Jesteśmy osobliwymi chórzystkami na czele

ubrane w białe kołnierze wszystkowiedzących

ambitne cele, zmęczone powieki przy nocnej lampce

Dotykając abstrakcyjnych pojęć palcami

musisz mieć co najmniej gumowe rękawiczki

Nasze ciała pozostawiałyśmy w kącie przy wieszaku

na niepotrzebne lumpeksowe palta, wywłaszczane

My raczej za życia wbijałyśmy się mocno zębami

w wysokie półki skalne niedostępne dla wielu

za pomocą jakiegoś w miarę ostrego narzędzia

Byłyśmy kiedyś strażą graniczną języka

szerokich kieszeni, w których tak wiele się mieści

ale i wiele gubi się gdzieś na chodniku, w przejściu

powodując nasz szczery płacz, ubolewanie

Ubrane niczym poetki w szarobure mundury

dla doskonałego kamuflażu na co dzień

wychodziłyśmy nocną porą na zwiady w las

osobiście przybliżając się do słupów granicznych

Siadałyśmy wtedy przy nich i paliłyśmy papierosy

Patrzyłyśmy na daleki horyzont, czytałyśmy książki

gotowe do postawienia kroków zagranicznych

Tutaj na plaży obfitość znaczeń nas onieśmiela

z cierpliwością filatelisty zbieramy teraz resztki

zagubionych, płochych, zaprzepaszczonych słów

Leśne tropicielki z błyszczykiem na ustach

dla niepoznaki, że sytuacja była zawsze poważna

Pieśń dwudziesta pierwsza. Blu śpiewa do Ciuciubabki

Z oczami dokładnie zawiązanymi szalem

nie widząc nic, znając pośrednio reguły

kiedy kręcisz się wokół, a potem łapiesz

łapiesz w mroku niepewności cienie

po rzeczach i ich namacalne kształty

To jest ta, która w czerni migotała bytem

z harcerskim rumieńcem na twarzy

z misjonarskim, dobrym zgryzem zębów

Śpiewała pieśni Przechodzącej w mroku

Niech zabrzmią dźwięki zbyt głośne na noc

Oootakich wielkich rzeczach mówić unitarnie

Grzebać słabymi dłońmi umykające znaczenia

Czy ktoś bawi się w metafizyczną ciuciubabkę?

To jest taka odmiana tej gry dla starszaków

wywija się łapami na lewo, prawo chwytając

uciekające sylwety, co drażnią cię, wołają

Niewielu zostało wielbicieli tej ślepej gry

czmychnęli przed wieczorem, bo było późno

w sumie szybko robiło się chłodno i niewygodnie

mama wołała już na ciepły posiłek z daleka

więc nie warto było nawet zaczynać zabawy

Wszyscy zaczynają śnić swoje prywatne sny

Nikt nie chce wędrować nocnymi szlakami

Nikt nocą nie wędruje po tych pustych ulicach

Tu jest ciemno i niebezpiecznie i kostka brukowa

nie gładka

A ty sama śpiewasz pieśni ciuciubabki idącej prosto

przechodząc w mroku, śpiewając o nim słowa

można dostać po żebrach od przymglonych bytów

Znałaś ukryte gramatyki i ortografie nocy

niewielu takich zostało, co jeszcze pamiętają

Słodkie ich głosy z chorymi gardłami

z ciągle zainfekowanymi gardłami od wycia

śpiewają podniesione pieśni zaciemnione

O kusicielko metafizyki negatywistycznej

Wódź, wódź mnie na pokuszenie ramieniem

To jest ta, której nie było, a tym bardziej jest

Czy mogę znów obrócić ciebie wokół

byś jeszcze raz szukała, z niepewną miną?

Pieśń dwudziesta druga. Pieśń Ciuciubabki

Zaczynam dla ciebie pieśń ciuciubabki

przypominają mi się dawne reguły

Był chłód wychodzenia z domu

Był chłód zakładania płaszcza

gdy wszyscy śpią już w śpiochach

we flanelowych koszulach i pościeli

Nocą czarne ulice są niebezpieczne

Szłam najmroczniejszymi zaułkami

uparcie pod nocnymi latarniami

Czytałam książki z zakresu metafizyki

takie pieśni śpiewali dawni brodacze

śliniąc się nieprawdopodobnie przy tym

Ale dziewczyna ze zmarszczonym czołem

w naszej epoce elektryczności psuje wzrok

od latarni na dawno zapomnianych ulicach

zamiast zająć się doskonaleniem gotowania

nóżek kurczaków w sosie z kiwi i ciasteczek

To ja swoje oblicze wpisałam w nieznane

w to, czego nie ma, a tym bardziej jest, bo tęskni

Nosiłam w reklamówkach ze sklepu nocnego

resztki wieczornych oddechów, modlitw

z opaską na oczach szczelnie zawiązaną

Czasami, gdy nikt nie widział, podglądałam

by nie zderzyć się z innymi ciuciubabkami

W czarnej smudze chłodnej godziny podglądanie

Ludzie boją się bardzo ryb głębinowych

nieznanych z nazw, one zakopane są w mule

Niechętnie się demaskują, podając swoje imiona

odmieniając łacińskie ozdobne sentencje

Moim łuczywem była końcówka papierosa

która sygnalizowała światełkiem odblaskowym

moje ciągłe czuwanie do jutrzni, bez powodu

bez praktycznego argumentowania funkcji

tych godzin zgubionych, zaprzepaszczonych

Gdyby to jeszcze miało jakieś zastosowanie

w celu zbawienia np. insektów syberyjskich

Odkryć, że oddech w parę się zamienia w mroku

tylko po to, by było to zbędne i niepotrzebne

by te ślady rozpłynęły się w niebywaniu

Jestem kobietą Nic, zupą Nic z mąki, z wody

Cieniem, który nosi w sobie resztki dawnego rysu

rysu czarnej księżniczki Kunegundy

która całe życie przemieszkała samorodnie

Drugie piętro w moskiewskim akademiku

ze wspólną toaletą dla niedostatecznych

Całe moje życie jak zakładka do książek

Przytulać się do szorstkiej logiki, prosić o czułość

Taka randka w ciemno z niezwykłościami

w moich zmęczonych, podrażnionych oczach

od łapania ostrości w ulicznym mroku

z opaską na oczach, ślepa jak niemowlę

Wszystkie pojęcia chowają się przed światłem

lekko się wycofują, bojąc się zwartej formy

Ćmy i nocne owady roztrzaskują swoje czoła

małe główki zderzone z wielką jasnością

która jest też największym zaćmieniem

największą ciemnością, ona ściga wszystkich

Szłam przez noc, zapalając papierosa od papierosa

wspominając swoich filozoficznych poprzedników

wplatając w wieczorne pieśni resztki ich wersów

przekazane przez tradycje słowa przekazywanego

jak od papierosa do papierosa, moje ciemne roraty

gdy noc nie ustępuje dniu, gdy się potykasz boleśnie

Czarne, płaskie pantofle nigdy nie rozgniotły

ślepych, delikatnych stworzeń w nieczytelności nocy

stworzenia nieświadome mojego przemarszu wypełzały

Patrzyłam wtedy na ich piękną ulotność i naprawiałam

im złamane nóżki, bandażując otwarte złamania żeber

Oto pieśń ciuciubabki, która przechadzała się

na nieznanych przez taksówkarzy z nazwy ulicach

Ręce badają byty o zmęczonej porze

jakże słodka noc, w której tak można pięknie błądzić

Pieśń dwudziesta trzecia. Ciuciubabka zdejmuje apaszkę z głowy

W godzinie śmierci mojej amen, w tym dniu

W godzinie drugiej przed zimnym świtaniem

gdy przechodziłam zmęczona nocą przez ulicę

w ciemności nie zauważyło mnie jadące auto

Nie paliła się latarnia elektryczna na tej ulicy

Pijany jeszcze jakimś spotkaniem młody pan

strzaskał się tam z moim cienistym ciałem

pozostawiając je nieśmiało pogruchotane

neon reklamowy Endless, w witrynie sklepu

Odchodzenie trwało w samotności parę minut

więc zdążyłam jeszcze ze spokojem spojrzeć

w życie z przekrzywionym uśmiechem spokoju

Przebite plecy i brzuch wszystko przepełniało się

płynami hamulcowymi, olejami, keczupem

modnym i wykorzystywanym w filmach grozy

niskobudżetowych, prześlicznie amatorskich

z pełnym zaangażowaniem w moje umieranie

Usłyszałam tylko śpiewne pozdrowienie

Miałam doświadczenie jako ciuciubabka 24 h

Znałam ten miły chłód, ciepło powitania

żegnania się o poranku, gdy na dzień idziesz spać

Krzyknęłam sobą, by być dobrze zrozumiana

Czułe spojrzenie przeniosło mnie tutaj na brzeg

tu jest moja noc, mój poranek, moja godzina

tu jest zakończenie mojej gry, gdy jaśnieją oblicza

wszystkiego, co miało jedynie śliski dotyk w sobie

W powietrzu dopełnia każde moje słabe słowo

usprawiedliwia braki, w ramach pracy domowej

którą ciągle sam sobie zadaje, odczuwając pełniej

zna doskonale te koronkowe rebusy w pionie

w poziomie rozwiązywane dla osiągnięcia błędu

Cieszy go uzupełnianie wszystkich pustaków we mnie

Cieszy się, że się tak bardzo starałam wpisywać

we właściwe pola dobre pojęcia, nocną porą

na kolanie powtórzone magicznie brzmiące zasady

W świetle staroświeckiej latarni kontemplowałam go

często z nieświadomością mojej krzyżówki z nim

Pieśń dwudziesta czwarta. Pieśń metafizyczna

to nie będzie pieśń miłosna, lecz pieśń

która nie powinna być wyśpiewana

bo nie ma takich głosów

bo nie ma już takiej ciszy

podpiwniczone okna z wilgotną głębią

schowane przed szeroką publicznością

zdradzają jej wytworne szaleństwo ukrycia

moje argumenty czystej negacji

niebyt jest bardziej rumiany niż byt

to, co się nie stało

moje zdrady ciche

moje wycofywanie się

nie w szereg, ale za szereg

moja bierność wobec układu planet

i promieniowania ultrafioletowego

unitarnie zebrać wielkie przestrzenie

tak większość ucieka między, całe masy

pominąć mnóstwo, nie dotykając niebytu

jeszcze ta niemożliwość zrealizowania

dość przekonującej prezentacji, slajdów

grafów, szlaczków, obrazków humorystycznych

na ten nietemat

dlatego też wszyscy się na pewno znudzą

nie ukoronują cię, o wrajterko, o fajterko

nie musisz popisywać się i podpisywać

nie musisz łasić się do odpowiednich osób

atrakcyjna wobec czerni rozpraszającej

wyblurowana rozkoszą i egzotycznym pączem

tańczę sama, nieoczekująca kogokolwiek

nie będzie owacji na stojąco ani laurów

nikt ci ich nie przyklei na ślinę do skroni

dawno zwietrzał ich zapach na szczęście

połamane liście laurowe wsypywane do zup

nieestetycznie jest wkładać głowę do spływu

obserwując, gdzie to wszystko ucieka

co z tym dalej

wsadź tam łeb głęboko

każdy taki ściek trafia w końcu do Morza

to jest moja nieekologiczna pociecha

Pieśń dwudziesta piąta. Blu przesiada się do drugiej kobiety na ręczniku

Leżę sobie na kocu podziurawionym przez wszystko

Pijemy razem doskonałe wino, podziwiając morze

Przytulam was, a wy całujecie mi uszy słuchającego

Moje nieciało leżało na jednej stronie wygodnie

Ciemna łuna twojego mroku mocno mnie spala

lecz teraz przewrócę się na drugi bok, kochanie

opalając się od twojej przyjaciółki, mogę teraz

dzielić się z wami, a wy ze mną sobą, bez urazy

Wszyscy do wszystkich, więc możemy tu razem być

Leżymy tu razem na końcu świata, wszystko topi się

Siedzimy tu cierpliwie, oczekując rozwiązania nas

zaplątanych z czasem przedłużaczy elektrycznych

Czuwać, aż nadejdzie upragniona fala, zabierając nas

w odmęty odczuwania w niezwykłej głośności

Tu są nasze końcowe napisy, tytuły na koniec filmu

Scenariusz i reżyseria, możemy podziwiać producenta

Leżę sobie na kocu podziurawionym przez wszystko

razem z pięknymi kobietami na plaży, przytulając się

do braku ich ciał, których kształt określa tylko melodia

Pieśń dwudziesta szósta. Blu śpiewa do kobiety z miłosiernym spojrzeniem

Kobieto, z drzewa miłosiernego uczyniona, módl się za mną

Ty, co za życia szukałaś sprawiedliwości, módl się za mną

Ty, co biegłaś spóźniona na wykłady, módl się za mną

Denerwująca się, że dziecko nie śpi, a ty masz tyle książek

do przeczytania jeszcze tej nocy, módl się za mną

Samotna z dzieckiem na stypendium jadąca, módl się za mną

Zasmucona wydatkami za miesiąc luty, módl się za mną

Pochylająca się ze zmęczenia do przodu, módl się za mną

Pisząca parę wersji książki o wybaczeniu, módl się za mną

i tkliwie się przy tym uśmiechająca, módl się za mną

Stawiająca miłosierdzie nad sprawiedliwością, módl się za mną

O litości śpiewająca w zwartych esejach, módl się za mną

Zapomnienie w twojej puderniczce koryguje niedoskonałości

żeby nie nienawidzić, aby wzgardy w kieszeniach nie nosić

Twoja elokwentna ślina to mikstura na zapominanie o tym

że sprawiedliwość musi karać z Zaciśnięciem, módl się za mną

Bo ty zawsze tylko

Kyrie eleison

Kyrie eleison

Kyrie eleison

Pieśń dwudziesta siódma. Kobieta o miłosiernym spojrzeniu śpiewa

Miłosierne spojrzenie przez okulary dalekowidza

nie ćwiczyłam go przy lustrze codziennie rano

byłam dzięki niemu bardziej ślepa od ociemniałych

Z racji tego kalectwa musiałam walczyć z detalami

z wykonywaniem obowiązków domowych

Miałam dwoje dzieci, które teraz mają problemy

z wyborem zakładu pogrzebowego w mieście

jasne głowy, ciepłe twarze dobrze odżywione

Wychowałam je samotnie, mój mąż mnie pozostawił

w supermarkecie przy produktach mocno przecenionych

i odszedł, nie chciał znać ich pierwotnej, wysokiej ceny

Ten rabat był tylko dla niego, wyprzedaż całkowita ze mnie

Pracowałam na uniwersytetach, piejąc rano niczym kur

ze zmęczoną cerą, lecz z miłosiernym spojrzeniem

Chciałam powiedzieć im o przebaczaniu spokojnym

o zapominaniu, o słodkiej chorobie Alzheimera

Szukałam pojęć w bibliotekach dla ociemniałych

Szukałam, aby każdy mógł się nasycić uspokojeniem

i nie miał tych nieprzyjemnych wzdęć u niemowląt

z powodu nerwowego połykania powietrza i płaczu

Wada wzroku spowodowana łagodnym spojrzeniem

wzbudzała niezadowolenie wielu okulistów z praktyką

Czy ślepa kobieta może być sprawiedliwa?

Czy kobieta gotująca łagodne sosy może być sprawiedliwa?

Czy niechciana może być sprawiedliwa?

Przez przymknięte oczy nie widać bolesnych detali

tych ostrych odpryśnięć z kryształowych wazonów

one były kiedyś honorowymi nagrodami z okazji udziału

w jakiejś letniej wojnie połączonej z koszeniem

bardziej wystających ciał, dłoni i rozumów z tłumu

Te zmiecione resztki pod dywan z zagiętym rogiem

jak w pamiętniczku z twardą oprawą albumową

z dopiskiem na zgiętym rogu ku pamięci i ku przypominaniu

gdzie przeprowadzić tę niechcianą granicę wybaczenia

kredą narysować ją za pomocą drżącej ręki

Ja widzę tylko detale kulące się w miłosierną całość

Choć są rzeczy, które odrzucam od jej obłego kształtu

te drobiazgi bowiem w swej jaskrawości przeczą jej

Miażdżycowe zapomnienie siebie w funkcjach

Wzrok oparł się więc miękko na niedowidzeniu

gdzie wszystko zaczyna być całością, niepomijającą

Delikatne macanie pod spódnicami świata

Uchylając je

Pieśń dwudziesta ósma. Wada wzroku się powiększa

Wada wzroku się nareszcie powiększyła

Jestem teraz bardzo niewidoma, a tym więcej widzę

Niepotrzebne są mi więc grube okulary do czytania

soczewki, lupy zegarmistrzowskie wszczepiane

Problemy z sercem miłosiernym pod bluzką

z sercem, od którego odchodziły złote promienie

łuny kolorowe sugerujące mój wewnętrzny blask

Już dawno było widać ciche nieprawidłowości

Czy to jeden z tych złotych, ostrych promyków

przez przypadek wbił się w drugą stronę tak

że malowane kropelki krwi sączyły się skrycie

pod koronkową bluzką kości i ścięgien kolorowych

Podczas rozmowy z dziećmi przy kawie zbożowej

serce malowane przetarty dźwięk wydało

Jęknęłam, a pauza wcisnęła się w żelazną rytmikę

słaby wzrok osłabł jeszcze bardziej w tej chwili

wśród krzyków zdumienia dzieci odchodziłam

ich płacz i zdezorientowanie sytuacją łaskotały jeszcze

Promyki pozłacane mojego słabego serca błyszczały

ściągane za pomocą Magnesu z plusem i minusem

Podniosłam swoje oczy z miłosierną wadą wzroku

a wtedy zostałam porwana z wielkim zdecydowaniem

na tutejszą plażę, łagodnością swego klimatu ujmującą

Teraz leżę na ręczniku o nieostrych krawędziach

w błyszczącym brokacie siedzimy tu razem, odpoczywając

razem gramy w scrabble, czekając, aż litery roztopi fala

która mieni się niezwykłymi barwami z daleka

wszystkie odcienie miłosierdzia w nieskończonej ilości

Tu słowa nareszcie wypełniają się potencjalnościami

ich krawędzie ciągle są przebrzmiałe z nadmiaru znaczeń

na ten nasz brzeg leżących spokojnie i zapiaszczonych

Tutaj jest sens w słodkim bezsensie gry popołudniowej

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Blu przechodzi do punktu F

pieśń antyarchitektoniczna

Na czarnej plaży nie ma już żadnych budowli

ani z piasku, ani z kamienia na brzegu

Nic już nie musi być konstruowane, opierane

Nie ma żadnych oparć ani sił ciążenia

Nic nie musisz już wykreślać na kalce

Nie potrzebujesz różnicować grubości linii

widzialnych i cieńszych, prawie niewidzialnych

albo nieistniejących przerywaną linią

Nie znajdziesz tu żadnych drogich przyborników

No spróbuj zrobić makietę mojego niekroczenia

No spróbuj zrobić makietę mojego odchodzenia

Przygotuj planszę, gdzie narysujesz moją niedrogę

Niech będzie perfekcyjnie wykonana na tekturze

Niech nic już nie będzie na pachnącym papierze

Jeśli pozostanie pusta, będzie zaprawdę pełna

Ulep to swoimi higienicznymi łapami, z piachu i błota

bez projektu, bez niczego, na golasa, z brudzeniem się

Taka niezwykła jest droga od punktu C i D do F

Powinna być zrealizowana w ramach konkursu

pająków zaangażowanych z okolicy do happeningu

one robią to ze śliny i włókien, gdy nikt nie widzi

To linie słów niewypowiedzianych, rozpiętych

pomiędzy w miarę stałymi, czarnymi gałęziami

Po takim moście przejdę, nie raniąc się, do ciebie

mój kolejny ochotniku, mój dawco opowieści

Skopane resztki kształtów przesuwa dalej wiatr

Foremka po moim kształcie pozostawia ślad

powielony wielokrotnie w celu osiągnięcia rytmu

Pieśń trzydziesta. Blu spotyka człowieka o trzydziestu dłoniach

Czy jeszcze możliwy jest taki stwór niezwykły

który ma trzydzieści dłoni na co dzień?

Zgadnijmy więc, kto to, wyglądający jak Rozgałęzione

trzydzieści dłoni i naturalne spojrzenie

To jest taki stwór, okaz morza przetrzymywany tutaj

niczym ryba w akwarium, można mu się przyjrzeć

przed jego powrotem do morza, pooglądać trochę

Niezwykłe ubarwienie skóry i mnogość zakończeń

Ma tyle dłoni głaszczących, karmiących potomstwo

czuły ojciec, bez zacięć maszynką przy goleniu

z jogurtami biegnie do kasy, by zdążyć do teatrzyku

na spektakl dwudziestego pierwszego dziecka

On nigdy nie zapomniał, choć to nieważna sztuka

syn gra ostatniego w tłumie, ale ma wypieki na twarzy

ma tremę i tylko sprawdza, czy ojciec wieloręki jest

Usłyszał, że dwudziesta druga córka płacze

za marynarzem, siedział z nią w nocy, słuchając jej

Karmił swą owłosioną piersią najmniejsze bliźnięta

na przemian z ich natychmiastowym przewijaniem

Je wszystkie głaszcze po wygłaskanych już głowach

przynosi z pracy paczki okolicznościowe dla nich

Dzieląc zawsze sprawiedliwie, za pomocą dłoni

za pomocą żylastych trzydziestu dłoni

Wielkie, kolorowe szczęśliwe wstęgi wokół niego

Wszystkie dzieci doskonale znają każdą z tych rąk

ich linie papilarne i prawie niezauważalne detale

robią sobie konkursy, teraz ty znajdź różnice

między dwudziestą pierwszą a dwunastą ręką ojca

Czy można tak licznie, tak sprawiedliwie kochać

wszystko jednocześnie i dostrzegać każdy smutek?

Wyławiać z ich spojrzeń, łagodzić każdy ból

nigdy nie załamując ze zmęczenia licznych ramion

Pieśń trzydziesta pierwsza. Człowiek z trzydziestą pierwszą dłonią śpiewa periplus4

Będę śpiewał periplus dla ciebie, pieśń dziwnej mapy

dlatego, że zawsze trzymałem się widocznego brzegu

Nie odważyłem się wpływać na otwarte przestrzenie

zawsze obserwowałem brzeg dla bezpieczeństwa

lękliwe nawigując według znanych mi punktów

Zbudowałem wiele portów wokół mojego wybrzeża

cały czas pływałem kraulem pomiędzy miastami

Z czasem łatwiej mi było przemierzać te odcinki

przybywało mi coraz więcej ramion do żeglugi

W każdym z tych portów moje rybie potomstwo

Kochałem je tak mocno, tak chciałem im pomagać

że ciało samoistnie wypuszczało nowe ramiona

Stałem się więc drzewem z wieloma zakończeniami

Moja królowa-matka-pszczoła pisała pieśni dla dzieci

ja wypływałem, spotykając każde z moich Licznych

Oczekiwano mnie z radością i niecierpliwością

Znałem każdy ich grymas, każde załamanie głosu

każdą pliskę skóry i sposoby wielu zachowań

Analizując swoje błędy wychowawcze przy herbacie

opowiadałem im zamorskie opowieści wieczorami

Do mojego łóżka przed nocą schodził się tłum

Chcą tylko przy mnie być czuć mój morski zapach

od ciągłego pływania kraulem za pomocą tylu ramion

Z daleka co dzień wszystkie widziały moją banderę

wtulały się w moją zniszczoną solą i słońcem koszulę

tropiły każdy jej wątek, lepiej mnie zapamiętując

Kładłem je spać, przytulałem do siebie, słuchając ich

rytmicznych oddechów wpływających już w noc

by jutro z piskiem radości przywitać kolejny dzień

na pływalni

Pieśń trzydziesta druga. Trzydzieści dwie dłonie do potęgi n

Naturalną konsekwencją licznego rozgałęzienia

był nowotwór mojego zdeformowanego ciała

Rozrastał się on wraz z moimi kończynami

pod skórą zamieszkał i był nielegalny

Piszczałem wewnętrznie z przeciągłego bólu

ciągle zatykając sobie licznymi rękami usta

Twarz wysuszała się z niepokoju

a w dłoniach pierwszy raz poczułem drżenie

Wielkie dziedzictwo moje pozostanie same

dorosłe dzieci będą karmić młodsze filetami

Otwarte buźki ze zdziwienia, że odchodzę

Zapamiętałem ich pożegnanie z refrenem

każde z nich było długą, samodzielną zwrotką

rytmiczne zderzanie się

codziennie z ich kamienistymi brzegami

Kolejna dawka morfiny na uśmierzenie bólu

serce stęknęło w skurczu podwodnym

znużone zmęczeniem tego opierania się jeszcze

Wszystkie moje dłonie cicho opadły na pościel

spokojnie na dno morza opadałem, czując chłód

Zostałem złowiony słowami Obcokrajowca

liczne ramiona wplątały się na szczęście

w najpiękniejszą z sieci utkanej z pytań do mnie

Zostałem wyrzucony tutaj na czarną plażę

Teraz gałęzie z każdą pieśnią mnożą się

coraz liczniej, coraz liczniej zajmują miejsca

obrastają mnie jak porosty niezwykle płodne

Jest to znak braterstwa z tym, co ma najwięcej

ramion, a każde możliwe zakończenie je zna

Nasycę się więc nieskończonością na brzegach

choć zawsze śpiewałem periplusy5 blisko lądu

W tej mnogości zachowam ostrość wszystkiego

każdego detalu obrzędowego przy nawigowaniu

na nieznane lądy

Pieśń trzydziesta trzecia. Do następnego przejścia

Prześlizgnę się na brokacie piasku przeciągle

za pomocą jednego, mocno rozkraczonego

gestu tanecznego z akompaniamentem słów

dotrzeć do następnego chętnego z publiczności

wybranego, oderwanego od czynności ciała

Na palcu średnim mojej lewej stopy tańczyłem

Dawne wykonanie pozy łyżwiarki chińskiej

która wygnie się tak mocno, boleśnie dla was

chce być taka piękna i najwyżej oceniona

przez komisję, która nie lubi Chińczyków

Dawne konkursy odbijają się we wspomnieniu

lecz teraz mój najdrobniejszy ruch powieki

jest doceniony u napełnionych wszystkim

Mój taniec jest więc wolny od choreografii

Chybotliwe echo naśmiewa się ze wzorników

Płynę teraz na tafli wszystkiego najlepszego

Jestem wśród finalistów mistrzostw świata

Paraolimpiady dla nie do końca sprawnych

gdzie wszyscy dostaną swoje złote medale

za niedokładne wykonanie figur na lodzie

Pieśń trzydziesta czwarta. Blu spotyka czarną Bambolę6

Czy przy tobie jeszcze można coś skomleć?

Ty jesteś taką bambolą, z różnymi funkcjami

możesz mówić mama, możesz nawet sikać

Słodki wyraz twarzy, nadzwyczaj słodki

Gdybym był gwiazdą muzyki rozrywkowej

śpiewał co roku na festiwalu San Remo

gdzie podstarzali łysiejący, gdzie młode kicie

to bym wzruszał się infantylnie nad dolą lalki

made in Rwanda or Republic of China

Jak słodko można chrzanić i wzruszać się

Małe, czarne bambole z Afryki transportowane

Czyż moje wzruszenie nie jest śmieszne

jest kłamliwe, bo wymówione na głos?

Śpiewanie na głosy, teraz już tak potrafię

Czy tylko łzy wylewać do kwiatów ogrodowych

nad dolą światów trzecich i czwartych, i piątych

Popatrzmy na zdjęcia małych, głodnych ust

czarnych, małych gardeł ze strunami

na których grana jest bardzo dziwna melodia

Jakże straszliwe są te pęczki warzyw

te cenne darowizny, wypieprzone na boki

z nadmiaru, zbyt niskiej ceny rynkowej

Nie opłaca się ich przechowywać dłużej

w drewnianych skrzyniach płynących

Język jest bezużyteczny i pachnie tandetą

zakwiecone wersje opisujące czarną skórę

Ładne litery z motywami etnicznymi

informują, że jest to wersja second skin

Nawet jak się histerycznie bronisz chirurgią

staje mi wszystko w gardle i krztuszę się

i duszę, i wypluwam, i znów dławię się

ciemniejszą wersją kaszki manny na mleku

Chodź do mnie, moja mała dziewczynko

bawisz się teraz wiaderkiem na plaży

budując nieznane rzeźby minimalistyczne

Nie będę trzaskać twoim plastikowym ciałem

w kaloryfer, sprawdzając, czy jesteś odporna

jaki dźwięk dasz przy tym do akompaniamentu

Nie będę białym kolonizatorem gwałcącym czerń

Nie będę ci obgryzać paznokci nerwowo

ani też czesać twoich włosów w ciągłe dekoracje

Nie posadzę cię obok mnie, byś mi towarzyszyła

lecz ja przysiądę się do ciebie, ja będę twoją kukłą

dla ciebie choć przez chwilę, kukłą drugiego sortu

zakopaną tylko dla twojej zabawy w piachu

bym to Ja śmiesznie i litościwie wyglądał

Pieśń trzydziesta piąta. Bambola z funkcją śpiewania

Mam taką funkcję w sobie, mogę śpiewać

Funkcja niezwykle pożądana wśród was

kolekcjonerów pamiątek z dziwnych miejsc

Czarne wydłużone rzeźby z pseudohebanu

Udawanie materiałów, udawanie wzruszenia

z udawania ciebie i mnie, wiekuiste podróby

Jestem wieczną sierotą pozostawianą w przejściach

Czy ktoś mnie przygarnie ze względu na wygląd?

Mieszkałam w Kinoni, rodzice zginęli w walkach

Nikt nie znał ich z imienia, z nazwisk źle napisanych

Nikt mnie nie znał, leżałam jak porzucona zabawka

która pociesza wokół wszystkich swymi zdrobnieniami

bez tkanych białych kwiatków na bluzce

w ułożonych pęczkach, w pęczkach smażonych

bez żadnych wstążek na sukience, trzeba oszczędnie

Przy ulicy Pamiątkowej jest taki smutny plac zabaw

porozrzucane są tam deszczowe mioty dżdżownic

tak boleśnie czują wszystko w porach suchych

braki opiekunów do przytuleń, choć chwilowych

a ja żywiłam się zgniłymi bananami

więc nimi pachniałam doszczętnie

Mój głód był największy na świecie

Byłam głodna wszelkich bananowych eliksirów

radości i zapachów szczęścia, i najedzenia

Cała lepiłam się od słodkości porzucenia

od odwróconych spojrzeń w inne strony

dlatego przyczepiałam się do wielkich drzew

gdzie czułam się bezpieczna, gdzie duża mama

przyjaźnie częstowała mnie tłustym cieniem

zawsze nachylając się do mnie gościnnie

Pieśń trzydziesta szósta. Bambola traci swe funkcje

Czarna, cicha, bezkrwawa rewolucja

wyzwolenie z wiekuistego głodu

Dzień, gdy deszcz dźwięcznie bębnił

w suchą skórę ziemi, zmuszając ją do rytmu

Przewożono mnie ciężarówką z innymi dziećmi

do innego miejsca, do sierocińca w gęstych lasach

Wypadłam z ciężarówki, boleśnie upadłam

na zadżunglony dywan mchów i porostów

Nikt nie usłyszał mego słabego głosu w tle

Musiałbyś bardzo podgłośnić, by usłyszeć

Zaczęłam płakać, bo wiedziałam wszystko

że to będzie ostatnie porzucenie, byle gdzie

Deszcz płukał moje włosy, moją sukienkę

ja skuliłam się w kulkę i schowałam się

pod dużym, prawie opiekuńczym liściem

Leżałam jak szyszka, co nieoczekiwanie spadła

pachnąca z wolna zapachem ziemi i rozkładu

Wilgoć lasu była wielka, tajemnicza, zachłanna

Wiedziałam, że nikt już nie znajdzie mnie w dżungli

Byłam wielkim głodomorem, skurczonym z lęku

w zieleni najpiękniejszej, mruczałam wtedy

najsmutniejszą piosenkę świata

Nikt nie słyszał, to nareszcie mogłam śpiewać

w uśpieniu odchodziłam, w zapomnieniu

zapomnieniu wszystkiego przez wszystkich

Deszcz rozmył wielki liść, pod którym byłam

skryta byłam całe życie, skrywana po kątach

przez prawie osiem lat, dwa dni kamuflażu

mój sen rozpuścił się w wodzie i soli

Nastało to, poczułam w sobie wielkie znalezienie

ktoś czekał cały czas na ten moment znalezienia

już nie jako Bambolę, ale by kochać mnie bez skór

zaspokoić mój nieprzenikniony w czerni głód

Zostałam wtedy tak mocno wtulona w Wielkie Czucie

obdarowana wielkimi skarbami i słodyczami

Byłam odnaleziona po ukrytej we mnie informacji

do kogo należę, z adresem, że ktoś czeka, gdy zginę

Zwracaj mnie właśnie tam, gdzie jestem teraz

Moje wielkie dosycenie spełnia się bez przerwy

bez przerwy na funkcję, na tę kanapkę z kiełbasą

Pieśń trzydziesta siódma. Pieśń rzeźbiarska

Dalsze przechodzenie, poruszanie się za pomocą wiatru

Rzeźbiony jestem podczas moich mistycznych spacerów

Pod skórą rzeźbią mnie słowa głęboko, boleśnie niekiedy

Rytmiczne strupy po nich na śliskim ciele podróżnika

W powietrzu rysują się słowa właściwe

odrzucając niepotrzebne kawałki moich tkanek

Materiał odcinany odsłania właściwy kształt głęboki

Drążą mnie pewne brzmienia prawie muzyczne wokół

bardzo ostre, łagodne zarazem uderzenia dłuta w cielesność

Ostatnie poprawki, szlifowanie do gładkiej chropowatości

Tutaj znaczenia są bardzo wnikliwe i docierają celnie, oj

Przechodzę przez ich delikatne łuskanie i pieszczoty

zabierają coraz więcej zbytku z mojego nieciała

Wielkie szczotki w myjni samochodowej przenikliwe

wycinają resztki styropianu cichego, ciepłego, izolacyjnego

Strzepuję się z niego, z jego resztek, strzepuję się z siebie

Idąc po brokatowym piasku, nie mając głowy na karku

w murzyńskim tańcu zbliżam się do następnego przystanku

Rytmiczne uderzenia we mnie, ślady słów mnie biczują

dla pięknego niewyglądu, dla nieistotnego nastroju sytuacji

To one jeszcze mnie określają, trzeba jeszcze zamieść resztki

Sam jestem teraz zaskoczony swoim prawidłowym wyobrażeniem

Śpiewam pieśń rzeźbiarską, rozkruszając się w brokat dekoracyjny

bliski morskiemu oddechowi, bez wygimnastykowania się w pocie

molto allegro

Pomału gubię swoje nogi i ręce

O rzeźb mnie, rzeźb, słowo wiekuiste

Pakuj mnie w czarne foliowe worki

te rozproszone tłuszcze po mnie

Niech całkiem nowy stanę przed tobą

wszystko zgodnie z naturą materiału

słuchając jej technologicznego szeptu

Nic nie będzie przeciwko mnie

pogłębi mnie bardziej do środka

za pomocą nowej wymowy

Pieśń trzydziesta ósma. Blu spotyka Ricarda

Na polaroidzie z 1982 roku stałeś mniej więcej

w takiej samej pozie, mrużąc oczy tak jak teraz

w wypłowiałych resztkach traw, jasnych

w pogniecionym podkoszulku z szarym napisem

Teraz znów tak stoisz w białych nietrampkach

patrzysz zmęczonym wzrokiem w stronę wody

Schodzi ci po raz ostatni skóra, od opalania się

Na nieudanym zdjęciu typu polaroid z 1982 roku

mrużąc ze zmęczenia oczy, w podobnej pozie stoi

wysoki żebrowany, w ciemniejszej wersji językowej

Smutne oczy patrzą na zamorskie krainy, za

Wygniecione, ciemne ciało wydzierane przez słońce

Ręce jakieś takie niepotrzebne, kieszeni brak

w podkoszulku z mocno wypranym napisem

Na plaży stoi postać jak na polaroidzie z 82 roku

Czarnuch ukochany w wypłowiałych kolorach odbitki

zdjęcie bardzo nietrwałe, rozsypujące się w dłoniach

Stoi jak patyk wbity w piasek, jako mój ostatni punkt

Z daleka dostrzegam jego rysy twarzy, to mój brat

który raczej nie bywał na zdjęciach, bo uciekał

Stoi w podartej koszuli z napisem Paradise Tours

Przewrażliwiony bardzo

Przebarwiony bardzo

Podatny na farbowanie

od wszystkich materiałów

Pieśń trzydziesta dziewiąta. Blu śpiewa do brata

Powoli zajeżdżam do zajezdni na końcu świata

Ostatni pasażer na gapę wsiada na końcowni

w łagodnym przyzwoleniu mroku i świateł

Widzę jego odbicie w szybie przybrudzonej

podobny jest trochę do mnie, mruży oczy z dala

bojąc się ślepoty od mocnych uderzeń z boku

czarnego słońca prosto w twarze, bez przygotowania

prosto na rozdziawione twarze, bez przygotowania

Jesteśmy razem z tajemnego zakonu braci zgubionych

Mamy habity uszyte trochę ze smutnych spojrzeń

z klauzurą wiekuistego śpiewania i milczenia

Na naszych biodrach sznur przewiązany luźno

by czuć, że jeszcze istniejemy, by mieć dowód

wszystko wskazuje na to, że już nie jesteśmy

Mój zszywany ściegiem amatorskim brat-brak-wrak

na plaży z rękami pokłutymi w różne wzory

Teraz możemy się z radością porównywać

nasze podobieństwo odkryć dopiero tutaj

ten sam sposób seplenienia, z dużą ilością śliny

cicho, niewyraźnie, nerwowo zadając sobie rebusy

nie w formie haiku czy też zdania z myślnikami

ale formie mnogiej, barokowo zaprzepaszczonej

z dużą liczbą detali i zbędnych szczegółów

które płodzą się bez ustanku, po kilkanaście miotów

na minutę z każdego słowa, z każdego brzmienia

nasza rozrzutność słów, dźwięków, obrazów

których nie ma gdzie przechowywać z nadmiaru

Jak my się mamy zmieścić z tym wszystkim

Czy jest jakieś rozwiązanie naszego problemu?

Czy jest jakiś funkcjonalny system meblowy

do przechowywania tych bytów niepraktycznych?

Nasza reguła została spisana wiele wieków temu

reguła opierała się na specyficznym mrużeniu się

Miło cię tu widzieć, umorusany w brokacie bracie

Pieśń czterdziesta. Rebus II

Mógłbym się nie dzielić z nikim ułomkami w koszach

swoimi utopiami utopionymi na dnie wanny, bez korka

Mógłbym się schować przed innymi w roli scenografa

skrywając swoje ludowe misje, sugestia tła jedynie

Lecz ty, Rolando, ze złamaniem otwartym swojego bycia

przyszedłeś we śnie moim, wkradłeś się na paluszkach

innych nie budząc w środku nocy, nie przeszkadzając

Przyszedłeś z rebusem w kieszeni w piżamie dla dziecka

Czemu obdarowujesz mnie takim dziwnym darem?

I nie rozpłynąłeś się na moją milicyjną komendę?

Lecz stałeś, pozując jak na zdjęciu polaroidowym z 82 roku

gapiąc się na mnie z błagalnym wyrazem twarzy

Twoja przenajświętsza wrażliwość właściwa tylko tobie

Opowiedz, jak to się stało, że leżałeś taki umierający i pokłuty

w miejskim szalecie zarzyganym przez anorektyczki

Matka nie dostarczyła ci odpowiedniej ilości witamin?

Twoja dieta za uboga była w warzywa, w owoce?

Po co przychodzisz do mnie z takim głupim wyrazem oczu?

Więc stałem się prawie cycatą ratowniczką z patrolu

słoneczną ratowniczką wyciągającą twego trupa na brzeg

bez szansy na jakąkolwiek reanimację, zmartwychwstanie

przyglądając się tobie uważnie, drobiazgowo cię opisując

Chciałeś mi coś przekazać, jakiś rebus nierozwiązywalny

Mówiłeś do mnie w niezrozumiałym mi z brzmienia języku

Stałeś we śnie, szeptałeś z trudem tak, jakbyś dopiero się uczył

wypowiadać prawidłowo zdania, wyrazy, dziwne słowa

To było jak ciche pojękiwanie niemowy z trudem fałszu

Szeptanie słów, które były zamazane korektorem i wydrapane

nożem introligatorskim, zdarte z warstwy rozumienia ich

Resztki zostały zamazane markerem Universal Permanent

jednak coś tak mocno tkwiło pod tą warstwą skrytą

chowało się pod czarną folią malarską, zachęcając

by wymacać kształt i radośnie krzyknąć, aha

W twojej mowie nowe są brzmienia słów

Jak być jeszcze zrozumiałym

nie umiesz powiedzieć

to jest twoja pokuta

brak słowa

Wszystkie znaczenia tkwią pod absolutnie szczelnym kamuflażem

ze słomy, z kamieni, ze szmat maskujących głębokość pułapek

Musiałem tę pieśń wyśpiewać za ciebie, udając twój ton głosu

Musiałem wniknąć w nieczytelne warstwy, w resztki pozostające

Gdyby się tak nie stało, musiałbyś czekać w zakładzie utylizacji

odpadów higienicznych dla niewystarczających, w oczyszczalni

Niech więc zabrzmi wreszcie twoje śpiewanie pełnym głosem

tańcz przy tym z radości, wykonując przy okazji Nieboskłony

wymachuj dziurawymi rękami jak białymi flagami na znak

twojego oficjalnego poddania się

Pieśń czterdziesta pierwsza. Ostatnia chwila Czyśćca Ricarda

Ricardo śpiewa wreszcie

Otwierasz mi usta bardzo szeroko do badania

do dentystycznego, laryngologicznego dźwięku

tak, aż moja żuchwa swobodnie odfruwa na bok

Śpiewam nie za pomocą słów, ani też jakiejś składni

swoim ulotnym niebyciem mruczę cicho

resztka obecności jeszcze pomrukuje z ciepła

Nie będę śpiewał o moim przewrażliwionym bycie

Nie będę śpiewał o moim tłustym ojcu Heliosie

Nie będę śpiewał o mojej matce porwanej przez morze

Nie będę śpiewał o połykaniu kwaśnych winogron

Nie będę śpiewał o mojej śmierci

Nie będę śpiewał o niegodziwości wspaniałych narkotyków

Nie będę śpiewał o moralizowaniu i niemoralizowaniu

Nie będę śpiewał o jasno i sterylnie wyznaczonych szlakach

Nie będę śpiewał o moim błądzeniu i niebłądzeniu

Nie będę śpiewał o ostrych kamieniach w mojej stopie

Nie będę śpiewał o smutnych spojrzeniach

Nie będę śpiewał o nadmiarze śliny w słowach

Nie będę śpiewał o tobie siostro moja, bracie mój

Nie będę śpiewał już o niczym, wszystko zostało mi darowane

za jedno słowo

Nie jest ani miłosierdziem, ani przebaczeniem

lecz czymś zakochanym w tobie tak, że zapomina

że jesteś zafajdany resztkami po wczorajszym obiedzie

że masz resztki farby pod paznokciami i ją ciągle wyjadasz

badając, jaki smak ma zdrapywanie do białości, do czystości

Nie umiesz zawołać, zabrakło ci słów, których nadużywałeś

Pozostały ci tylko puste uderzenia w blachę w rytmie zdań

może by się ktoś domyślił, że jest to rodzaj alfabetu Morse’a

lecz bez znaczeń, bez znaczenia dźwięki te były

Wybacza ci wszystko, przyciąga cię do siebie

za kręgosłup ze skłonnościami do skoliozy

Pieśń czterdziesta druga. Blu śpiewa o śmierci Ricarda

Nie jest łatwo nosić brzemię zachrypniętego głosu

Czy mam stanąć tak jak ty, domalować sobie twoje rysy

bardziej przekonująco zagrać twoją rolę ducha?

Niech więc będę twoim głośnikiem, twoją tubą głuchą

będę tłumaczem twojego milczenia, tak jak kiedyś

Teraz będę cię tłumaczyć, jeśli pozwolisz jeszcze raz

Byłeś wiecznie rozmazywany przez swojego ojca

który jednym ruchem przekreślił ciebie, twój łupież

przydługie ręce, chude nogi, zmrużone oczy

Nikomu się nie chciało rozczytywać niechlujnych słów

znaczenia ich ulegały destrukcji, coraz większej korozji

język stawał się dla ciebie coraz bardziej bezużyteczny

W końcu zamilkłeś, postanowiłeś to sobie na zawsze

Twój głos stawał się coraz smutniejszy i gorzki niewybaczalnie

Coraz więcej byłeś podziurawiony przez ostrza strzykawek

ten właśnie las piniowy sprawił, że stałeś się durszlakiem

dlatego wszystko przepływało, nie czując żadnych oporów

W miejskim szalecie leżałeś i umierałeś, dosyć to zabawne

na pewno melodramatyczne, sentymentalne tak zdychać

za ostatnie pieniądze ukradzione z torebki

uszytej z wężowej skóry

Widziałeś kolorowe ściany, przenikałeś przez nie

dzięki dziurawej chemii, przenikałeś przez meblościanki

Byłeś tą nieważną literą alfabetu, tą ostatnią, tą zbędną

dla porządku słów, dla języka, konstrukcji ze sklejki

Leżałeś, opalając się w pełnym lśnieniu lampki łazienkowej

opierając swoją przyciężką głowę na śmierdzącym sraczu

Dworcowałeś przez wiele tygodni, więc cuchnąłeś

swoją obsikaną fizjologią, śliną ściekającą z ust jak jad

Byłeś taki zmęczony paradą wenecką tych głosów

we śnie twoje serce, niepewne kolejnych uderzeń

przestało ci wreszcie służyć cicho w środku, zmarło

Opadłeś upozowany na posadzkę, kierując swe oczy

na sztuczne oświetlenie, ono zdawało się gasnąć

Posadzka, na której leżałeś, była mozaiką szczególną

przedstawiającą historię zbawienia w wersji light

w wersji dla korzystających z miejskiej łazienki

Postacie wszystkie szczerzą białe, amerykańskie zęby

Ich kolor komponuje się z kolorem umywalek

gdzie szatan to uśmiechnięty kolega z klasy

z nosa wyjada dziwne rzeczy, poci się ze strachu

swąd jego lęku przed nauczycielem czuć wszędzie

Chrystus to gwiazda kina popularnego we Włoszech

na którego polują lafiryndy i rzesze dziennikarzy

chcą robić sobie zdjęcie z nim w tle, z autografem

mieć kolejne, niezbite świadectwo jego istnienia

zbadane przez chemików ustalających daty powstania

pocieszyć wszystkich ateistów, że to fałszerstwo

kolejny zuchwały triumf nauki nad wierzeniami

Murzynów, dzieci, starców drżących, sikających w ławkach

oświetlając sztucznym oświetleniem nieprzenikniony mrok

za pomocą wszelkich nam dostępnych zdobyczy techniki

Pozostaną im tylko te białe zęby szczerzące się

z hasłem dbaj o swój promienny uśmiech pośmiertny

Taka mozaika popularnonaukowa w miejskim szalecie

na którą nie mogłeś już patrzeć, na niej umierałeś

Poczułeś wtedy ryk trzeźwego chłodu, wymagania

Usłyszałeś, że jesteś niedostateczny z plusem

złowiony za pomocą niedurszlaka

został ci włożony do niekieszeni rebus

rebus do wypowiedzenia

Ty sam nie mogłeś wypowiedzieć jego rozwiązania

nie miałeś tego daru języka, za karę i bezszelestność

Mogła to tylko twoja siostra, skryta w milczeniu

Musiałeś ją prosić w sposób niezrozumiały o pomoc

Echo po ciele jeszcze raz odbiło się w sennej rzeczywistości

tak stałeś w przepoconym podkoszulku, ucząc się mówić

od początku, krztusząc się, deformując wszystko śmiesznie

wymówić słowo między znaczeniami, literować je

to słowo jest dmuchanym kołem z PCV

kołem ratunkowym, rzuconym, wypychającym cię

Tylko jedno słowo, które nie istnieje z powodu wad

wymowy, seplenienia wszystkich języków, dialektów

Analiza zbawicielska każdej sekundy twojego życia

twój każdy spłowiały włos został zbawiony z osobna

Zbawiony jest także ten cyniczny w twoim przypadku napis

na wypranej i przebarwionej od innych podkoszulce

żeby Paradise Tours dobrze się kojarzyły z niebem

Zachęcić wycieczki szkolne do odwiedzenia tych okolic

które są ciągle niedocenione, mało reklamowane w TV

Zbawienie miłosierne dryfuje niczym meduza w wodzie

możesz go nie zauważyć, choć mieni się, odbijając ciebie

Jego galaretowatą strukturę trudno uchwycić w wodzie

Uczyni cię miłosiernym, uczyni wszystko na nowo

Uczyni cię ostatnim plażowiczem przed przypływem

Oto teraz dziury po kornikach zostały zaimpregnowane

będziesz teraz mógł wyglądać jak stary, stylowy antyk

Handlarze będą się zabijać o ciebie, jeden już umarł

Niech więc nastanie już twoje milczenie i niech tylko ciche

świsty wiatru w tobie jeszcze pozostawią jakiś pogłos

Pieśń czterdziesta trzecia. Ostatnie przechodzenie

Idę brzegiem plaży w moim zapiaszczonym bycie

Jestem największym burzycielem konstrukcji z piachu

choć dosyć dyskretnym krokiem kroczę tanecznie

absolutnie wolny w dzisiejszy wieczór życia

Więc gdzie chcesz ze mną pójść na późny spacer?

Poczujesz chłód mojego śpiewania, może ubierz coś

cieplejszego, coś włóż na siebie, byś się nie przeziębiła

bo jeszcze umrzesz i wtedy to będzie dopiero ciekawie

Więc ubierz się ciepło na spacer z trupem zbawionym

Pachnę likierem kokosowym, a moje usta są niebieskie

od pocałunków przechadzających się na plaży

Zatracam rysy twarzy najbardziej mi znane

takie legitymacyjne, rozpoznawalne, wzrost 174

znaków szczególnych miliardy we mnie

Przemieszczam się, zdążając na molo w Ahlbecku

gdzie przejdę po drewnianych stopniach rytmicznie

Festiwal organowy przy każdym moim dotknięciu

palcami u nóg zagram jeszcze raz coś pociesznego

Wszyscy będą się dziwić, że potrafię grać stopami

co za miły, niepełnosprawny człowiek, tak potrafi

Będę naciskać te drewniane klawisze, bez obawy

Oto jest wejście na mój punkt obserwacyjny, ostatni

Przed wejściem widzę jeszcze resztki architektury

Z cukru pudru i śliny poczynionej przez ludzi budowli

uświetniające tysiącletnie rocznice śmierci świętych

oni nigdy się namiętnie nie całowali, nie dotykali

im zawsze było wstyd tak zatracić się na chwilę

w ciepłocie izolacji, w pomarańczowej skórze

Dmuchnę, tchnieniem rozproszę wokół siebie

te przemądrzające się w mej pamięci wieżyczki

zdmuchnę ten tort urodzinowy bez świeczek

z dużą ilością tłustego kremu, z dekoracjami

żyj sto lat, sto lat, sto lat i nigdy nie umieraj

Przechodząc, znoszę ze sobą wszystko

W lustrze ustawionym w stronę morza

w jednym z od dawna nieużywanych hoteli

widać przeglądającego się na tle Morza

Widok ten ścigać cię będzie od teraz

aż złapie cię za ramię i krzyknie

raz, dwa, trzy, szukasz mnie teraz ty

Pieśń czterdziesta czwarta. Domy z cukru pudru w Ahlbecku

Dosyć cukrowych rozwiązań architektonicznych

nad brzegiem wody jeszcze widać ich szyk

nad słoną wodą cukier, mój Boże, jakie to urocze

Białe rusztowania dekoracyjne, wyżej, jeszcze wyżej

skręcone tylko w niejasnym układzie pokoi i niepokoi

Ma tu bywać Bóg z dziurawymi zębami leczonymi

Myśleli, że przy parapecie w takim domku jest miło

będzie można oglądać jego dobrotliwe twarzysko

jego wapienną figurkę z martwym uśmiechem

Nie spodziewali się słonej wody oczyszczającej

szczypie w oczy tak, że je przecierasz ze zdziwienia

Choć bliskość morza była odczuwalna intensywnie

skryli się w koronkowe i wysokie rusztowania

koncentrując się na białym montażu do użytkowania

Szlifowali z zawziętością szczegóły wystroju wnętrz

detale dekoracyjne, gustowne dodatki w stylu retro

Choć z okien widać było już obiektywną czerń

Choć z okien widać było już nieskończoną toń

tuczyli się węglowodanami, podziwiając swoje prace

swój sztucznie diamentowy pot na zmęczonych czołach

Dumni i pewni motywów dekoracyjnych użytych właśnie

wykorzystywanych w przemyśle cukierniczym

Tucz się, tucz z uśmiechniętą naiwnością, rozczarujesz się

twój Bóg nie ma siwej brody mędrców ni zgrabnych nóg

Wielki żywioł poszerza ciągle swoje granice mocniej

podmywając dyskretnie fundamenty

pudrowych zjawisk w swoim otoczeniu

Sól wygra z cukrem, bo nie lęgnie się w niej nic

Umykajcie więc, resztki po architekturze w Alhbecku

wygodne i komfortowe, z widokiem na morze

Dużo świeżych kwiatów w przejściach, w pokojach

Cisza i spokój i można odpoczywać miło od pracy

leżąc, leżąc w łóżku wygodnym jak grób

Nie trzeba schodzić na plażę, jest ciepły basen w środku

Nie musisz zderzać się z chłodem wymagania od ciebie ciepła

Basen jest zawsze otwarty, temperatura wody jest komfortowa

Pozostaną jedynie stare zdjęcia dokumentujące budowle białe

Według starych zdjęć wszyscy będą zgadywać te dawne miejsca

i będą szukać w swej niepamięci ich lepkich resztek

Pieśń czterdziesta piąta. Molo w Ahlbecku

Na molo impregnowanym solą, sezonowo odświeżanym

idę, podziwiając głęboką czerń złożoną z przemnożenia

Wychylam się niebezpiecznie za dziwną barierkę

tracąc prawie równowagę, próbuję złapać tę wilgoć

Latarnie nieczynne oświetlają mi tę wieczorną drogę

Mój pas startowy, rozpędzam się, odfruwając daleko

z lewej i prawej strony wiatr całuje mnie coraz namiętniej

Nie mogę się ciebie doczekać, no choć już, chodź do mnie

Chłodny wiatr poczułem na swojej żylastej karkówce

No rozbierz się już, rozbierz, niech nastąpi rajska nagość

Zdejmij te przyciasne stopy, ten płaszcz wysuszającej się skóry

ten kapelusz tłustych włosów zostaw gdzieś przypadkowo

Rozbieraj się szybko, chodź do mnie, nie wstydź się

nagi i zawstydzony, i przygarnięty, tak zależny, Tak

Niech się otworzy ta czarna dziura pochłaniająca wszystko

do siebie z szerokimi ramionami, zagarniającymi każdą drobinę

Jestem w miejscu, gdzie wszystko jest dawno nieczynne

nigdy nie było czynne, zamknięte z powodu remanentów

W samotności przecieram swe oblicze

jednocześnie je rozmazując na zawsze

Nic nie będzie już do siebie podobne

na drewnianym pomoście obserwacyjnym

Połykam wiatr, otwierając swój pysk szeroko

Anioł zwiastujący przypływ w moim przełyku

utknął zdziwiony kształtem mej krtani

Pieśń czterdziesta szósta. Rysunek I

Mnogie resztki po mnie pogubione błędnie

w piachu pozostawione jak ślad ślimaka, ślina

na błyszczącym wewnętrznym blaskiem brokacie

Przechodziłem między plażującymi, idąc anarchistycznie

Moje ścieżki były naznaczone swobodą ruchu, bez zbroi

Nie było tutaj żadnych autostrad z czarnego asfaltu

ani dróżek wyżłobionych przez ukryte zaskrońce

chód był nie uporządkowany, tylko intuicyjny

Pokonawszy drogę od punktu A do B, przechodząc

do dalszych punktów porozrzucanych w piachu

dokonałem rysunku za pomocą ciepła

Co jeszcze po mnie zostaje, wystudzam się ciągle

Czyż więc zakładając chaos mojego wędrowania

wyznaczyłem nowy, czarny szlak turystyczny?

Teraz to widzę z dystansu, kształt chodzenia

droga między postaciami miała znaczenie i kształt

przepełniona anarchią porządkującą właściwie

na wyższym poziomie, znając wszelkie alternatywy

Oto mój ostatni rysunek poczyniony ze śliny

Panie i Panowie, dziwcie się, jaki oryginalny dobór narzędzia

Nie znam znaczenia tego rysunku, pachnie dziwacznie

Nie jest to jednak forma dekoracyjna, poczyniona dla kurażu

raczej dzika konstrukcja w części tylko mi ujawniona

Patrząc na nią teraz, wiem, że to część większej formy

Mam w spoconej dłoni jeden element Trzyczęściowego

aby z powrotem złączyć je w całość dawno rozbitą

Nie przyklejając ich za pomocą kleju szybkoschnącego

badając, w które pęknięcie wkleić, jaką część czego

Mój rysunek z pęknięć i ukruszeń wyznaczony

przez śpiewanie nadmorskie o słonym smaku

Coraz lżejszy jest nacisk na powierzchnię

więc kreska zaczyna się rwać i gubić na kartce

do rysunku technicznego, ma inny punkt zbiegu

linie horyzontu ruchome, przesuwające się

rytmicznie, zgodnie z cichymi ruchami fali

Nie zobaczysz więc tutaj szkicu z lotu ptaka

ani z żabiej perspektywy wyginającej do siebie

do siebie ciągnąc przedmioty, deformując je skrycie

Zobaczysz bardzo głęboko detal wszystkiego

z wszystkich perspektyw możliwych i utopijnych

Będziesz miał wrażenie, że wszystko zbiega się

do mięsistego punktu wciągającego do siebie

wszelkie byty z odwiecznej tęsknoty tworzenia

rysunków nieregularnych wykraczających poza

układ współrzędnych z ciała i kości poczynionego

Promienne linie zbiegu, koniec jest rozmyty

rozmazany przez rapidograf podobnież precyzyjny

ale niestety się rozlał, jeszcze w takim miejscu

miejscu zbiegu dla zbiegów ze świata poczynionym

Pieśń czterdziesta siódma. Przypływ

Oto nadchodzi przypływ obiecany i oczekiwany

Stoję związany prawidłowym węzłem żeglarskim

Słowa nie da się wciskać między brzmienia

Nadchodzi, czując wszelkie niedrożności we mnie

Moje cielesne myślenie pomału zaczyna się rozpadać

na fali pochłaniającej plażowiczów, na nią czekających

Właściwa w nieporządku kreacja, wybuch obfitością

pragnienie, by morskie stworzenia przypomniały ją

ukryte w nich instynkty nurkowania i nurzania się

Każdy z odpoczywających zaśpiewał swoją piosenkę

harcerską, pożegnalną, w nadziei na zbawienie ich ust

które zachłysną się powietrzem i wodą świętą

Wielka fala podtapia wszystko, lecz nie rozcieńcza

zagęszcza tym bardziej swoje możliwości, potencje

Rodzina znajdzie po mnie resztki kręgosłupa

rozpoznając, że to byłem ja, i pochowają trupa

Kosteczki koronkowe w muzeum wykopalisk

Wstęp wolny tylko w dniu zmarłych, ze zniczami

Wymachuję nogami, jeszcze coś mieć pod nogami

Jeszcze czuję dno, i jeszcze czuję dno, teraz już nie

nic już nie czuję, moje ciało rozpada się na pierwiastki

pierwotniejsze od wszelkich organizmów pierwszych

Na końcu nie ma już niczego

brak tu orkiestry symfonicznej robiącej nastrój

świeczek o zapachu cynamonowo-cytrynowym

Brak histerycznego klaskania w dłonie czy w czoła

Brak młodzieży wzruszającej się na samą myśl

Nie ma podniesionego głosu narratora błękitnego

pouczania i trzymania wszystkich w baraku

z kości słoniowej, w obozie zagłady z kryształu

Wielkie czucie ciągle cieszy, morusa się

w brokacie z resztek słów i bytów

Boże mój, Boże, wypełnij mój krwiobieg

słonym posmakiem nowych wartości odżywczych

Ostatnie moje słowa niech będą składane dla ciebie

w formie świątecznych wieńców triumfalnych

ze splecionych pogłosów słów zapomnianych

Pieśń ostatnia. Pusta plaża

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

(((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((())))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Przypisy:

1. Mare (łac.) — morze. [przypis edytorski]

2. Sanctus, sanctus, sanctus (łac.) — święty, święty, święty. [przypis edytorski]

3. pianissimo possibile et fortissimo possibile (wł.) — najciszej jak można i najgłośniej jak można. [przypis edytorski]

4. periplus — ze starogreckiego: „opłynięcie dookoła”, rodzaj pieśni nawigacyjnej dla statków, które pływały przy brzegach w starożytnej Grecji i Rzymie. [przypis autorski]

5. periplus (gr.) — rękopis wyliczający porty i charakterystyczne punkty na wybrzeżu. [przypis edytorski]

6. bambola — z włoskiego: lalka, kukła do zabawy. [przypis autorski]