Piekło

Pieśń pierwsza. Pieśń przekreślona1

Przekreślam się na początku i linie przecinają mnie

Przekreślam wszystko, nie wybieram jasnej czystości

liter jasnych między rytmiką nad linią, tylko je ścinam

na wieczną pamiątkę nieczytelności i nieważności

Linie jak wykres kłamstwa — prawdy przekreślają mnie

Zagrzebana w błocie, uduszona plwocinami, laudacjami

do fałszywych proroków ze słoniny, ze złota, drewna

namaszczanych bez odpowiednich procedur i pieśni

olejami zbeszczeszczanymi i gestami udawania, grają

dla mnie, bawią mnie w moim ogrodzie odrzuconym

Oto Jestem, nie dla ciebie boże, teraz nie szukaj mnie

Oto jestem, zagrzebana głęboko w sobie niegotowa

niechętna na konfrontację z tym, co jest litościwy zbyt

Przecinam wyrzuty sumienia, żale zasmarkane

Skomlę, przeczuwając rozstrzygnięcie i pochód śmierci

Ja pies jej, syty-żyr, obwieszczam swym gardłem piekło

potępienie wieczne dla wielu czarnoustnych wśród nas

Znam wszelkie prawdy nieobjawione i apokryficzne

Historie cynicznie wymyślam, paląc papierosy z liści

z drzew prawdy, okolicznych jemu złączonych korzeniami

Nieobrzezana jestem i zresztą już za późno, za późno

na te ceremonie poświęcenia przerośniętego, nienowego

Jak pisać o piekle, co jest bardziej niż cokolwiek we mnie

Redzie je schować i je ukarać za to, że ciągle jest tutaj?

Nic nie zgniecie nas na czyśćcowy proszek sprzedawany

w porcjach, w torebkach plastikowych za 30 srebrnych

skrytych przed rodziną i znajomymi z najbliższej parafii

Wymyślam sobie swoje bóstwo bałwochwalcze ciągle

Ja na szczycie Mont Blanc czy górze gówna wie czego

Jednak wysoko stoję objawiona sobie, promieniuję

Wywyższam się ponad horyzonty, gwiazdy gniotę

Wszystko gniotę mymi pozłacanymi nogami i ogonami

te kruche, niewiadome byty liche, proste, dobre

przekreślam je, by przekreślić ostatecznie siebie też

Milionami skreśleń stapiam wszystko dookoła mnie

Niech świat wraz ze mną cierni i zdechnie w ukryciu

Długie me szaty, brzęczące, zaprojektowane dla tyranii

zżerającej wszystko, nawet siebie z głodu ciągłego

Odrzuć mnie i skreśl, teraz jest dobry moment na to

Spróbuj rozcieńczyć mój grzech wbrew mej woli, wolę

jak jego kształt zamieszkujący we mnie poszerza się

Niech więc linie przekreślające mnie będą tłuste i łakome

Szpetne pieśni szepczę, odrzucając inne w nad nad miarach

Niewłaściwe pieśni na niedziele pańskie, na święta kościelne

Skreślaj mnie, skreślaj, a ja i tak będę trwała pod spodem

na znak przeciwko miłosnym piosenkom, modlitwom

nawet za cenę mojego pomnika, co zostanie strącony

bo sezon skończył się na mój charakter bóstwa i na imię

Pokreślone mam rysy twarzy, lecz nie jestem twą maryjką

choć czarną, najczarniejszą wśród wszystkich kobiet

Na dachach świata siedzę, niszczę pieśni święte

Obcinając im głowy, ręce, łamię śpiewających

Przekreślam wszystko, nie ucieknie mi żadne słowo

Zatrzymam ich słodkie poloty kontekstu i zniweczę

Przekujcie aureole święte, co mogły kiedyś być na mnie

te, które w moim rozmiarze, przekujcie na naszyjniki

dla mnie na wernisaże i spotkania autorskie w piekle

na które już teraz wszystkich serdecznie zapraszam

Przekreśl mnie teraz, proszę, i uczyń nieczytelną

niech me słowa pisane w zmęczeniu i uniesieniu

zostaną precyzyjnie zmazane na wieki przewlekle

Powołani do skreśleń i potępień, wystąpcie teraz

Niezmierzona czerń tablicy, po której kredą mażę

znaki ochronne, znaki ucieczki, ukrycia gdzieś tu

niewielu się uchroniło przedostatnią litością

Są tacy, którym się to udało i skreślili się z listy

Na liście nieobecności teraz tak bardzo są obecni

w niwecz się nie obracają, nie zapominają się

Najmniejsze skupienie wszystkiego złego

Zatykam swe usta w pieśni przekreślone

pieśni skurczliwości do środka własnego

ściśnięcia i zmiażdżenia doszczętnego

Patrz, jak się boję, wkładam tyle do buzi\

Nie rozczytasz mnie w myleniu się moim

pokusa pozostaje, to przebicie dla oczu

będzie przedzierać się do czytelności mozolnie\

Czarne wersy nadciągają w szyku osobliwym

Boję się tego, jak zakradają się armią na mnie

Przekreślam te judaszowe pianie wyleniałych

Zagęszczam się w swych bluźnierstwach mocniej

wykrzykiwanych w dorner kebabach o świcie

w kierunku wschodzących zewsząd księżyców

stękających z każdą minutą przedzierania się

przez ciemność oczu skulonych i zawiedzionych

Lubię śpiewać te pieśni odrzucone przez siebie

nieudane, skazane na to, by się kotłowały w byciu

nieważne, zbite w kartki, zmięte do środka truchleją

Czemu więc tak potrząsasz biodrami w moim kierunku

marcepanowy wrogu w przeczeniach wykrywany

czemu?

Pieśń druga. Zmierzchy bogów naszych

Nasze wielkie procesje nadciągają burzą

miodnych i szaleńczych mów na naszą cześć

Powiewają nasze sztandary mnogie, tkane

Sztyletujemy krawędziami naszych języków

Zabijmy tych, rzucających w nas jabłkami

z mostów rozpostartych nad naszymi przejściami

Jesteśmy Bogami zabierającymi ciągle dla siebie

tylko dla naszych czarownych przydomków

one wywoływać mają strach i ukrycie

Otoczeni dziećmi, kobietami w bukietach

oddają swe lenna w nasze kosze i kufry

Zabieramy im wszystko jednym gestem ręki

Podcinają nasze kryształowe koturny wysokie

a my ściskając pięści, odchodzimy, grożąc temu

który niby-wszechmocny i nie zgwałci nas kolorem

taki niby-wszechmocny i nie zabarwi nas kolorem

Nasze pięści zwinięte w siebie przechowują

groźby, nienawiść do wszystkiego, do Niego

Nasze armie już szykują się zdobyć jego terytoria

Siła nasza ogromna, zabierająca wszystko w tajemnicy

Niech on przyjdzie, składając nam pokłony na dywanach

przenośnych, składanych, które wędrują wraz z nami

Rozrzucamy kości zamiast kwiatów przed antyhostią

Piszemy Tylko Wielkimi Literami Te Zdania Nadrzędne

zgniecione zostaną wraz z nami w pyły alergiczne

rozpadają się w naszych, kwaśnych, cytrusowych rękach

Mordercy prasują nam koszule wyjściowe na noc

Oglądamy się za diabelnym, zmierzającym do nas

Poi nas z niezwykłą regularnością i troską

trzy razy w ciągu dnia, drobną łyżką podaje nam mannę

Kasza pozyskiwana z odwróconego procesu utylizacji

z buraków pastewnych, kradzionych i ukrywanych

Nasze wieczne panowanie, gdzie są zasłony gęste

opadają one głęboko, marszcząc się, dają mrok

chronią nas przed dziwnym widokiem na urwisko

Powoli zmierzcha nasz zewnętrzny blask okrutny

zewnętrza błyszczące, strachliwe, zadające śmierć

Oto idziemy, krwawymi bóstwami nazwani na zawsze

Złoto i wyrwana kość strojna dodaje nam jeszcze blasku

Oto zdychamy w promieniach wschodzącego, nowego

nie umiemy śpiewać dla niego, nie nasze głosy

Nasz chór odrzucony, każdy z nas ma głos pierwszy

nie możemy znieść hegemonii zmiażdżonych nas w nas

Pokazy mody królewskiej kończą się w porze happy hours

Wszystko miało zdychać, nie wzdychać już nigdy więcej

Uczyńmy więc krzywdę słodką, porzućmy dobre zamiary

Nie do zniesienia jest dla nas bóstwo miękkie i głębokie

W nasze żelazne konstrukcje nie wleje się już nic

Wielkie oddzielenia, granice naszej kumulacji pełnej

Nasze naoliwione policzki chudną ze strachu i paniki

przed naszymi sąsiadami, co mają podobne zamiary

Chcą nas pozbawić tronów, komnat bursztynowych

Nasze usta malinowe wysychają z braku ducha w nas

on dodawał nam kusicielskiego piękna, o które się walczy

chronił nas przez całe nasze królowanie w pozłocie

Wessani w siebie przypominamy sobie naszą wielkość

Dekoracyjne formy językowe, muzyczne wiążą nas

Okazało się, że zaprawdę jesteśmy nieśmiertelni

czego skrycie się obawialiśmy, unosząc ostatni dech

w kierunku ścisku, milczenia i zła

podobnego najbardziej do koloru naszych skór zamszowych

które boskim zabiegom pielęgnacyjnym były poddawane

gdzieś w krainach żurawiny suszonej, zgnilizny i zmierzchu

Pieśń trzecia Bruna storia

Trzecia pozostałość po rozstrzygnięciu

po próbach ognia, wody i pryzmatu

upadła najgłębiej w siebie, w obłęd

z którego nie ma wyjścia ewakuacyjnego

choć wejść była mnogość zachęcająca

Jestem częścią odrzucającą oblubieńca

Trzepotał on swoimi rzęsami w moją stronę

z frędzlami, z jasnym uwielbieniem k’mnie

Jego obietnice szeptane niech porwą zwierzęta

stwory leśne, które lubią te słoniny na patykach

Mając je w pyskach, obserwowały mój rozprysk

Odrzuciło mnie daleko od niego, w norę

krecią dziuplę szalonego, ślepego posuwania się

tylko naprzód, bez zawracania i odwracania się

Tony ziemi zakrywają moje górnicze szczebioty

w nieodkrytych do tej pory głębinach gnilnych

Upojona denaturatem filtrowanym przez watę

z trupią czaszką na okładce objawiam się wam

nieprzenajświętsza, nieprzenajświętszy mój śmiech

Chciałbyś może, abym była dziewicą waleczną

konającą w imię boga milczącego za chmurkami

które maluje chaos i przypadek zmyślnie złośliwy?

Wolę być Bruną, z jej ust para zimna ucieka

w wielkie przestrzenie ciepła, miękkości waszej

Gdy cesarstwo kwitło girlandami, krwią krzepliwą

byłam nałożnicą rzymskich cesarzowych i cesarzy

Głaskali swe tygrysy po głowach, głaskali mnie

Miałam wielką władzę panowania, zabijania

Władam wielkimi tronami, potęgami, armiami

Mordowałam swe służki wdzięczne, nieśmiałe

Trucizny kwieciste w sprayach rozpylanych

W me łoże wsiąkały coraz to nowsze smaki i soki

Mój kielich ciągle był nadpity mimo przepełnienia

Wymyślałam krwawe uczty, gdzie mordowano dziewice

niewolnicy ginęli podczas hucznych, gwiaździstych nocy

Osobiście ich biczowałam, doprowadzałam do ujadania

Osobiście, z zaangażowaniem obłędnym biłam jaśminy

Wbijałam ich miękkie ciała w glebę, w marmur

a wtedy kosmyki włosów uciekały mi spod koka

Me jedwabne tuniki czerwonymi wzorami okrywały się

Tak wygląda Maxima-Optima, Szalona zwana Wielką

Ssij mnie mocno, truj się mym sokiem cierpkim

z bzu czarnego i nasion odrzuconych za gorycz

Panny składane mi w comiesięcznych ofiarach

bym była łaskawa dla ich miast dopiero utkanych

W najczarniejszych arkadach przechodziłam, tupiąc

niszcząc, gwałcąc wszystkie porządki zastane

doryckie, korynckie i porządki jońskie też

Nokturnowe szaleństwa do wczesnych godzin

z bufiastymi sukniami, z poduszkami w ramionach

Bym się zdała bardziej bóstwem, co nienawidzą go

Oskarżana przez kuzynów, synów za spółkowanie

z literami przekrzywionymi i z przecinkami w nocy

Dowodami na to miały być kosze martwych maślaków

z którymi powracałam jako morderczyni skryta

Chcieli mnie ująć za zbrodnie i zasztyletować

ale moje gniewne, czarne spojrzenie spod czoła

prześwietlało ich spiski na moje ciało i władzę

zatruwszy ich, cały świat zatruwając, patrzyłam

patrzyłam na agonię pełni i tej niby-nieśmiertelności

młodzieży, kwiatów, małych piesków, owadów

Te ramiona zgarniały wszystko dla siebie, dla mnie

Stałam się prawie legendą, żmijową panią ptaków

choć ma postura wykluczała aż takie okrucieństwo

Oleje wylewane pod me stopy, ścierane włosami

Popełniali samobójstwa przy białych winach

oni opiewający nieskończone, niedokończone

A ja chichotałam, patrząc, jak zdycha świat

piszczący i wznoszący ostatnie spojrzenia po litość

Na mych pobielonych pudrem dłoniach zdychasz

Teraz ty zdychasz

Pieśń czwarta. Winna śmierć

Sącząc z gąbki prawie octowe wino, leżakowałam

Z bólem krzyża wylegiwałam się na skórach

szukając kolejnych ofiar mych kaprysów lata

wśród pięknego i młodego korowodu blondynów

Oto byli z prawej, lewej strony piękni phoibosi

grali jakieś stare, wierszowane pieśni z lutniami

Myślałam, jak rytmicznie wybijam im te nutki z ust

Czy jako bezzębni będą tak samo umuzykalnieni?

Uśmiechałam się do siebie, obmyślałam plan śmierci

wtedy podeszła do mnie półnaga piękność z owocami

czarownie pachniała nienawiścią, nierozpoznaniem

Oj, te panny malowane, oj, te panny szykownie roztrzaskane

Zdziwiona tą odwagą zmieszałam się jej obecnością

Zmieszany kielich powrócił do ust, niosąc ze sobą truciznę

Pijąc winną przynętę, poczułam się senna i zmieniona

Krzyknęłam z nagłego bólu, rozrywającego mnie w środku

Wiedziałam, że zostałam otruta, krzyczałam o pomoc

Nikt z ucztujących nie przerywał biesiadowania śpiewnego

Na ich posągowych, marmurowych twarzach trwała cisza

z wolna dostrzegłam jednak delikatne uśmiechy rysujące się

Wybiegłam na korytarz i leżałam jak skulona ślimaczyca

plując siebie wokół, zsikując się z boleści przygodnej

Tak odchodzi bogini wraz ze swym postumentem na kołach

Winna trucizna zdobywała mnie w licznych żołądkach

cięła mnie na fragmenty, toczyła eksplozjami mą biel

urojoną i wymyśloną na potrzeby wizerunku wykutego

W ciągu jednego momentu mój chłodny oddech spadł

Oczy wytrzeszczyłam w marszczący się mrok czyhający

Wtedy poczułam do siebie nieprawdopodobny wstręt

Szept dziwny nie do zniesienia, przekrzykiwałam go

Całym swoim wściekłym rykiem królowej zagłuszyć go

Tylko to odezwało się we mnie, wielki mój wrzask

Odsunęłam się sama tam, gdzie najdalej, gdzie nie słychać

nic prócz mego głosu królującego nad śmiercią i nad łaską

którą odrzuciłam na wieczność od siebie, w przepaście kredowe

Ściąganie do punktu najmniejszego, prawie niewidocznego

Myślałam, że się rozpadnę, zniknę w jakichś śmietanach nagle

Tak bardzo byłam, za mocno trwało we mnie coś twardego

Zza moimi plecami, gdy odchodziłam, słyszałam lamenty

Głosy z dala wzywały jeszcze Brunę rozczochraną

zamieniły się z czasem w przedziwną odwrotność

Patrzcie, jak nadchodzę, najpiękniejsza

Pieśń piąta. Pieśń odchodzenia do Piekła

W tył zwrot, naprzód w siebie maszeruj

Butami rozdzierającymi, kowalskimi szuranie

Pozostawiając po sobie ślady w błotach

Odchodząc w dale powłóczystym krokiem

Nie chcę już twoich ud i ciepłego brzucha

Patrz za mną, na to ci pozwalam ostatni raz

na patrzenie, jak się odchodzi od ciebie

Me wdzięki uciekają, ale ma wola silna

Nie zobaczysz już nigdy mej twarzy i oczu

Nie będziesz liczył mych oddechów, jak śpię

Nie wkradniesz się we włosy w postaci wiatru

Nie dam ci się wymacać na dnie twojej kieszeni

Już nie rozpoznasz mego kształtu w swej dłoni

Na nic te twoje efekty specjalne, widzisz, na nic

Sklejam się do środka, byś mnie nie mógł zdobyć

twoimi sekretnymi możliwościami drążącymi

Moje kuszenie plecami kołyszącymi, widzisz

i pewnie zadajesz pytanie unde malum2, Bruna?

Naśmiewam się z twego płaczu, jeszcze jednego

Wiesz, to tak jest, że to ty musisz prosić o łaskę

wizyty u mnie w pałacach doszczętnie zniszczonych

gdzie zaraza o moim imieniu pożera wszystko i ciebie

Pożrę cię też, jak tylko się pojawisz w moich podwojach

Me oczy, gęstwina ciężkich powiek i nie dostrzegam

Mam alternatywne zakończenie dla ciebie, o misterny

W tym scenariuszu główny bohater odchodzi w dal

nie rozmywa się jednak, lecz wszystkie jego detale

zaczynają skrzyć od ostrości postrzegania ich na raz

Wszystko zdaje się być takie brzydkie, jaskrawe

Płaczliwe wiatry już ścierają me imię, zapominając je

wracają do siebie bez mej odpowiedzi, milczę, milczę

Zmazują me imienne atrybuty podarowane mi kiedyś

Szkoda, że sama nie mogę ich wyręczyć w tym

Pieśń szósta. Bramy Piekieł

Puk, puk, otwórzcie, zmokłej bogini łez i moczeń nocnych

Stoi przy bramie, kołacze, oczekując waszej gościny na noc

Tu się rozpoznaję, przy wejściu i domofon z moim imieniem

Podzielone bramy na nieskończoną liczbę segmentów

ciągle dzielą się wewnętrznie, ciskają, miażdżąc się w granicach

Nadproża potężne, wielkie filary dźwigające ciężar spotęgowany

Obrazy i historie niby tu widnieją, ale się kamuflują nawzajem

przez spróchniałe zęby cedzone, przez zgryzy zatrzaśnięte

Nowe rysunki na odrzwiach wyrzeźbione dłutem zębatym

Skryte pod deskami świata zwłoki czynów przerażających

Znaki dziwne rozpoznaję, w woskowym świetle ich pląs

Polichromie zdrapane wiatrami dalekimi i kształty miękkie

W rozglifieniu łuku wieńczącego drzwi napisy po aramejsku

Charakter pisma wskazuje na autora przycupniętego

On chciałby zachować anonimowość, raczej się nie ujawnia

Pewnie jakiś dawny mistrz je kuł, bramy piekieł w ogniu

Są na nich zakazane kwiaty, których nazwy są ominięte

we wszystkich językach dawnych i przyszłych, i zaginionych

W przyczółce lampka z napisem wolne, możesz wejść

poprawić przed lustrami w sraczu wypadające włosy

Ślepymi maswerkami ozdobione, czołgankami upiększają

przy klamkach licznych na wszelkich wysokościach

podkreślają stylistykę podążającą w doły i w przepaście

Te modne tendencje w architekturze są osobliwie ciekawe

Zapachy obłędu mego, szaleństwa, tu rozpoznaję się na szczęście

Wśród musujących kształtów dostrzegam trzy postaci wokół

Obgryzam palce do krwi i dotykam tych figur mellitowych

Dwie stojące z otwartymi ramionami, jedno zwierzę zbite

Wszystkie spojrzały na mnie, uśmiechając się przeciągle

Zauważyły moją obecność dotąd tutaj niedostrzeganą

Wtedy poczułam histerię olbrzymią i lęk odsłonięty

Uderzyła mnie fala zła niewypowiadanego w czoło

Rzuciłam się do ucieczki, tłumiąc swój zgubiony oddech

lecz ma ręka spoczywała już na klamce, która odskoczyła

a brama była taka piękna, karmelizowana z tłuszczem

Ot, te sztuczki opierające się na skrzypliwych zawiasach

one wiodą nas na zatracenie w głębiny najstraszniejsze

Nie witajmy się zatem w progu

sata-musie, czy jak ci tam było kiedyś na imię

Pieśń siódma. Pieśń ściśnięta

Płaczcie teraz, wszystkie płaczki żydowskie

Te najpiękniejsze łzy ocierajcie wymuszone

Wysuszajcie swe płatne oblicza włosami

perfumowanymi i namaszczanymi, i długimi

Do tego pośmiertnego orszaku wybieram

te najbardziej wczuwające się i niewinne

z wielkimi oczami rozmazanymi za zapłatę

Drogimi kamieniami was obsypię, całe drogie

Te ręce załamujące się, te jęki, naciągane wycie

Ja nie mogę nad sobą płakać na zewnątrz

Wciśnięta w siebie widzę tylko swój smród

Nie potrafię czuć, tylko ścisk niemiłosierny

Wpychana w najmniejsze ramy moja wielkość

ograniczana liniami czarnymi, oskarżającymi

Me kształty dawne w bolesnym marynowaniu

Zapadam się nieskończoną ilość razy w się

W najgłębszą przepaść w sobie ciągle wpadam

Ciągle spadam w dziurę, którą jestem, pełną i złą

i te chóry potępione, te głosy z dawna cierpiące

przypominają mi dokładnie śmierć zadawaną

Teraz tęsknię za jego obliczem, które odrzuciłam

Za morzem pozostał i pozwoliłam mu zapomnieć

Tu wszystko już zostało spełnione w echach licznych

Tu wszystko już zostało zaprzepaszczone kiedyś

Wciśnięta w środku żyję tylko rykiem wewnętrznym

Nie wyobrażałam sobie, że tak boli śmierć wieczna

Umieram nieskończoną ilość razy, niewidząca kresu

zadać sobie ból z jego dekoracyjnymi detalami

Mieć przez chwilę możliwość tej rozkoszy boleści

Nienawidzę najbardziej mego bytu skurczonego

wszystkiego, trwającego w nieśmiertelności mojej

Płaczcie, o piękne kobiety płatne i lakierowane

Zmuszajcie się, zmuszajcie się wzajemnie, podsycajcie

do żalu za moim wiecznym pogrzebem w listopadzie

Trwam z więdnącym wiankiem chryzantem na głowie

Odszedł ten, co podawał mi wino do ust, pragnąc mnie

bez niego wysuszona oceniam ciągle mą stratę wieczną

Brak mi teraz tych pieprzonych, pastelowych kolorów

kojarzących się z jego cichą obecnością w dalekich tłach

Niech wasz płaczliwy skowyt wzniesie się, o płaczki

w ten kosmos okrutnie cichy i wolny, piekielnie wolny

Pieśń ósma. Bruna nasłuchuje bóstw spokrewnionych

Daleko i blisko pod mym ramieniem słyszę popiskiwanie

Żałosne, nerwowe moje drapanie w tym miejscu, gdzie swędzi

Głos spokrewniony usłyszałam wbity we mnie, tak daleki

Śpiewak fałszujący drżał, srał w majtki bawełniane z domieszką

po nogawkach rajstop ściekał mu mocz ze strachu przed sobą

Wciśnięcia w głębokości nieodkryte przez żadne wehikuły

Byliśmy dawno napełnieni ambrozją i nektarem kradzionym

Szeleszczą części skołtunione mocno, pod spodami

Słyszę świsty jak pieśni powlekane żałością wyczynową

Bóstwa spokrewnione tłoczą się w tym niemiejscu, we mnie

Przekrzykiwania na ścianach przepaści, noszę ją w sobie

Nienawidzę ich, a oni mojej obecności, jednakże zmuszeni

Skóry po nas zostają, po bóstwach leśnych, prehistorycznych

Posłyszałam głos pojedynczy, zdał mi się jakoś rozpoznawalny

Szepcząc w mym uchu, umiejscowił się jak w niewygodnej pufie

Ten pisk, syczący torturował precyzyjnie dźwiękiem nieznośnym

Jego głos, trzeszcząca dźwignia kości zginająca, kości zrywająca

Zasypcie grubą warstwą żwiru to gnojowisko smrodem oszałamiane

Wszystko od niego ucieka, nawet on od siebie ucieka lękliwie

To gardło jest tu tak zwężone, nie ma przełykania i oddychania

Nie wbijesz w to rurki, by uratować mu życie, by mu uratować śmierć

by uratować jego pieśni charczące przed każdorazową destrukcją

po szepnięciu jednostajnym, od razu niszczone są przez połykających

To najmniejsze terytorium bóstw zapomnianych w starych mitologiach

Zaśpiewaj mi swą piosnkę zdolnego szambiarza uwikłanego w zagadkę

Nadchodzisz, w mordzie trzymając swe kości zmiażdżone jak puchar

twym własnym pyskiem i tonowym naciskiem na siebie samego

Twój wątek przeplata się gdzieś we mnie rozpiętej i zgniecionej

mieni się w okolicy, dając znać, że się jawił kiedyś jako Pseudohelios

okrutnie biczujący swymi promieniami twarze pobielone rozpaczą

rytmicznie uderzając w ich skóry, jak w bębny bolesno-dźwięczne

Pieśń dziewiąta. Pseudohelios wyje

Ksandzie, Podargu, Ajtonie i Lamposie żelazny

gdzie się podziało wasze ostre, końskie włosie

wasze gęste grzywy zasłaniające mi głębokie doły

kopane na grobowce Heliosa okrutnego wieczorem

muskularne, dźwigające mój odwłok władczy

Pociągowa wasza misja skończyła się dosyć szybko

Podkradł mi was inny bóg zachodu z brązową twarzą

Nie barwi się tak mocno przy zmierzchu czerwienią

Me słoneczne potomstwo uciekało promieniami

przed mym gniewem olbrzymim i wrzaskiem furii

Jednakże wszystkie z dala gdzieś krążyły na orbicie

Mieszkałem jako prawie trup słoneczny trochę w Italii

Mój pierwszy syn, Faeton, nie mógł patrzeć na mnie

nawet w słonecznych okularach, wybuchał płaczem

Miażdżyłem jego pneumatyczno-aerodynamiczne kości

żelazkodeskami płonącymi, krzesłami wirującymi

Jego delikatna matka, pogruchotana odwożona karetkami

karetami króla słońca, jechała na sygnale mego odrzucania

Nienawidziłem widnokręgu przypisanego mi przez los

Wypalałem ich delikatne powierzchnie i wilgotne kąty

zakamarki schowane przede mną, jakoś trochę urodzajne

Faeton popełnia samobójstwo w trakcie zaćmienia słońca

tak był przyzwyczajony do mojego oblicza spalającego

Widząc już tylko pustynię w owej krainie pogrzebanej

szczątki plączące mi się między zębami i odchodami

na drodze gwiaździstej poznałem kobietę-kometę uciekającą

podążyłem za nią w inną galaktykę i tam poślubiłem ją

koronując się jednocześnie na największego patriarchę

Me kolejne mitologiczne potomstwo to drobne księżyce

za małe, by je rozbić o siebie z hukiem, ich jęki posłyszeć

Meteoryty wysyłane i przedmioty zderzane z ciałem

przy wieszaku na płaszcze przygodne, bujający się abażur

Abażur złoty był mi konkurencją w oświetleniu wnętrza

Abażur żółty, zgnieciony, bujający się wśród przerażenia siłą

Bicie po ich lekko uniesionych głowach w stronę słońca

Nikt nie jest dostatecznie godny, by spoglądać w me oblicze

gniewu i nienawiści do panoram rozpostartych wokół

Ona — kometa uciekła z dziećmi z mego widnokręgu

montując markizy przeciwsłoneczne, żaluzje ciemne

Przesunął się mój ruch jednostajnej fizjologii w bok

Mieszkałem znów tam, gdzie inna strona świata się myliła

Z kolejną boginią rodziłem kolejne brzuchy nienażarte

Przychodziły do mnie, prosząc o ciepło, biłem je okrutnie

po tych ustach zdziwionych, oczekujących minuty solarium

Potłuczone żebra córki nieznośnej i syna z chorym sercem

Sikali ze strachu, gdy wracałem wieczorem do mego pałacu

Zniszczeni, płaczący, lizali swe rany po wybuchach słońca

Wpełzali pod meble włoskie z wyprzedaży zakupione

Byłem przekonany o swej nieśmiertelnej sile niszczącej

lecz pomału prawie niezauważalnie stawałem się słaby

Traciłem swe rumaki ciągnące mój rydwan spalony

ich kopyta jakoś tak tętniły w coraz większym oddaleniu

Zrzucony ze swego słonecznego powozu dotknąłem ziemi

na której już nikt nie zamieszkiwał, porzucona w pośpiechu

Zdychałem przez kilka lat, doczekawszy niepełnosprawności

Zachowałem swój jad ukryty między zmarszczkami na zapas

by starczyło do końca tego niszczenia wszelkich przejawów życia

Me mroczne panowanie i regulacja buntów żelaznym drągiem

zanikało jakoś i bladło, znikał mój ostry blask z powidokami

W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać

Każdy się mnie bał, opowiadałem im o mym niszczycielstwie

o tych zależnych i zaciemnionych, powoli wzrastających w cieniu

Opowiadałem, jak odchodził Faeton pierworodnie niszczony

po miękkościach odsłoniętych, po miękkościach zasłoniętych

Pielęgniarki chowały twarze, a chłopcy ze wstrętem spoglądając

życzyli mi wszystkiego najgorszego, dużo chorób w dniu imienin

podawali mi papierosy, czekając, aż zgasnę, charcząc w dymie

Z czasem zmieniłem się w czerwonego olbrzyma3 obrzękniętego

Nowotwór wpompował w me ciało wiele powierza i wodoru

choć leżałem, umierając, byłem znów najmasywniejszy, potężny

W samo południe, gdy słońce było najwyżej, pojękując, odchodziłem

Jak umrę, wszystko zgaśnie, potężne bóstwo zasypia ze wszystkim

w grobie wraz z rodziną żywcem pochowaną, wraz ze służącymi

i psami, i z wężem ogrodowym, programem telewizyjnym na piątek

Miękki zastrzyk przeciwbólowy kołysał się we mnie łagodnie

Łuski węża ogrodowego pokryły me oczy, oddech ustał w ciszy

Wtedy poczułem pierwszy raz lęk, zmuszał mnie do uciekania

odrzucając moje zewnętrzne warstwy, zachował się tylko środek

Jądro, skondensowane w środku mym, okazało się skarłowaciałe

Zostałem zdetronizowany, pośmiertny zamach stanu i ścięcie głów

Nagłe zrozumienie uderzyło mnie w brzuch najgłębszy, w biszkopt

Uciekłem jak najdalej od tych szeptów nawracających uciążliwie

w wielkim pośpiechu, histerii dotarłem tu, do królestwa strachu

zsikując się ciągle przed sobą — przed nadchodzącym czarnym karłem4

Zbity do mego wnętrza, nigdy się nie poszerza ani zwęża

Przypominam sobie płacze nieustające za mną, za okrutnym

że był taki ohydny, już prawie nie wspomina się go przy obiedzie

Jakieś charczące huki tylko określają moje pochodne kształty

ktoś ciągle śpiewa głosami mych ofiar w tle, naśladując idealnie

Przypomina mi ich strach przed nadchodzącym Pseudoheliosem

zamykane przede mną żółte drzwi do pokoju, drzwi do piekła

które i tak wyważę, i wejdę do tej szczeliny, i zmieszczę się tam

Pieśń dziesiąta. Piekło pseudoheliosa

Określając me śluzy ciągle skapujące

e

e

Zapadające się litery w sobie noszę tu

cały czas, przy sobie mam swój koniec

Skrzywione usta tak trudno narysować

Jakim ołówkiem szkicować ich kształt

granitowo-fioletowy i obawiający się?

Oto nadszedł głuchy dźwięk z zimna

Więziony w sobie, własne żebra-kraty

Wisi przede mną żółty abażur pradawny

Jakieś istnienie rozumne i przebiegłe

szeleści, zadając mi rany, ramy wąskie

cytując i śpiewając — tatuując we mnie

słowami i pieśniami miażdżącymi się

teraz odwrotnie rozciągane, za ogony

na szorstką stronę, która nie pozwala

na noszenie ich bez otarć i zniszczenia

Trzeba zawsze było sprawdzać metkę

kraj pochodzenia tych tkanin skrytych

zakazywanych i wytrzymałych jak juta

Noszę ze sobą zawsze swój koniec

Widzę ciągłe tylko zakończenia ze mną

z głównym bohaterem filmu amatorskiego

w którym wtórują głosy zamazywane

tylko zakończenia mi pozostają

puszczane w ciągłych pętlach

one zaciskają

piekło

śpiew z dziwnym raczej niespotykanym akcentem

gdzież się podział ów, ten helios pierdolony, pragnący spalić świat?

nauczymy cię dyscypliny, my, krwawe owoce lychee, organizujące

spotkania po latach i uczty zakrapiane winami poświęconymi

sraj ze strachu, nadchodzimy na ciebie, znów w odwiedziny

żeby ci było jeszcze bardziej przykro i byś był bardziej samotny

przyzwyczaj się do naszej obecności cierpkiej i karzącej

hi, hi, będziemy dydaktyczni bardzo, oczekuj tego, tylko tego

ohydne, niby takie silne i oświecone, teraz płacze to nieżyjątko

dogonimy cię i będziemy niszczyć, aż nie będziesz w stanie piać

ze strachu, że noc się nie kończy, a złe sny są takie namacalne

i szeleszczą złowieszczo w przepoconych, długich palcach

wydrapiemy jego gardło językami z płomieni, samozaciskami

aż skuli się do niemożliwości, aż będzie wzywać swe dzieci

my z jego ust wszystko pochwycimy, spożyjemy łapczywie

napełniamy się bowiem sokiem jego, prawie że pęczniejemy

w naszym wiecznym głodzie, w trwaniu zakonserwowane

i niezmiennie perwersyjne w rekonstrukcjach

Pieśń jedenasta. Bruna śpiewa pierwszą pieśń wojenną

Wysuszone są me usta, już żaden pocałunek

Nie uda mi się schować w kimś przez moment

Oto mój wróg, wróg śpiewający przede mną

skrywa się za słowami pełnymi czarnej wydzieliny

Umiejscowił się przy moim uchu i pęcznieje

przez chwilę, potem rzęzi w swoim oblężeniu

Będę prowadzić wojnę międzynarodową i wielką

zamorduję wszystkich piosenkarzy dorabiających

Takich jak ty mordować, ich przyuczone głosy

przyuczone głosy do jakiejkolwiek atrakcyjności

W ustach powleczonych same kamienie i ziemia

Szykuj już swój herb wojenny, będzie powielany

herb z czerwonym pasem i zapinką żelazną na nim

Zetrzemy się w bitwie na moim terytorium

ja wyznaczam

Każdy jest tutaj czyhający na ciebie, więc sikaj z lęku

W twoich oczach zamieszkuje strach i ta nerwowość

Nie będę miała dla ciebie żadnej litości, nie licz na to

Już machiny wymyślam, by zdławić twoje liche chlipanie

Zbieram je, gromadzę w zbrojowni, zaskakując cię

Pułapki na lisy i szczury zastawiam, tym się zajmuję

z siatki, z drutu, poranić cię i cię jeszcze bardziej poranić

Ten twój stan zapalny ciągle się aktywizujący pulsuje

pulsuje rytmicznie, przeczuwa swoje wieczne trwanie

Machiny szaleńcze, nowe rodzaje broni będę próbować

Kierować będę je wszystkie, ich małe i wielkie lufy

do twej buzi

Pieśń dwunasta. Bruna wsłuchuje się drugi raz

Dorzuć trochę swoich kości do ognia, bo robi się chłodno

Pod wyleniałą peruką z kreciego futra i z nutrii brzmi wokal

Nadkobiece ma zdolności manualne, taka męska jest i silna

Nawet teraz odwrócona do wszystkich nie chce występować

Idź tam do niej, namów ją, by rozwinęła swe spocone pięści

Niech nie boi się odkrycia swej szpetnej twarzy, robaczywej

Chodź do mnie z tłustymi włosami zgubionymi i wyrywanymi

Przedstaw się ładnie, bardzo proszę, teraz kolej na ciebie

Próbowałaś trunków zakazanych pozyskiwanych z boleści

Witaj w klubie tenisowo-golfowym dla potentatów ropy

czystych, zarumienionych podnieceniem, swoją personalną furią

Pogryziemy wszystko nieznane, sprowadzane z dzikich krain

Będziemy się oblizywać, cieszyć w środku ze swej nadrzędności

Kobiecy wokal wrzaskliwy, taki przekomarzający się o swoje miejsce

Niszczyła wielu, by zaśpiewać taką niezwykle odwróconą pieśń

No może teraz zaprezentujesz ją szerokiej publiczności

przed moim pomazanym obliczem, barwami wojennymi

Nikną już oczy i moje twarze w maseczkach wojennych

Będę cię zabijać wsłuchiwaniem się we wszystkie półtony

Podziemne kwiaty swe pąki zżerają, przerażone wiecznością

Jak uciszyć tych samozwańców rozrastających się w kątach

Samozwańce w korowodzie zaciśnięte w mojej głowie depczą się

i przepychają, i ładnie się ukłonić należy, no mniej więcej tak

Któż tu będzie pierwszy, który pierwszy wystąpi, pokazując się?

Sztuczki sceniczne, aby jakieś osoby zaklaskały z zażenowaniem

chyba nie do końca zrozumiały, że ta pani śpiewająca to trup

Jakaś taka dziwna jest, dziwnie się uśmiecha przez brak zębów

że w ogóle pozwala się na takie występy, scenografie pomylone

Ona się nie rusza, w sumie nie umie śpiewać, jak inne jej podobne

a suknie ma w pasy czarne i nie wiruje w pędzie zgnieciona

tylko pluje, krzyczy ściśnięta i to cały jej występ uroczy

Przeciska się przez siebie, a każdy jej ruch to niemożliwy ruch

Biegnijcie do pierwszych rzędów zobaczyć jej make-upy

namalowane jej uśmiechy w zespole pieśni i tańca ściśniętego

Pieśń trzynasta. Urania śpiewa głosem odwróconym

Szepcząc słowa rozpryśnięte, wykrzykując odstępy

ćwierćnuty i ósemki w częściach szesnastych

tych dawnych, ludowych, śpiewanych historii

Urania jestem, jestem pełna swej siły okrutnej

Nawet tu, zobacz moje zniszczone, krępe dziąsła

dziury wydłubane we mnie z precyzją mistrza

Niosąc długie sukna ze wzorami płaczliwymi

idę do ciebie, przeżuwając siebie, z pełną buzią

Urania była kiedyś sierotą zawszawioną podle

Nie była słaba jak inne, ale się wywyższyła nad

Uwierzyła w wojnę i najgłośniej krzyczała

wykrzywiając twarz w grymasie wielkiej siły

W pierwszym rzędzie tych najsilniejszych, Ja

szybko dostałam od mych kochanków szorstkich

dyspozycje życia i śmierci w mych kieszeniach

plątały się one ze sobą, gubiłam je w kaprysach

Inspektorka obozu pracy we wschodniej Ukrainie

tam gdzie Urania miała w każdym mieście pomnik

W każdym mieście powiatowym mój pomnik

Siedząc na podwyższeniach, władałam kobietami

Przynależały do mnie dziewczynki od 4 do 16 lat

druga grupa 16–60 lat, poza limitami nie istniały

Musiały oszukiwać mnie strojami, spuszczonymi oczami

Chodziło o zdolność do kreatywnej pracy i siłę wyciskaną

by budować utopijne ruiny, jakąś tajną bazę na piekło

Staruszki nagie, kobiety rozkwitające, dzieci w barakach

Ja spoglądałam na nie surowym wzrokiem karcącym

Matki, siostry, kochanki bogów zwiędniętych pod butem

zdychają w hurtowni drobiu zziębniętego i białego ze strachu

Urania urządzała sobie wspaniałe uczty zakrapiane winem

gdzie wszystkie zapraszała, wyciągając z baraków chłodnych

w tej przedostatniej wieczerzy, widzą ją tylko kobiety ciężarne

patrzą zaciśnięte z bólu głodu swego i dzieci schowanych

omdlewają, piszczą, nigdy później nie słyszałam takiego pisku

Kolacja z masłem, szynką, ciepłym chlebem, miodem kapiącym

Oto były me siostry, zakonnice skazane na mnie, na Uranię

Siostry pod wezwaniem najokrutniejszej, bez serca miłosiernego

Biłam ich gładkie oblicza, ciągle się odradzające po nocy

Rajskie ptaki, feniksy, takie piękne, prawie jak nietknięte

suki o modrych i czarnych spojrzeniach, bite po głowach

tam podobnież umiejscowiona jest dusza ludzka, podobnież

Czy można być tak okrutnym jak ja, co ubieram się w ich ból

Biodra szerokie, przepasane dekoracyjnie wrzaskiem i śmiercią

Co za chorały antygregoriańskie mi towarzyszyły wtedy

gdy strzelałam do łabędzic uciekających w lasy, chronią się tam

wraz z małymi dziećmi, nie uciekną nigdy przed Zapobiegliwą

Czuwałam, aby ich serca z piernika pękały z boleści, kruszały

rozmiękając od łez

Urania jest popromienna i zdeformowana, nie ma słabości

Nie ma we mnie pięty Achillesa ukrytej w kaloszach ciężkich

Trwało to lata, choć nie liczyłam tych niezbyt oświetlonych chwil

Ostatecznie wszystkie kobiety zostały kupione przez Szwedów

zapłacili masłem i mięsem różowego łososia za 20 wagonów

Pojechały ściśnięte i szczęśliwe, trzymające się za ręce razem

Machałam więc im chusteczką, nienawidząc ich coraz bardziej

ale wybrałam sobie sztuki z tego tłumu, by służyły mi do końca

panny niby mądre czekające na swego oblubieńca, aż przyjdzie

ale wyręczyłam go w tym jego opóźnionym przychodzeniu

Zabijałam je, strzelając im w łagodnie rozmazane oblicza

strzelając w ich miękkie karki, co do całowania i pieszczot służą

Zostałam w końcu schowana przed kontratakiem do miasta szarego

Schowana troskliwie do schludnej nory przez dawnych przyjaciół

pamiętali doskonale pieśni w moim wykonaniu sprzed lat

W małym przydzielonym mieszkanku żyłam jeszcze długo

czytając dzienniki i kręcąc przy tym głową ze zdziwienia

Urania pomału przestała promieniować, choć pozostałam w głębi

na zawsze wywyższona przez tamte dawne nimfy, przez ich śmierć

śmierć błogosławionych, ta wyjątkowość skryta, niepowtarzalna

Zmarłam w swoim mieszkaniu samotnie w mroku postępującym

Po tygodniach ktoś odkrył mój posunięty rozkład, rozkładówkę

gdy smród w okolicy nie pozwalał już spożywać kolacji postnych

Usnęłam w trującym powietrzu popuszczanym

śmierć na skutek nieszczelnej instalacji gazowej

Pan dozorca zapisał w notatniku jedenaste przykazanie

nie zapomnę sprawdzić kuchenki złowrogiej przed snem

Gdy się obudziłam, uderzyła mnie mnogość oddechów

rozpoznałam je w ciemności przepełnionej nimi

szept przezwyciężający mą grubą powłokę prześwitywał

Usunęłam go swym żelaznym ramieniem, znów było silne

ramię odrzucające litość, ornamenty strachliwe i blade

Marszowym krokiem kolosa weszłam tam, gdzie skały

Intensywniej wszystko teraz czuję wszystko i rozpoznaję

Jestem związana nokturnami, co kiedyś były mi śpiewane

przez te, które nienawidziłam za tę ulotność, za dusze

Ja niczym klucz nutowy rozpoczynający ich ciąg melodii

ostrość zapisu nutowego, przepisanego czytelniej

Nie pominięty zostanie żaden detal, żaden szczegół

Ten utwór sama sobie dedykuję, dla Uranii skowyt wijący

156 zgodnie z katalogiem Kehla5 albo diabli wiedzą kogo

zaciśnięta liniami, na których to wszystko zostało opisane

Pieśń czternasta. Urania in ferno

W krzakach wysterylizowanych, w chowanego

próbuję się znaleźć, nikt mnie nie szuka tutaj

Trwam jako niezbity dowód w postępowaniu

Jakieś resztki uczty zalegają we mnie

Nastawiona na temperaturę 250 stopni

jestem zakalcem zapadniętym ciągle

nie ma żadnej szyby, żeby mi się przyglądać

Pieczona w formie chwytającej mój kształt

dziury we mnie pęcznieją po kulach dawnych

tkwią jak rodzynki i rozsadzają mnie

Ich rozgrzane wątroby eksplodują we mnie

Wewnątrz mnie jakieś obecności obce

drażnią mój głód i rozpacz, i zapadanie

Czy wielcy bogowie tak muszą kończyć

w okowach własnych, stalowych ramion?

Moje kipiące istnienie do nieskończoności

ciągle jest kadrowane do punktu gęstego

Formy wykute własnoręcznie w ogniu

w ogniu wulkanu, w śmierci, w płaczu

dzięki temu są niezniszczalne z gwarancją

Zgniłe kawałki ciast, rozrzucone mięso

Wszystko mrok, nie ma żadnych świateł

Nie ma świateł do ostatniego występu

słynnej Uranii o głosie nieludzkim

Wszelkie me wydostawanie się z formy

wszelkie me wydostawanie się ze słowa

jest odcinane za pomocą noży japońskich

przez te śpiewające przy pobliskim ognisku

Z dziwnymi uśmiechami już nadchodzą

nadchodzące śpiewają

jesteśmy raczej martwymi naturami

ustawimy cię i wszystko, co się spełniło

w różnych konfiguracjach kompozycje

ograniczony jest ten zestaw rekwizytów

czesać ich ostry kształt swym wzrokiem

możesz obserwować dotkliwiej ich detale

tylko pomagamy, komponujemy wytwornie

w detalach znajdziesz wszystko, co znasz

czerstwe kawałki ciast, rozrzucone mięso

to pożera mrok i nie ma rzeźnych już świateł

rzeźnia nie jest w modzie, raczej tu nie pasuje

widzimy raczej szarą tkaninę podwieszoną

w końcach szarpaną z bolesnymi frędzlami

a wśród niej takie kęsy zgniłe jak pamiątki

rozrywające jej jednostajnie potępiony koloryt

na scenie dla ciebie ustawimy scenografię

nasza siostro uwięziona przez siebie w nas

a my jesteśmy raczej martwymi naturami

z uśmiechami szerszymi niż cokolwiek

z uśmiechami dekorującymi wnętrza

zapomnianych ruin

Pieśń piętnasta. Drugi front wojny z uranią

Wysyłam posłańców z nożami kuchennymi

z nożyczkami zaostrzonymi na szorstkościach

by rozpocząć walkę o przewodnictwo, uranio

Rywalizujmy, która z nas bardziej zdeformowana

Urządźmy sobie konkurs piękności pośmiertnej

Wystąpmy w najokrutniejszych kreacjach

Wszystkie melodie już ograne, nie zdarzy się nic

Mordami przeżuwamy ciągle tę samą strawę

Przeżuwamy się nawzajem, zmuszone słuchamy

Jesteś obok mnie z tą kulą i cyrklem niestępionym

urania niby włada, niby nim odmierza proporcje

tych ciał idealnych i zdolnych do wysiłku

Nienawidziłam cię od pierwszego dźwięku

od pierwszego wejrzenia

Te ramiona niby smukłe, a jednak masywne

Zbieraj teraz posiłki, swe armie niszczące

Twój głos ściszony, zmuszę cię do milczenia

Kontenery będą cię wywozić, kontenery

w interpunkcji drobnej będziesz wywożona

Góra plastiku po powierzchniach malowana

dlatego nie ma tych żył mineralnych w środku

tych krystalicznych pęknięć w środku litej

z której jąkające się mojżesze mogłyby wskrzesić

studnie i fontanny znakomite, rozłożyste

Teraz pozwól, że będę cię okładać słowem

rytym w tych samych miejscach, co kiedyś

Kiedyś w te miejsca uderzała urania w uranię

Pieśń szesnasta. Podsłuchy

Leżę na wysypisku śmieci sprasowana w kubik

Wokół mnie podobne kostki do gry oszukiwane

Jakiś dźwięk, fragment we mnie częścią odłożony

odzywa się i charczy, próbując się przedrzeć

Ten masyw sprasowany walczy o głos mocniejszy

lepiej może go nie dopuszczać, czuję jego ton

Łasi się jakoś tak dziwnie, ale brak mu skóry

Łasi się, by jeszcze raz czujność zatracić

Chwyci, zniszczy wszystko wokół wyłożone

Obliczył sobie to na podstawie rachunków

że on jest Rugewit, stosując kalambury i losy

Rzucając, obliczył, że na każdej jego stronie

na każdej jego kostce siedem jest kropek

dają one nieśmiertelność, to taka liczba

Mimo że śmierdział odchodami rybimi

potrafił się zakraść cichutko, skraść wiele

owoce kwitnące, świeżo kradzione warzywa

Już go słyszę, pod mą pachą chyba skrył się

Zaknebluję go jeszcze czymś, by milczał

taśmą malarską albo workiem foliowym

z wizerunkiem uśmiechniętych kobiet

oblizujących palce ze słodyczy schowanej

Zamknijcie mu mordę, ten otwór zdechły

gdy przyjrzysz się uważnie, zauważysz

w jego obliczu matowym śmierć

Iluzjonistycznie narysował sobie wiele głów

żeby się mienić i odmieniać ostatni raz

Przez przypadki odmiana okrutna

Pieśń siedemnasta. Rugewit nabrzmiewa

Me słowa przenoszone są w lektyce zbutwiałej

Ostatni raz je przenoszę, ich wątłe brzmienia

na mych plecach odciśnięte są po nich ślady

między przerwami wciśnięte i rozkładające

Oto jestem — zawołam rozdartym otworem

lecz nie jako sługa nasłuchujący do rana

lecz jako Pan wyróżniony i alabastrowy cały

Mało znane bóstwo znalazło bowiem sposób

na wielki powrót do słynniejszych i silnych

Chowałem się w dziuplach szarych wiewiórek

Me dzieciństwo było idealnie świetlano-miodne

gdy zmężniałem, zacząłem pracować, wyjeżdżając

na wakacje do kurortów dla tych najbogatszych

Któregoś dnia, widząc młode kobiety, zrozumiałem

W kostiumach kąpielowych się śmiały, smarowały

Margaryną pachnące, głaszczące się, całujące się

Widząc mnie podglądającego, drwiły ze mnie

Zuzanny w kąpielach obfitych z kwiatami, z winem

do których nigdy nie pozwoliły mi dołączyć się

Zrozumiałem, że mogę je skraść w ciemności nocnej

że mogę skraść te napoje niebiańskie z nich wytłoczone

bardzo drogie, niedostępne w tanich marketach

Przygotowałem się do tamtego dnia starannie

latami oglądając przewodniki po wielkich miastach

oglądając rozkraczone łona, co tam zamieszkują

Zapuściłem w mym sercu gęste ziarno bluszczu

obrosło mnie w środku, zakrywało mój strach

Wszystko dzięki temu było jeszcze bardziej tajemnicze

Rugewit wzrastał w domu jaskółek lęgnących się

Na starym strychu się lęgły, a ja z wysoka spoglądałem

Tak namacalne były me ofiary przechadzające się

Wiłem się bardzo blisko terenów mieszkalnych i osiedli

Pierwsza ma ofiara złożona na ołtarzu była dziewicą

taka jak ja, na wakacjach z rodzicami odpoczywająca

Opowiedziała mi to przy szklance gorzkiej lemoniady

Ona wypiła lemoniadę przed tym, jak ją zgwałciłem i zabiłem

Muszą mi podlegać te wyszarpywania się gołębi ofiarnych

ofiary jaskółeczek składanych, bym był spokojniejszy raczej

Nikt nie usłyszał jej wtedy, nawet ja jej nie usłyszałem

W wielkim uniesieniu mord rozkoszy i nieprzyzwolenia

Orałem jej ciało gładkie, poczułem się bezkarny w szale

trzaskając w jej morskie loki młotkiem remontowym

Zakopałem ją cichutko, uciekłem do swojej skrytki

Rugewit nadchodził we mnie z hukiem, drżeniem ziemi

nikt tego nie czuł, tylko ja znałem dziwne wibracje

Podsycałem w sobie te pragnienia unhappy endów

podniecając się tą wielką gromnicą na zigguracie wetkniętą

Śliskie były ryby wielokolorowe, ciągle na nie polowałem

Miałem władzę nad ich ławicami parskającymi śmiechem

Drugi raz udało mi się zabić młodą studentkę prawa karnego

Zadźgałem jej ciało nożem ostrym, z dalekich krain zdobytym

Trzecia to była sprzedawczyni mięsa i podrobów z okolicy

Zgwałciłem ją, zatłukłem kijem stalowym w norze lisa

Strzaskałem jej golonki, noszące jej ciężar na spacery

Czwarta zabita, dziewczyna w parku z pieskiem lękliwym

Poleżeliśmy chwilę po miłosnym uniesieniu na trawie

Choć ona już wtedy wielkimi oczami spoglądała martwo

na sosny wysokie, zupełnie jak żywa, odpoczywająca

Piąta była bardziej tłusta, w seksownych dodatkach

Była prostytutką tanią, dostępną w każdej chwili, nawet tej

Żywcem zakopałem tę kruszonkę słodką z nadzieniem

Szóstą goniłem długo, aż me zmęczenie było wielkie

zdążyłem rozbić jej czaszkę kamieniem, jak goliatce

Miała być ta siódma, która miała być zwieńczeniem

Mieć mitologicznych siedem głów niezniszczalnych

Ja, wielki Rugewit, pan życia najpiękniejszego

Jednej mi brakowało, by zyskać ten szlif brylantowy

na ostatnim polowaniu ofiara zbiegła w busz

okazała się odważną dziewicą Joanną d’Arc, postępową

Znała jakieś wschodnie sztuki walki i motywacji

Nie zdążyłem zdobyć jej białego ciała jeszcze chłopca

Uciekając przed mą histerią, wydała mnie w ręce policji

Sprowadziła armię rewolucjonistów, oni nie chcieli boga

któremu składa się takie drogocenne podarki w święta

Oskarżyciel wpadł na ślady mej konstrukcji bolesnej

odkrył te wcześniejsze, zużyte materiały budowlane

Wszyscy wykrzywiali swe twarze surowe, wyniosłe w ocenie

gdy oglądaliśmy zdjęcia, ich portrety w ramkach, z wykopalisk

Jakże się zmieniły od naszego spotkania w leśnych zaułkach

Jednak brak miłości nie wpływa dobrze, zaniedbują swą urodę

Prychnąłem śmiechem, widząc ich zdziwienie okrucieństwem

Rugewit musi składać sobie ofiary, takie jego przeznaczenie

Gdy wyrok przeczytano, byłem z siebie dumny, zachwycony

Te tytuły i osiągnięcia małego człowieczka — wiewiórki

Zostałem skazany na krzesło elektryczne, które sprowadzono

ze stanu Nebraska, krzesło stalowe, na lekcję niby-dyscypliny

pożyczone od kolegi, który akurat go nie potrzebował teraz

Oto krzesło — to mój tron Salomonowy, ma sześć stopni i pół

W gazetach było me zdjęcie powiększone jak portret papieża

Przysłali mi księży w różowych podszewkach, w koroneczkach

katolickiego Anglika, islamskiego pastora, nawet rabina czarnego

Wobec nich ogłosiłem nową religię, której byłem wyznawcą

Całe me królestwo rozkoszy mieści się między literą J i A

Potem było wnętrze sterylnie niebieskie, chłodne w nastroju

Troszkę obawiałem się bólu rozkosznego w natłoku

Za szybą widziałem rozwścieczone twarze rodzin mych ofiar

Zabrałem ich córy do łoża leśnego i rozgrzebanego, ha

bóstwo wylosowane, teraz odchodzę w obłoku

w błyskach glorii, w chwale na tronie, ponad słabymi

Przywiązany, w kapturze czarnym ustawiony król

Według żelaznych zasad ustawiony do zdjęcia

Ono rozjaśnić ma boską twarz z mroku

Przez me ciało przeszły wielkie fale i huki

Głowa opadła

lecz poczułem nieśmiertelność

uzyskaną w dziwny sposób, miałem siedem głów

znów nieuchwytnie dziki, wielki niebotycznie

zbliżałem się do miejsca mej nowej świątyni

Czy o tej porze będzie jeszcze otwarty kościół

poświęcony memu straszliwemu orędownictwu?

Pieśń osiemnasta. Siedmiokrotne potępienie

Zostałem zatrzaśnięty w pułapce z ogonem

którą mógł zbudować ktoś podobny do mnie

Pułapka siedmiokrotna, indywidualna bardzo

Jestem gwałcony przez swą siedmiokrotność

uzyskaną z dużym trudem, z zawzięciem

Siłą bronię się przed Ich obecnością bliską

One zawsze wygrywają ze mną w szarpaninie

wtłaczają w me ściśnięcie jady niespotykane

uzyskiwane w tajemnych produkcjach korzennych

Wtłaczając we mnie rzeczy, które są nienazwane

albo skreślone z nazw i w słoikach skrywane

Pod fałszywymi nalepkami oszukują, by trwać

Z rugewita dawnego zostało spuszczone powietrze

tak go wyolbrzymiało, czyniło widowiskiem

Lepiący się ze strachu, trwam, czekam, piszcząc

Milionowe gwałty i morderstwa popełniane są

na moim drżącym, lichym bycie, dziurawionym

już nigdy nie zostanie nadmuchany tlenem z płuc

Nie będzie służył do niecnych zabaw na plaży

Znów nadchodzą nieme świdry w mą resztkę

Znów wtłaczać będą w mój lęk jeszcze większy strach

nie do wyrażenia, niewyśpiewany przez nikogo

Bluszcz obrastający moje wnętrze został zerwany

pod spodem nie było prawie nic, tylko piekło

Dostrzegłem swą słabość, nagość skrzywioną

Mnogie loki zgubione, tych dziewcząt dawnych

wielkimi się mi zdają, niszczącymi me skoślawienie

Jeszcze bardziej, jeszcze bardziej gwałcą mnie

Nikt nie posłyszy mego wrzasku, nikt, nawet ja

zgubione loki6

pijane jesteśmy twym sokiem jaskółczym

prażonym wielokrotnie z wyselekcjonowanych kwiatostanów

z przedziwnego moszczu zabarwionego ciemnym cukrem

na krześle wiszą odwłoki-powłoki, sztuk siedem

rozciągane, wyciągane, jakoś dużo tego tutaj

wiele dziwnych jaskółek krąży w tobie

po asfalcie biegniemy jako kudłate zbroje

złapiemy cię teraz za świeżo wydepilowane głowy

teraz boleśnie czuj, czuj, czuwaj

Pieśń dziewiętnasta. Pieśń terrorystyczna

falująca

Terrorystyczna pieśń rzęzi w ustach moich

powleczonych śliwkowymi kolorami zakazanymi

Otulona czarnym suknem religijnym, zapadniętym

Zakradnę się do ciebie, jak będziesz w ciągłej agonii

podłożę bombę skonstruowaną w gniewie słuchania

rozerwie cię na strzępy słów i boleści, bezkrwawo

Me słowa stoją w prawie równych szeregach, równo

by atakować stoją w zdaniach zdyscyplinowane

Zaszczepiłam w nich silną chęć do walki z tobą

Ta niecierpliwość niszczenia w nich zatopiona

Pulsują w rytmach i gramatykach niby to spokojnie

gotowe jednak do falstartu mściwego, już wyją, już

Chcą rozproszyć twoje dawne szeregi, falangi skryte

Uważaj, zaraz oblepią cię, chciwie szukając spełnień

jak pijawki, które miały być magicznie uleczające

Ja chowam się za ich zwartymi szeregami

planuję strategię muzyczno-wojenną

z falującymi liniami zapisującymi mój gniew

Takie wielkie widowisko, gdzie wszyscy giną

w tragiczny sposób na wieki, z medalem rdzawym

Jak zakopać cię martwym, kneblując pieśni zgaszone?

Twój głos potrącony niech nie wydobywa się na wierzch

Ile trzeba węgla brunatnego wsypać w twoją dziurę

ile węgla ma dostarczyć Polska Spółka Energetyczna

ile ton gliny trzeba wyłożyć na twój grób domniemany

by zapomnieć o twoim lamencie w Głuszy?

Nie dam ci już więcej tej harfy bezstrunnej

Wszystkie siedem strun zaszarpanych

nie da się ich już nigdy naprawić

Czarne jej obramowanie puste

by rezonans wzmóc

teraz na tobie się szarpie

na tobie ta szarpanina, trwa gra

Słyszę kolejną duszę zniszczoną

swym nieumuzykalnieniem zmęczoną

Wzgardzona wobec, szczerzy swój dźwięk

rozdziera on moją głowę skarłowaciałą, wrytą

Ból szkicuje we mnie żałosne rysunki wyciągane

W szkicownikach ciągnę te rysunki kolekcjonera

Nie usłyszeć tych chórków otępiałych z bólu

Niestety brodzę w melodiach, brodzę ciężko

w melodiach, których się nie śpiewa

w pierwszej osobie liczby pojedynczej

Nigdy nie powinno się ich śpiewać

Pieśń dwudziesta. Lukrecja nuci na bezdechu

Podnoszę swój głos nisko, za nisko podnoszę znów

spod czoła gniewnego i zachmurzonego Lukrecji

noszącej w sobie same trucizny w ustach, w języku

Ona w sukienkach przewiewnych nosiła paczuszki

Moja pieśń ma smak fałszywy, trujący śmiertelnie

Pocałuj mnie namiętnie w usta, a dam ci ich smak sobą

Spróbuj, zasmakuj tych związków we mnie chemicznych

Mojej cierpkości wonie zagubione degustuj swobodnie

Mając dwadzieścia parę lat urodziłam zgniły owoc

Córka, zakradła się do mego brzucha i tam spała

Ja wtedy studiowałam medycynę w białym kołnierzu

Ona przerwała mi swym krzykiem wszystko, me plany

Urodziłam ją, choć marzyłam o aborcjach kwiecistych

Całoczerwony potwór, ciągle domagał się mnie bardziej

Rosa, tak ją nazwała moja matka, ja jej nie chciałam

nie chciałam jej nazywać, wołać po imieniu do siebie

Nie przytulałam jej, nie karmiłam, nie patrzyłam na nią

nienawidząc jej najbardziej na świecie, za tę jej niewinność

za uzależnienie od Lukrecji zwaną dalej Potężną

Nie przerwie mi planów jej byt jasny, złożony do łóżeczka

w te pościele, w ubranka dla najmniejszych, tkanych

Dziecko nie lubiło mej obecności bliskiej i dalekiej

Unikała mnie, płakała, gdy przychodziłam z pracy, z apteki

Praca sprzątaczki, wycieraczka po nocach, po nogach

Miałam być królową, królową cennych skarbów ukrytych

szmaragdowych buteleczek, odważników miedzianych

Wracałam do sutereny, gdzie była ona czuwająca

Spoglądała na mnie coraz rozumniejsza, wiedziała wszystko

jak bardzo jej nienawidzę, jak bardzo jej nie chcę i nie kocham

W cichości swego serca wymyśliłam pewnego dnia śmierć

Zatruję swą córkę najjaśniejszą Rosę, zabierającą mi władzę

orędującą, taką nieskazitelną, pewną swej obecności

Zaplanowałam to w szczegółach, obmyśliłam skład

Znałam się trochę na tych substancjach, na ich brzmieniach

Postanowiłam wyśpiewać nową pieśń głosem pewnym

Plan dawał mi energię do życia i radość wielką

Tego wieczora nie było mej matki stróżującej cierpliwie

Przygotowałam kaszkę z morelami, z dodatkami skrytymi

Skradłam je z apteki cichutko, niezauważalnie w nocy

Nakarmiłam jej twarz, nie chciała jeść mi z rąk

Wykręcała główkę na boki, nieświadomie się broniąc

przed nieznanym smakiem matczynej ręki, z dzikimi owocami

Za mamusię jeszcze pięć, łyżeczkę za mamusię, ta ostatnia

Umyłam ją pierwszy raz, z pewną dozą uczucia dla odchodzącej

ceremonialne, tkliwe obmywanie prawie że trupa

Spoglądała na mnie prawie ciepło, głaszcząc mnie po policzku

Ułożyłam ją do łóżka i czekałam z niecierpliwością na jej sen

W głowie plotłam już nowe historie bez dwuletniej córki

Próbowałam ją budzić, a gdy nie usłyszałam oddechu

owinęłam małe ciało kocem i zawiozłam na działkę

Zakopałam ją pod zwiędniętymi porami, z zimna umierającymi

mrucząc kołysanki, uśmiechając się do siebie w nocnej aurze

W mieszkaniu zaaranżowałam włamanie nieznajomego i zniknięcie

Nie odkryto intrygi skrytej, przez lata córka była poszukiwana

Pogrążona w fałszywym żalu cieszyłam się spokojem i ciszą

tylko matka spoglądała czasem tak samo niepewnie

tak, jak kiedyś spoglądała ona, ten okropny bachor zaginiony

Już śpij, kochanie, Lukrecja założyła własną firmę kosmetyczną

o nazwie Rosa, widzisz osiągnęłam sukces rynkowy i medialny

Zaprawdę powiadam wam, świetna nazwa firmy produkującej róż

Wyszłam za mąż za chłodnego człowieka, on umiał liczyć

za człowieka, którego nie kochałam, a on nie kochał mnie

Nie posiadałam dzieci, Lukrecja się wysterylizowała na zawsze

W wielkich, chłodnych wnętrzach o różanych odcieniach trwałam

Odpoczywałam, nakładając tłuste kremy na mój rozkład powolny

Ostatecznie zginęłam tragicznie, w wypadku samochodowym

mając niecałe pięćdziesiąt lat i doczekawszy bajecznej fortuny

W zimowy wieczór jadąc swym luksusowym autem lustrzanym

wpadłam w poślizg, rozbiłam wóz o drzewo olbrzymie

Poczułam wielki huk i ból, ostatnie, co zobaczyłam w lusterku

to były gałęzie tego drzewa, wyglądały jak pory zziębnięte

takie rosły kiedyś na owej działce, gnijące i martwe już

od niespodziewanych przymrozków

Pieśń dwudziesta pierwsza. Rosetta

Wywinięta wnętrzem na zewnątrz zobaczyłam się

Wstyd ogarnął mnie wielki, rozpacz powłóczysta

Ktoś pytał głosem mej córki Rosy nieumiejącej mówić

Wystraszyłam się rozpoznania trującego zapachu

Skurczyłam się w histerii, w wywyższeniu swoim

Drzwi piekła się zatrzasnęły za mną z hukami ciężaru

Zobaczyłam na ich odwrotnej stronie narysowane koło

To była rosetta

Witraż wybity przeze mnie w kształcie kwiatu umarłego

Zostałam wtłoczona siłą w najmniejszy detal tej układanki

Skazałam się na ciągłe podzielanie się, ściśnięcie jednoczesne

Wszystkie te ramki ołowiane pełne były goryczy ściętej

po tym, co się mogło kiedyś stać, a się nie stało przez kolec skryty

Nie było żadnego prześwitu, okno dekoracyjne na mrok

tylko mrok się w nim odbijał pojedynczym kolorem moim

Zgnieciona do nawetniemilimetrów

byłam fragmentem rysunku potępionego w katedrze ciemnej

Odwrócona katedra iglicami w nas wpięta, ból perfekcyjny

Mogę myśleć tylko o niej, inne myśli zostały mi podcięte

Nie mogę odwrócić oczu, tylko szczegółowo trwam w śmierci

Tylko ja wypełniam jedno pole tej konstrukcji, reszta jest pusta

Nigdy ich nie wypełnię żadnym niedostępnym mi lekarstwem

ukradzionym od boga lub z apteczki diabła najniższego

W pustych polach dookoła czuję obecność Innych, pląsających

Ustawiają miliony luster, bym się sama wciąż potępiała

Te lustra płatkami błyszczą we mnie, mój płacz nade mną

a one śmieją się jej głosem i mają jej echa w sobie, odbicia

Śpiewają pieśni tortury; skonstruowane przez Lukrecja™

wielce szanowna i potężna w swej figurze z pęknięciem

głosem Rosy7

piękna jest ta róża w ciemności hodowana

w piwnicach przechowywana wraz z zimnymi włosami porów

oto działka, hodowla amatorska warzyw umarłych

oto grządki rozkopane równomiernie i cicho, by nie słyszano

ten kwiat podziemny, podlewamy rosą bolesną

nie stępił się jego przepiękny widok, nastrój w tobie

patrz na nas, na lustra wszystko widzące ostro, dostrzegające

wyolbrzymiają teraz twą rozpacz, smutek skulony w miazdze

stałaś się nieważnym kawałkiem, którego śmierć obwieszczamy

psujesz całą kompozycję, jej urok, ciągle odrzucaną za smak

nakarmimy cię papkami, których jeszcze nie znasz w boleści

specjalizujemy się w tym tajnym ziołolecznictwie od wieków

przez wieczność trucizna w tobie będzie nabrzmiewać

lecz nigdy tego segmentu nie rozsadzi, nie uwolni cię

no, to nasza ukochana lukrecjo, może jeszcze jedną łyżeczkę

za córeczkę

Pieśń dwudziesta druga. Czwarta pieśń wojenna gratis

To dostaniesz ode mnie za karę

czwarta pieśń wojenna gratis

z gałęziami ciernia i stroikami

Są one z dawna przeklęte, suszone

Przykleję ci tę pieśń niezgrabnie

taśmą klejącą owiążę, dołożę ją

do całości jako upominek drobny

byś ją zaniósł i przechowywał

położył ją w jakiś starych szafkach

Wraz z innymi pieśniami zabierz ją

Tu słowa są ostre, raniące wokoło

Nie na sprzedaż, ale za darmo dostarczę

pod wasze dobrze ocieplone domy

Lukrecja włożona w ramkę dekoracyjną

milknie w latyfundiach odziedziczonych

A przede mną już ćwiczy swe solówki

bogini wojny upadła, pokaleczona mocno

Pewnie to ona zaśpiewa w dzisiejszy wieczór

Uszy podkulają się z nienawiści do nowego

więc szykuję nową pieśń wojenną

śpiewa się ją przed bitwą krwawą

kiedy ciemnieją nasze oblicza, skrywane

pod tarczami jak parasolami

przed świtaniem schowani w swych ciałach

Taka pieśń jest dobra, gdy gorączka wielka

gdy wszystkie noże wpychają się same

do naszych rąk gniewnych i zaciśniętych

by się oklepywać mocno, do złamań wielu

Po bokach kruszyć twarde krawędzie wroga

do akompaniamentu potrzebujemy lęku

i huków, i armat największych z dziurami

w które wkłada się bomby rozrywające

cały świat i niebo spokojne przedzielające na poły

Teraz ściągajmy te kominiarki terrorystyczne

maseczki upiększające nas w walce z tobą

Jakże piękne są dziś te dziwne barwy wojenne

Pokażmy swe nierozpoznawalności ciemne

niech ujrzą kolejną twarz nieludzką prawie

Pokażmy swe oblicza wyniosłe, wszystkim

Zło jest gratis do niebiańskich smakołyków

tylko tak to jest zapakowane i przemycane

Pieśń dwudziesta trzecia. Badb Catha kracze

Krótkie włosy zachodzą mi na oczy

nie widzę nic prócz ich ostrych końców

Badb Catha wspaniała, groźna niezwykle

kracze w dalekich krainach nieznanych

Wykształcona w dobrej rodzinie przyzwoitych

Pani kruk, panienka z dziwnym spojrzeniem

Studiowałam fotografię z ocenami celującymi

Lubiłam fotografować w czerni-bieli reportaże

Potem młodziutka, pachnąca wyjechałam do Afryki

dokumentować narastającą tam wojnę diamentową

Dzięki dostępnym mi stale pieniądzom żyłam dobrze

Poznałam go na wytwornym, cukrowym przyjęciu

tamtejszego króla plemienia morderczego, wężowego

Zaoferował mi wielkie złoża kokainy i wina

Zostaliśmy przyjaciółmi, szanował mnie jak siostrę

spoglądał w me zaczernione, przekontrastowane oczy

Mówił, że widzi w nich śmierć, którą on kocha

Podczas jednego z seansów, gdy oblepieni złotem

bielusieńkie, magiczne mączki z puzderek

wpadliśmy razem na zły pomysł, przekrzykując się

Może podał go nam równocześnie jakiś demon

ta nasza wspólna zgoda, jednomyślność wtedy

Wiedział on od dawna, że lubię fotografować śmierć

niby to przypadkową, to zwierząt, to kwiatów dzikich

Zajmował się narkotykami oraz ich dystrybucją

był właścicielem paru magazynów z słodyczami

miał też żelazną czwórkę zajmującą się zabijaniem

Śmierć drobnych narkomanów, zbyt głośne prostytutki

rodziny konkurencyjnych handlarzy i niecni klienci

wioski nie współpracujące z nim, na śmierć skazane

Ustanowiliśmy układ, utkwił on w nas, mocno związał

On mi dozwalał robić zdjęcia tym zamordowanym

w których jeszcze życie się tli, bym mogła oglądać

napawając się widokiem ich odchodzenia i cierpienia

Tę noc spędziłam z Tym, co dał mi władzę oglądania

W mych nozdrzach już czułam wielką tajemnicę

Me podniecenie, me drżenie było wielkie, niezwykłe

Pierwszy raz zdarzyło się to w niedalekim porcie

podczas przeładunku miał być usunięty jeden oszust

Jechałam w samochodzie, prawie frunęłam jak kruk

zobaczyć ciepłe pole bitwy, napawać się widokiem

Strzelanina była krótka, wyszłam, spoglądając na niego

Błagał mnie o litość i ratunek, powoli i dostojnie

ustawiłam aparat, zaczęłam go fotografować cicho

Modlił się chyba, zasłaniał się przed mym uśmiechem

Podniecenie ogarnęło mnie wielkie, bo Oto Jestem

Bogini wojny syci swe kontrasty w skali szarości

jak walczy się ze śmiercią, jak śmiesznie się ucieka

Innym razem mój ukochany postanowił wybić wioskę

Pojechałam wraz z nimi, czekałam w furgonetce

aż zakończą przygotowania do mej uczty wieczornej

Krzyki kobiet, wrzaski dzieci i męskie płaczliwe głosy

podniecały mnie do tego stopnia, że cała piałam

Nie byłam w stanie zapanować nad euforią

uśmiechem mego wielkiego spełnienia i radości

Gdy już otworzyli drzwiczki, kaci całowali mnie po rękach

Nikt się przede mną nie schroni, zabiorę jego duszę

do mych skrzynek czarnych i tajemniczo zamykanych

W fotografiach pozowali zmuszeni do ostatniego uśmiechu

Widziałam te twarze popaprane, anatomiczne konstrukcje

Dzieci skulone, wyciągające dłonie do skrzydeł kruka

Kroczyłam między ich ciałami, ja, królowa ich umierania

Jakże dziwne kwiaty pokrywają tę łąkę, jakże dziwne pole?

Setek zdjęć, ujęć z różnych śmierci i cierpień wielu

Me suknie w czarnej krwi umoczone jak opłatek łamany

Mogłabym ratować ich przed odchodzeniem, tamować

ich krwotoki, sklejać tętnice przerwane w jednej chwili

ale białe oblicze wyniosłe unosiło się nad nimi

Tylko na pamiątkę zachowywałam ich wizerunki, portrety

portrety trumienne nieznanych żołnierzy, cichych rodzin

W zielonej, soczystej wilgocią dżungli schowana śmierć

której i tak nikt nie zauważy, nie osądzi, bezkarne me hobby

Król koki sprowadził mi nawet chłopca umiejącego wywoływać

zdjęcia w żółtych kuwetach, suszył je na ciepłym powietrzu

Wisiały te zdjęcia na sznurkach jak prania, drżały na wietrze

Zefir muskał je, kołysał te wizerunki, co litości nie doznały

Mój techniczny wkrótce sam się powiesił na tych sznurkach

Na którejś z fotografii rozpoznał swe dziecko i żonę dawną

Wisiał wraz z tymi zdjęciami, kołysał się na ciepłym wietrze

Nadużywałam słodkich narkotyków, pod rzęsami je nosząc

Zwycięska w czarnych sukniach u królów afrykańskich

Sprzedawaliśmy im najlepsze wyroby cukiernicze w okolicy

wraz z bronią do wojen krwawych i potępiających rzesze

Nad czarnymi łepkami płynęła biała królowa, język maczająca

przygryzając z podniecenia do krwi oczy zachodzące mgłą

na wspaniałych wypoczynkach sprowadzanych z mediolanów

Mój wielki król zawsze prosił mnie o podjęcie decyzji

strategiczne było me krakanie głodne śmierci i krwi

Opowiadałam mu często, jak odchodzą jego wrogowie

Pokazywałam mu zdjęcia dawnych niepodporządkowanych

Śmialiśmy się wtedy, pijąc szampan wyborny, kochając się

na tych zdjęciach, jak na niebie czerwonym bóstwa razem

a ludy prymitywne odczytują to z konstelacji gwiazd

Mordowaliśmy wzajemnie swych kochanków z dziczy

przygodnych, obustronnych, śmiejąc się, ćpając

Biała jak kokaina królowa nocy rozkoszą i towarzyszem

Miałam parę tysięcy zdjęć z różnymi trupami pozującymi

w ekstazach cierpienia, bólu zatrzymanego na papierze

Śmierć zdarzyła się porą deszczową, gdy odpoczywaliśmy

po nocnych eskapadach na dachach świata bezkarnego

Do naszego pilnie obserwowanego pałacu wjechała armia

Byli wśród nich zbójcy wyszkoleni do przerywania uczt

W pałacu wszyscy zostali zastrzeleni, nawet psy w ogrodzie

Gdy wtargnęli do sypialni byłam nieprzytomna, naga

Podszedł do mnie sędzia, strzelając z hebanowego pistoletu

w głowę jasną, całą w lokach z dawna zapętlonych w kołtuny

Zdążyłam usłyszeć tylko krzyk zdziwienia króla mego

Eksplozje nabojów w mej głowie zapukały krzykiem

Leżałam jeszcze chwilę na polu bitwy, słysząc swój ból

napełniając się obficie krwią, dławiąc się nią histerycznie

Me oczy zamarły i odzyskałam świadomość, znów byłam

Poczułam wielką moc, mój lot kruka znów był uwolniony

Poczułam obecność innego boga niedaleko stąd za rogiem

Uciekłam od niego jak najdalej, moje spojrzenie było przesycone

Uciekłam do jakiegoś ciernistego gniazda

gorycz się w nim lęgnie na wiosnę

Rozbiłam się o bramę, na której rozpoznałam dawne wizerunki

dawnej świetności, boskości nurkującej w bólu

Pióropusz został mi zabrany, nagość też została zabrana

Badb Catha, kiedyś nasycająca się widokiem bitwy

ucięte ma skrzydła i dziób, i wszystko ucięte

jestem kadrowana

skadrowana idealnie

do ostatniej fotografii

Pieśń dwudziesta czwarta. Zbyt ostre zdjęcie

Przechodząc między słabymi ciałami

śpiewającymi pod markowymi sandałami

byłam krukiem, na którego się nie poluje

Me piekło jednostajne, tupoczące cicho

Zostałam poucinana, me gałęzie szerokie

bym się zmieściła, musiałam być ciosana

Jestem zbyt ostrą fotografią z błędem

Na tym zdjęciu widzę się jaśniejącą jeszcze

za mną stada ich głosów, podążają za mną

na fotografii, na matrycy nieskończonej

takich drobiazgów nigdy nie znajdziesz

Diabelsko ostre linie i kształty skarżące

jęczą oralnie, te szczegółowe opisy techniczne

w scałkowaniach grzechów perfekcyjne

One przesiadują na wiecznej ławie oskarżycieli

która z samych czarnych konturów się składa

Mówią one o afrykańskich odmianach śmierci

Treny wyśpiewują, wskazując mnie w gniewie

One są dla dawnej badb catha strachami na polu

oblekane najbardziej niegodziwymi materiałami

budującymi je, dającymi im siłę straszenia potworów

Chciałabym od nich uciec na dawnych skrzydłach

lecz jestem w nie wciśnięta, do nich przypięta

One mnie teraz określają, nazywają powtórnie

wołają do mnie po moim grzechu, on został

na zdjęciach w całych seriach miliardy, miliony

w każdym z nich jestem uchwycona i trupia

na każdej z nich pozostaje jeden błąd techniczny

efekt czerwonych moich oczu na każdym zdjęciu

Krwią zachodzą, a nie łzami litości nad obitymi

barwi się karminem moja ślepota nabyta, barwi się

kontury wpisane w badb catha

owłosione kontury z pióropuszami, nie zwilżone łojem żadnym

jesteśmy w tobie dodatkowo, to takie najnowsze opcje techniczne

obiektyw panoramiczny, czy widzisz, rozrywamy cię jak akordeon

dopasujesz się do wszystkich nieznanych nawet nam możliwości

przysłona jest całkowita, raczej nokturnowe będzie to ujęcie

na nasz tort urodzinowy z gromnicami, co je zdmuchniemy

owłosione kontury rysunkowe drażnimy w powiększeniach

mnożymy się bez ustanku w swej nieskończonej pasji obwiniania

płynąc w tobie i przez ciebie, rozbłyskując w twej ciemności fleszami

Pieśń dwudziesta piąta. Pieśń zakamuflowana

Wygrzebuję się z siebie, otrzepując się z lepkich resztek

Przyjaciółko, całujmy się więc do nienawiści zmuszone

przerażone sobą nawzajem, raczej chętne do bójki krwawej

Wspólne zetknięcie jest bardzo bolesne i nienamiętne

już żadnych rozkosznych ogonów przydługich grzechów

Niszczymy się podskórnie, drażnimy swe rany

Zjem ci policzek, kawałek szyi być może pogryzę, żując

Będę pluć już tym twoim mięsem, co zaczęło pracować

Ty będziesz mnie ranić błyskami twych głębokich otworów

Teraz niestety muszę cię zabić, mój pierwszy raz zabijam cię

Proszę, rozepnij tę koszulę utkaną przez jedwabniki ślepe

przymknij oczy, jak to robią młodzi chłopcy kradnący jabłka

niedoświadczeni w śmierci za karę przymrużają oczy z lęku

Twe usta jak ich, jeszcze pełne antonówek tegorocznych

Wyj, teraz do mnie wyj, do kata, wykrzyw się jeszcze bardziej

Zapomnijmy o dawnych pokrewieństwach płci, skóry i żył

Ja też jestem gotowa na twoje ciosy, tylko poniżej łona zbijanie

Słyszę już twego brata nadchodzącego, niszczącego okolice

Czy możesz zasłonić swymi kruczymi rękami jego głos?

Uroda twa zniknęła, więc sypię zakamuflowanymi gwiazdami

Zakamuflowanymi gwiazdami prosto w brzuch trafiam, ciskając

Bez litości dla ciebie, będę się uśmiechać, aż rozgniotę cię pieśnią

pieśnią zakamuflowaną, będę strzelać słowami w jasne twe loki

Niemożliwe? To się jeszcze przekonasz, jak wielką moc ma kamuflaż

Za fasadą ze słów ukryte są wielkie arsenały, potęgi nieodgadnione

Rozpinaj swą bluzkę i przymykaj oczy z bólu, umieraj ciągle

Będę cię nienawidzić tak mocno, nawet śmierć nas nie rozłączy

Tak mi dopomóż piekło, wszyscy potępieni świadkowie ceremonii

zdjęcia z tej uroczystości będą na końcu, po wszystkim

gdy będziemy pozować do wspólnych portretów trumiennych

Pieśń dwudziesta szósta. Set Seta

Zagrzmijcie w trąby odwrócone, zostałem ukoronowany

Gronostaje łaszą się, kłaniają się zgruchotanymi ciałkami

Tak się powinno władcy cześć oddawać, skłonami

Zasłaniając twarze przed mym obliczem Najwyższego

Chorągwie szykujcie, flagi ze wstęgami, twórzcie pochody

śpiewając hymny ku fortunie, która mą fikcyjną nałożnicą

Rogi obfitości wypełnione słowami, udają one owoce

Grajcie, śpiewajcie piosenki przymuszone siłą i złotem

siłą i złotem wygięte ich słowa, melodie, modlitwy głośne

Z pochodzenia jestem Set, z rodu wielkich generałów

Ojciec spoglądał na moje ślinienie się astmatyczne ze wzgardą

Od dziecka byłem przygotowany do bycia kimś niezwykłym

służyłem w wojsku, tam zabijałem, pojedynczo, proszę

Nauczyłem się manipulować gęstwiną pokrak w kombinezonach

już wtedy byłem oszustem błogosławionym, wywyższanym

Set kradł im dusze, sprzedawał taniej, niż kupił na giełdach

Rysowały się już utopie podpiwniczone jeszcze uczuciami

lecz z czasem te podziemia wilgotne zostały zasypane pyłem

Przyszła wojna, jej postać, suknia w najsilniejsze wzory

Wyciąga się do mnie, prowokuje mnie pod sklepem z alkoholem

Oszołomiony jej hałasem mianowałem się Głównym Konstruktorem

Zacząłem wydawać pierwsze rozkazy i niszczyć swych wrogów

we wnętrzności ich ingerując, implikując im nowe funkcje

dla nich mój jad wcierany, by być nieuchwytnym w walce, śliskim

Rozdawany przeze mnie chleb z ziarnami nabojów, z musli

Wielkie szkoły przyuczające przedszkolaków do walki wręcz

Ich czarne usta od zjadanego atramentu straszyły się wzajemnie

Przepływała przeze mnie świadomość władzy, przyszłe królowanie

Zacząłem zszywać sobie nowe płaszcze, nowe miecze wykuwać

Zostałem wrysowany do atlasu dzikich zwierząt występujących

Litość — gangreną zdrowia kolosów i nowych olbrzymów

Straszyłem grupy płochliwe pochowane w norach przede mną

Wydawałem rozkazy zabójstw mych przeciwników i przyjaciół

rozkazy zabójstw w ilościach hurtowych, nie detalicznych

Uniform skrywał wielkie tajemnice, wygniecione i spocone

tatuowałem się mapami, których nikt nie potrafił rozczytać

Przygodne kochanki ginęły przerażone widokiem mych planów

daty, miejsca na przegubach, ostateczne rozwiązania pod ręką

Pornograficzne zespolenie i pozycje wykorzystywania śmierci

nie nazywajmy tego nawet tańcem, to ja prowadzę ją na parkiet

Przeciwnicy znikali podczas wycieczek szkolnych w lasach

Set we mnie wzrastał, coraz silniejszy prężył się dniami, nocami

Zmieniało się moje oblicze na coraz surowsze, kamienne w dotyku

Taki był ze mnie nowoczesny faraon, wielki złodziej w nocy śniący

Dokumenty zawierały coraz dłuższe listy do rozstrzelania

ich podpisywanie, charakter pisma, ciężar ostatniej pieczęci

Nacisk mej dłoni na papier czerpany ze skóry i włosów z kwiatami

Armia coraz głodniejsza, bardziej wściekła podbijała dalekie krainy

Pochody na moją cześć wydłużały się, wzbogacane były w pieśni

W usta wpływały miody pozyskiwane z uzurpacji pszczelarzy

Złoto sklejało mi palce i lutowało me dziury w słabych zębach

Pszenny brzuch pęczniał i coraz bardziej gniewny byłem

Z wielką zapalczywością paliłem świątynie dawnych bóstw

Ołtarze ich roztrzaskiwałem, ciąłem w bloki kamienne dla Seta

Gdzież są one milczące i zamyślone, niech zejdą i toczą spór

Niech schodzą z krzyżów, niech z komór gazowych się uwalniają

Niech wybiegają w panice z kolorowych glorii, co je otaczają

Zostawcie swe hula-hoopy mieniące się tęczami, bijcie się ze mną

Statuy wasze przerabiałem na swoje pomniki zalewane kwiatami

kadzidłami różnymi ubłagiwany jestem, jestem tym złotym cielcem

z fałszywymi wymionami, mleka nie wydadzą ni bogactwa nikomu

Mój wzrok pada właśnie na ciebie, czy czujesz jego szorstką surowość?

Padaj na kolana podcięte przeze mnie, wołaj, wołaj do nowego boga

Set obwieszcza swe imię, które jest już złą nowiną nazywane

na wszystkich odrzwiach, na wszystkich powypisywane

Wielkie strategie gniecenia ludzkich ciał wobec innych

Wybrałem sobie dobrze wroga nazwałem go, dla nich

Nie potrafiłem i nie chciałem z nikim się dzielić władzą

Jabłka władzy zachłannie jadłem, nie pozostawiając nic

Nawet ogryzek nie został z niewidocznym mym zgryzem

po którym można się zorientować, że jestem ludzki i zły

Pęczniały me złowrogie usta zapalczywe, cyniczne

Oni słuchali i gotowali się, by zanieść innym śmierć

Śmierć przysyłana, jeszcze tego samego dnia ją dostaniesz

nie musisz się niecierpliwić, na pewno ją dostaniesz od nich

Otaczałem się wokół dziećmi, można je ścinać bukietami

z ich ściętych łodyg ambrozja, nektar bez dodatku cukru

otoczony szczelnie, wyciągałem swe dłonie do nich

głaskałem po jasnych głowach i karciłem za brak dyscypliny

pouczałem ich właściwie, opowiadając przypowieści o sile

Me podium liczyło tysiące pilastrów zawiniętych w sobie

Tylko ja wygrażający niebu i skarżący je za zbyt jasne noce

za zbyt trzeźwe poranki po bitwach

Nad małymi, skarłowaciałymi pochodami widnieję rozciągnięty

Ochraniała mnie gwardia milczących, mroźnych morszczuków

która często się zjadała wzajemnie, zachowując dynamikę nocy

Wielokrotnie próbowano mnie zabić eksplozjami komet

Pewna trajektoria meteorytu zawarła się we mnie, zahaczając

Przejeżdżałem swym wozem, gdy wpadliśmy w zasadzkę

Widziałem twarz młodego chłopca celującego, zdenerwowanego

ledwo utrzymywał karabin, rozdawany za darmo na pochodach

Strzelił mi w twarz zupełnie amatorsko, celując za 10 punktów

Rozerwało się me oblicze niepoświęcone, krwawe relikwie

Żołnierze zastrzelili go szybko, próbowali ratować wodza

tamować mą krew, która uwolniona z użylnienia kipiała

Umierałem może pięć minut, skuwany mój wizerunek

tłuczony mój pomnik, moja statua 700-metrowa zniszczona

tak można zabić boga ze złotą twarzą Seta na polnej drodze

Ukryłem tętniące ranami oblicze w tkaninach, dłoniach

Odchodziłem od swojego ciała jakoś tak daleko, niespokojnie

Usłyszałem ryk, przyrost wielki mej drobnej figurki

Lustrzane drzwi do piekła zwabiły mnie swym odbiciem

Czerwone dywany witały Seta, w tle słyszałem ich głosy

kłaniające się nisko, uznające mą zwierzchność nad nimi

Jednak gdy bramy się zamknęły, zrozumiałem ich odwrócenie

łowiły mnie z dna i pożerały moje resztki, śpiewając hucznie

Pieśń dwudziesta siódma. Nowy Pochód

Wydłubano mnie z wielkich pomników, z głuchych muszli

Zrośnięty z ich masami zostałem ostrym nożem wyłuskany

Ogołocenie wielkie, obdarcie boleśniejsze i ciężarne

wokół mnie zaczął się nowy pochód potępienia

z daleka usłyszałem te odgłosy, zobaczyłem je w sobie

jak przenikają mnie warstwami, jak gnieżdżą się w mym zbiciu

Na miliony części zostałem podzielony, każda intensywna

Byłem niesiony w Ich kwiatach, w Ich ustach me kawałki

na butach przylepiony, pod paznokciami Ich, we włosach

Rozszarpanie zwiększyło się bardzo, zostałem rozdany na talerze

słowa i dźwięki, obrazy w pochodzie płynącym przez me żyły

w ciągłym, nigdy nie męczącym się sznurze silnym, zwartym

Uszyte mieli ze mnie swe falbany świadczące o ich potępieniach

Ze mnie mieli szyte flagi, proporce młodzieżowe dygoczące z lęku

Krzyczą do mnie, śpiewają ochryple ze złości, chcą mnie zabić

jak mnie spotkają w jakimś sklepie z nabiałem, to wepchną mnie

wepchną mnie do tysiąca jogurtów z trującym wsadem z jeżyn

Może ci się trafi spróbować mnie, może trafisz akurat na mnie

Wpychają mnie do najbardziej bolesnych zakamarków, w dziury

Wciskają mnie do kretowisk ślepych, które skrywają w sobie coś

Potwory te nie mają żadnych portretów ni wizerunków, ni imion

nie pojawili się jeszcze fundatorzy zamawiający takie portrety

raczej nikt obrazów ich nie uczyni, z lęku przed takimi paletami

Teraz śpiewam jako kawałek najsłabszy, zdolny do pogłosu

Lękam się wszędzie, gdziekolwiek mnie niosą One — łapczywe

Moje Greatest hits ciągle na listach przebojów w bibliotekach

Me portrety w piwnicach czekają jeszcze na ponowne odkrycie

Nieskończona możliwość dzielenia jednego, w gorączce mojej

Pochody pełne gimnastyki artystycznej, rozciągania mnie

Jestem chrząstką łączącą ich kości strzaskane i skarłowaciałe

Wykonywany pochód przez zawodowe wizerunki chybotliwe

Na podobieństwo moje, na obraz mój czynione morszczuki

w zalewach octowych zawijane, wokół mnie owinięte

usłyszany fragment pieśni z pochodu na cześć seta

gdzie się skrywasz przed kwiatami z krepiny, o królu wojny

w jakiej gęstwinie map zjełczałych, zaginiony wśród nas kompan

każdy z nas ma dla ciebie laurkę z dedykacją osobistą i wierszem

chcemy cię teraz wydrapywać, pozyskiwać z rudy miedzi twoje imię

formy do odlewania wydrążone tak głęboko, że nic ich nie wypełni

set wyciąga swe gardło na wierzch z bólu przemówienia wydrążonego

które kieruje, jako zawsze ostatnie słowa, do oprawców w łuskach

oj, czarne i głębokie są paszcze morszczuków, które chwytają cię

bawią się w wojnę, taką udawaną, tanią w ciągłym utrzymywaniu jej

i udają w tej wojnie, że jesteś królem setem, który ciągle ginie na końcu

Pieśń dwudziesta ósma. Antypieta

Bruna śpiewa

Wycieram tobą się, podcieram się tobą poprzecznie

Swą strzaskaną głowę na mych kolanach ułóż

Resztę o tobie będę musiała sobie wyobrazić

to tylko półtusza, półdusza, ćwierć wygięta leży

Leżysz, o mój adoptowany wrogu, w mym zgnieceniu

w poprzek ułożony, wijący się, cały w lęku skąpany

Na kamiennej twarzy rysuje się wielka wzgarda

Nienawidzę twego umierania i tego, że inni umierają

umierają za ciebie, za twoje imię, wyznawcy władzy

przelewając cudzą krew, dają ci ofiary na ołtarzach

na stołach potępionych i prowizorycznie stawianych

Leżysz mi na kolanach, konając i bluźniąc wyraźnie

Połamane kości wrzucone na mą suknię potarganą

mogę z nich teraz wróżyć, układają się w rebus

Król wojny na moim łonie wygnieciony spoczywa

Wychudzone, sine dłonie wbijam, zaciskam

byś trzeszczał i chrzęścił, i odsuwał wzrok z bólu

w mym cmentarnym łonie poprzecznie ułożony

Wyrywasz się, bo nie chcesz tej kary ode mnie

To taki prezent dla mnie, że mogę teraz patrzeć

choć me oblicze skrzywione wepchnięciami

Oświetleni cieniem takim, nic go nie może dać

układamy się w kompozycje razem wygięci

gwałceni przez wzajemną bliskość i oddalenie

Długie włosy Bruny włażą ci do ust ślepych

ich falowanie powoduje twą sprofanowaną śmierć

żaden konserwator nie uratuje naszej antypiety

nie ma takich środków chemicznych

przerywających

proces wzajemnego niszczenia dwóch figur

do jednej pieśni zmuszonych, wepchniętych niedbale

w siebie

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Fenrir schowany śpiewa

Czy mogę się dołączyć do tej grupy rzeźbionej?

Będę w tle, jako cherubin nadmiernie owłosiony

Wzbogacę ten układ nierytmiczny ślinotokiem mym

Zawsze ten dodatkowy aspekt i tajemnicę zawrę

byście tym bardziej byli zagubieni w szelestach

Wysiewam wam nowe słowa, które będą suszone

przechowywane na piecach kaflowych z boku

Pełznę do ciebie jako Fenrir wzywany przez siebie

Schowane jest wszystko we mnie, pod plandekami

pozwiązywane, nigdy przedtem nierozłożone

Podzespoły przewożone, niepołączone w całość

tajnie przechowywane, nocami przenoszone w dal

Choć nigdy nie byłem autorem śmiercionośnym

w głowie torturowałem stada tłuściochów pączowych

często przymykałem oczy, bym zaspy trupie widział

Zbierałem do mojej duszy wszelkie niegodziwości

Oto ja, nowy misjonarz, nowy Fenrir zmartwstańczy

unicestwię cię językiem, przykrościami nadziewanymi

unieszczęśliwię cię sobą słownie sto tysięcy razy

Fenrir mieszka w wynajmowanym wiecznie pokoju

jego głównym zadaniem jest niszczenie dookoła

Pulchne, różowe twarze niszczone są przeze mnie

Autor scenariuszów tragicznych objawiony wam

z misternie planowaną intrygą zaskakującą zawsze

To ja dobieram odpowiednie role plączące aktorów

Plączę ich kwestie narzucone tak, że się łamią

wpadają w depresje harmoniczne, leczą się mną

wpycham w nich mój jad w kształcie drogowskazów

po to, by na wieki zaginęli w odstępach leśnych

przywiązani przez siebie do drzew przy drogach

Jako drugie dziecko chłodnych rodziców tliłem się

Od początku, od kiedy pamiętam jedyne uczucie

nienawiść do wszystkiego dobrego

Cynicznie wykorzystywałem osoby bliskoznaczne

szybko zostałem z domu wyrzucony bezpowrotnie

Pracując w teatrze jako sztukmistrz reperujący

dorabiałem nowe elementy ze starych scenografii

manipulowałem ich starymi znaczeniami w nowych

w nowych premierach występowały historie dawne

Bardzo skomplikowaną i wyrafinowaną grę tworzyłem

Stół, na którym zapija się bohater, przerabiałem na kołyski

szubienicę zamieniałem na krzyże, a je na deski wychodka

Nikt mnie nie lubił, ale byłem bardzo oszczędny w pracy

potrafiłem detali używać setki razy, modulując, klejąc

Pozwalałem sobie z czasem na manipulacje aktorami

Przynosiłem im fałszywe informacje na patenach

oni wsysali je nieświadomie ode mnie, padali ofiarami

Ofiary nowego scenariusza, co ma ciemny grzbiet

W głównych rolach u mnie grały niegodziwości

Niektórzy wpadali w alkoholizm, inni się rozwodzili

aktorka odeszła na leczenie psychiatryczne na zawsze

Wtedy poznałem dziewczynę, posiąść ją chciałem siłą

Ona bała się mojego oblicza pełnego złości malowanej

uciekała ode mnie pełna histerii, nerwowości jakiejś

Nauczyłem się ją tak nienawidzić, jak nikogo wcześniej

myśląc o niej, spijałem leki uodporniające mnie na nią

gdy cały sczerniałem z gniewu w sobie, byłem gotów

Ona była śmiertelnie zakochana w jakimś jasnookim

Uknułem misternie tę historię tak, że ona nie wiedziała

Przez listy, przez przypadkowe rozmowy i oszczerstwa

powoli, konsekwentnie, przez dwa lata mych strategii

doprowadziłem ją do samobójstwa w zapomnieniu

Ma księżniczka nawet nie wiedziała, jaką rolę zagrała

na pewno by dostała masę głównych nagród za grę

Złoto za rolę pierwszoplanową u takiego reżysera jak ja

Drugoplanową rolę teraz miał zagrać mój brat rodzony

który zawsze był do mnie porównywany jako lepszy

Pewien czas mieszkał u mnie, miał kryzys z żoną

Przez tygodnie szczepiłem go nienawiścią i gniewem

ostatecznie zrezygnował z pracy, zaczął pić dużo

Widziałem, jak leżał zarzygany pod moimi drzwiami

prosił mnie o radę i wskazówki, o didaskalia

Starałem się jak mogłem operować go amatorsko

Zgodnie z przewidywaniami, planami, zabił żonę

w szale, w zazdrości wpadł do domu i udusił ją

tak jak mu to wcześniej ktoś szeptał do ucha, ktoś

Oskarżony o zabójstwo został skazany na 15 lat

Jego więc odłożyłem do mych zapasów na zimę

gdy wyszedł, nie zapomniałem o nim, zapił się

Tak mój byt niewidoczny, acz nadrzędny trwał

Doczekałem późnej, samotnej, dobrej starości

Na półkach mej biblioteki stały scenariusze

zwijały się ich strony z bólu, do brzuchów zwijane

Imionami je nazywałem, rozpoznając w nocy

Czytałem te albumy ze zdjęciami, podziwiając się

Fenrir skryty, Fenrir szary, już nie zapomnisz mnie

Do końca zachowałem wielką trzeźwość umysłu

Niewłaściwe narządy w niewłaściwych funkcjach

w trakcie operacji woreczka żółciowego, burego

niewłaściwe detale w nieodpowiednich miejscach

spowodowały całkowitą katastrofę w mym ciele

Mój uśpiony oddech się wytrącił, zbudziłem się inaczej

Czułem jakieś zagęszczenie spersonifikowane i wielkie

dałem się wszyć w smycz Jego, ciągnął mnie teraz

za te nici, których kiedyś używałem, niewidzialne ciągnął

zaciągał mnie z tego przydługiego spaceru do domu

Fenrir haftowany w detalach bolesnych zaczął się pruć

coraz boleśniej pozbywany swej ukrytej, bogatej sierści

Mój nowy właściciel wołał już do mnie w gniewie

Do nogi, głupi psie, gdzieś ty się podziewał, Fenrirze?

Pieśń trzydziesta. Waruj nam zawsze i wszędzie

Schowany, wkopany do najmniejszej skrytki

do budy powleczonej mą wściekłą śliną i włosiem

zaprawa cementowa z tak trwałych składników

Znalazł się właściciel, woła mnie po imieniu

Zawszony i zbity leżę, liżąc otwartość mą teraz

a mój język tylko drażni szorstkością najboleśniej

Oglądają mnie w klatce haftowanej ze smyczy

a nad nią napisane w czterech językach me imię

„Potwór Fenrir8, któremu się wydawało, że jest wielki,

że pisze oryginały, niszcząc swych tanich aktorów

A to wszystko były tylko adaptacje starego piekła

już wszyscy tak dobrze je znają, oglądali tysiąc razy

teraz to wszystko się nie liczy, a już haftować nim można

jego dusza włóknista jest i ciągnąć można nici z niego

możemy z jego sierści bolerka tkać, rękawice śniegowe

Kłębek w nim ściśnięty, więc wyrywajmy mu jego nici

tnijmy na długości włóczki do zawieszania nisko

bombek, cacek szklanych w kształtach nieznanych

Łańcuchami go złotymi obwiążemy, niech błyszczy

niech nam robi nastrój, niech będzie nastrojowo”

To wszystko w mym imieniu zapisane na wieki

z regularnością przychodzi sam właściciel, zbija mnie

bym nie zajmował swoim bytem zbyt dużo miejsca

Tutaj jest mieszkań przygotowanych jeszcze wiele

Będę coraz mniejszy, gęstszy, coraz bardziej unerwiony

niepodobny do żadnego człowieka ani zwierzęcia

Śmieją się teraz ze mnie, wskazują palcami mą dzikość

Oto cyrkowa atrakcja pod namiotem nieprześwitującym

Chodźcie, oglądajcie me potępienie, chodźcie i oglądajcie

Przez kraty tych słów wystawiam swój pysk gotowy was gryźć

Przez gęstą siatkę zdań się nie uwolnię, aby was pożerać

Ostatnie zdanie musi ostrzegać tabliczką przyczepioną do pieśni

na wszelki wypadek tabliczka, gdybyście ręce wyciągali do mnie

jest na niej nakreślone, że jestem zły Fenrir warujący w piekle

Pieśń trzydziesta pierwsza. Pejzaż wewnętrzny

Z głębokości swojej wołam do siebie, ni nawet echa

bruna trwająca w sobie sama oducza się już śpiewać

Już nigdy nie będę śpiewać, już nigdy nie będę mówić

już nigdy nie będę śpiewać, już nigdy nie będę mówić

Moje pejzaże wewnętrzne mnożą się niezwykle regularnie

niszcząc drobne odrosty, narośla tęskne i miękkie

Kształty zdają się wykrzywiać, układać w drastyczne chichoty

Żadna farba w paletach, żaden pędzel ni szmata, bez podłoża

Maluj się, maluj, bazaltowy wielkoludzie, idą po ciebie

maluj się w ostatnich pejzażach wewnętrznych, bo za chwilę

za chwilę nie będziesz mógł już nic mówić, z bólu układać

Twój język się zmiesza bardzo, język się zmiesza ze wstydu

Ostatnie to płótna, ostatnie obrazy malowane przed śmiercią

gdy drzwi się domkną, ścisną się one wokół ciebie na zawsze

zawiną się wokół, kneblując twe ujścia bramami piekielnymi

porosty będą się już tylko tobą odżywiać i gnuśnieć z bólu

będą tęsknić za niemożliwościami, za niespełnieniami słonymi

Dawne figury płyną teraz w koktajlach nieprzebranych

nie mieszają się ze sobą tak, że wyczujesz poszczególne smaki

Masy lodowcowe niosą ze sobą wielkie ilości śmieci i błota

Widzę jeszcze, rozpoznaję cyprysy szeleszczące, ścięte w sokach

Ulice nazwane imionami mych smukłych ofiar skręcają bardziej

Wielkie, puste ruiny zaglądają we mnie ciekawie, szukając nicości

lecz we mnie tylko przepełnienia zakończone moimi porządkami

Żywot tych materii portretowanych przedłużony przeze mnie

gniją one bez światła, bez wyciągnięcia się i drżenia na wietrze

gniją we mnie, nie znajdując pokoju, karłowacieją, burzą się pianą

Schody w głębiny zapraszają, wiją się, kruszeją pod stopami

W przymkniętych okiennicach pląsa lęk tłusty, wygląda z okna

oglądając mój pejzaż wewnętrzny, wykrzywia mocniej panoramę

Liguryjskie czerwone drogi powinny przecież prowadzić do celu

Wiodą mnie jednak na punkt obserwacyjny, na Punta Corvo

Czerwienie zagubione w błędzie uciekają po bokach

sklepieniami się one zamykają wiecznymi, zasłaniając nieba

zasłaniając nieba nienamalowane w mym pejzażu wewnętrznym

Pieśń trzydziesta druga. Punta Corvo

Sztuczne kwiaty czarnym plastikiem pachnące

schowam się w nich jako bruna i tam będę spijać

z ich rozżarzonych pręcików szafran krokusowy

Stąd będę obserwować panoramiczne niszczenie

Wyrzucają tu mnie padlinożerne, przyglądając się

Biegnę wciąż do tyłu, do tyłu uciekając przed nimi

tam gdzie są czarne wybrzeża i plaże rozszarpane

Dawne ujście rzeki Magry do morza jest wyschnięte

Punta Corvo nad przepaściami, ostatni kawałek ziemi

we wspomnieniu jej pylistości próbuję się zakopać

usypać sobie jakąkolwiek mogiłę, byle jak przykryć

Wleczona na pogubionych szczeblach kości swoich

wznoszę swój wzrok z wysiłkiem nieludzkim

Widzę z daleka miejsce dawnego połączenia wodnego

Koryto rzeki szerokiej wkopane odwrotnie

brzegi zakleszczone dawnymi okowami kalcytu

antykaniony imponujące na tle ciągłego zachodzenia

Zwapnione, zwątpione skały gną się w kierunkach oddolnych

Są prehistoryczne dowody na to, że kiedyś tutaj były granice

Wielkie katastrofy geologiczne oddzieliły tamami ujścia

Rzeka tłusta, kiedyś czerpiąca z morza, miała tu swoją deltę

te małe i większe dopływy miały swe imiona pradawne

Magra zawróciła swój kierunek, rodząc ziarno bolesne

od środka zatamowana, utracona z woli, w gniewie

kanał wyschnięty, w nim tylko szkielety udawały dawny nurt

Jakże to dawne czasy, w których jej dal rozpływała się w toni

Głębokie koryto wskazuje na dawne, odrzucone zależności

Pozostały jednak ślady w dawnych połączeniach wodnych

Teraz sztuczna substancja płynie, lustrami odbija kanciastymi

najtragiczniejsze szczątki po historiach rozsypane pod stoły

Zasłaniam swe oblicza z przerażenia tymi powidokami

Bagna wyrzucające z siebie nieprzetłumaczalne odchody

Nie da się o nich powiedzieć w żadnych językach poplątanych

Nie ma już tłumaczy, żeby tę starożytność zaklętą pojąć

Widzę w ostrości wielkiej wyciągające się plaże w dole

rozgrzane nienawiścią do oświetlenia nawet sztucznego

Szukają ofiar, zazwyczaj spadają one spychane z Punta Corvo

spadają one jak kwiaty wiecznie nieżywe i trwające

na dywany spadają, pod stepujące, pod jaskrawe stopy

tych, którym się udało zbudowanie tamy wiecznej

Odwrócone imiona strumieni, kiedyś wpływających

Dziś kanałami gnilnymi się zwą i ciągle się rozkopują

kosztem nadających się do tego dostatecznie twardych narzędzi

i w wiecznym, przekornym udawaniu swych głębin wabią

A tam jest tylko parę minimetrów płynu, a reszta to szlam

stoi, nic nie wytrąca jego chemii zawiązanej w sobie

Pływają w nich nieżywe istoty zatkane wiecznym tłuszczem

z przerażeniem obserwujące te dziwne pojemniki od środka

Wiem, że zostanę zrzucona zaraz pod ich stopy z tej skały

Będę leżeć na plaży wyłamana, gnieciona przez ich paradę

Będę leżeć na ich betonach, malowanych emulsją światłoczułą

Misterne to kłamstwo spowodowane odległością, że to nie plaża

w której zanurzasz swój ciężar, w miękkości jej odpoczywasz

To wszystko malarstwo iluzjonistyczne, wrażenie perspektywy

Te odległości też są niewielkie, wszystko ściśnięte w sobie

gnieżdżące i włażące na siebie, i rozpychane ostrymi łokciami

Jak to wszystko może się mieścić w tak małym punkcie?

Jego granice nierozszerzalne, tkane z włóczki ciernistej

Jeszcze wokół tych skorup wydrążonych boleścią i śmiercią

podąża wieczna procesja, pochód z wieloma uczestnikami

dawnymi głowami roztrzaskują się o nisko założone stropy

Rysują kontury, ściągając swym wzrokiem wszystko w pobliżu

wszystkie resztki wyobrażające sobie zbyt wiele

Rozciągane na krosnach niewyobrażalnych barwią sobą tkaninę

Spadam na kawałek mej twarzy, na beton, słyszę już ich tupoty

gęste, zbite w jednorodny pokaz siły, militarnych możliwości

w milionach egzemplarzy powielane, odbijane boleśnie

W kalcytowych zębach kruszą śmietanową porcelanę

z dawnej rodzinnej zastawy wytłukiwanej regularnie

Pieśń trzydziesta trzecia. Procesja

Widzisz, jak z dala posuwa się owe wygniecenie jednolite?

Robótki ręczne, szatańskie puszczanie oczek w szlakach

120 wzorów, by dekorować w procesji sztandary poprzerabiane

po nocach niszczone, w zakładach sztandarów liturgicznych

Nici drogocenne wywlekane, w nowe znaczenia je zaprzątające

Kradzione poduszki, obrazy przemalowywane na inną modłę

Guma spalona z opon zdartych bardziej pod naszymi stopami

Już trzymają wstęgi czarne od proporców wklejone na siłę

Oto występ, oto pokaz największych zbiorów kolekcji prywatnej

oświetlanej spontanicznie żyrandolami z kryształowymi łezkami

Rzeka Magra znowu wypełnia swój sztuczny, betonowy brzeg

Polarna malina na ustach śpiewaczek zgnieciona w mękach

Na dawnych strunach głosowych grają już inni, dostosowując się

Otwarte na roścież złamania kurtynami się kłaniają przed Wijem

Trzaskają nieznanymi instrumentami, ni z dźwięków, ni z nazwy

Trzymają proporce połamane, sklejane klejami kostnymi

Niosą sztandary prześmiewcze na wymiętych kręgosłupach

Tańczą, wykrzywiając swe dusze kolorowe, ludowe, osty

Zakreśla procesja kręgi siedmiokrotnie, zawracając szybko

Należy przecież uzewnętrzniać uwielbienie dla Albinosa

zapewne jest on bardziej pociągający w grubych szatach

Oni są z obrazów pociętych, ze słów, ze zdań ściegiem skręcanych.

jeszcze bardziej skołtunione, pełne warkocze wiszą, brzemienne

Nie chciałbyś ich wziąć w ręce, oceniając ciężar zaraz po śmierci

one z Jego skórą się łączą, zwinięte w sobie cierpienie noszą

Związane są z nim jak gumką do włosów, on ich splot utrzymuje

W klatkach niesione potwory mogą swe dusze pokazywać w procesji

rozciągane przez te, którym zawdzięczają pokusy nieodparte

Wyciągają je teraz jak szarfy czarne w szeregach, szturchając się

każdy chce je przez chwilę ponieść i pochwalić się zdobyczą tłustą

którą można dopasować, uświetniając adorację mistrza ceremonii

To jest ta część procesji, która skręciła w niewłaściwym kierunku

samozwańczo ogłosiła swe centralne uroczystości wokół siebie

Ludowe karykatury wyciągały się w przekłamaniach liturgicznych

Szli pielgrzymujący pod przewodnictwem samego grotowłaza

a uczniowie jego, podczas procesji wykonywali śpiewy orientalne

deklamowali, wygłaszali biblijno-dogmatyczne kwestie, dialogi

Można na nich wiecznie pasożytować, czynić ich sobie poddanymi

Przebierani za aniołów czy świętych, nieśli insygnia królewskie

formowali żywe obrazy z historii potępień, zniszczenia, łamania

Udział w procesji, pełnienie określonej funkcji było powodem bitwy

posiadające imiona grzeszne, walczyły ze sobą zaciekle

Do procesji włączyło się wojsko, ono zawsze wieńczy uroczystość

Wypluta hostia znów stała się waflem o smaku rybnym

Baldachim tkany z włosia arystokratek i urodzonych szlachetnie

wyrywany im siłą, gwałtem zdobywany od tych bóstw wyniosłych

niesiony w szaleńczym tańcu przez sześciu pojawiających się

To wszystko miało monstrancję w czekoladzie rozpuścić

ciągle deformować jej ślady, kształty, dawną pamięć

Te niewypały miały straszyć wybuchami pirotechnicznymi

litanie, aklamacje, psalmy, hymny, antyfony, responsoria niszcząc

tępiąc wszelkie ślady po morskich i podwodnych wędrówkach

Bojówki faszystowskie zadbają o wszelki szczegół obchodów

obiją wszystkich, że jęcząc, będą chórami zastanymi w tłumie

Ze mną leżą inne kwiaty wysuszone pod ich stopami szerokimi

Nie znam ich, lecz wydają się przypominać mój układ dawnych żył

Czarną gerberą jestem teraz, zmiażdżoną przez maskarady

Procesja ich jedyną rozrywką w małym, przyciasnym miasteczku

gdzie miliardy gwiazd giną razem z kwiatami rzucanymi im

przez tych, co zwiędniętymi łodygami ciągną ciężary własne

Mielone kwiaty tysiąckrotnie, by zniknął zapach kadzidła świętego

którym kiedyś były napełniane, którym pachniały, kusząc piekło

Pieśń trzydziesta czwarta. Wij

Przed tak strasznym sakramentem padajcie wszyscy wraz

Wije się ten najdłuższy, ściągając do siebie wszelkie prucia

Wszelkie zło mu się przynależy w medalach właściwie

osnową to jego trzonu, ciągle snującego się wokół swej osi

Straszliwe to jedwabniki snują jego zapętlenia wygodne

Ciągle się nimi obwija, by swą dawną tuszę odzyskać

Ściąga ze świata włóczki wielobarwne, posiadające grubość

siniacząc nasze tyłki, krwotokami nadziewając pożegnania

Ma w posiadaniu wielkie skarby i konta multiplikujące się

Gardząc wszystkimi, wychodzi z torebką, w której ma złoto

w kieszonkach najdrobniejszych kradzieże dawne

Wije się, wije, ściągając swe fałdy po dawnym duchu

Teraz zbiera i zmiata wszystko skrywane i grzebie w tym

z zegarmistrzowską precyzją wydłubuje z nich, chrupie

Jego pusta twarz odbija tylko najstraszniejsze wizerunki

jest wśród nich cała galeria postaci, gestów do przymierzenia

Wielkie wypukłe lustro wkuwane w niego, błyszczy innymi

Wielkie cielsko jaka futrzanego z soplami po bokach nadciąga

Z daleka ściąga najstraszniejsze filmy wideo, oparte na faktach

Chce każde sekundy rozciągać w nieskończoność skończoność

Wygrzebany wędruje ciągle przez świat, posyłając mrówki

Zmielony chochoł nadciąga burzami, krzykami w wyładowaniach

Diagonale go zapowiadają w swych złamaniach i zatraceniach

kierunki błędnie wyznaczone po to, by wpaść w doły

Słyszysz, jak szoruje swymi stopami, płaty skóry opadają

Wielość jego naskórków niezmierzona, w głąb tylko szelesty

Pozostawia po sobie zawsze te same ślady pachnące utwardzaczem

Zbija zeszpecone, dawne piękności, twarze podrzucone mu pod

Jego rozpacz skryta pod głębokimi szatami, szatanami narzuconymi

Pewnie najlepsi krawcy zszywają mu te silikonowe odlewy cierpienia

w jedne masywne, kinetyczne stroiki, brzęczące wokół jak kastaniety

Co za zręczność ciągłego przeskakiwania wobec regularnej krytyki

to chyba jednak są ruchy w tańce zakluczone, a choreografia tajemna

Bogactwo niezliczone obciąża jego tren ciągle gubiący się, zjadający się

W koszykach z supermarketów mu przywożą nowe ciężary z karmelu

ciągle w nowe formy roztapiane na podwieczorek dla kolegów

na posiedzenia rady zarządu spółek z ograniczoną odpowiedzialnością

gdzie rozsiada się w fotelach zestawionych z ławek kościelnych

Drzwi dwuskrzydłowe trzeba poszerzać dla niego na trzy skrzydła

Asystentka jego, wielka nierządnica — ma napisane na wizytówce

Wszystkie narzędzia biurowe drżą, zwiastując nadchodzenie

dusze skulone jeszcze bardziej odwracają się od niego

szepcząc zapomniane paciorki, na które za późno w środku nocy gęstej

Omota wszystko swą architekturą z najtańszej blachy falistej

skręcane rdzewiejącymi śrubami deformującymi do oporu

Witaj nam, wielce nieurodzajny, skradający się powłóczyście

w najgłębszych jaskiniach zdobywałeś swe liczne blizny

lecz wśród brudu i futer zdzieranych masz tylko tanie drobiazgi

Oto śnieżne rękawiczki na przydługie palce, uszyte na zamówienie

Śnieżne uśmiechy, które jak guziki trzymają tłuste warstwy ze sobą

zwijają się ciągle, utrudniając jego chód, czyniąc go strojnym

Któż odpowiednio przywita takiego niespodziewanego gościa?

Bajaderowy jego bałagan, zalewany wielokrotnie Cointreau

w końcu jest on wybitnym specjalistą od organizacji tego typu eventów

W scenografiach piekielnych cateringi z jego łojów odzyskiwanych

w formie koreczków podawane, szczelnie się można nimi zatykać na zawsze

Niewierni słudzy w gnilnych wieńcach, zabierający sobie jego skrawki

łamią się nimi jak opłatkami, z jego skór wężowych, sezonowych

wkładają je potem do wisiorków i niosą jak medaliki bluźniercze

Przed tak strasznym sakramentem padajcie wszyscy wraz

marszcząc swe twarze w loki na podobieństwo do splątanego sobą

splątanego swymi niezwykle skomplikowanymi fryzurami

kształty wieży Babel, murów dzielących, krat więziennych układanych

Solidne są te sztuczne włosia, bardziej wytrzymałe niż naturalne

Przesuwając się prawie majestatyczne, drąży za sobą koryto rzeki

w której morskie tętniło życie, które zmarło wskutek oszustwa

i wycieku ropy skrytej pod jego powiekami przydługimi

On spowodował katastrofy tankowców, dryfujących kiedyś

żeglowały po morzu jako możliwe li tylko ładownie nieoclone

Z ich czarnych dziur wylały się nieczystości na odcięte tereny

po których Wij przechadza się jak w dawnym raju, podziwiając się

ciągle od nowa podziwiając swój wlokący się czarny masyw górski

Spod T-shirtu wychodzi mu kark owłosiony krecim futrem

woskowanym wielokrotnie, wielostronnie

Pieśń trzydziesta piąta. Pieśń Wija

chóralnie ludzkim głosem

Padnijcie na kolana, pozdrówcie z piekła Pana, w pląsach

Z tłustą falą me ćwierkanie zalewa wasze gardła pąsowe

Czyż ktoś jest większy z was ode mnie, niech teraz wystąpi

Wszystkie dusze wasze nie potrafią pełzać tak jak ja, uroczo

Pan wielkiego majestatu, król nad króle wasze, nad królowe

Na wszystkich scenach świata mam przystawione mikrofony

wzburzając tłumy do pieśni wojennych oraz ekstatycznych

Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy spragnieni mych gron jesteście

ja was przyjmę i dam wam władzę na ziemi, nad latyfundiami

nie wymagając od was żadnych męczeńskich gimnastyk, rozdaję

Chcę zarobaczyć te wasze mleczne spojrzenie, różowe policzki

zanim poznacie mą wijącą się naturę, opisującą się na sobie

Pulchne cherubiny ludzkie, zniszczę te nóżki przebierane

W czerniach, szarościach lub tęczach barwnych, przyjdę do was

Znam ja te wszystkie wyrażenia nagradzające i usypiające

aż raz niespodziewanie zdarzy się wam śmierć jak deszczowa pora

Posypani proszkiem do pieczenia wzrośniecie wysoko, potem w dół

strzepnę te wasze sztucznie wyciągnięcia, och, zakalcami będziecie

Podziwiajcie, jakże wielką nienawiścią was darzę w systemie ratalnym

Ja także, jak bóg, rozlewam się, żerując na waszym rozgnieceniu

Na waszych zemdlałych, zaśluzionych pyskach karpiowych składam całusy

szukające powietrza, łapcie rytmicznie śmierć w swe oskrzela płaskie

Pan wielkiego majestatu głosi dziś całemu światu śmierć

W mych ustach wieczna wzgarda, a w środku lepiej się nie pytać

Lepiej o to nie pytać mych ministrantów i padlinożernych dostojników

Oni nawet nie podejrzewają, z jakich głębokości nigdy nie zawołam

tylko antypsalmy wyśpiewuję, bawiąc się ich odwracaniem

Widocznie jestem nowym typem psalmisty, Dawida charczącego

wzbudzając w sobie Saula gniewnego, niszczącego instrumenty

Śpiewam po to, by niweczyć śpiewanie, to taka błyskotliwa gra z poezją

Któż za to mi wręczy nagrody doroczne z okazji dożynek wojennych?

Któż mi wypisze dyplomy uznania dla mych innowacyjnych rozwiązań?

Cóż mi dacie na pamiątkę waszej śmierci, wazony kryształowe

bombonierki zapakowane w wasze nekrologi ze wstęgami

wieczny odpoczynek racz mu dać, czarny Panie, będziecie śpiewać?

Sami wbiegacie w me pachy kudłate, uciekając od Niego

Poczęstuję się waszymi bombonierkami, zjadając wszystko

i was

Oto królestwo uczynione na znak rozliczenia administracyjnego

Jaskinia Sezama, gdzie tysiące rozbójników ciągle się tutaj chroni

Głazy-płazy pilnują wejścia do tego pałacu, tylko ja znam hasło

Na hasło te uchylają się szczeliny i można skraść coś z ziemi znów

porywać was do worków jutowych, przewozić nocami zaklętymi

Przed oblicze przychodzicie sami, szepcąc w lęku swe imiona dawne

nadawał wam inny te imiona, emanuele męskie, nutelle żeńskie

Ja was wytapiam, na me płaszcze, na jesionki w słodkich odcieniach

potem przejdę się w nich po centrach handlowych, powodując zazdrość

Po centrach świata przechadzam się, dzieląc was

jaśnie oświecony, faszystowski gla-mór

prawie morelowy

Pieśń trzydziesta szósta. Piesń Wija do bruny

solo

A któż tu leży pod naszymi stopami? Tak, tak, już cię rozpoznaję

Czyż to nie jest brudna bruna i cóż, me dziecię, powiesz mi teraz?

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo nie żałuję?

Klęknij, szepcz, szepcz mi, coś złego uczyniła, o niebiańska córko?

Przybliż się do mnie, niechże cię zobaczę, niech cię trochę poznam

Wezmę cię na ręce i rozgrzebię od środka, zobaczymy, cóż jest

Odkryjmy jeszcze, cóż za pozostałości masz w swym gardle

w śladach twych dawnych oczu rozczytuję pokrewieństwa inne

skryły się one za bruną, za tym kawałkiem rozpryśniętym w dal

Więc jak to tam było z tym pryzmatem na początku, gdzie reszta

czyżby się dostały w szpary wiekuiste inne niż nasze arkady?

Dawna bruna uciekała przed oblubieńcem w drodze na Miąskowo

najmocniej odpryśnięta, zawlekła się do grobowca rodzinnego

ponieważ za życia była pieprzniętą królewną, dzierżyła władzę

to teraz trzeba ją w odpowiednie szaty ubrać, w płaszcze purpurowe

Ten zestaw z płaszczem udręczonym podoba mi się, mój ulubiony

Zawijam cię jak ochłap po reszcie, która jeszcze pachnie w tobie

Nawet nie wiesz, jak żałosne jest używanie tak słabego języka pieśni

Gdzież jest twoje rodzeństwo, gdzież są Blu i Bianca skruszone?

Dlaczego nie przyprowadziłaś ich do mnie, dlaczego nie oszukałaś ich

wabikami, drzwiami wiecznie uchylonymi do mych komnat z ciepłem?

Och, jakże ja nienawidzę tych kolorowych kształtów ludzkich główek

Błękitne, białe i brunatne wzory podzielone wobec niego, no, no, no

A gdzież jest ta nasza piejąca pieśni, ja także chciałbym się jej ukłonić?

Została mi z polowania tylko bruna, już ja ją odpowiednio nauczę

Chce śpiewać, niech śpiewa, oto włożę w jej usta wielkie ciężary

Po cóż mi taka gerbera pod me łożysko, na co mi ten śmieć brunatny?

Widzicie, jak muszę wachlować się cytatami, jak uczony w piśmie

Myślałaś, że nie dostrzegę ułamania po innych w tobie?

Będziesz więc potrójnie po nieobecnych częściach cierpieć

jeżeli możliwe jest trzykrotnej mocniej cierpieć tutaj

a tu mi właśnie znajomy podpowiada, że jest dawka trzykrotna

czeka właśnie na ciebie, oczywiście, że jest możliwe dla ciebie

wszystko jest możliwe, nie ma rzeczy niemożliwych dla mnie

doprawdy, co za brawura czynów, do prawdy od prawdy

Jak widzisz, mam zacięcie do muzyki i słowa, niezwykle uzdolniony

Towarzyszy mi ciągły nadmiar kropek zakańczających te białe wiersze

Pozwól więc, że zlepię cię mocno w zakończenie interpunkcyjne

zatrzasnę cię w tobie z okazji tego niespodziewanego finału

ciągle zakończając się, pozostaniesz na zawsze znakiem zamazanym

w środku zamazanym swoim własnym kolorem, który tak lubisz

Arriwe’ derczi, bru’ na

Pieśń trzydziesta ósma. Pieśń interpunkcyjna bruny9

rondo

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

na końcu nie ma kropki

na końcu jest przecinek

Pieśń trzydziesta ósma. Rysunek III

Zagadka rysunku trzeciego przed nami

którego punkty nie tworzą żadnej całości

Wszystkie linie rysunkowe zwiędły

jak je połączyć ornamentami w czytelny rysunek?

Poprośmy, może ktoś z widowni nam pomoże

może komuś uda się to, uda się to uczynić ręcznie

zgadnąć cokolwiek z domniemanego rysunku

Trzy szkice w teczkach woskowych noszę

spoglądam sobie na nie czasem nerwowo

Próbowałam łączyć te paprochy, te zabrudzenia

w solidne całości, ale umyka wszystko śpiesznie

Tych gwiazd w żadne gwiazdozbiory nie złożysz

umieralność ich największa w przestrzeniach

Z trzecim rysunkiem były same problemy

wpierw został zgnieciony, potem zapomniany

Kryję w spoconych dłoniach jego przechowywanie

Oto rysunek niemożliwy, lękliwie uciekający

uciekający samochodami dalekobieżnymi w dal

Rysunek rwie się, napinany do granic nieprzekraczalnych

lepi się do wszystkiego, pieczętuje swoją obecnością

Me pisaki są tu porzucone, wielki śmietnik ustników

W ogniu pieśni zakrywają swe śpiewne oblicza przed sobą

wobec tego brunatnego nowotworu tu ulokowanego

Paczki dobrze sklejone dochodzą do piekła w trzy dni

Mamo, prześlij mi, proszę, te ciepłe kapcie uszyte z wełny

do grobu prześlij mi je, bym mogła szurać po parkietach

woskowanych na wysoki połysk z okazji śmierci wiecznej

Rysowanie rozpada się mi w rękach, one też się rozpadają

Nic tu nie bywa odcinkami, odległości uciekły zawstydzone

Już w sumie próbowałam ciężki rysunek nanosić na ziemię

za pomocą schodołazu, chodzików dziecięcych, starczych

za pomocą swych niewidocznych podpórek szkicować jakiś kres

wszystkie były pokryte białym aksamitem i czekoladą

tym bardziej były luksusowymi materiałami plastycznymi

Patrzę przez ich nieszczelne struktury na mą słabość

na moje potykanie się, czołganie ze wzrokiem ku ziemi

Chodzę z głową gniecioną do dołu, przyglądając się wykopom

Te linie prowadzone na końce jak zagony gnilne, zmrożone

rytmicznie i równo rozkopywane ze znikomymi śladami pulchności

Zagony rytmiczne umykają teraz już pomału, w zaciemnieniu

zachodzą z blaskiem słońc schowanych za horyzontami

liniami się w nas wrysowują, dzieląc nas ozdobnie w okolicach zera

Pieśń trzydziesta dziewiąta. Domknięcie Piekła

Zasklepiane odwierty kiedyś będą powłokami niebieskimi

Nigdy nie roztopi piekła morska fala, nie zmyje jej gęstości

W naszym DNA same dna stukające posadzkami śliskimi

Rozwleczeni jesteśmy między smakiem curry a rozmarynem

peklowani suszonymi psalmami, one ułatwiają trawienie nasze

Potępienie dusz schowanych pod kamieniem zostanie na koniec

zakleszczą się wtedy wszystkie zamki samozatrzaskujące się

Gdzieś w bielach będzie więc krążyć ziarnko maku słodkiego

ziarnko piasku wulkanicznego z lawy gniewu spływającego

Ziemia rozpadnie się na brzegi, połamana różnie wobec morza

Pozostaną również odpryski ostre, odrzucone przez falochrony

Rzeźby dekoracyjne w miał się roztopią, kolory spłowieją

ustąpią kłaniając się niewyrażalnemu, nadchodzącemu

Będą mu tańczyć zupełnie nowe tańce, on je nauczy

Wszelkie cukry roślinne i zwierzęce zostaną skarmelizowane

Świat znów pachnieć będzie nowością, jeszcze opakowaniem

Będziemy podziwiać pieśni tak piękne, że dzięki nim nie będziemy

Wtuleni w ich kołyszące łona, oddychając sobą wzajemnie

Uszczelnione piekło sklei swe dziury, nie ucieknie żadne ciepło

Już nie będzie męczenników, jak warzyw na rynku wildeckim

Nie potrzeba będzie poświęcających się ludzi, jak selerów

Leżą oni wygrzebani z ziemi, zmarznięci z przylepioną ceną

ceną zawsze w jaskrawym kolorze zdradzającą ich zemdlony odcień

Płacz zostanie zniweczony płukanką z leczniczych ziół święconych

Znów spojrzymy na siebie, nie patrząc na naszą nagość niezgodną

na nadrzędność zdań wielokrotnie złożonych, na ich podrzędność

Rozbiory gramatyczne światów prawidłowo ułożonych w bukieciki

rozwiąże je cicho spokojny rytm przypływu, którego nikt nie zauważy

Niektórzy, zapomniani prorocy jedzący szarańcze jak chipsy, zrozumieją

Będą podnosić nieco swe głosy i narażać się na śmieszność wobec tłumu

Nikt nie uwierzy im w ich śmierdzące morzem słowniki

w kieszeniach mają owoce morza, ostatnie daniny na ołtarz ofiarny

Będą wyrzucani poza bramy miasta, a tam zajmą się hodowlą

agroturystyką z możliwością kąpieli w słonej wodzie

w parkach jordanowskich oblewanie się chrzcielną wodą

Wokół nich zwierzęta kręcące się, spokojne ich obecnością

wtulone w siebie, cicho pomrukujące ze szczęścia

Nie spotka ich wstyd ukryty, głowy zanurzać będą w miskach

W tej wodzie nie słychać odczytów i prelekcji dydaktycznych

tylko szum jednostajnie potencjalny w dźwięki dochodzące

Kwitnięcie inne nastąpi, nieskalanymi pąkami będziemy

Wszyscy święci wtedy powiedzą: no nareszcie się kończy świat

całe szczęście, że kończy się świat przed filmem o 20.00

Załóżmy więc okulary przeciwsłoneczne, teraz porażeni będziemy

te światła nawigacyjne mają niezwykle silne, krągłe pola rażeń

Finalnie podnoszę wzrok ponad siebie, wspierając się na łokciach

Znów te refleksy, wyznaczające mi początek, pojawiają się w kątach

te światła zwiastują zagaszanie mych śpiewów przed porankiem

Jutrznia już niedługo, dnieje mleczne światło w ciemnych ujściach

gdy przebudzę się, w mych ustach pozostanie kwas mlekowy po śnie

wiecznym

Pieśń czterdziesta. Końce końców

Chodźcie do mnie wilki szaleńczo szare

nakarmię was pomyjami po ucztach trzech

Wpychajcie w swe pustki wielkie kęsy

ja będę was głaskać, korzystając z nieuwagi

Na koniec zawsze jest najwięcej jedzenia

na mych obrusach tak wiele pozostaje

Przyjdźcie do tej, co ciągle się rozdrapuje

Rozdrapuje swe zrastające się usta do śpiewu

z nieśmiałości zrastające się, z lęku, z pychy

Oto przechodziłam między podwojami tajnymi

twarz może przez to bardziej blada i wysuszona

Teraz unikam swych odbić w szkłach dekoracyjnych

w ich połamanych ornamentach widzę potępienie

Oblubieniec za górami i lasami brzozowymi

a ja palę papierosy, stojąc znów na trzech nogach

Stoję w oknie nad brzegiem morza, wypatrując powrotu

Wszystkie trzy nogi już mi drętwieją przez me pozowanie

Ciężarna jestem wobec pieśni pęczniejących w przełyku

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez lasy?

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez siebie?

W pojedynku pojedynczo ciągle jesteśmy zagubieni

między kopytami porzucamy się na chwilę, na momenty

Świadoma relacji barwnych i praw kontrastów jestem

ciągle rozstrzygana, rozstrzygająca się w wielobarwności

Przebiegając przez przebieralnie mnogie, w pędzie pochwycę

w pędzie pochwycę werdykty w kopertach, skradnę je

W najświętsze wedrę się, ukradnę te werdykty potępienia

Mój śliniak już cały mokry od opowieści uciekających

Pogubiłam me wdzięczne diademy, dostojne dodatki

całą biżuterię wyjściową na błądzenia ślepe

Czyż nie jestem piękniejsza, bo potłuczona i naga?

Wytańczę sobie kształt grobu

będę w nim mogła się pomieścić z mymi zapasami

ze zbiorami słów i obrazów zupełnie bezcennych

Nie kładź więc na moje oczy monet dla przewoźnika

dla tego niewidocznego taksówkarza z czarnym uśmiechem

Chomikowe policzki napełnię pieśniami, będę je jeść

gdy chlebak pozostanie pusty i bidony wystygną

Wtedy złożę z nich kadzidło, złoto, mirrę dla przestrzeni

dla przestrzeni pytających, zostających w wolnym oddechu

Teraz szukam swego podobieństwa znów, lecz trzy echa słyszę

milkną z wolna dźwięki wysokie, niskie

wyskakują jeszcze przede mnie, bym sobie laurki sama sprawiła

Laury pachnące na wieczną pamiątkę śmierci moich potakujących

Potakujące śmierci zgadzające się na datę i godzinę zgonu

Ja, Lacrimosa wątła, wychodzę więc z mroku głębokiego

może jakaś barwa wychyli mój kształt z czerni i zabierze mnie

w kolejne długie historie, ciągle wijące się fraktalami, winem

Pomyśl, jakże przedziwne są smaki tych koncentratów

koncentratów z niemotyli z pierwszego, z drugiego tłoczenia

które wylewają się, burzą, rozwalają wszelkie pojemniki

do przechowywania naczynia rozwalone na trzy części

Rozwalają się porcelany z dożywotnimi gwarancjami trwałości

Jakże to wszystko niepraktyczne i najpiękniej niedokładne

lepienie z niebytów piętrzących się, przy bytach rozrzucanych

Kimże jestem teraz, gdy siedzę na kanapie, spijając ostatnie nuty

kokosowym starcem, karuzelą made in Purgatorium malowaną?

Może jestem w brunatnym wbiciu ciast ciągle się przypalających?

Segregując odpady do trzech koszyków, ciągle przymrużam oczy

Mrużę je, by być sędziną zaprawdę sprawiedliwą i litościwą

Jakże niepurpurowe są me szaty, lekka biel łasi się do mnie

Wszystko znów zabiorę do siebie, zlepię grzbiet zbioru pieśni

Musi być on tłusty, chroniący przed wiecznością uczulającą

mało ciągle na jej temat w miarę szczegółowych przewodników

Nikt nie wskaże nam odpowiednich linii autobusowych, nazw ulic

Nie przeczytamy na miękkich okładkach, jakie są ich przywitania

jak należy mówić i jakie gesty wykonać, nie obrażając ich?

Nieśmiało spoglądam, wychylam się na palcach, chcąc dojrzeć więcej

bujam się w mej niepewności, pewności dalszych panoram

bujam się w sobie, balansując, przekornie wychylając się na boki

bujam się, wyśpiewując pieśni poranne, zlepione jeszcze z nocą

Wtedy me oblicze znów się rozjaśni, znów rozpoznam kształty

które umiem dobrze nazywać po polsku i włosku i je rysować

Potrafię je jeszcze narysować swym spojrzeniem, więdnącym

Rebusy przywrócą swą rozpoznawalną treść schowaną

Roślinność na parapetach systematycznie odżyje

całkowicie zdziwiona mą pamięcią i troską nagłą

W głębokich tłach scenografii będę jednak dostrzegać te niebyty

wycofają się, ustępując temu imiennemu, foremnemu

Ruszę na zamorskie wycieczki przepełniona ekwipunkiem

Zatęsknię do brzegów oddalonych i pójdę na plażę się skremować

Chłodne rozmycie opłucze mnie i pochwyci mnie dla siebie

Teraz rozrzucam wam kropki na końce jak confetti czarne

Cieszmy się więc, posypujmy nimi na zakończenie piekła

tam tkwią wszystkie zakończenia, same końce właśnie tam

spalone ich lonty, kruszące się ciągle na obrusach odświętnych

płaczliwy wosk zaświadcza o ich winie i wysokim płomieniu

nie pozwoli im na jakąkolwiek restaurację dawnych pomników

Znów zęby się pokrywają zniszczeniem wyśpiewanym

Trudny jest ten śpiew odepchnięty, kłócący się ze sobą jednocześnie

śpiewać już nie chcę tak straszliwego udręczenia wypluwanego

Zamykam piec nastawiany na temperaturę ciał ich własnych

Odchodzę, łapiąc swój oddech znów w naturalną rytmikę

Zamorskie krainy wabią mnie swymi smakami nieznanymi

Powinnam się więc pożegnać ze wszystkim słowami znajomego

Arriverderci, brunatni z chwilowymi przebarwieniami ku Bogu

Kazalnicę mą żelazną ominęłam z daleka, nie wznosząc głosu ponad

gdyż moja brunatność oczywista, zęby połamane na pieśniach

co je licznie przed wami wywlekałam, ich kwiecistości zawiłe

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się dopiero

Znów rozgorzeje bitwa na śmierć, na życie, o światłocienie

bitwa o przynależność do zbiorów, określających się wciąż na nowo

Układy współrzędnych z osiami, z ościami, on znów będzie zerem

Podmywa stopy, jasność gruntu i uzębienia spłukuje

Przedostaje się tajemnie przez przerwy między wyrazami

aby podczas nieuwagi głaskać mój biało-czarny grzbiet.

Nadchodź więc i zakończ mnie, zakończ mnie sobą

wyznacz mi wielość nowych początków, na końcu.

Pieśń ostatnia. Czarne confetti

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

...............................................................................................................................

Przypisy:

1. Pieśń przekreślona — w druku cała strona przekreślona jest skośną kreską. [przypis edytorski]

2. unde malum (łac.) — skąd [pochodzi] zło. [przypis edytorski]

3. czerwony olbrzym — nazwa gwiazdy będącej na schyłkowym etapie ewolucji. Nazwa pochodzi od ich barwy i zwiększających się rozmiarów/ [przypis autorski]

4. czarny karzeł — hipotetyczny końcowy etap życia gwiazd. Gwiazda przestaje świecić, stając się w ten sposób zimnym czarnym karłem. [przypis autorski]

5. katalog Kehla — spis dzieł Wolfganga Amadeusza Mozarta. [przypis edytorski]

6. zgubione loki — w druku od tego miejsca tekst jest wyrównany do prawej. [przypis edytorski]

7. głosem Rosy — w druku dalsza część tekstu jest wyrównana do prawej. [przypis edytorski]

8. Fenrir (mit. skand.) — olbrzymi wilk, który ma zabić Odyna w dzień Ragnarök. [przypis edytorski]

9. Pieśń interpunkcyjna bruny — w druku wiersz ten przyjmuje kształt koła o 32 szprychach, ktore stanowią wersy, pustego w środku. [przypis edytorski]