Pieśń czterdziesta. Końce końców

Chodźcie do mnie wilki szaleńczo szare

nakarmię was pomyjami po ucztach trzech

Wpychajcie w swe pustki wielkie kęsy

ja będę was głaskać, korzystając z nieuwagi

Na koniec zawsze jest najwięcej jedzenia

na mych obrusach tak wiele pozostaje

Przyjdźcie do tej, co ciągle się rozdrapuje

Rozdrapuje swe zrastające się usta do śpiewu

z nieśmiałości zrastające się, z lęku, z pychy

Oto przechodziłam między podwojami tajnymi

twarz może przez to bardziej blada i wysuszona

Teraz unikam swych odbić w szkłach dekoracyjnych

w ich połamanych ornamentach widzę potępienie

Oblubieniec za górami i lasami brzozowymi

a ja palę papierosy, stojąc znów na trzech nogach

Stoję w oknie nad brzegiem morza, wypatrując powrotu

Wszystkie trzy nogi już mi drętwieją przez me pozowanie

Ciężarna jestem wobec pieśni pęczniejących w przełyku

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez lasy?

Po cóż przechodzić szlakami mglistymi przez siebie?

W pojedynku pojedynczo ciągle jesteśmy zagubieni

między kopytami porzucamy się na chwilę, na momenty

Świadoma relacji barwnych i praw kontrastów jestem

ciągle rozstrzygana, rozstrzygająca się w wielobarwności

Przebiegając przez przebieralnie mnogie, w pędzie pochwycę

w pędzie pochwycę werdykty w kopertach, skradnę je

W najświętsze wedrę się, ukradnę te werdykty potępienia

Mój śliniak już cały mokry od opowieści uciekających

Pogubiłam me wdzięczne diademy, dostojne dodatki

całą biżuterię wyjściową na błądzenia ślepe

Czyż nie jestem piękniejsza, bo potłuczona i naga?

Wytańczę sobie kształt grobu

będę w nim mogła się pomieścić z mymi zapasami

ze zbiorami słów i obrazów zupełnie bezcennych

Nie kładź więc na moje oczy monet dla przewoźnika

dla tego niewidocznego taksówkarza z czarnym uśmiechem

Chomikowe policzki napełnię pieśniami, będę je jeść

gdy chlebak pozostanie pusty i bidony wystygną

Wtedy złożę z nich kadzidło, złoto, mirrę dla przestrzeni

dla przestrzeni pytających, zostających w wolnym oddechu

Teraz szukam swego podobieństwa znów, lecz trzy echa słyszę

milkną z wolna dźwięki wysokie, niskie

wyskakują jeszcze przede mnie, bym sobie laurki sama sprawiła

Laury pachnące na wieczną pamiątkę śmierci moich potakujących

Potakujące śmierci zgadzające się na datę i godzinę zgonu

Ja, Lacrimosa wątła, wychodzę więc z mroku głębokiego

może jakaś barwa wychyli mój kształt z czerni i zabierze mnie

w kolejne długie historie, ciągle wijące się fraktalami, winem

Pomyśl, jakże przedziwne są smaki tych koncentratów

koncentratów z niemotyli z pierwszego, z drugiego tłoczenia

które wylewają się, burzą, rozwalają wszelkie pojemniki

do przechowywania naczynia rozwalone na trzy części

Rozwalają się porcelany z dożywotnimi gwarancjami trwałości

Jakże to wszystko niepraktyczne i najpiękniej niedokładne

lepienie z niebytów piętrzących się, przy bytach rozrzucanych

Kimże jestem teraz, gdy siedzę na kanapie, spijając ostatnie nuty

kokosowym starcem, karuzelą made in Purgatorium malowaną?

Może jestem w brunatnym wbiciu ciast ciągle się przypalających?

Segregując odpady do trzech koszyków, ciągle przymrużam oczy

Mrużę je, by być sędziną zaprawdę sprawiedliwą i litościwą

Jakże niepurpurowe są me szaty, lekka biel łasi się do mnie

Wszystko znów zabiorę do siebie, zlepię grzbiet zbioru pieśni

Musi być on tłusty, chroniący przed wiecznością uczulającą

mało ciągle na jej temat w miarę szczegółowych przewodników

Nikt nie wskaże nam odpowiednich linii autobusowych, nazw ulic

Nie przeczytamy na miękkich okładkach, jakie są ich przywitania

jak należy mówić i jakie gesty wykonać, nie obrażając ich?

Nieśmiało spoglądam, wychylam się na palcach, chcąc dojrzeć więcej

bujam się w mej niepewności, pewności dalszych panoram

bujam się w sobie, balansując, przekornie wychylając się na boki

bujam się, wyśpiewując pieśni poranne, zlepione jeszcze z nocą

Wtedy me oblicze znów się rozjaśni, znów rozpoznam kształty

które umiem dobrze nazywać po polsku i włosku i je rysować

Potrafię je jeszcze narysować swym spojrzeniem, więdnącym

Rebusy przywrócą swą rozpoznawalną treść schowaną

Roślinność na parapetach systematycznie odżyje

całkowicie zdziwiona mą pamięcią i troską nagłą

W głębokich tłach scenografii będę jednak dostrzegać te niebyty

wycofają się, ustępując temu imiennemu, foremnemu

Ruszę na zamorskie wycieczki przepełniona ekwipunkiem

Zatęsknię do brzegów oddalonych i pójdę na plażę się skremować

Chłodne rozmycie opłucze mnie i pochwyci mnie dla siebie

Teraz rozrzucam wam kropki na końce jak confetti czarne

Cieszmy się więc, posypujmy nimi na zakończenie piekła

tam tkwią wszystkie zakończenia, same końce właśnie tam

spalone ich lonty, kruszące się ciągle na obrusach odświętnych

płaczliwy wosk zaświadcza o ich winie i wysokim płomieniu

nie pozwoli im na jakąkolwiek restaurację dawnych pomników

Znów zęby się pokrywają zniszczeniem wyśpiewanym

Trudny jest ten śpiew odepchnięty, kłócący się ze sobą jednocześnie

śpiewać już nie chcę tak straszliwego udręczenia wypluwanego

Zamykam piec nastawiany na temperaturę ciał ich własnych

Odchodzę, łapiąc swój oddech znów w naturalną rytmikę

Zamorskie krainy wabią mnie swymi smakami nieznanymi

Powinnam się więc pożegnać ze wszystkim słowami znajomego

Arriverderci, brunatni z chwilowymi przebarwieniami ku Bogu

Kazalnicę mą żelazną ominęłam z daleka, nie wznosząc głosu ponad

gdyż moja brunatność oczywista, zęby połamane na pieśniach

co je licznie przed wami wywlekałam, ich kwiecistości zawiłe

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się dopiero

Znów rozgorzeje bitwa na śmierć, na życie, o światłocienie

bitwa o przynależność do zbiorów, określających się wciąż na nowo

Układy współrzędnych z osiami, z ościami, on znów będzie zerem

Podmywa stopy, jasność gruntu i uzębienia spłukuje

Przedostaje się tajemnie przez przerwy między wyrazami

aby podczas nieuwagi głaskać mój biało-czarny grzbiet.

Nadchodź więc i zakończ mnie, zakończ mnie sobą

wyznacz mi wielość nowych początków, na końcu.