Pieśń czterdziesta siódma. Przypływ

Oto nadchodzi przypływ obiecany i oczekiwany

Stoję związany prawidłowym węzłem żeglarskim

Słowa nie da się wciskać między brzmienia

Nadchodzi, czując wszelkie niedrożności we mnie

Moje cielesne myślenie pomału zaczyna się rozpadać

na fali pochłaniającej plażowiczów, na nią czekających

Właściwa w nieporządku kreacja, wybuch obfitością

pragnienie, by morskie stworzenia przypomniały ją

ukryte w nich instynkty nurkowania i nurzania się

Każdy z odpoczywających zaśpiewał swoją piosenkę

harcerską, pożegnalną, w nadziei na zbawienie ich ust

które zachłysną się powietrzem i wodą świętą

Wielka fala podtapia wszystko, lecz nie rozcieńcza

zagęszcza tym bardziej swoje możliwości, potencje

Rodzina znajdzie po mnie resztki kręgosłupa

rozpoznając, że to byłem ja, i pochowają trupa

Kosteczki koronkowe w muzeum wykopalisk

Wstęp wolny tylko w dniu zmarłych, ze zniczami

Wymachuję nogami, jeszcze coś mieć pod nogami

Jeszcze czuję dno, i jeszcze czuję dno, teraz już nie

nic już nie czuję, moje ciało rozpada się na pierwiastki

pierwotniejsze od wszelkich organizmów pierwszych

Na końcu nie ma już niczego

brak tu orkiestry symfonicznej robiącej nastrój

świeczek o zapachu cynamonowo-cytrynowym

Brak histerycznego klaskania w dłonie czy w czoła

Brak młodzieży wzruszającej się na samą myśl

Nie ma podniesionego głosu narratora błękitnego

pouczania i trzymania wszystkich w baraku

z kości słoniowej, w obozie zagłady z kryształu

Wielkie czucie ciągle cieszy, morusa się

w brokacie z resztek słów i bytów

Boże mój, Boże, wypełnij mój krwiobieg

słonym posmakiem nowych wartości odżywczych

Ostatnie moje słowa niech będą składane dla ciebie

w formie świątecznych wieńców triumfalnych

ze splecionych pogłosów słów zapomnianych