Pieśń dwudziesta. Lukrecja nuci na bezdechu

Podnoszę swój głos nisko, za nisko podnoszę znów

spod czoła gniewnego i zachmurzonego Lukrecji

noszącej w sobie same trucizny w ustach, w języku

Ona w sukienkach przewiewnych nosiła paczuszki

Moja pieśń ma smak fałszywy, trujący śmiertelnie

Pocałuj mnie namiętnie w usta, a dam ci ich smak sobą

Spróbuj, zasmakuj tych związków we mnie chemicznych

Mojej cierpkości wonie zagubione degustuj swobodnie

Mając dwadzieścia parę lat urodziłam zgniły owoc

Córka, zakradła się do mego brzucha i tam spała

Ja wtedy studiowałam medycynę w białym kołnierzu

Ona przerwała mi swym krzykiem wszystko, me plany

Urodziłam ją, choć marzyłam o aborcjach kwiecistych

Całoczerwony potwór, ciągle domagał się mnie bardziej

Rosa, tak ją nazwała moja matka, ja jej nie chciałam

nie chciałam jej nazywać, wołać po imieniu do siebie

Nie przytulałam jej, nie karmiłam, nie patrzyłam na nią

nienawidząc jej najbardziej na świecie, za tę jej niewinność

za uzależnienie od Lukrecji zwaną dalej Potężną

Nie przerwie mi planów jej byt jasny, złożony do łóżeczka

w te pościele, w ubranka dla najmniejszych, tkanych

Dziecko nie lubiło mej obecności bliskiej i dalekiej

Unikała mnie, płakała, gdy przychodziłam z pracy, z apteki

Praca sprzątaczki, wycieraczka po nocach, po nogach

Miałam być królową, królową cennych skarbów ukrytych

szmaragdowych buteleczek, odważników miedzianych

Wracałam do sutereny, gdzie była ona czuwająca

Spoglądała na mnie coraz rozumniejsza, wiedziała wszystko

jak bardzo jej nienawidzę, jak bardzo jej nie chcę i nie kocham

W cichości swego serca wymyśliłam pewnego dnia śmierć

Zatruję swą córkę najjaśniejszą Rosę, zabierającą mi władzę

orędującą, taką nieskazitelną, pewną swej obecności

Zaplanowałam to w szczegółach, obmyśliłam skład

Znałam się trochę na tych substancjach, na ich brzmieniach

Postanowiłam wyśpiewać nową pieśń głosem pewnym

Plan dawał mi energię do życia i radość wielką

Tego wieczora nie było mej matki stróżującej cierpliwie

Przygotowałam kaszkę z morelami, z dodatkami skrytymi

Skradłam je z apteki cichutko, niezauważalnie w nocy

Nakarmiłam jej twarz, nie chciała jeść mi z rąk

Wykręcała główkę na boki, nieświadomie się broniąc

przed nieznanym smakiem matczynej ręki, z dzikimi owocami

Za mamusię jeszcze pięć, łyżeczkę za mamusię, ta ostatnia

Umyłam ją pierwszy raz, z pewną dozą uczucia dla odchodzącej

ceremonialne, tkliwe obmywanie prawie że trupa

Spoglądała na mnie prawie ciepło, głaszcząc mnie po policzku

Ułożyłam ją do łóżka i czekałam z niecierpliwością na jej sen

W głowie plotłam już nowe historie bez dwuletniej córki

Próbowałam ją budzić, a gdy nie usłyszałam oddechu

owinęłam małe ciało kocem i zawiozłam na działkę

Zakopałam ją pod zwiędniętymi porami, z zimna umierającymi

mrucząc kołysanki, uśmiechając się do siebie w nocnej aurze

W mieszkaniu zaaranżowałam włamanie nieznajomego i zniknięcie

Nie odkryto intrygi skrytej, przez lata córka była poszukiwana

Pogrążona w fałszywym żalu cieszyłam się spokojem i ciszą

tylko matka spoglądała czasem tak samo niepewnie

tak, jak kiedyś spoglądała ona, ten okropny bachor zaginiony

Już śpij, kochanie, Lukrecja założyła własną firmę kosmetyczną

o nazwie Rosa, widzisz osiągnęłam sukces rynkowy i medialny

Zaprawdę powiadam wam, świetna nazwa firmy produkującej róż

Wyszłam za mąż za chłodnego człowieka, on umiał liczyć

za człowieka, którego nie kochałam, a on nie kochał mnie

Nie posiadałam dzieci, Lukrecja się wysterylizowała na zawsze

W wielkich, chłodnych wnętrzach o różanych odcieniach trwałam

Odpoczywałam, nakładając tłuste kremy na mój rozkład powolny

Ostatecznie zginęłam tragicznie, w wypadku samochodowym

mając niecałe pięćdziesiąt lat i doczekawszy bajecznej fortuny

W zimowy wieczór jadąc swym luksusowym autem lustrzanym

wpadłam w poślizg, rozbiłam wóz o drzewo olbrzymie

Poczułam wielki huk i ból, ostatnie, co zobaczyłam w lusterku

to były gałęzie tego drzewa, wyglądały jak pory zziębnięte

takie rosły kiedyś na owej działce, gnijące i martwe już

od niespodziewanych przymrozków