Piesń dwudziesta piąta. Zakład utylizacji odpadów higienicznych

Znów byłam zatrzymana w swoim pędzie dookoła

Jeszcze kręciło mi się w głowie od zwichrowania

Widzę częściowe układy urbanistyczne miejsc pokutnych

Sami sobie konstruują wszystko podług swoich umiejętności

A tu, proszę, jaki się znalazł mrówczy architekt ukryty

Na pudrowym podłożu zbudowany, dobrze prosperujący

zakład utylizacji odpadów higienicznych

w sumie takie miejsca muszą przecież gdzieś istnieć

Gdzieś to wszystko trzeba gromadzić, te bandaże

zużyte, zaropiałe waciki i łazarzowe prześcieradła

w które obwijane są zwłoki, po przejściach dalej

Te resztki ciał pozostawianych w ramach operacji

na otwartym sercu albo otwartych ustach, oczach

ciągle się zatykają w rurach przechodzących dalej

wybijają swój smród i zawartość na wierzch znów

Widzę niewysoki budynek z dużym, wilgotnym kominem

wielkie złoża śmieci, z których może lęgnąć się epidemia

Noszą w sobie organiczne ślady tych, na których żerują

bakterie rozwiązujące najbardziej skomplikowane zadania

rozwiązują ich znaczenia do liczb pierwszych, do zera

Lęk przed nimi nakazuje spalać w ogniu potężnym

ślady po zostawionych słabościach i niedołęstwie

Każda z cegieł tego budynku z popiołu sprasowanego

ustawiona krzywo, jakoś tak niedopasowana do innych

Na każdym bloczku napis wypalony w ceramice

pismem kaligrafa, starał się bardzo brzydko pisać

Konstrukcje wytrzymujące nacisk przechodzenia

Każda z cegieł była osobno i razem, tworząc zgrabną ruinę

w której ktoś mieszkał, narzekał głośno z daleka

W kominie nikła strużka dymu krążyła

rysując rebusy trwające

bez rozwiązania

Dym sygnalizował

że zakład utylizacji jest czynny

mimo bardzo późnej pory