Pieśń dwudziesta pierwsza. Bianca kręci się czwarty raz wokół

Skręć mnie mocno jeszcze raz, wyciśnij

soki malinowe i z dzikiej róży tłoczone

Znów zamarzają ci usta warstwą słonego lodu

od twoich smarków, śluzów, łez ściskanych

Bryła lodu znów zlewa się z zamrożeniem

Diamentowe igiełki znów pokryją go słusznie

dziergając na nim nowe wzory nieporządku

powodując erozję tych materiałów odpornych

Nieucho pokryło się szronem z zimna

już myślałam, że umrę w tej temperaturze

w 500 stopniach zimna, ale byłam już umarła

pełna złamania, gruchocząca jak instrument

Mam w swojej pustce jakieś dawne ziarna

wydają jeszcze nikły szelest, odbijając się

Sine usta szepczą pieśń jak modlitwę

którą śpiewa się przed wielką zagładą

wiedząc, że się jednak przeżyje w postaci

garści popiołu sypanej na głowy dla mas

Pchnięcie skręciło mnie znów mocno

Bujana zabawka znów zagrała swą melodię

Zaprogramowaną pieśń mam jak pozytywka

W przerwach gruchoczę sobą wokół

gubiąc swe treny w szalonym pościgu

Czy czujesz dziwną obecność potępienia?

Jest tak blisko, wyciągasz się mocno

chwytając się czegoś ostatniego, wystającego!

zaprojektowanego dla twojego uchwytu

zaprojektowanego tylko dla twojej dłoni

Ostatni uchwyt na karuzeli, we mnie chwyć

najgłębiej