Pieśń dwudziesta trzecia. Ciuciubabka zdejmuje apaszkę z głowy

W godzinie śmierci mojej amen, w tym dniu

W godzinie drugiej przed zimnym świtaniem

gdy przechodziłam zmęczona nocą przez ulicę

w ciemności nie zauważyło mnie jadące auto

Nie paliła się latarnia elektryczna na tej ulicy

Pijany jeszcze jakimś spotkaniem młody pan

strzaskał się tam z moim cienistym ciałem

pozostawiając je nieśmiało pogruchotane

neon reklamowy Endless, w witrynie sklepu

Odchodzenie trwało w samotności parę minut

więc zdążyłam jeszcze ze spokojem spojrzeć

w życie z przekrzywionym uśmiechem spokoju

Przebite plecy i brzuch wszystko przepełniało się

płynami hamulcowymi, olejami, keczupem

modnym i wykorzystywanym w filmach grozy

niskobudżetowych, prześlicznie amatorskich

z pełnym zaangażowaniem w moje umieranie

Usłyszałam tylko śpiewne pozdrowienie

Miałam doświadczenie jako ciuciubabka 24 h

Znałam ten miły chłód, ciepło powitania

żegnania się o poranku, gdy na dzień idziesz spać

Krzyknęłam sobą, by być dobrze zrozumiana

Czułe spojrzenie przeniosło mnie tutaj na brzeg

tu jest moja noc, mój poranek, moja godzina

tu jest zakończenie mojej gry, gdy jaśnieją oblicza

wszystkiego, co miało jedynie śliski dotyk w sobie

W powietrzu dopełnia każde moje słabe słowo

usprawiedliwia braki, w ramach pracy domowej

którą ciągle sam sobie zadaje, odczuwając pełniej

zna doskonale te koronkowe rebusy w pionie

w poziomie rozwiązywane dla osiągnięcia błędu

Cieszy go uzupełnianie wszystkich pustaków we mnie

Cieszy się, że się tak bardzo starałam wpisywać

we właściwe pola dobre pojęcia, nocną porą

na kolanie powtórzone magicznie brzmiące zasady

W świetle staroświeckiej latarni kontemplowałam go

często z nieświadomością mojej krzyżówki z nim