Pieśń ósma. Bruna nasłuchuje bóstw spokrewnionych

Daleko i blisko pod mym ramieniem słyszę popiskiwanie

Żałosne, nerwowe moje drapanie w tym miejscu, gdzie swędzi

Głos spokrewniony usłyszałam wbity we mnie, tak daleki

Śpiewak fałszujący drżał, srał w majtki bawełniane z domieszką

po nogawkach rajstop ściekał mu mocz ze strachu przed sobą

Wciśnięcia w głębokości nieodkryte przez żadne wehikuły

Byliśmy dawno napełnieni ambrozją i nektarem kradzionym

Szeleszczą części skołtunione mocno, pod spodami

Słyszę świsty jak pieśni powlekane żałością wyczynową

Bóstwa spokrewnione tłoczą się w tym niemiejscu, we mnie

Przekrzykiwania na ścianach przepaści, noszę ją w sobie

Nienawidzę ich, a oni mojej obecności, jednakże zmuszeni

Skóry po nas zostają, po bóstwach leśnych, prehistorycznych

Posłyszałam głos pojedynczy, zdał mi się jakoś rozpoznawalny

Szepcząc w mym uchu, umiejscowił się jak w niewygodnej pufie

Ten pisk, syczący torturował precyzyjnie dźwiękiem nieznośnym

Jego głos, trzeszcząca dźwignia kości zginająca, kości zrywająca

Zasypcie grubą warstwą żwiru to gnojowisko smrodem oszałamiane

Wszystko od niego ucieka, nawet on od siebie ucieka lękliwie

To gardło jest tu tak zwężone, nie ma przełykania i oddychania

Nie wbijesz w to rurki, by uratować mu życie, by mu uratować śmierć

by uratować jego pieśni charczące przed każdorazową destrukcją

po szepnięciu jednostajnym, od razu niszczone są przez połykających

To najmniejsze terytorium bóstw zapomnianych w starych mitologiach

Zaśpiewaj mi swą piosnkę zdolnego szambiarza uwikłanego w zagadkę

Nadchodzisz, w mordzie trzymając swe kości zmiażdżone jak puchar

twym własnym pyskiem i tonowym naciskiem na siebie samego

Twój wątek przeplata się gdzieś we mnie rozpiętej i zgniecionej

mieni się w okolicy, dając znać, że się jawił kiedyś jako Pseudohelios

okrutnie biczujący swymi promieniami twarze pobielone rozpaczą

rytmicznie uderzając w ich skóry, jak w bębny bolesno-dźwięczne