Pieśń siódma. Pieśń ściśnięta

Płaczcie teraz, wszystkie płaczki żydowskie

Te najpiękniejsze łzy ocierajcie wymuszone

Wysuszajcie swe płatne oblicza włosami

perfumowanymi i namaszczanymi, i długimi

Do tego pośmiertnego orszaku wybieram

te najbardziej wczuwające się i niewinne

z wielkimi oczami rozmazanymi za zapłatę

Drogimi kamieniami was obsypię, całe drogie

Te ręce załamujące się, te jęki, naciągane wycie

Ja nie mogę nad sobą płakać na zewnątrz

Wciśnięta w siebie widzę tylko swój smród

Nie potrafię czuć, tylko ścisk niemiłosierny

Wpychana w najmniejsze ramy moja wielkość

ograniczana liniami czarnymi, oskarżającymi

Me kształty dawne w bolesnym marynowaniu

Zapadam się nieskończoną ilość razy w się

W najgłębszą przepaść w sobie ciągle wpadam

Ciągle spadam w dziurę, którą jestem, pełną i złą

i te chóry potępione, te głosy z dawna cierpiące

przypominają mi dokładnie śmierć zadawaną

Teraz tęsknię za jego obliczem, które odrzuciłam

Za morzem pozostał i pozwoliłam mu zapomnieć

Tu wszystko już zostało spełnione w echach licznych

Tu wszystko już zostało zaprzepaszczone kiedyś

Wciśnięta w środku żyję tylko rykiem wewnętrznym

Nie wyobrażałam sobie, że tak boli śmierć wieczna

Umieram nieskończoną ilość razy, niewidząca kresu

zadać sobie ból z jego dekoracyjnymi detalami

Mieć przez chwilę możliwość tej rozkoszy boleści

Nienawidzę najbardziej mego bytu skurczonego

wszystkiego, trwającego w nieśmiertelności mojej

Płaczcie, o piękne kobiety płatne i lakierowane

Zmuszajcie się, zmuszajcie się wzajemnie, podsycajcie

do żalu za moim wiecznym pogrzebem w listopadzie

Trwam z więdnącym wiankiem chryzantem na głowie

Odszedł ten, co podawał mi wino do ust, pragnąc mnie

bez niego wysuszona oceniam ciągle mą stratę wieczną

Brak mi teraz tych pieprzonych, pastelowych kolorów

kojarzących się z jego cichą obecnością w dalekich tłach

Niech wasz płaczliwy skowyt wzniesie się, o płaczki

w ten kosmos okrutnie cichy i wolny, piekielnie wolny