Pieśń trzydziesta. Podróż podwójna

Niesiona w podskokach w absolutną szarość

przez przekorną mieszkankę czyśćcowych pól

niepłodnych, wyciętych dawno, dawno temu

Lot do oddalonych kresów, zacieranych granic

przez wielkie przestrzenie przykurczone

Szepce do mnie swoje historie, nie słyszę

Ona nie wybiera jeszcze nieba, choć przenosi

Ten dziwny zapach ukryty ma w gruczołach

w koronkach zdradza się jej odsunięcie ciche

Ona — środek transportu dla stłuczonych istnień

Postrzępiony latawiec powiewa kokardami

tasiemki czarne zatykają mi usta, dławią oddechy

wplątujące się między język, między koła

Nie porywa noworodków i dzieci mlecznych

lecz śnieżnobiałe bianki obtoczone słowami

nakarmione prochami strzelniczymi, melonami

Przynosi mnie tutaj do granicy, pozostawiając

Spogląda na mnie niemo, odprowadza do furtki

Nie pójdzie ze mną dalej i już tego żałuje

Literuje mnie, przegląda mnie, kataloguje obecność

B I A N C A B I A N C A B I A N C A

w jej ciemniejących ustach zanikam na zawsze

Tłumiki osadzane na każdej literze amortyzują mnie

Zakładanie plisek na siebie

zakrywanie ich wnętrz sobą

Delikatnie i sumiennie

Delikatnie i sumiennie

Zostawia mnie pełną kurzu złotego, porzuca

operowaną na stole chirurgicznym w przejściu

operowaną jej niewyraźnym i rwanym szeptem

Skłania przede mną czoło, żegna mnie uśmiechem

Zakrywa znów swe oblicze jako dusza czyśćcowa

odchodzi szukać w szkieletach swej fatamorgany

Przesuwa się wyraźnie moje epicentrum, przesuwa się

moje dygotanie spokojniejsze, jest spokojniejsze