Dziejba leśna, III

III

Jam — nie Osjan

Jam — nie Osjan1! W zmyślonej postaci ukryciu

Bezpiecznie śpiewam moją ze światem niezgodę!

Tarczą złudy obronny — zyskałem swobodę,

Której on by zapragnął, gdyby tkwił w tym życiu.

Za niego dźwigam brzemię należnej mi sławy

I za niego o przyszłość mych pieśni się trwożę —

Żyję tak, jakbym jego życia był ciekawy —

Ginę, jak on by ginął, choć zginąć nie może!

Ten go uczci, co będzie na moim pogrzebie,

Gdy moja mgła się z jego spokrewni tumanem.

Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie —

Dla innych chciałbym zawsze być tylko Osjanem.

Tak rzekł śpiewak, lecz własnym smutkom nie podołał,

I nagle: Boże, Boże! — do Boga zawołał.

Jam — nie Bóg! Twarzy mojej spragniony zatraty2,

Maskę Boga przywdziałem — zdradziecko pokrewną,

I za Niego stworzyłem bezrozumne światy,

Tak, jak On by je stworzył... Na pewno! Na pewno!

Za Niego w mrok się wdarłem, by trwać w obłąkaniu,

Tak jak On by to czynił, gdyby chciał się wdzierać!

Za Niego mrę na krzyżu w bolesnym przebraniu

Tak właśnie, jak On marłby, gdyby mógł umierać!

Za Niego, jakby rozpacz gnała Go po niebie,

Płacząc — w próżnię uchodzę, by marnieć — odłogiem!

Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie!

Dla was, co się modlicie, jestem tylko — Bogiem.

III

Wyruszyła dusza w drogę

Wyruszyła dusza w drogę... Dzwonią we dzwony.

«Gdzie są teraz moje sady? Gdzie moje schrony?»

Zawołały wszystkie lasy, pełne motyli:

«Spocznij, duszo, w naszym cieniu — nie zwlekaj chwili!»

«Jakże mogę w waszym cieniu spocząć niezwłocznie,

Kiedy sama jestem cieniem, gdzie nikt nie spocznie!»

Zawołała wonna łąka, zalśniona rosą:

«Koś mnie sobie na użytek złocistą kosą!»

«Jakże mogę ciebie kosić, łąko zielona —

Kiedy sama kosą śmierci jestem skoszona!»

I zawołał Bóg zjawiony: «Miłuj mnie w niebie,

Gdzie radością niecierpliwy czekam na ciebie!»

«Jakże mogę cię miłować w szczęścia pobliżu,

Gdym smutnego pokochała niegdyś na krzyżu?»

«Pozbawiłem ciebie świata i sosen z boru,

Byś nie miała, oprócz Boga, nic do wyboru!»

«Zagnałeś mnie z krasnych maków w ciemność mogiły,

Gdzieżeś ukrył owe miecze, co mnie zabiły?»

«Nie ukryłem owych mieczy, mam je przy boku,

Jeno zechciej — nieszczęśliwa — spocząć w obłoku!»

«Jakże spocznę w twym obłoku — z ziemią w rozłące,

Kiedym lasom odmówiła i mojej łące!»

«Otrzyj oczy zapłakane szat moich bielą,

A rozkażę mym aniołom — niech cię weselą!»

«Jakże mogę się weselić z tobą w przestworze,

Kiedy śmierci twej pożądam — Boże, mój Boże!»

I zamilkli, i patrzyli nawzajem w oczy —

A ponad nim i ponad nią wieczność się toczy.

III

Puściła po stole swawolący wianek

Puściła po stole swawolący3 wianek.

«Kto go chwyci pierwszy — ten mój ukochanek!»

Pochwycił tak ściśle, aż się kwiaty zwarły.

«Skąd ty jesteś rodem?» — «Ja rodem — umarły!»

«Co się stało wokół, że świat mi się mroczy?» —

«To ja własnoręcznie zamykam ci oczy...»

«Już mnie nigdzie nie ma i nigdy nie będzie!» —

«Nie ma ciebie nigdzie, bo już jesteś wszędzie».

III

Skrzeble

Skrzeble4 biegną, skrzeble przez lasy, przez błonie5,

Drapieżne żywczyki6, upiorne gryzonie!

Biegną szumnie, tłumnie powikłaną7 zgrają,

A nie żyją nigdy, tylko umierają —

Umierają, skomląc, szereg za szeregiem.

Śmierć jest dla nich właśnie tym po lasach biegiem,

Śmierć jest dla nich pędem w niepochwytne cienie —

Biegną tylko po to, aby śnić istnienie.

Świat im śni się w biegu — daleki i bliski,

Śnią się własne ślepie, śnią się własne pyski,

Śni się im, że mogą kąsać jadowicie —

Węszą przez sen moje i to twoje życie,

A ten sen łakomy wystarcza im prawie —

Kogo gryzą we śnie, ginie ten na jawie, —

Gryzą we śnie boga, co sen stworzyć umiał,

A ów dąb umiera, co dla niego szumiał.

III

Spotykam go codziennie

Spotykam go codziennie. Twarz, wklęta w ramiona,

Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.

Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,

By nim zgłaskać surduta połataną jawę.

Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.

Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.

Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.

Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!

Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,

Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —

Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,

Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.

Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —

Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.

A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —

Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —

Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —

Ale on mnie już minął i znikł obojętnie.

I tak zawsze i nigdy nie będzie inaczej...

Nikt nie zmieni mgły jego i mojej rozpaczy,

I nikt nas — choć się rozpacz do mgły czasem zbliża —

Nie wbije nowym gwoździem do wspólnego krzyża.

III

Zbój

Przez śnieżycę, co wyjąc, powiększa przestworza,

Zbój się skrada — w nawianej puszyściejąc bieli...

Nie masz prawa sięgania do ludzkiej gardzieli!

Mam — prawo noża!

Pcha go naprzód w mrok pusty wicher i nadzieja...

Stanął nagle, jak gdyby z durną zmorą zszedł się.

I oczy, zaszronione nieściśle, rozkleja,

I patrzy przed się.

Z cieniem, który ułomnie zboczony na murze

Na przelewne ramiona wdział czapę bez głowy,

W sztywnym brzasku latarni piętrzy się w mundurze

Posterunkowy.

Księżyc na chmur czuprynę wyplusnął dzban mleka,

A Bóg żywcem uchodzi w śnieg, w chłód i w zawieję.

Zbój krzyczy: «Panie Chmura!» — i w nicość ucieka,

A on — olbrzymiejąc — poważnieje...

III

Tango

Ogień nasturcji8 — w ślepiach kota.

Mgły czujnej wokół ciał zabiegi.

Łódź, co odpływa w nic — ze złota!

Żal — i liliowe brzegi.

Suńmy się ruchem dwóch gondoli,

Nie patrząc w lśniące dno podświatów, —

Niepokojeni z własnej woli

Tajemną wiedzą kwiatów.

W zwierciadłach — świateł piętrowanie9,

A w szybach — zmrok posępny, —

I nieustanne zanurzanie

Stopy w ten dźwięk następny...

A dźwięki, z tańcem snując zmowę,

Mgławieją10 — byle mgławieć.

Tango bezwiednie purpurowe

Zaczyna — nie chcąc błękitnawieć...

Stopę, co szuka mgły wygodnej,

Ostatni dźwięk wyminął —

I niezużyty — i swobodny

Chce ginąć... I już zginął.

III

Pogrzeb Don Żuana

Zbladła twarz Don Żuana11, gdy w ulicznym mroku

Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.

I zatracił różnicę między ciałem w ruchu

A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.

Czuł tożsamość obojga — orszak szedł pośpiesznie,

A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.

Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,

Że Bóg nie jest — noclegiem — i że już nie spocznie.

Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.

«Śpi snem wiecznym» — szeptano, ale nie spał jeszcze.

Szedł coraz bezpowrotniej — w pozgonnym12 rozpędzie.

«Śpi snem wiecznym»... Snu nie ma i nigdy nie będzie!

«Szczęśliwy! Już nie cierpi!» — tak mówiono wkoło —

A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,

W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie —

I zaczęło się nowe — nieznane cierpienie.

Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.

Szli ludzie — dotąd żywi... Minął ich niedbale.

Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu

I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Przypisy:

1. Osjan (mit. irl.) — Oisín syn Fionna, legendarny wojownik i bard celtycki, bohater średniowiecznych podań. Miał być autorem tzw. Pieśni Osjana, rzekomych średniowiecznych poematów celtyckich, za których odkrywcę podawał się szkocki poeta James Macpherson. Wydane zostały w języku angielskim w 1760 r. (Macpherson twierdził, że tłumaczył je z języka gaelickiego) i stały się bardzo popularne w całej Europie, wywierając wpływ na literaturę romantyczną. Mimo raportu specjalnej komisji, ogłoszonego przez Highland Society w Edynburgu w 1805 r., a podważającego autentyczność pieśni, duża część elity intelektualnej Europy uważała Pieśni Osjana za prawdziwy zabytek dawnej poezji celtyckiej, a zarazem za dokument historyczny. [przypis edytorski]

2. zatrata (daw.) — zniszczenie. [przypis edytorski]

3. swawolić — bawić się beztrosko; tu o wianku: toczyć się w podskokach. [przypis edytorski]

4. skrzeble — bajkowe stworzenia. [przypis edytorski]

5. błoń a. błonie (daw.) — łąka, pastwisko; rozległa przestrzeń porosła trawą. [przypis edytorski]

6. żywczyk — mała rybka przeznaczona na przynętę a. zwierzę przeznaczone na ubój; daw.: żywa istota. [przypis edytorski]

7. powikłany — pogmatwany. [przypis edytorski]

8. nasturcja — roślina o żółtych, pomarańczowych lub czerwonych kwiatach, uprawiana w ogrodach i na balkonach. [przypis edytorski]

9. piętrowanie (daw.) — gromadzenie, piętrzenie. [przypis edytorski]

10. mgławieć — przybierać mglistą postać. [przypis edytorski]

11. Don Żuan a. Don Juan, a. Don Giovanni — postać literacka, której wzorem miał być szlachcic hiszp. Juan Tenorio, żyjący w Sewilli w XVI w. Słynął z urody i uroku osobistego, ale także z przedmiotowego traktowania kobiet i egoizmu. Postać Don Juana inspirowała wielu twórców (m.in. Moliera, Mozarta, Byrona), którzy bardzo często różnili się w interpretacji tej postaci. W operze Don Giovanni Mozarta ten hulaka i uwodziciel okazuje się jednocześnie nieustraszonym indywidualistą, nieugiętym wobec duchów i śmierci. [przypis edytorski]

12. pozgonny — pośmiertny. [przypis edytorski]