Dziewczyna przed zwierciadłem

Zwierciadło moje, bezdenny strumieniu,

Tajemnych zwierzeń odwzorny krysztale!

Po jakim żwirze, po jakim kamieniu

Z otchłani w otchłań włóczyłeś swe fale,

Nimeś wytropił sny moje i dotarł

Do mej sypialni, zbielałej od znoju,

By znieruchomieć na ścian mych postoju —

Srebrny — w szkarłatnym rozdwojeniu kotar!

Z jakich ty dolin nieznanych i lasów

Wybiegłeś, szumiąc i dzwoniąc po darni,

By zanieszumieć w pobliżu atłasów

Mojego łoża i mojej męczarni!

Czeka mnie zawsze w twych głębiach udusznych

Schadzka ze sobą! I nikt nie wyśledzi

Pieszczot, którymi, jak lgnistym snem, bredzi

Ciał dwoje, sobie nawzajem posłusznych...

Z nich jedno, chłonąc upojeń mgłę białą,

Własnym spojrzeniem swą nagość bezwstydzi,

A drugie — w lustrze — udaje, że widzi,

I tak omdlewa, jak gdyby widziało...

Strumieniu, piersi chłodzący mi obie!

Ciało omyte fal twoich wezbraniem

Zbywa się nagle niewiedzy o sobie

I siebie pierwszym ogarnia kochaniem!

Bo któż mnie kochać potrafi zgadliwiej,

Niźli — ja sama? Któż baśń o pieszczocie

Spełni?... Kto dłonią, zagrzebaną w złocie

Mych włosów, w taki lwi sen rozegrzywi

Tę przędzę nikłą? Kto równy mi w szale

Usta pokrwawi o sen mój, nim pierzchnie?

Niczyja — będę!... Wzburz gładką powierzchnię,

Strumieniu chłonny! Rozwichrzyj swe fale!

Wystąp z ciasnoty hebanowych brzegów!

I zatop nagle tę moją świetlicę

I łoże, zmorą szarpane noclegów, —

A mnie — zazdrosną o głąb topielicę —

Zmień w zwierciadlaną rusałkę, bym ciało

Samo się w sobie co chwila widzące,

Bawiła pląsem, aż w pył się roztrącę

O śmierć, jak perła o perłę zuchwałą!