Napój cienisty

Powieść o rozumnej dziewczynie (cykl)

Powieść o rozumnej dziewczynie

I

Tak mówię do dziewczyny: Nie wwódź mnie w bór ciemny,

Nie wołaj po imieniu, nie patrz oko w oko, —

Bo nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemny

Z mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką.

A nuż jestem odmienny, niźli tobie chce się, —

Niż ten, którego tulisz w niemej pieszczot skardze.

Poznasz mnie nad jeziorem — i w polu i w lesie —

A nie poznasz na łożu, nie poznasz przy wardze.

O, nie pytaj mnie o nic! Nie widuj mnie we śnie!

Ufaj moim pieszczotom, wierzaj w me tumany.

W ramion twoich zaciszu pragnę tak bezkreśnie

Zasnąć choćby na chwilę — inny i nieznany.

Nuć mi do snu cokolwiek, byle oczy zwierać.

Niech twa pierś mnie kołysze, jak chce i jak umie —

A gdy przyjdzie godzina, nie wzbraniaj umierać!

Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?

Dziewczyna rozumie.

II

I znów mówię: Gdy w nagłej stu zmierzchów żałobie

Czekałaś na me przyjście, nim się Bóg nadarzy, —

Mnie tylko, mnie jednego nie było przy tobie!

Zapóźniłem się... Winna jakaś mgła bez twarzy...

Nieraz w obcych mi cieniów biegnę rozwiewiska

I zatracam ścieżynę do własnej rozpaczy.

Czemuż jestem daleki? A ty — czemu bliska?

I tak zawsze i zawsze i nigdy inaczej!

Czemu wczoraj tę brzozę wśród słońca błyskotów

Ozdobiłem, pląsając, w perły i korale?

Dziś dla ciebie mi zbrakło strwonionych klejnotów,

Puste są moje dłonie i czcze moje żale.

Czasem bywają takie na uboczu święta,

Dusza przez sen tak szumi, że w tym właśnie szumie

O tych, których się kocha, najmniej się pamięta...

Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?

Dziewczyna rozumie.

III

I znów mówię: Nie było i nigdy nie będzie!

Stać się miało gdziekolwiek i już się nie stanie!

Chciałem chatę snom ciosać i biec na spotkanie

I zamieszkać wraz z tobą w miłosnym obłędzie.

Czemuż dusza w mrok dąży? Czemu losem zwie go?

Nigdy razem! A wpobok1 czas pusty się wlecze.

Czy jest we mnie ktoś inny, oprócz mnie samego,

Co ulega tym smutkom, którym ja krwią przeczę?

O, spojrzyj, jak ja teraz bezwolnie się trudzę,

Szczęściu swemu dziwaczne gromadząc przeszkody!

Jak swe żale uśpione o północy budzę

I jak, idąc ku tobie, omijam ogrody!

Mógłbym duszę po kwiatach dla ciebie roztrwonić,

Mógłbym śmiercią oślepły znaleźć cię w gwiazd tłumie,

Ale szczęścia własnego nie potrafię bronić!

Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?

Dziewczyna rozumie.

IV

I znów mówię: Gdy zazdrość w pustce mnie zaskoczy,

Śnię o innej... Nikt nie wie, czym jest jej pieszczota.

Ma wszystkich zmarłych dziewcząt niezbadane oczy.

Suknia jej — prosto z bajki, — cała brzmi od złota!

Jedziem w modrej karocy. Usta ku mnie chyli.

Tłum wyśnionych cudaków w zachwyceniu czeka

Na pierwszy pocałunek... Ona jeszcze zwleka,

A ja ciebie wśród tłumu postrzegam w tej chwili.

Stoisz — chora i w łachman odziana żebraczy.

Widzisz mnie. Ja umyślnie wzrok utkwiłem w niebie.

I starzejesz się z bólu i brzydniesz z rozpaczy,

I nikt już, nikt nie zdoła dziś pokochać ciebie!

Więc biegnę z nagłym krzykiem, chwytam cię w ramiona,

I płacz piersi schorzałej pieszczotami tłumię!

Umierasz, a ja szepcę: «Wiedziałem, że skona!» —

Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?

Dziewczyna rozumie.

V

Rozumie i piersiami chce karmić noc ciemną,

A na byle skinienie swe czoło rozchmurza,

I wie, że o mnie trzeba rozmawiać nie ze mną,

I, dumając o wszystkim, dłoń w kwiatach zanurza.

Śledzi drogi dalekiej zbłąkaną krzywiznę,

Gdzie wzrok ginie, jak w nurtach rozwiewnej mogiły,

I w zwierciadle przegląda swoje wargi żyzne,

Czy mnie bardziej, niż ona, ku sobie zwabiły?

I przesłania je dłonią i patrzy ciekawie,

Czym jest bez nich? Czy sobą? I nie wie, czy sobą?

Bo dla oczu, zwierciadła zbłyskanych żałobą,

Ubożeje ust brakiem, że nie ma jej prawie...

A gdy przyjdę, — zwierciadło żegna znakiem krzyża,

I wprzód wargi podaje w skupionej zadumie,

A potem — dośmielona — całą siebie zbliża

I całuje, i płacze, i wszystko rozumie!...

Sen

Śniło mi się, że konasz samotnie,

Mnie nie było, ale jestem już!...

Biegłem do cię powrotnie, powrotnie

Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie2

Razem z śmiercią, co twe piersi ssie, —

I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —

Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

Pierwsza schadzka

Pierwsza schadzka za grobem! Rozwalona brama.

Stąpaj pilnie!... Ucałuj ten po drodze krzak.

Czy to — ty? — Już zmieniona, a jeszcze — ta sama?

Upewnij!... Wzrok mi słabnie... Podaj dłonią znak!

Nie ma znaków! Od dawna już w nic się rozwiały!

Nie ma żadnych upewnień! Nikt nie wierzy w nas!...

Zmilkły śmiechy w ciemnościach i płacze ustały.

W pajęczynie po kątach zagnieździł się — czas...

Zejdź z drogi — ćmom i kwiatom!... Postroń3 się złudzeniom!...

Chyba najrzeczywistszy jest ten — siana stóg...

Czemu płaczesz? — Dla ludzi, oddanych istnieniom,

Ból nasz — ledwo jest dreszczem księżycowych smug.

Rozmowa

— Czekam na ciebie — żywa,

Zbudzona, niecierpliwa.

Pożądam nieprzytomnie

Twych dłoni, warg i lic, —

I śpiewam, póki o mnie

Śmierć jeszcze nie wie nic!

Czemu od jezior strony

Zaklęty i spóźniony

Przychodzisz w nocy znój4,

Kochanku mój?

— Przychodzę na lamenty,

Spóźniony i zaklęty.

Ciało się moje mroczy5,

Ze śpiewu idąc w śpiew.

Nie wiedzą błędne oczy,

Jak odbić zieleń drzew?

I te, co się płomienią,

Złe sny poza zielenią?

Nim pierwszy zwiędnie liść,

Mów — dokąd iść?

— Idź w koło — idź w półkole...

Idź miedzą poprzez pole, —

I rozpaloną głowę

Burzliwych pełną zórz,

Na maki purpurowe,

Mijając chabry, złóż!

Traw zieleń, błękit nieba

Raz jeszcze ujrzeć trzeba...

Przypomnieć jeszcze raz

Świat wokół nas...

— Widziałem sny ogromne,

Lecz już ich nie przypomnę.

Wiosenne spadły deszcze,

A nie ma moich snów!

Raz jeszcze i raz jeszcze

O makach w polu mów!

Bądź dla mnie — jako ruczaj6,

Głębiny mnie nauczaj —

I wędrowania w dal,

I szmeru fal!

— Nie jestem ja ruczajem

W dolinie poza gajem,

Lecz w lesie — nagłym kwiatem

Zakwitnę do twych stóp.

To — wszystko! Nic — poza tem7!

Poza tem — mgła i grób...

Patrz w sady — łąki — lasy,

Jak w kres po wszystkie czasy!

Patrz we mnie, jako w zdrój8, —

Kochanku mój!

Dziewczyna przed zwierciadłem

Zwierciadło moje, bezdenny strumieniu,

Tajemnych zwierzeń odwzorny krysztale!

Po jakim żwirze, po jakim kamieniu

Z otchłani w otchłań włóczyłeś swe fale,

Nimeś wytropił sny moje i dotarł

Do mej sypialni, zbielałej od znoju,

By znieruchomieć na ścian mych postoju —

Srebrny — w szkarłatnym rozdwojeniu kotar!

Z jakich ty dolin nieznanych i lasów

Wybiegłeś, szumiąc i dzwoniąc po darni,

By zanieszumieć w pobliżu atłasów

Mojego łoża i mojej męczarni!

Czeka mnie zawsze w twych głębiach udusznych

Schadzka ze sobą! I nikt nie wyśledzi

Pieszczot, którymi, jak lgnistym snem, bredzi

Ciał dwoje, sobie nawzajem posłusznych...

Z nich jedno, chłonąc upojeń mgłę białą,

Własnym spojrzeniem swą nagość bezwstydzi,

A drugie — w lustrze — udaje, że widzi,

I tak omdlewa, jak gdyby widziało...

Strumieniu, piersi chłodzący mi obie!

Ciało omyte fal twoich wezbraniem

Zbywa się nagle niewiedzy o sobie

I siebie pierwszym ogarnia kochaniem!

Bo któż mnie kochać potrafi zgadliwiej,

Niźli — ja sama? Któż baśń o pieszczocie

Spełni?... Kto dłonią, zagrzebaną w złocie

Mych włosów, w taki lwi sen rozegrzywi

Tę przędzę nikłą? Kto równy mi w szale

Usta pokrwawi o sen mój, nim pierzchnie?

Niczyja — będę!... Wzburz gładką powierzchnię,

Strumieniu chłonny! Rozwichrzyj swe fale!

Wystąp z ciasnoty hebanowych brzegów!

I zatop nagle tę moją świetlicę

I łoże, zmorą szarpane noclegów, —

A mnie — zazdrosną o głąb topielicę —

Zmień w zwierciadlaną rusałkę, bym ciało

Samo się w sobie co chwila widzące,

Bawiła pląsem, aż w pył się roztrącę

O śmierć, jak perła o perłę zuchwałą!

Namowa

Ty nie słuchaj, dziewczę moje, starej matki trwożnych rad!

Jej się złoci — próg rodzinny, nam się złoci — cały świat!

Co ją nęci — nas przeraża! Nienawiścią do niej spłoń, —

Nienawiścią, która do ust odtrąconą tuli dłoń...

Mam ja w piersi — śpiewną burzę, — ty w zanadrzu — wonny los!..

Wiedz, że będzie stara matka przeklinała siwy włos!

W szyb opalu tkwi ukosem odbitego nieba skrót, —

Błękitnieje, złociścieje... Razem — w życie! Razem — w cud!

Nierozsądni, nieoględni wywędrujem w taki jar,

Gdzie się czai — nieskończoność i gdzie czyha — wieczny czar!

Nie ociągaj się ze szczęściem! Daj mi tylko dłonią znak, —

Dość zamyśleć, dość zapragnąć, by się stało właśnie tak!

Będę ja się w trudach pieszczot zmagał z tobą w mrok i znój, —

W twym objęciu i zaklęciu spełnię się — sen skryty twój!

I spełniony i zjawiony rozpanoszę się śród zórz,

A tych dłoni, co się splotły, nie rozplotę nigdy już!

Przenocujem nicość w słońcu, a za taką w słońcu noc

Oddaj spokój, co uwięził twego ciała czar i moc!

Słyszysz burzy zew znajomy? Złoty miecz przy boku mam.

Pójdź-że dziewczę, w niewiadomość, w bezpowrotność — tylko tam!

To nieprawda, żem cię podszedł pogrążoną jeszcze w śnie,

I że nie ma żadnych cudów! To — nieprawda! Nie i nie!

Czemuż trwonisz czas na wróżby? Naszym będzie cały świat!

Ty nie blednij — ty nie słuchaj starej matki trwożnych rad!

Niewiedza

Nie, — ty nie wiesz o tym, nie zgadujesz wcale,

Ile mych przeznaczeń lgnie do twojej dłoni,

Kiedy ją wbrew słońcu odwracasz niedbale,

By chłodniejszym wierzchem — ulżyć zgrzanej skroni.

Nie wiesz, jaki zamęt łudzi mnie i mroczy,

Jaka mrzonka z twoim spoufala ciałem,

Gdy, ssąc milczkiem wodę, wznosisz ku mnie oczy

Sponad brzegów szklanki, którą sam — podałem...

A gdy noc cię w drodze do zaświatów zdybie,

I wzdłuż okien spłyną mglistych kotar zwoje, —

Nie wiesz, ile czaru tkwi w tej drobnej szybie,

Poza którą do snu naglisz piersi dwoje!

Niewiedza

Nie, — ty nie wiesz o tym, nie zgadujesz wcale,

Ile mych przeznaczeń lgnie do twojej dłoni,

Kiedy ją wbrew słońcu odwracasz niedbale,

By chłodniejszym wierzchem — ulżyć zgrzanej skroni.

Nie wiesz, jaki zamęt łudzi mnie i mroczy,

Jaka mrzonka z twoim spoufala ciałem,

Gdy, ssąc milczkiem wodę, wznosisz ku mnie oczy

Sponad brzegów szklanki, którą sam — podałem...

A gdy noc cię w drodze do zaświatów zdybie,

I wzdłuż okien spłyną mglistych kotar zwoje, —

Nie wiesz, ile czaru tkwi w tej drobnej szybie,

Poza którą do snu naglisz piersi dwoje!

Tajemnica

Nikt nas nie widział — chyba te ćmy,

Co puszyścieją w przelocie.

I tak nam słodko, że tylko — my

Wiemy o naszej pieszczocie.

Młodsza twa siostra, zrywając wrzos,

Śledziła szept nasz daleki...

I mówiąc z nami, ucisza głos —

A milknąc — spuszcza powieki.

I po ogrodzie mknie wzdłuż i wszerz,

Zaprzepaszczona w swym śpiewie!

I tak nam słodko, że ona też

Wie o tym, o czym nikt nie wie...

Zmierzch

Pierwsza zmierzchu fala

Spływa ponad dach.

W szybach — mrok, a z dala

Słońce się dopala

W nasturcjach i mgłach.

Mąci nam rozmowę

Pustych murów biel...

Dłonie swe różowe

Ściel pod moją głowę —

Nic nie mówiąc, ściel!

Kto swe serce zbada

W taki zmierzch jak ten?

Łza śmiertelnie blada

W snu głębinę spada,

Choć nie wierzy w sen!...

[Gdy domdlewasz na łożu...]

Gdy domdlewasz na łożu, całowana przeze mnie,

Chcę cię posiąść na zawsze, lecz daremnie, daremnie!

Już ty właśnie — nie moja, już nie widzisz mnie wcale:

Oczy mgłą ci zachodzą, ślepną w szczęściu i szale!

Zapodziewasz się nagle w swoim własnym pomroczu,

Mam twe ciało posłuszne, ale ciało — bez oczu!...

Zapodziewasz się nagle w niewiadomej otchłani,

Gdziem nie bywał, nie śniwał, choć kochałem cię dla niej!...

We śnie

Śnisz mi się obco. Dal bez tła,

Wieczność się w chmurach błyska.

Lecimy razem. Mgła i mgła!

Bóg, ciemność i urwiska.

Do mgły i mroku naglisz mnie

I szepcesz zgrzana lotem: —

«Toć ja się tobie tylko śnię!

Nie zapominaj o tem»...

Nie zapominam. Mkniemy wzwyż

Do niewiadomej mety.

O, jak ty trudno mi się śnisz!

O, jawo moja, gdzie ty?

Nocą umówioną

Nocą umówioną, nocą ociemniałą

Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.

Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, —

Było mu na imię tak samo jak tobie...

Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło, —

Na pościeli zimnej obok się pokładło, —

Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować

I znużyć — i zużyć — i nie pożałować!

Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,

Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące...

W ciemnościach — w radościach — na granicy łkania

Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,

Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu —

I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —

A bez niego ciało — ciała nie rozumie.

Po ciemku

Wiedzą ciała, do kogo należą,

Gdy po ciemku obok siebie leżą!

Warga — wardze, a dłoń dłoni sprzyja, —

Noc nad nimi niechętnie przemija.

Świat się trwali, ale tak niepewnie!...

Drzewa szumią, ale pozadrzewnie!...

A nad borem, nad dalekim borem

Bóg porusza wichrem i przestworem.

I powiada wicher do przestworu:

«Już nie wrócę tej nocy do boru!» —

Bór się mroczy, a gwiazdy weń świecą,

A nad morzem białe mewy lecą.

Jedna mówi: «Widziałam gwiazd losy!»

Druga mówi: «Widziałam niebiosy!» —

A ta trzecia milczy, bo widziała

Dwa po ciemku pałające9 ciała...

Mrok, co wsnuł się w ich ściśliwe sploty,

Nic nie znalazł w ciałach, prócz pieszczoty!

Nad ranem

Śpisz jeszcze... Na twych rzęsach — skra drobna poranku.

Strachy śnią się twej dłoni — bo i drga i pała.

Oddychaj tak — bez końca. Czaruj — bez ustanku.

Kocham oddech twej piersi, ruch śpiącego ciała.

Ileż lat już minęło od pierwszej pieszczoty?

Ile dni od ostatniej upływa niedoli?

Co nas wczoraj — smuciło? Co jutro — zaboli?

I czy zbraknie nam kiedyś do szczęścia ochoty?

Przyjdzie noc o źrenicach zaświatowo łanich

I spojrzy — i zabije... Polegniem — snem czynni...

Jak to? Więc musim umrzeć tak samo jak inni?

Jak ci — choćby sprzeciwka?... Pomódlmy się za nich...

Romans

Romans śpiewam, bo śpiewam! Bo jestem śpiewakiem!

Ona była żebraczką, a on był żebrakiem.

Pokochali się nagle na rogu ulicy,

I nie było uboższej w mieście tajemnicy...

Nastała noc majowa, gwiaździście wesoła,

Siedli — ramię z ramieniem — na stopniach kościoła.

Ona mu podawała z wyrazem skupienia

To usta do pieszczoty, to — chleb do gryzienia.

I tak, śniąc, przegryzali pod majowym niebem

Na przemian chleb — pieszczotą, a pieszczotę — chlebem.

I dwa głody sycili pod opieką wiosny:

Jeden głód — ten żebraczy, a drugi — miłosny.

Poeta, co ich widział, zgadł, jak żyć potrzeba?

Ma dwa głody, lecz brak mu — dziewczyny i chleba.

Zaklęcie

Ptaku nocny, coś bywał za świata rubieżą10

I widziałeś umarłych, — mów, co czynią? — Leżą.

A co jeszcze? — Wciąż leżą bez przerw, bez wytchnienia.

Nie ma dla nich ni słońca, ni wiatru, ni cienia!

Nie modlą się, nie płaczą, nie śnią i nie wierzą —

I nic — tylko tak leżą! Nic — tylko tak leżą!

Dziewczyna, co się mojej sprzeciwia przemocy,

Niechaj w łożu obłędnym polegnie tej nocy!

Bezoporna, bezsilna, bezbronna, bezwiedna

Niechaj, grzesząc pragnieniem, leży sama jedna!

Niech nie modli się, nie śni, nie płacze, nie wierzy —

I niech tylko tak leży, — niech dla mnie tak leży!

Wyznanie spóźnione

Lubię twoim weselem rozniecony gwar, —

I twoimi oczami upatrzoną drogę, —

I czar w śmiechu zjawiony — ten sam zawsze czar!...

Żem cię dotąd nie kochał — zrozumieć nie mogę!

Dziś, gdy ogród zaszumi, lub zaskrzypią drzwi,

Zrywam się, aby stwierdzić pustkę beznadziejną,

I przypomnieć twe kroki — i głos twój — i brwi, —

I o ustach i dłoniach pomarzyć kolejno.

Słyszę płacz przewezbrany11 obłoków i zórz!

Wszystko — klęczy i błaga!... A ty — coraz dalej!

O, nie wracaj, nie wracaj, — tylko dłonie złóż

Do modlitwy za wszystkich, co cię nie kochali!

[Już czas ukochać w sadzie...]

Już czas ukochać w sadzie pustkowie bezdomne,

Ptaki niebem schorzałe i drzewa ułomne,

I płot, co tyle desek w złe stracił godziny,

Że na trawę cień rzuca przejrzystej drabiny.

Już czas ukochać wieczór z tamtej strony rzeki,

I zmarłego sąsiada ogród niedaleki,

I ciemność, co, nim duszę sny do snu uprzątną,

Żywi nas po kryjomu dobrocią pokątną.

Już czas ciułać okruchy ostatniego znoju

W ubogich złocistościach zlękłego pokoju,

I skroń złożyć w twe ręce, wycieńczone mgłami, —

I nie płakać — nie płakać wspólnymi siłami!

Piosenka

Między mną a tobą — czarna gródź12, —

Między mną a tobą — martwa łódź.

Takim piersiom za karę — zgon biały,

Że w pobliżu miłosnym nie trwały.

Między mną a tobą — obcy los, —

Między mną a tobą — cudzy głos, —

Usta w mgłach się bez pieszczot zatracą.

Boże, Boże — dlaczego i za co?

Między mną a tobą — drętwy czar,

Między mną a tobą — ciemny jar, —

Zanim ścieżkę upatrzymy własną,

Wpierw się oczy dowiedzą, że gasną...

Zmierzch bezpowrotny

Różowieje o zmierzchu twój spłowiały liścik...

Wóz turkocze za oknem. Może sen mój właśnie

Tak odjeżdża w złą ciemność — śpiewnie i kolaśnie13...

W niebie — drobnych obłoków napuszysty wyścig!

Reszta Boga — w niebiosach! Zachód, tlejąc, zrudział.

O, uwierzyć w tę Resztę i potrwać w tym błędzie!

W dziejach gwiazdy najdalszej brać zawrotny udział

I zawczasu już srebrnieć tym, co kiedyś będzie...

Lub tam, gdzie żale świata na szczytach się śnieżą,

W tym śniegu, w tym wzbielałym ku zaciszom zgonie

Znaleźć dwie załamane, dwie bez jutra dłonie

I całować, nie wiedząc, do kogo należą...

Gdym twe dłonie w wiosennej całował zamroczy14,

Cóżem wiedział o tobie? Nic — śnie mój nietrwały!

A kochałem twe dreszcze, i duszę, i oczy,

I świat cały — i usta — i znowu świat cały!

Brat

Odtrąciłaś dłoń moją... Zachmurzona zorza

Przeobrażała świat.

A zawołał cię właśnie z pobliskiego łoża

Umierający brat.

Pobiegłaś i wróciłaś... Już nie żył... A w niebie

Chmurom się złocił — los.

Szepnęłaś: — «Odtąd tylko należę do ciebie». —

I w łzach się złamał głos.

I nie patrząc ci w oczy, spytałem półgłosem:

— «Czy wiedział?»... Rzekłaś: — «Tak». —

Za oknem, myśl o dalach wzniecając ukosem,

Przemknął na zawsze — ptak.

Tamten

Sad błyskając sękami cieniście się martwi,

Że trawom ciąży zwiewna niedola błękitów, —

I że motyl, co walczył zgrozą aksamitów

Z pachnącą bzem wiecznością — zmarł ciszkiem na marchwi.

Czy pamiętasz młodości dzielny czar? A dalej —

Otchłań wiosny w niebiosy tak luźnie oprawną?

Albo to — jak ciał naszych pragnęła głąb alej?

Bo mnie wciąż się wydaje, że to tak niedawno!

I któż wówczas nie wierzył w rozpęd naszych łodzi?

W rozwarte dłonią naszą do zaświatów bramy?

Dziś ta wiara już mija — i my z nią mijamy...

Nie! Nie mogę zapomnieć, żeśmy byli młodzi!

Widzę siebie — tamtego, co w łzach się nie zmieścił —

I w nicość wywędrował wołany daremnie!

Wszakże pieszczę cię dotąd tak, jak tamten pieścił...

A ty wstecz się doń garniesz, choć widmem jest we mnie,

Ale jego widmowość nie całkiem jest pusta, —

On się jeszcze odradza na zgliszczach i w dymie!

I gdy mnie — dzisiejszego — całujesz, śniąc, w usta, —

Tamten we mgle się budzi — i szepce twe imię!

Nocą

Coś bez twarzy i na wznak śpi w gwiazdach niezłomnie,

Śpi i nie chce się zbudzić w tych skier zawierusze.

Mieszkasz w domu nad rzeką i trwożysz się o mnie.

Przyjdę jutro na pewno! Dziś smucić się muszę.

Spieszy w zaświat na żebry cień brzozy sierocy.

Krzyż chce w przepaść się rzucić z pagórka nad drogą!

Wszyscy naraz bogowie wymarli tej nocy,

I odtąd już się nie mam pomodlić do kogo!

Nie zaufam bezmiarom! Nie załkam w noc ciemną!

Rąk nie wzniosę ku niebu po modlitwy zgonie!

A ty za mnie w tej chwili wyciągasz swe dłonie,

Choć wiesz, że, prócz tych dłoni, nic nie ma nade mną!

Jest tylko ta próżnica, w którą czar przelewa

Słońce, ażeby spełnić mgieł wolę daleką...

Ta próżnica — te kwiaty — motyle i drzewa, —

Drzewa — kwiaty — motyle — i ten dom nad rzeką...

[Tam na rzece...]

Tam na rzece jest na pewno łódź,

Trzeba tylko fale wiosłem pruć.

I na pewno jest za rzeką — dal,

Trzeba tylko wytężyć swój żal.

Patrzysz na mnie — oniemiała snem

Nic nie mówisz, ale wszystko wiem!

Wiem ja, kiedy poruszyć, jak mgłą,

Ciałem twoim, żeby ku mnie szło...

Wiem, jak spojrzeć — co szepnąć... I znów

Dłoń do piersi przytulić bez słów...

Chętna ciału — suknia twoja lgnie

Do tych bioder, co kochają mnie.

Wiem ja wszystko! Ale czemu łkam —

Tego nie wiem, nie pojmuję sam!...

Wiersz księżycowy

W księżycowy wniknąć chłód,

Wejść w to srebro na wskroś złote,

W niezawiły śmierci cud

I w zawiłą beztęsknotę!

Był tam niegdyś czar i śmiech,

Tłumy bogów w snów obłędzie, —

Było dwóch i było trzech —

Lecz żadnego już nie będzie!

Został po nich — rozpęd wzwyż,

I ta oddal bez przyczyny,

I ten złoty nadmiar cisz —

I te srebrne szumowiny...

Tam bym ciebie spotkać chciał!

Tam się przyjrzeć twemu licu!

Właśnie dwojga naszych ciał

Brak mi teraz na księżycu!

Noc oddycha naszą krwią,

Krew podziemną płynie miedzą15...

Nasze ciała teraz śpią, —

Nasze ciała nic nie wiedzą...

Dziewczyna

Władysławowi Jaroszewiczowi, Jego entuzjastycznym zapałom dla dzieł twórczych i szczerym wyczuciom czarów poetyckich

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,

A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,

I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

Mówili o niej: „Łka, więc jest!” — I nic innego nie mówili,

I przeżegnali cały świat, — i świat zadumał się w tej chwili...

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!

I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” —

Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!

Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...

I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych — Boże mój! — nie wypuściły młotów z dłoni!

I tylko inny płynie czas — i tylko młot inaczej dzwoni...

I dzwoni wprzód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!

I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!”

Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!

I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...

I nigdy dość, i nigdy tak, jak tego pragnie ów, co kona!...

I znikła treść — i zginął ślad — i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty — Boże mój! — mdłej nie poddały się żałobie!

I same przez się biły w mur, huczały spiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!

I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” —

Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!

Lecz poza murem — nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu, ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!

Bo to był głos i tylko — głos, i nic nie było, oprócz głosu!

Nic — tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!

Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów.

Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!

A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Dżananda

Herminii Naglerowej16 z wyrazami

uznania i przyjaźni nieustannej

Szedł Dżananda tym lasem, gdzie bywać snem mogę,

A miał drogę — na oślep. Wiadomo: miał drogę!

Węże w blask się nicości wśniwały plamiście,

Słoń się wzgórzył w zaroślach, ciemniejąc łbem w liście.

Małpy w żarach niechlujnych pławiły wzrok dziki,

Ogonem nieprzytomne gmatwając storczyki.

Lampart futrem przegrzanym polegał na grzbiecie

I ssał łapę, ślepiami gnuśniejąc w zaświecie,

A mrowiska, skąd mrówki jak wylew krwi płyną,

Pachniały młodej myrry chętną wypociną.

Tchu nie stało wieczności! Nie drgnęły upały!

Świat i zaświat tym samym snem nieruchomiały.

Nie bruździły się trawy, nie skrzypiały krzaki,

Nie szumiały mangowce, nie śpiewały ptaki.

Jedna cisza — od nieba, a druga — od lasu, —

Cisza ciszy — nie słyszy... Czas nie czuje czasu...

Dżananda, snem trącony, na polanę zboczył

I zaoczył dziewczynę... I znowu zaoczył...

Leżała, dłużąc w trawie swój dreszcz jednolity.

Paw z nią gruchał, a w pawiu tkwił Indra ukryty.

Porzucił praistnienia zjesieniałość górną,

By się nasnuć jej w oczy tak barwno i piórno!

Krył się w ptaku na prędce i krył się nieściśle,

W pawim wątku, jak w trwożnym mętniejąc domyśle, —

I puszyściał jej w szyję i szeptał do ucha,

Aż mu coś odszepnęła dziewczyna-szeptucha,

I zaśmiała się nagle z całej w słońcu duszy,

Usznymi paluszkami zatykała uszy,

I dyszała do pawia, a paw do niej dyszał,

Lecz tego, co mówili, Dżananda nie słyszał.

Śniadą w twarzy miał zawiść, a w oczach miał drwinę,

Duchem smaglił się w pawia. Już kochał dziewczynę!

I, gdy paw zmyślnym dziobem włos sypki rozstrząsał,

Łuk pochwycił i strzałę w łeb ptaka nadąsał!

Spłoszył się Bóg, w ptaszęcym ledwo skryty ciele,

I odfrunął z trzepotem w bliskie różnoziele.

Zlękłym piersiom, gdy strzała żer nowy odgadła,

Zbrakło pawiej osłony. Dziewczyna — upadła!

I o ziem cisnął Indra upierzenie ptasie,

Co w świat, warcząc, pomknęło, — i pobladł w bezczasie

I zawołał: «Kto zgadnie człowieka i strzałę?

Jam dla ciebie te piersi powcielał w sny białe!

We mnie godził cios wszelki, tym kształtom zadany»! —

I pokazał na biodrze ciąg dalszy jej rany...

A ciąg dalszy był nieco podobny do kwiatu:

Źdźbło nieba na szypułce Bożego szkarłatu.

«Spal te zwłoki na kwiatach, gdzie zeszła się ze mną,

Gdym cię jeszcze przyszłością miłował daremną!

Kto dziewczynę przybłąkał w twych pragnień ustronie?

Kto wypulchnił jej wargi i wyśnieżył dłonie?

W tęcze pawie wbóstwiony szalenizną ducha, —

Kto twe imię — twarz twoją wmawiał jej do ucha?

Kto miłości i smutku nauczył zawczasu,

Byś kochany był pierwej, nim wejdziesz do lasu?

Aleś ty — wzgardco pawia — zamyślił grześć w grobie

Tego, co los twój w piórach rozszeptał i w dziobie?

Boga chciałeś zmóc w ptaku? Nikczemny sen karła!

Ptak odleciał! — Bóg żyje! — Dziewczyna umarła!» —

I zezem spojrzał Indra na śmierć i na życie

I zniknął! — I był tylko ten zanik w błękicie!

I wrzask pawia skądinąd — i cisza niezwłoczna...

A kto widział tę ciszę, — ten wie, że widoczna.

I popatrzył Dżananda na zwłoki dziewczęce

I pomyślał: «To właśnie — jej usta, jej ręce»...

I pomyślał osobno: «To właśnie — jej ciało.

Gdzie ów czas, który płynął, nim wszystko się stało?

Trzebaż było aż takiej miłości i trwogi,

Bym ją stracił, gdy byłem już do niej wpół drogi?

Trzebaż było aż Boga i strzały, i pawia,

Bym takiego dosięgnął w ciemności bezprawia?

Gdyby Bóg się nie spłoszył, a ptak się nie minął,

Boga tylko bym zabił! Bóg tylko by zginął!

Ale tak się to niebo skiełznęło po niebie,

Że nie wiem, czy za Boga — czy zmarła za siebie?

I tak się poździerzgało istnienie z istnieniem,

Że śmierć stała się błędem, a błąd — przeznaczeniem!»

I nie wiedział Dżananda, czym w mgłach jego winy

Paw się różni od Boga, a Bóg od dziewczyny?

I nie wiedział, kto strwonił pierś, co się wykrwawia?

On — czy paw nie bez Boga? — Czy Bóg nie bez pawia?

I nie wiedział, czyj zamysł, ani zbrodnia czyja?

Kto tu kocha — kto ginie — kto kogo zabija?

Postacie (cykl)

Postacie

W marzeniu moim puste na przestrzał komnaty,

Wbrew nocy rozjarzone spiekotą południa.

Cisza. W lustrach się dwoją i troją złe kwiaty.

Bije północ. Snu próżnia nagle się zaludnia.

Idą z mroku, na oślep, śpiesznie i kolejno

Postacie, co swym chodem i bladością czynną

Przypominają kogoś, co zmarł w beznadziejną

Noc, gdy wszystko, prócz niego, umrzeć było winno.

Czarną na białych płaszczach znakowane kresą,

Twarz ode mnie ku snowi odwracają pilnie,

Stąpając po podłodze wiernie i usilnie,

Jakby chciały pokazać, że są tym, czym nie są...

I nie tylko zwierciadła, ale ślepe sprzęty

Odbijają niejasno i niecałkowicie

Owych ludzi, co, idąc z odmętów w odmęty,

Chętnie starliby ślad swój i swoje odbicie...

Wiem, że boją się chwili, która zewsząd kroczy,

A w której dłoń wyciągnę i pierwszego z brzegu

Wytrącę, jak sen jeden z reszty snów szeregu,

I zapytam o imię i zajrzę mu w oczy!

Ale który to będzie — nikt nie wie, nie zgadnie...

Przechodzą, los nieznany tłumiąc w płaszczów bieli.

A ja dłoń opóźnioną wyciągam bezradnie

Do tych, co już mijają i już przeminęli...

Matysek

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał — płacz zmarłej dziewczyny.

O, płaczu bezbrzeżny, dlaczego tak płaczesz?

Dlaczego w pnie drzewne, jak we drzwi, kołaczesz?

Zapomnij o klęsce, a świat się odmieni, —

I rosą spłyń w zieleń, i spocznij w zieleni!

Lecz nie chciał wypocząć, ni wyzbyć się męki —

I różnie się krwawił o kwiaty i sęki —

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty —

O, Boże, mój Boże — płacz bardzo wieczysty!

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał — śmiech zmarłej dziewczyny,

O, śmiechu niedobry, dlaczego się śmiejesz?

Dlaczego tak żywcem po lesie szalejesz?

Stłum grzeszną ochotę, zbarcz17 dźwięk swój — żałobą,

I rozpłacz się w niwecz — i przestań być sobą!

Nie przestał być sobą — i śmieszył sam siebie —

I w barwach się mienił — na ziemi i niebie —

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty —

O, Boże, mój Boże — śmiech bardzo wieczysty!

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał sen zmarłej dziewczyny.

Śnie błędny — niezbędny, dlaczego tak śnisz się?

Dlaczego tak pilnie majaczysz i skrzysz się?

Przepadnij bez śladu w tym jarze i rowie,

Lub w tamtym strumieniu, co wszystko ci powie!...

Lecz nie chciał bez śladu przepadać w bezkresie, —

I śnił się, i tęczą migotał po lesie

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty, —

O, Boże, mój Boże, — sen bardzo wieczysty!...

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Dzień skrzydlaty

Rozwidniły się w słońcu dwie otchłanie — dwa światy, —

Myśmy byli — w obydwu... A dzień nastał skrzydlaty.

Nikt nie umarł w dniu owym, — nie zataił się w cieniu...

I pamiętam, żem myślał o najdalszym strumieniu.

Nie mówiłaś nic do mnie, lecz odgadłem twe słowa.

A on — zjawił się nagle... Zaszumiała dąbrowa.

Taki — drobny i nikły... I miał — ciernie na skroni.

I uklękliśmy razem — w pierwszej z brzegu ustroni.

W pierwszej z brzegu ustroni, — w pierwszej kwiatów powodzi.

I zdziwiło nas bardzo, że tak biednie przychodzi.

Ubożeliśmy chętnie — my i nasze zdziwienie...

A on — patrzał i patrzał... Cudaczniało istnienie...

Zrozumieliśmy wszystko! — I że właśnie tak trzeba!

I że można — bez szczęścia... I że można — bez nieba...

Tylko drobnieć i maleć od nadmiaru kochania.

A to była — odpowiedź, i nie było — pytania.

I już odtąd na zawsze przemilczeliśmy siebie,

A świat znów się stał — światem... I czas płynął po niebie.

I chwyciłaś źdźbło czasu, by potrzymać je — w dłoni,

A on — patrzał i patrzał... I miał — ciernie na skroni.

Bałwan ze śniegu

Tam — u samego lasów brzegu,

Gdzie kruk — jedyny pustki widz,

Ktoś go ulepił z tego śniegu,

Co mu na imię: biel i nic...

Na głowę śmieszną wdział czapulę,

A w bok żebraczy wraził kij —

I w oczy spojrzał mu nieczule

I rzekł na drwiny: „Chcesz — to żyj!”

I żył niezgrabny, byle jaki,

A gdym doń przyszedł śladem trwóg, —

Już weń wierzyły wszystkie ptaki,

Więc zrozumiałem, że to — bóg...

Czarował drzewa ócz błyskotem,

Piersią, do której wichry lgną —

I kusił mnie niewiedzą o tem,

Co było we mnie — tylko mną...

Pan ośnieżonej w dal przyczyny

Poprzez ślepotę mroźnych cisz

Patrzał w wądoły i w niziny,

Co mu się śniły wzwyż i wzwyż!

A kiedy poblask wziął od słońca

I w nicość zalśnił — błędny wskaz —

Pojąłem wszystko aż do końca

I uwierzyłem jeszcze raz!

Pszczoły

W zakamarku podziemnym, w mieszkalnym pomroku,

Gdzie zmarły, zamiast dachu, ma nicość nad głową,

W pewną noc Wiekuistą, a dla nas — Lipcową

Coś zabrzękło... Śmierć słyszy i przynagla kroku...

A to — pszczoły, zmyliwszy istnienia ścieżynę,

Zboczyły do tych pustek, jak do złego ula!

Rój się iskrzy tak obco, tak brzęcząco hula,

Że strach w mroku tę jurną ujrzeć pozłocinę18!...

A zmarli w zachwyceniu, źrenicę rozwiewną

Przesłaniając od blasku skruszałych rąk wiórem,

Tłoczą się cień do cienia i wołają chórem:

— «To — pszczoły! Pamiętacie? To — pszczoły na pewno!»

Przytłumione snem bóle na nowo ich trawią!

Wdzięczni drobnym owadom za zbudzoną ranę,

Z wszystkich sił swej nicości patrzą w skry zbłąkane,

Co wzdłuż śmierci i w poprzek żywcem się złotawią...

Znali niegdyś te cudła19 złotego pomiotu,

A dzisiaj, zaniedbani w swych mgieł niedobrzysku,

Podziwiają skrzydlatą szaradę rozbłysku

I chyżą łamigłówkę brzęczącego lotu!

Ale, drogę powrotną zwęszywszy w odmęcie,

Pszczoły lśnią się gromadą już co chwila rzadszą,

Już — w świat się przedostając, gasną na zakręcie, —

Już ich — nie ma! — A oni wciąż patrzą i patrzą...

W zakątku cmentarza

Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,

Że w obczyźnie cmentarza czują się — bezdomnie, —

A lubią noc tę spędzać popod mgłą, lub popod

Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.

Maria z Bzówka — wygody wspomina izdebne,

Słońce — w łóżku, wiatr — w sieni — i ogród macierzyn20,

Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,

A wszystkie takie — trafne i drzewom — potrzebne!...

Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba, —

Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze

W nieodgadle21 błękitnym — pełnym Boga — chabrze,

By zeń dla snu wiecznego wydłubać — źdźbło nieba.

Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,

By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny, —

Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny

Z życzeniami rychłego w kwiatach — zmartwychwstania.

Panna Anna udaje, że jest — w bezżałobie

I biorąc na kolana młodą mgłę — pieszczochę, —

Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę

Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.

A opodal — mniej więcej naprzeciw rozstaju,

We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,

Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju

Nieboszczyk Madaleński — prowadzi mazura.

Kocmołuch

Gdy śródlistne trzepoty gilów i jemiołuch

Zmącą ciszy cmentarnej ustrój niezawiły, —

Cień z trudem z zaniedbanej wychodzi mogiły,

Cały w rdzach i liszajach — podziemny kocmołuch.

Słońce, grzejąc zmarłego, roztrwania po trawie

Złote krzty — złote supły i złotsze podłużki,

A on zmysłem nicości wyczuwa jaskrawie,

Jak śmierć w słońcu — w kształt nikłej maleje śmiertuszki...

Niezbyt pewny swej jawy i ufny snom niezbyt, —

Spogląda oczodołów próżnicą wierutną

W obłoków napuszyście wybujały Bezbyt,

Poza którym nic nie ma, prócz tego, że smutno...

Lecz on smutek w pośmiertnej przekroczył podróży,

Pierś wzbogacił weselem nowego żywota,

A gdy mu nieśmiertelność zbyt modro się dłuży, —

Tka snowi wieczystemu wezgłowie ze złota!...

Zazdroszczę mu, bo duszę do trosk ma niezdolną,

Nie wie, co to jest — nędza i żal i pustkowie.

Poznał przepych tajemnic! Niech wszystko opowie,

Bo już — czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!

Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania

O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,

Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania

Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!...

W gęstwinie — cieniścieje bezludzie i lśni tam

Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu, —

A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu

I nie pytam już o nic... Już o nic nie pytam...

Znikomek

W cienistym istnień bezładzie Znikomek błąka się skocznie.

Jedno ma oko błękitne, a drugie — piwne, więc raczej

Nie widzi świata tak samo, lecz każdym okiem — inaczej —

I nie wie, który z tych światów jest rzeczywisty — zaocznie22?

Dwie dusze tai w swej piersi: jedna po niebie się włóczy, —

Druga — na ziemi marnieje. Dwie naraz kocha dziewczyny:

Ta czarna — snu wieczystego na pamięć barwnie się uczy, —

Ta jasna — całun powiewny tka dla umarłej doliny.

Którąż z nich kocha naprawdę? Złe ścieżki! — Głębokie wody! —

Urwiska! — Nawoływania! — I znikąd żadnej pomocy! —

I powikłane od lęku, w mrok pierzchające23 ogrody! —

A w dłoniach — nadmiar istnienia, a w oczach — okruchy nocy!

I mgła na ustach dziewczyny, rumianych marzeń rozgrzewką, —

A kwiaty wzajem się widzą — a zgony wzajem się tłumią! —

Znikomek spożył kęs nieba i miesza złotą mątewką24

Cień własny z cieniem brzóz kilku. A brzozy śnią się i szumią...

Wiosna

Takiej wiosny rzetelnej, jaką w swym powiecie

Widział Jędrek Wysmółek, — nikt nie widział w świecie!

Poprzez okno karczemne łeb w bezmiar wyraził

I o mało się w durną mgłę nie przeobraził!

Lecz umocnił się w karku i, nieco przybladłszy,

Łbem pochwiał dla otuchy i splunął, i patrzy...

Jego własna chałupa wraz z babą i sadem

Odwróciła się nagle nieproszonym zadem25.

Wieprz — znajomek, niewiększy na pozór od snopa,

Biegnie w skradzionych portkach Magdzinego chłopa.

Ryj mu lilią zakwita! Czar bije od przodu!

I z wołaniem: «Gdzie Magda?» — pcha się do ogrodu!

Wóz drabiasty, jaskółczej doznając uciechy,

Z okrzykiem: «Co ja robię?» — frunął ponad strzechy.

A wójt w ślad mu się jarzy to modry26, to złoty

I zębami przedrzeźnia znikłych kół turkoty.

Wywróconą na opak do rowu ulicą

Mknie Kachna i płonącą powiewa spódnicą.

Wichrzy się i pokłębia i upałem bucha,

Cała w ogniu i szumie! Pożar — nie dziewucha!

Skry miota wedle woli, — nie szuka powodu,

I z szeptem: «Moja wina!» — dymi się od spodu!

A Maciej — ten z przeciwka, co to brak mu klepki,

Konno dybie27 w niebiosy wesoły i krzepki!

Cały w różach i malwach, coraz nieznajomszy

Pyskiem w niebie wydziwia, jakby służył do mszy.

Tuż obok, jak to bywa między błękitami,

Przelatuje siedząco Pan Bóg z aniołami.

A ten wrzeszczy od rzeczy i na koniu pstroku28

To skoczy, to zje malwę, to ginie w obłoku!

Srebroń

Nastała noc, spragniona wymian

Mroku na dreszcze w półśnie rosy.

Dąb bałwochwalczo wierzy w Tymian,

We wpływ Tymianu — na niebiosy.

Światła na trawie mrą pokotem, —

Śmierć świateł wzrusza leśne knieje.

Północ przedawnia się pod płotem,

A płot — przyszłością gwiazd srebrnieje.

Gdzie jest bezdroże? A gdzie — droga?

Gdzie — dech po śmierci? Ból — po zgonie?

Więc nie ma tchu i nie ma Boga?

I nie ma nic — a księżyc płonie?

Księżyc to — wioska ogromniasta,

Gdzie ciszę ciuła brat mój — Srebroń,

Co siebie własnym snem przerasta,

Więc mu istnienia w srebrze — nie broń!

To — niepoprawny Istnieniowiec!

Poeta! — Znawca mgły i wina.

Nadskakujący snom — manowiec,

Wieczności śpiewna krzątanina.

W sieć rymów łowi srebrne myszy,

I srebrny chwast i srebrną jabłoń, —

I rzuca strzępy srebrnej ciszy

Na księżycową błoń czy prabłoń...

— «Śmierci! — powiada — Mrok nas słyszy!

Nie śmiej się w niebo i nie błaznuj!» —

I rzuca strzępy modrej ciszy

Na księżycowy znój29 czy praznój...

— «Jam ten — powiada — co mgłą dyszy

I wie, że Bóg to — łza i zamieć!» —

I rzuca strzępy złotej ciszy

Na księżycową miedź czy pramiedź...

Pełno tam — dolin, wzgórz, bajorów30,

Modrych rozwiśleń31 i udniestrzeń32,

I niby scena bez aktorów,

Rozpacza pusta w świetle przestrzeń.

I szepce Srebroń w dal znikomą:

— «Nie samym światłem mrok się żywi, —

Wszyscy jesteśmy nieszczęśliwi,

Lecz po co srebrnieć? — Nie wiadomo...

Nim śmierć w źdźbło mroku przeistoczy

Pomysł mych łez — i zarys ducha —

Niech mi gwiazdami spyla oczy

Nicości złota rozsypucha!» —

I gdy tak mówi, — nicość właśnie

Kłami połyska — zła i szczera, —

I jeszcze jedna gwiazda gaśnie, —

I jeszcze jeden Bóg umiera.

Kopciuszek

Gdy Kopciuszek łachmanów rozmarzonym zgrzebłem

W balu niedostępnego wdumał się przepychy,

Wróżka, lecąca jutra niepewnym śródniebiem,

Nagle przed nim stanęła. Był wieczór dość cichy.

A ona w cudach pilna i w radości chyża

Utkała z pajęczyny, skradzionej spod płota,

Suknię, co prześwituje do oczu pobliża

Oddalami w szkarłatach zanikłego złota...

Szczypta złudy... Źdźbło jawy... Zaufaj, nim zgaśnie!

Wdzięk nicości zdrobniałej... Garść zlękłego głogu...

Już gotów koralowy naszyjnik, co właśnie,

Lśniąc na piersi dziewczęcej, podobał się Bogu.

Bal się zaczął! Czas jechać! Snom wrzaw się zachciewa!

Więc szczura przedzierzgnęła w tęgiego woźnicę,

A myszy — w dwa rumaki, a wiatr — w uździenicę

A szum drzew — w tentent koński! Strwożyły się drzewa!...

Bywały różne czasy i różne bezczasy...

Więc dynię, która soków nabrzmiała swawolą,

Przeobraziła w pudło złocistej kolasy,

Co skrzy się od wieczności, że aż oczy bolą!

Bicz zaświstał! Ruszyły rumaki z kopyta!

Złe jary — wyrwy w złudach, zmór pełne kałuże!

Przepaść śni się łbom końskim! Śmierć za koła chwyta!

Baczność, durny woźnico! Oszalały szczurze!

Już zmyliłeś otchłanie!... Brniesz w nicość po grudzie!

Mrok się zaśmiał!... Strach — spojrzeć! Duch blednie człowieczy!

Pędzą konie! O, Boże! Szczęść myszom w ich cudzie!...

Grzmi kolasa! O, Boże! Miej dynię w swej pieczy!...

Lalka

Jam — lalka. W mych kolczykach szkli się zaświat dżdżysty.

Suknia jawą atłasu ze snem się kojarzy.

Lubię fajans mych oczu i zapach kleisty

Farby, rumieńcem śmierci młodzącej mat twarzy.

Lubię leżeć, gdy pokój słonecznieje czynnie,

Na strojnego dywana33 narożnej purpurze,

Gdzie irys obok sarny kwitnie bezroślinnie,

A z wieczności pluszowej unoszą się kurze.

Dziewczynce, co się moim bawi nieistnieniem,

Wdzięczna jestem, gdy w dłonie mój niebyt porywa,

I mówi za mnie wszystko, różowa natchnieniem,

I udaje, że wierzy w to, iż jestem żywa.

Pilnie wróży mi z ręki, że w najbliższym maju

W świat wyruszę, a w drogę wezmę chleb i zorze,

By piechtami wędrując po Znaszlitymkraju,

W ustach chłopca-włóczęgi całować bezdroże.

Ubezdrożyć się muszę na ziemi i niebie,

By w chwili, kiedy najmniej spodobam się losom,

Znaleźć się niespodzianie, na przekór niebiosom

W położeniu — bez wyjścia — bez śmierci — bez siebie.

Mam stały wyraz twarzy, niby Człowiek Śmiechu34.

Znam tę powieść i inne... Ta sama dziewczynka

Uczyła mnie czytania, jak się uczy grzechu,

I jestem pełna wiedzy, jak do listów skrzynka.

Mam zamiar pisać powieść, której bohaterką

Jest Praścieżka, wiodąca urwiskami w Pralas,

Gdzie ukryła się lalka, — i nikt jej nie znalazł!

Duszę ma z macierzanki i patrzy w lusterko.

Mówi tylko dwa słowa: Papa, albo Mama.

Mama — mówi do śmierci, a Papa — do grobu,

I śmieje się... Sen chwieje łbem u próżni żłobu,

A ona śmiechu swego nasłuchuje sama...

Koniec mojej powieści jest ten, że Praścieżka

Odbiera sobie życie... W mgle o tym są wzmianki...

Ginie świat... Z rodzicami znika lalka — śmieszka.

Nic nie ma, prócz lusterka i prócz macierzanki.

Wartoż pisać tę powieść? Baśń wyszła już z mody,

Jak krynolina z tęczy!... Módl się do korala

O wiersz barwny!... Zszarzały dusze i ogrody,

A mnie wkrótce do lalek poniosą szpitala!

Wyrwę w biodrach zasklepią, brew wznowią nad okiem,

Wargom uśmiech narzucą taki, że aż zbrzydnie,

I na pokaz wystawią, abym się bezwstydnie

Do przechodniów łatanym mizdrzyła urokiem.

Stracę wartość. Nastąpią cen spadki i zniżki.

I wówczas, gdy już mroki poczuję w pobliżu,

Wyciągnę dłonie ścisłe i wklęsłe, jak łyżki,

Do Boga, co nie za mnie umierał na krzyżu!

On, wiedząc, jak mi trudno, choć sen się snem łata,

Grać rolę siebie samej na życia arenie,

Dla prób nieśmiertelności, po zniżonej cenie

Nabędzie mnie — za jedną łzę z tamtego świata!

Akteon

Powieść o Akteonie: wiosna szumi w borze.

Podpatrzył w blask boginię35 skąpaną w jeziorze.

Za karę go w jelenia przedzierzgnęła mściwie.

Pokrwawiła się wieczność o leśne igliwie!...

Psy go własne opadły, szarpiąc jak zwierzynę!

Wpośród godzin istnienia miał taką godzinę!...

Próżno bronił obcego, które boli, ciała!

Śmierć go, psami poszczuwszy, z jeleniem zrównała...

Próżno wzywał na pomoc dawnych towarzyszy,

Nasłuchując ich kroków na pobrzeżach ciszy!

Nikt nie poznał po głosie i po znoju rany,

Że to człowiek — nie jeleń! Duch — upolowany!

Nikt nie zgadł tajemnicy narzuconych wcieleń!

Musiał być tym, czym nie był! I zginął jak jeleń!

I jam niegdyś był inny. Dziś jeszcze się złocę,

A złociłem się bardziej... Świadkami — złe noce!

Pamiętam dawnych braci rozbłyskane twarze.

Wówczas o czymś marzyłem... Dziś blednę, gdy marzę!

Nikt nie umiał tak istnieć jak ja, w tej godzinie,

Gdym cię, Boże, podpatrzył! — Duch mój odtąd ginie!

Przemieniony w człowieka za nędzę mej zbrodni,

Dźwigam obce mi ciało w blask Bożej pochodni!

I ginę śmiercią obcą, co mym kościom przeczy...

Inna mi się należy!... Nie chcę tej — człowieczej!...

Ginę w ludzką powłokę wsnuty jak w płaszcz zgrzebny.

Kto mnie pozna po płaszczu? Precz z nim! Niepotrzebny!

Kto mnie pozna po głosie, że to ja tak śpiewam?

Milcz, głosie! Nie mój jesteś! Swego już nie miewam...

Majacząc cudzych kształtów zgubną niepodobą,

Nawet w śmierci godzinie nie mogę być sobą!

Krwawą zmorę jelenia unosząc śród powiek,

Próżno wołam o pomoc! — I ginę jak człowiek!

Alcabon

Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!

O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.

Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!

— «Tere-fere!» — tak śpiewał,

Gdy się śmierci spodziewał.

Aż pokochał osiadłą na strychu Kurjannę.

Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!

We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,

Gdy, wspinając się ku niej, dawał baczny zór

Na czar, co się po cichu

Tak utrwalał na strychu,

Jakby miejsca zabrakło gdzieindziej na świecie.

W drzwi uderzył oburącz. W drzwi, na pewno w drzwi!

Ktokolwiek w drzwi kołacze — niech wejdzie i kocha!

Kurjanna, jak Kurjanna... Śni raczej, niż drwi...

Na barłogu — od środka

Patrzy duża i słodka, —

Lgnie do niej ufna ciału koszula — ciasnocha.

Znój mu wargi przynaglił. Znój, na pewno znój!

Szedł do niej po ciemnościach, jak wicher po łanie!

Kto ma oczy — niech widzi! Był ich cały trój:

On i barłóg, i ona

I wyrychlił ramiona,

By ją porwać na trwałe wbrew światu kochanie!

Biel jej ciała przywłaszczał. Biel, na pewno biel!

A chłonęła go w siebie ciszkiem jak mogiła.

Poznał, czym jest czar nocy, szept i chętna ściel,

I tak skochał dziewczynę,

Że wołała w mrok: «Ginę!» —

Bo się pierwszej miłości niechcący broniła.

Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!

Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia...

Zdzierż szczęście!... Nie zdzierżyła!.. Ledwo kilka chwil!...

Nienawykła do czaru,

Zmarła z westchnień nadmiaru,

Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!

Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie, —

Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi — ścielił,

Pilnej śmierci cios tępy

Duszę rozpruł na strzępy,

Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!

Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona, —

Bochen chleba w gwiazd wieńcu — skrót pałacu w mgłach —

Rzęsa Boża — dwie pszczoły —

I trzy z wosku anioły.

Czego tylko nie było w duszy Alcabona!

W pałacu królewny śpiącej36

Królewna dłoń o martwe zraniła wrzeciono.

Szerzy się snu zaraza!... Śmierć drzemie u płotu...

Drzewa, jawą parując, posnęły zielono.

Motyl zawisł nad studnią skrzydłami bez lotu.

Mrużąc przygasłych ślepi pilne ametysty,

Kot do snu łeb przypłaszczył na perłach w szkatule.

Pies się zwinął oszczędnie w kłębek wiekuisty,

Ogonem myśl o ludziach zaznaczając czule.

Kucharz wbił raz na zawsze nos, pełen spiekoty,

W dym, co zastygł w pióropusz, kędzierzawie zmarły,

I w kierunku wszechświata dzierżył rondel złoty,

Gdzie do dna nicość z sadłem za pan brat przywarły...

Jego żona kochliwa, złoconą kopystką

Szumną zupę bełtając w cwałującym garze,

Zasnęła ciałem — w kuchni, a duchem w bezmiarze

W chwili, gdy pomyślała, że miłość to — wszystko!...

Wujna z stryjną raczyły skamienieć biblijnie

W dwa posągi, godnością napuszone czujną

W czasie, gdy stryjna z króla szydziła przed wujną,

A wujna włos zsiwiały pobarwiała stryjnie...

A w sieni król, że wielbił prostotę kobiecą,

Ściskając pokojówkę w miłosnym rabunku,

Zdrętwiał na samym wstępie tego pocałunku,

Co twarz w dziób niedorzeczny wydłużył mu nieco...

Rój dziadów na portretach w przeszłość zwiesił głowę...

A fotel, gdzie, od drzemki głupiejąc bezwiednie,

Paź w uścisku pogmatwał poręcz i królowę37,

Pruł się przez sen, co zresztą czynił w dnie powszednie...

Zaś w ostatniej komnacie, na łożu z purpury,

Śniąc o drogich zawczasu minstrelach38 i skaldach39,

Królewna, że tak powiem, byt przeżyła z góry

Z głową w przyszłość wtuloną pod domyślny baldach40!...

I w puchach prałabędnych grążyła doszczętnie

Swe ciało tym piękniejsze, że już bez znaczenia...

A, twarz biedząc uśmiechem, przydawała chętnie

Stłumionemu istnieniu — wyraz nieistnienia.

Marcin Swoboda

Z górskich szczytów lawina, Bogu czyniąc szkodę,

Strąciła w przepaść nizin Marcina Swobodę.

Spadał, czując, jak w ciele kość szaleje krucha,

I uderzył się o ziem ostatnią mgłą ducha.

Poniszczony śmiertelnie, chciał się z bólem wadzić,

Wokół bólu jął miazgę człowieczą gromadzić.

Dłoń złamana w niej tkwiła jak nóż w ciepłym chlebie!

To się ciułał, to trwonił... I tak pełzł przed siebie.

I z trudem bezkształtnego ciała rozwłóczyny

Doczołgały się wreszcie aż do stóp dziewczyny.

Wargami, zszarpanymi o skały i krzaki,

Szeptały własne imię pewno dla poznaki.

Bocząc się na pełzacza, w ogrodzie bielała.

— «Nie strasz kwiatów ranami! Precz, kałużo ciała.

Odkrwaw mi się od stopy! Szukaj leków w niebie!

Próżno szepcesz swe imię! Nie poznaję ciebie!» —

A Bóg z nieba zawołał: «Wstyd dziewczyno młoda!

Nie poznałaś? — Jam poznał! To — Marcin Swoboda!»

I pobladła dziewczyna i odrzekła: «Boże!

Już to ciało Marcinem dla mnie być nie może!»...

A Bóg otchłań do niego przybliżył mogilną,

Aby ciału ułatwić śmierć już bardzo pilną.

I biedne, przez dziewczynę niepoznane ciało,

Poszeptawszy swe imię, w otchłań się przelało.

Poeta

Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch —

Z drogi! — Idzie poeta — niebieski wycieruch!

Zbój obłoczny, co z światem jest — wspak i na noże!

Baczność! — Nic się przed takim uchronić nie może!

Słońce — w cebrze, dal — w szybie, świt — w studni, a zwłaszcza

Wszelkie dziwy zza jarów — prawem snu przywłaszcza.

Rad Boga między żuki wmodlić — do zielnika,

Gdzie się z listem miłosnym sam jelonek styka!...

Świetniejąc łachmanami — tym żwawszy, im golszy —

Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy, —

I widziano w dzień biały tego obłąkańca,

Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!

A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag, —

Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.

Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża,

Na palcach — pełna lęku do niego się zbliża.

Stoi... Nie śmie przeszkadzać... On słowa nawleka

Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka:

— „Giniemy... Córki nasze — w nędzy i rozpaczy...

A wiadomo, że jutro nie będzie inaczej...

Wleczesz nas w nieokreślność... Spójrz — my tu pod płotem

Mrzemy z głodu bez jutra, a ty nie wiesz o tem!” —

Wie i wiedział zawczasu!... I ze łzami w gardle

Wiersz układa pokutnie — złociście — umarle, —

Za pan brat ze zmorami... Treść, gdy w rytm się stacza,

Póty w nim się kołysze, aż się przeinacza.

Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną, —

Ale kocha naprawdę tę — przeinaczoną...

I z zachłanną radością mąci mu się głowa,

Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą —

I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!...

I po tym samym niebie — z tamtej ułud41 strony —

Znawca słowa — Bóg płynie — w poetę wpatrzony.

Widzi jego niezdolność do zarobkowania

I to, że się za snami tak pilnie ugania!

Stwierdza z zgrozą, że w chacie — nędza i zagłada, —

A on w szale występnym wiersz śpiewny układa!

I Bóg, wsparty wędrownie o srebrzystą krawędź

Obłoku, co się wzburzył skrzydłami, jak łabędź, —

Z łabędzia — do poety, zbłąkanego we śnie, —

Uśmiecha się i pięścią grozi jednocześnie!

Urszula Kochanowska42

Gdy po śmierci w niebiosów przybyłam pustkowie,

Bóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie.

— „Zbliż się do mnie, Urszulo! Poglądasz43, jak żywa...

Zrobię dla cię, co zechcesz, byś była szczęśliwa”.

— „Zrób tak, Boże — szepnęłam — by w nieb Twoich krasie

Wszystko było tak samo, jak tam — w Czarnolasie!44” —

I umilkłam zlękniona i oczy unoszę,

By zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?

Uśmiechnął się i skinął — i wnet z Bożej łaski

Powstał dom kubek w kubek, jak nasz — Czarnolaski.

I sprzęty i donice rozkwitłego ziela

Tak podobne, aż oczom straszno od wesela!

I rzekł: „Oto są — sprzęty, a oto — donice.

Tylko patrzeć, jak przyjdą stęsknieni rodzice!

I ja, gdy gwiazdy do snu poukładam w niebie,

Nieraz do drzwi zapukam, by odwiedzić ciebie!”

I odszedł, a ja zaraz krzątam się, jak mogę, —

Więc nakrywam do stołu, omiatam podłogę —

I w suknię najróżowszą ciało przyoblekam

I sen wieczny odpędzam — i czuwam — i czekam...

Już świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie,

Gdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie...

Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!

Serce w piersi zamiera... Nie!... To — Bóg, nie oni!...

Jadwiga

Cień za cieniem się ugania, a motyla motyl ściga, —

Rozpłakała się w lesie niekochana Jadwiga.

— «Raczej ciało niepieszczone wilkom rzucić w bór za borem,

Niż nie zaznać pieszczoty choćby nawet z potworem!» —

I wypełznął czerw45 spod ziemi zwilgotniałym pyskiem czynny.

— «Ot ja ciebie popieszczę! Ot ja właśnie — nikt inny!» —

Obejrzała się na drogę i na tuman46 poza drogą.

— «Oprócz ciebie na świecie nie mam, czerwiu, nikogo!»

Legła przy nim na murawie, głowę wsparła o kamiążek,

Miała kilka pierścieni i łez kilka, i wstążek.

— «Owom47 — twoja! Pieść do syta! Nie szczędź w lesie mego ciała!

Jam tu przyszła48 nie po to, bym się sama ostała»...

Wiatr warkocze jej z ramienia na to drugie ramię przesuł,

Ona była nieswoja, a on rad był i wesół.

Pyskiem własił się i włudził w piersi wonne jak dwa jabła,

Aż Jadwiga stęknęła, aż Jadwiga osłabła.

Krew jej w głowie zahuczała pogrzebnego echem dzwonu,

A to była choroba — i już blisko do zgonu.

— «Inni boją się miłować krwi schorzałej szaleniznę,

A ja nawet potrafię kochać ciała zgniliznę!» —

I przeniknął pieszczotami bezpowrotnie aż do kości, —

Nie, — nie było na świecie tak niesytej miłości!

Nie wiadomo, co za szumy z czasu w bezczas zaszumiały,

Gdy obnażył się w słońcu szkielet biały, bo — biały!

Maj był w lesie i na polu i opodal — na rozstaju, —

W maju działo się właśnie — tyle jeno, że w maju.

Słychać było, jak w gęstwinie wiatr się krząta i chrabęści, —

Tedy szkielet poskoczył i zacisnął swe pięści!

— «Powiedz, czerwiu, gdzie jest tysiąc obiecanych w niebo ścieżek»?

A on tylko popatrzył — i nic nie rzekł, nic nie rzekł...

— «Powiedz, czerwiu, czy Bóg widział moje męki, moje żale?

I czy jest On w niebiosach, czy też nie ma go wcale?» —

A on zadarł pysk ku niebu i mackami wzruszył dwiema

I pokazał na migi, że go nie ma, bo — nie ma!

Więc ku snowi wieczystemu uchyliła nieco czoła

I spojrzała w zaświaty, a tam nicość dokoła!

A tam — nicość, rozścierwiona od padołów aż do wyżyn!

I tańcował, i śmiał się biały szkielet Jadwiżyn49...

Migoń i Jawrzon

Niewidomską czapulę wdział Migoń na głowę

I poszedł do Jawrzona w sady czereśniowe.

Stał Jawrzon przy dwóch ulach — ubrany od święta.

— «Kto się tak bezcieleśnie w mym sadzie wałęta?

Słyszę kroki odważne, lecz wroga nie widzę.

Odsłoń twarz, abym stwierdził — kogo nienawidzę!...»

— «Po głosie zgadnij wroga, co cię dziś nawiedził

I wyznaj, żeś czarami mą zbrodnię wyśledził!

W jednym ulu ukryłeś — westchnienie mej winy, —

W drugim — duszę zabitej przeze mnie dziewczyny.

Oddaj mi oba sprzęty zdobiące mą zbrodnię,

Bo mi bez nich w pałacu — czczo i niewygodnie!...»

— «Nie ja — ciebie — rzekł Jawrzon — lecz tyś mnie ograbił,

Dziewka wpierw mnie kochała, niźliś ty ją zabił!

Ledwo na mnie spojrzała w czereśniowe sady,

A już ją umęczyłeś za nikły cień zdrady!

Znalazłem ją w parowie więcej, niż nieżywą!

Imię swe na jej piersi wyżarłeś — pokrzywą!

I nie wszystką znalazłem: brak wargi i ręki!

Coś z nią czynił? Odpowiedz! Lub — męki za męki!»

I przeżegnał się Jawrzon i tak — w imię Boga

Mieczem niewidzialnego chciał wyszperać wroga.

Na to zaśmiał się Migoń: — «Bawmy się w chowanki!

Mów, co wolisz? Cichanki, czy może — klaskanki?...

A zważaj, byś na oślep potrafił się bronić!...

Sam ci mieczem o miecz mój pomogę zadzwonić!...»

Zadzwoniły dwa miecze. Maj zmierzchał upalny.

Jeden wróg był widzialny, drugi — niewidzialny.

Obaj zwarli się ściśle — z kolanem kolano,

Ale tylko jednego — jak walczył — widziano.

Do obydwu mrok śmierci na palcach się skradał,

Ale tylko jednego widziano, jak padał.

Aż słońce, poranniejąc w obłokach nieśmiało,

Rozwidniło to właśnie, co nocą się stało.

Rozwidniło dwa trupy i obok — dwa ule

I jedną niewidomską na krzaku czapulę!...

Zmierzchun

Póty w cieniu jałowca śniła rozłożyście,

Aż z lasu wybrnął Zmierzchun — i pomącił liście.

Złote żuki, wylęgłe z ciepłych snów dziewczyny,

Wnicestwiły50 się w bujnej piersi — kosmaciny.

Poznał żuki — po złudzie... I jednym spojrzakiem51

Ogarnął — krzak — dziewczynę — i nicość za krzakiem.

Płodząc we łbie żądz nagłych jadowite męty52,

Pełznął ku niej — w biel ramion zaborczo wśmiechnięty.

Tchem drapieżnym uderzył o senny brzeg ciała...

— „Śmierć, lub miłość!”... Pobladła — i miłość wybrała!

A w dalekim ogrodzie — za siódmą gęstwiną —

Tam widziano dwie dłonie, co z baśni w baśń płyną.

Żałowały się wzajem, zmarniałe przedwcześnie, —

A deszcz padał w ogrodzie — i padał deszcz we śnie.

Obie mokre od deszczu, w nierównej z snem walce

Do modlitwy o szczęście splatały swe palce.

I w dalekim ogrodzie omdlewały czasem,

Gdy je Zmierzchun zbyt pieścił w swej norze — pod lasem.

Śnigrobek

Kiedy las od ukąszeń zmór drzewnych pożółciał,

Śnigrobek, błękitnawo zapatrzony w paproć —

Wędrownie się zazłocił — z dali w dal — po dwakroć,

Aż się wsnuł do krainy półduchów i półciał.

Tam ukochał przestwornie mgłę — nierozeznawkę53,

Co się na wznak — uśmiecha, a na klęczkach — ginie,

Albo się uwysmukla — podobna dziewczynie,

Która los w snach zgubiła, jak pustą zabawkę.

Mgła rzekła: «Ust mych przyszłość — z bzu się nie wyzwoli!

Prócz dreszczu — nie mam w kwiatach innego dorobku...

Kochaj mnie w mej pośmiertnej za grobem niedoli,

Bom bez niej — nie ta sama... Sprawdź mój czar, Śnigrobku!» —

I rzekł na to Śnigrobek: «Niech nicość nam sprzyja!

Tak mi modro dziś z tobą!... Łzy — oddaj aniołom.

Wszelka radość jest w końcu tyleż, co niczyja...

W urojonych ogrodach znajdź mnie i oszołom!» —

Szołomiła mu usta, obłąkała ręce,

A on tulił cud chwiejny i czar jej nieścisły, —

I patrzył w zakochane mglistości dziewczęce,

Gdzie obok żądzy śmierci — wrą pieszczot domysły.

I ginąc od nadmiaru mgły w czujnym objęciu

Wpośród złotawych przyćmień i błękitnych zadym, —

Skonał wreszcie — posłuszny temu wniebowzięciu,

Które przez sen zawdzięczał — fioletom bladym.

Czas się włóczył po drzewach. Noc przyszła — żałobna.

Cienie wszystkich umarłych — ubożuchno szare —

Pochowały Śnigrobka na wieczną niewiarę —

We wszystkich grobach naraz i w każdym — z osobna.

Mgła mu w trumnę skrzystego nawrzucała nieba,

A wszechświat, co już stał się czymś w rodzaju mitu, —

Ożywiony pogrzebem — pomyślał, że trzeba

Zmienić cel nieistnienia i miejsce — niebytu.

Więc — choć ktoś go do mgławic i dróg mlecznych przykuł, —

On, wstrząsając łańcuchy przeznaczeń bez treści, —

Śnił, że w drogę wyrusza, jak rdzawy wehikuł,

Zbłąkany w złotym wnętrzu zamierzchłej powieści.

Wrogowie

Tam na zielonym dąb szumi dolińcu54,

A pod tym dębem — półskrzyniec55 ze złota,

A łabędź biały śpi w złotym półskrzyńcu,

A w jego dziobie — igła się migota56,

A na jej ostrzu — wroga mego życie.

Leżę pod dębem. Dąb szumi obficie.

Dość mi przyłamać ostrze od niechcenia,

A śmierć swym wichrem w proch nędzny go utrze!

Wśród dębowego namyślam się cienia,

Czy dziś — czy jutro — czy może pojutrze?

Lecz on coś przeczuł i nagle się zbliża,

I dąb pośpiesznie żegna znakiem krzyża...

A ja udaję, żem spoczął na rosach,

O niczym nie wiem i sny mam dziecięce.

Chrzabąszcz się w moich zawieruszył włosach,

Twarz mi zdrętwiała i ścierpły mi ręce,

Bom ich nie zdążył usunąć z pokrzywy.

Wróg mój jest chytry, zły i podejrzliwy.

I z nożem w dłoni w twarz mi się pochyla,

Zagląda pilnie i bada, i waży...

Jedna, w swym locie nieostrożna chwila,

Nikły wstrząs powiek, nie ten wyraz twarzy!...

W głąb snu się wtulam, aż w oczach mi ciemno,

Dech zataiłem. Dąb szumi nade mną...

Kochankowie

Ledwo dziewczyna przyszła z daleka, —

Dreszcz go obleciał skrzydlaty.

Zatrzepotała martwa powieka, —

I z grobu wyjrzał na światy.

— «Dobrze, żeś przyszła! Gniję daremnie,

Własnego niepewny cienia!

Gdziem jest, że oto — nie ma mnie we mnie?

Są tylko moje cierpienia.

Powiedz — schylona ponad mogiłą —

Śpiącemu w mogił obłędzie, —

Gdzie się podziewa to, co mną było,

A nigdy mną już nie będzie?» —

Nic nie odrzekła w trwodze dziecięcej,

Lecz martwa padła na wrzosy.

Pewno kochała o wiele więcej,

Niż myślał — kusząc niebiosy.

Padła w ustroniu ojesieniałem,

Gdzie kwiatom — straszno różowieć,

By kochankowi całym swym ciałem

Dać tę jedyną odpowiedź!

Karczma

Między niebem a piekłem, wśród słynnych bezdroży,

Które lotem starannie pomija duch boży,

Stoi karczma, gdzie widma umarłych opojów

Święcą tryumf swych szałów pijackich i znojów.

Skąpiec, co, mrąc, ostatnie połknął ametysty,

Znajdzie tu za dwa grosze nocleg wiekuisty, —

I zbrodniarz, co w błysk noża zachował swą wiarę,

Zdoła tutaj niejedną nadybać ofiarę, —

I nierządnica, sennym wabiąca pachnidłem,

Brwi nabytym w tej karczmie barwi błękitnidłem,

By się mizdrzyć do cieniów jakiegoś tłuściocha,

Co po śmierci w tych barwach lubieżnie się kocha.

I są w karczmie grajkowie, stłoczeni w kapelę,

Co dbają o pląs cieniów i o ich wesele,

A grają im takiego szczękacza — brzękacza,

Że karczma z tancerzami w otchłań się zatacza

I, przyźbą57 przytupując, wstrząsa tłum ich dziki,

Aż im w ślepiach migają te krwawe świerszczyki!

Jedna tylko za piecem ukryta starucha,

Mać58 pięciorga wisielców — tej wrzawy nie słucha

I, pośmiertnie skulona, śni w sobie po cichu

Cuda pierwszej miłości, spełnionej na strychu,

I, zawzięcie słodkiemu oddana wspomnieniu,

Gra polkę — wytrzykąta na rdzawym grzebieniu.

Ludzie

Szli tędy ludzie biedni, prości, —

Bez przeznaczenia, bez przyszłości.

Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli niepotrzebni, nieprzytomni, —

Kto ich zobaczy — ten zapomni.

Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli ubogiego brzegiem cienia, —

I nikt nie stwierdził ich istnienia.

Widziałem ich, słyszałem ich!...

Śpiewali skargę byle jaką

I umierali jako tako...

Widziałem ich, słyszałem ich!...

Już ich nie widzę i nie słyszę, —

Lubię trwającą po nich ciszę.

Widziałem ją, słyszałem ją!...

Anioł

Czemu leciał tak nisko ten anioł, ten duch,

Sięgający piersiami skoszonego siana?

Wiatr rozgarniał mu skrzydeł świeżący się puch,

A od kurzu miał ciemne jak murzyn kolana...

Włos jego — hartowana w niekochaniu miedź!

Oczy płoną miłosnym nieskalane szałem!

Snem wezbrała mu w skrzydłach niewiadoma płeć,

Kiedy, lecąc, sam siebie przemilczał swym ciałem...

Możem zbyt go zobaczył lub uwierzył zbyt,

Bo w niechętnej zadumie przystanął w pół drogi...

I znów w oczach mu błysnął nieczytelny świt,

Gdy do lotu pierś tężył i prostował nogi.

Rosa jeszcze mu ziębła na wargach, a on

Już piętrami swych skrzydeł ku niebu się wzbielił

I ogrom ciała oddał bezmiarom na strwon,

A jam się do niebiosów wówczas onieśmielił...

Odtąd, gdy wchodzę z tobą w umówiony park,

Gdzie światła księżycowe do stóp nam się łaszą, —

W twych wargach szukam jego przemilczanych warg

I nie wiem, co się dzieje z tą miłością naszą?...

Niewidzialni

Niewidzialnych istot tłumy sąsiadują z nami wszędzie.

I kto kogo ujrzy pierwej? I kto komu duchem będzie?

Błąkają się między nami i po nocy i o świcie —

I nie wiedzą, że to właśnie jest wzajemność i współżycie.

Oni o nas, a my o nich nic nie wiemy — tylko tyle,

Że bywają nagłe zmierzchy i przychodzą pewne chwile...

A łódź moja trwa u brzegu — ponad rzeki głęboczyzną, —

I ta woda, co śni siebie, — jest jej grobem i ojczyzną.

I ktoś bardzo wieloraki łodzią chwieje i kołysze, —

A stwierdziłem wokół zieleń i stwierdziłem wokół ciszę...

A to oni łódź trącają, upojeni snem i trwogą, —

I odpłynąć chcą koniecznie, lecz nie mogą, bo nie mogą...

Sił im starczy do majaczeń w mgle, co w śmierć się sączy błędna,

Ale brak im dzielnej mocy, co do wioseł jest niezbędna...

A ja pragnę, by łódź drgnęła, gdy się tłumnie zbliżą do niej,

I by dłoń ich nieostrożna pozostała w mojej dłoni...

Goryl

Spoza drzew gęstwy goryl kosmaty

Śmieszliwym ślepiem wyzierał w światy.

Małpował orła, gdy ranny strzałą

Wlecze po ziemi nic warte ciało.

I lwa małpował, kiedy w barłogu

Kłem spłoszonemu zagraża Bogu.

I, drwiąc, przedrzeźniał wieczności minę,

Kiedy z błękitu schodzi w dolinę.

Aż śmierć, wtulona w szary przyodziew59,

Stanęła przed nim, że zbladł nad spodziew!

Chciał ją zmałpować, ale nie umiał, —

Chciał coś zrozumieć — i nie zrozumiał.

I padł jej do nóg, nie wiedząc czemu,

I — niewiedzący — skomlał po psiemu.

A ona cicho, niby mogiła,

Pierś mu przydeptać stopą raczyła.

Niezmałpowana, nieprzedrzeźniona

Patrzyła w niego, jak rzężąc, kona.

Pozorzanie

Zanim dzień nastał, żeśmy w świat przybyli,

My — ród Pozorzan, nieśmiertelny ród, —

Żył niegdyś człowiek, twór jakiejś tam chwili,

Ten cudów nie znał, ale wierzył w cud.

Szał jego tęsknot wyczarował z mroku

Nasz byt, od zgonu wolny i od łez, —

A to się stało w tym roku... w tym roku,

Kiedy istnienie zatraciło kres.

On śnił w przestrzeni i wszystko mu było

Dalekie, pełne bezdroży i dróg, —

Rozpaczał w czasie, co z taką łkań siłą

Mijał, aż minął wysnuty zeń Bóg.

My poza czasem i poza przestrzenią

Trwamy, spełnieni od stóp aż do głów.

Czym dla nas człowiek, co z leśną zielenią

Zamienił ledwo kilka mylnych słów?

Czemuż on dotąd tak czujnie nam śni się,

Jak gdyby tryumf błogosławił nasz?

Czemu nam w twarzy odmiennych zarysie

Tkwi coś, co jego przypomina twarz?

Dokoła klombu

Gdy wzbiera ciszą śmierci południa upalność, —

Dokoła mego klombu — zgiełk i niewidzialność!

Grzmią wozy, chrapią konie i dzwonią kopyta, —

Lśni kurzawa, ku słońcu bezrozumnie wzbita!

Wciąż dokoła, dokoła... Wciąż tą samą drogą!...

Słychać wszystko i wszystkich — nie widać nikogo!

Pędzą z szumem tysiąca oszalałych borów,

Wykrzykując gwiazd nazwy i nazwy przestworów!

Brak im miejsca! Ścisk we śnie! Aż próżnia się mroczy!

Czy to — byt, czy to — niebyt tak wrzawnie się tłoczy?

Nic nie ma, prócz pośpiechu! Gdzie teraz ich — ciało?

I czy ciągle się staje to, co raz się stało?

Zdaje mi się, że pęd ich mam w uszach i skroni —

I że lecę wraz z nimi, jeżeli to — Oni!...

A gdy wrzawa zamilka i cisza się dłuży,

Zdaje mi się, żem stanął u celu podróży...

Panna Anna

Krakowianka jedna

Miała chłopca z drewna.

Znana piosenka.

Kiedy wieczór gaśnie

I ustaje dzienny znój60, —

Panna Anna właśnie

Najwabniejszy61 wdziewa strój.

Palce nurza smukłe

W czarnoksięskiej skrzyni mrok,

I wyciąga kukłę,

Co ma w nic utkwiony wzrok.

To — jej kochan62 z drewna,

Zły, bezmyślny, martwy głuch!

Moc zaklęcia śpiewna

Wprawia go w istnienia ruch.

On nic nie rozumie,

Lecz za niego działa — czar...

Panna Anna umie

Kusić wieczność, trwonić żar...

W dzień od niego stroni,

Nocą — wielbi sztywny kark,

Nieugiętość dłoni,

Natarczywość martwych warg.

— «Bóg zapomniał w niebie,

Że samotna ginę w śnie!

Kogóż mam, prócz ciebie?

Pieść, bo musisz pieścić mnie!» —

Pieści ją bezdusznie,

Pieści właśnie tak a tak —

A ona posłusznie

Całym snem omdlewa wznak.

Śmieszny i niezgrabny,

Swą drewnianą tężąc dłoń,

Szarpie włos jedwabny,

Miażdży piersi, krwawi skroń.

Blada, poraniona

Panna Anna bólom wbrew

Od rozkoszy kona,

Błogosławiąc mgłę i krew!

Poprzez nocną ciszę

Idzie cudny, złoty strach...

A śmierć się kołysze

Cała w rosach, cała w snach.

Potem nic nie słychać,

Jakby ktoś na dany znak

Nie chciał już oddychać —

Byle istnieć tak a tak...

A gdy świt się czyni —

Panna Anna dwojgiem rąk

Znów zataja63 w skrzyni

Drewnianego sprawcę mąk.

Sztuczne wpina róże

W czarny, ciężki, wonny szal —

I po klawiaturze

Błądząc dłonią — patrzy w dal...

Dźwięki płyną zdradnie,

Płyną właśnie tak a tak...

Chyba nikt nie zgadnie —

Z kim spędziła noc i jak?

W chmur odbiciu (cykl)

W chmur odbiciu

W chmur odbiciu — śpią żółwie...

Woda z niebem — coś snuje i współwie, —

Tą współwiedzą drżą liście,

Kwiaty o niej ziołom dają znać.

W ciszę kwiatów i ziół tych

Purpurowych, zielonych i żółtych

Słońce wsącza plamiście

Bystrych świateł rozbryzganą rzadź64.

Konie maści obłocznej

Mkną wzdłuż mrzonek alei ubocznej.

Zaświat stoi — otworem,

Byle minąć zgróz kilka i debrz65.

Bóg je minął... Lecz dokąd

Płynie chmury żaglisty wielokąt?

Czar się zaśmiał za borem,

A ty — drogo — i złoć się i srebrz!

Świat raz jeszcze ustala

Swój stosunek do mgły i korala...

Żadna mgła się nie dowie,

Ile było koralowych prób?

Komuż niebyt się uda?

Powiedz słowo. — Toć mówię: «Utruda». —

Powiedz drugie! — «Błędowie». —

Powiedz trzecie! — «Trzecie słowo — grób!».

Pogrzebane w mgłach — losy!

Trzeba zmyśleć raz jeszcze niebiosy...

Chwiej się, cieniu, i zwiastuj

Śmierć — dziewczynie wśród pieszczot i głusz.

Wieczór płonął zgasiście,

Gdy umarła — niepewnie i mgliście...

Popłoch kwiatów — widm zastój —

Zgon wierzących w naszą jawę zórz.

Liść się odbił na fali

Tak, że właśnie — im bliżej, tym dalej...

Wzrok rozróżnić nie może

Bliskiej wody od dalekich snów...

W cieniu głogów i leszczyn

Chcę pomyśleć, czym słońca jest — bezczyn?

Świat się sprawdza w jeziorze...

Nie ma świata! — Nie było! — Jest — znów! —

Poranek

Kto na Święta Zielone66, dal kusząc, rwie kwiaty —

Mówią o nim: «Deszcz zrywa!» — że niby to właśnie

W ślad za kwiatem — wszemrany w pijanych wód baśnie

Deszcz nadbiegnie — wesoły, kropliście skrzydlaty!

Miedzą w zieleń idziemy. Najskrytszem źdźbłem dłoni

Wżywaj się w kwiat, oślepły od słońca i rosy!

Deszcz zrywamy! Pod wierzbą przykucnął wiatr bosy!

Ciszom, spadłym z zaświatów, do ucha świerszcz dzwoni!

W trawie — świateł, wznak ległych, czujne próżnowanie...

Deszcz zrywamy! Dość westchnąć, a śpiew się już słyszy!

Spójrz w obłoków różowe w niebie pączkowanie,

Gdy ich ruchom — barw zmiana, nie chcąc, towarzyszy...

My dwoje — iluż dalom stąd widni i światom!

Któryż z rzędu nam błękit uderza do głowy?

Zrywamy deszcz! Idź wolniej i śnij się tym kwiatom...

Deszcz zrywamy! O, dłuż się, poranku czerwcowy!

Wół wiosnowaty

Pierwszy upał wiosenny, skrząc się po murawach

Ślepi szyby w chałupach i wodę we stawach.

Muchy ruchem celowym — a bez celu krążą.

W jeden powój miłosny dwie łątki67 się wiążą.

Świerszcz wzniósł nogę — na baczność, a drugą — w sen dłuży...

Gardziel kwiatu drobnego zachłysnął bąk duży, —

Tylko wół, co tej wiosny czad68 chłonie morderczy, —

Jak rogata mogiła69, w pustkowiu pól sterczy!

Źle mu! Przemęczył żebra, przepracował płuca!

Pole w ślepiach kołuje... Mrok do łba się rzuca...

Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem...

Stracił teraz i runął!... Runął — całym bytem!

Za duży — dla litości, dla snu — zbyt brzuchaty...

A że zemdlał na wiosnę — zwie się Wiosnowaty70.

Toć go znałem! Miał w pysku — woń mlecznej ciepłoty,

W której tchu źródłowieją ziół słodkie wypoty.

Lubił słuchać, jak woda, wargą ssana czujnie,

Na dno brzucha mu spada — dźwięcznie i niechlujnie...

Lubił wgniatać kurzliwie w piach, lśnistszy71 od złota,

Dreptające kopyta z przytwierdkami błota.

Nie wiem, jak się to działo, — ale już o świcie

Wchodził z widnokręgami w obłędne współżycie...

Gdzie się zjawił — tam zawsze tkwił w snów bezokolu72,

I bezdomniał w oborze — i daleczał w polu...

Oczami, co się martwią, choć światu nie przeczą,

Patrzył we mnie, jak w oddal — w mgłę ledwo człowieczą...

Wierzył w Boga, nie wiedząc, że to — Bóg... Na miedzy

Przystawał, by ciąg dalszy snuć owej niewiedzy.

A nie bratał się z ciałem, co marło w niedoli, —

Żył sam w sobie, — poza nim... A ono — niech boli...

I zadrwiły zeń nagle niegodziwe kości:

Nie zniósł wiosny — bez szczęścia, czaru — bez radości...

Poraziło go słońce. Przyśniły się zgony...

Skroń chylę i całuję łeb, snem pomącony,

Twardy, jak głaz, co cierpi z trudem — nie od razu...

Kocham upór męczeński — hej! — takiego głazu!...

A on leży i leży... Muchy grzbiet obsiadły.

Brzuchem w nicość się tłoczy, a wargi pobladły, —

Jęzor z nich się w świat wywarł i na bok zwichnięty

Śmierć liże, niby cukier, dany dla przynęty...

Dzień przystanął opodal... Czas luzem się tuła...

Jar pobliski brzmi osą, jak pusta szkatuła.

Cisza stoi nad polem — żywa i gorąca,

Lecz nad tą ciszą, z istnień utkaną tysiąca,

Góruje tajemnicą drętwego mozołu

Cisza — wezbrana w ciele zemdlonego wołu.

Przed świtem

Trwa jeszcze ciemne rano, —

Śpi niebo nad altaną.

Staw błysnął o dwa kroki, —

Już widać, że głęboki.

W łopuchu73, czy w pokrzywie,

Świerszcz dzwoni przeraźliwie!

Rozpoznaj-że74 w ciemnocie,

Czy wróbel tkwi na płocie?

Kształt wszelki wybrnął z cienia,

Lecz nie chce mieć imienia.

Chce snom się jeszcze przydać:

Nie widać nic, a — widać.

Z lat dziecięcych

Przypominam — wszystkiego przypomnieć nie zdołam:

Trawa... Za trawą — wszechświat... A ja — kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie, —

I pachnie macierzanka — i słońce śpi — w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?

Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy, —

Same liście i twarze!... Liściasto i ludno!

Śmiech mój — w końcu alei. Śmiech stłumić tak trudno!

Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłoczach!

Oddech nieba mam — w piersi! — Drzew wierzchołki — w oczach!

Kroki moje już dudnią po grobli75 — nad rzeką.

Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!

A teraz — bieg z powrotem do domu — przez trawę, —

I po schodach, co lubią biegnących stóp wrzawę...

I pokój, przepełniony wiosną i upałem,

I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem, —

Dotyk szyby — ustami... Podróż — w nic, w oszklenie, —

I to czujne, bezbrzeżne z całych sił — istnienie!

Wieczór

Drobne okno otwórz niespodzianie,

Niech zobaczę twe łóżko przy ścianie!

Taka cisza, że nie poznać świata, —

Jeden tylko na dębie liść lata.

Koral zorzy76 po podpłociu biega

I sam siebie na sękach postrzega.

Motyl w zmierzchu biało nam się ziścił,

Gdy się skrzydłem do malwy przyliścił.

Ciche grabie z najcichszą łopatą

Tkwią we dwoje i do snu pod chatą,

Kto w nie spojrzy — zrachuje dwie cisze.

Dal się w oczach umyślnie kołysze.

Wieczór różnie niszczeje po krzakach,

Cień do rowu włazi na czworakach.

Za miedzami, za ustroniem77 młyna

Bóg się kończy — trawa się zaczyna.

Kurz, świetlejąc, dogasa nad drogą,

I jest wszystko, choć nie ma nikogo!

Tylko brzoza, kwitnąc w światów mnóstwo,

Całe swoje w snach odmilkłe brzóstwo

Z nagłym szeptem wcudnia do strumienia,

Gdzie raz jeszcze w brzozę się zamienia.

Niedziela

Za miastem na odludziu — rozpacz i Niedziela!

Puste niebo zaledwo ziemi się udziela.

Dwoje nędzarzy bladych z miłości i strachu

Szuka w rowie przytułku dla pieszczot bez dachu.

On jej piersi, zużytym śmiałkujące czarem,

Ogarnia skrzętnej dłoni przymilnym sucharem.

A ona w zmierzchach rowu źrenicami dnieje,

Oddając, zamiast cnoty, — mus i beznadzieję.

Niedołężni od żądzy, śmieszni od pośpiechu

Uzręczniali się gnuśnie do żwawego grzechu.

Do jej włosów wargami wpełzał jak do krzaka,

Raz tylko czułe słówko szepnął na bosaka.

I ona, nim wylgnęła z rąk uboczem ciała,

Raz się tylko do niego mgłą przycałowała.

Trudno im, w twardym łożu głodne żarząc brzuchy,

Ciułać steranych pieszczot poniszczone puchy!

Nawet w snach upojenia tkwią zadry i sęki:

Trzeba się docałować do nacichłej męki.

Trzeba dreszczom dać dostęp do zbolałych kości, —

Więc kochali się wrogo — na przekór miłości.

Poistnieli dla siebie z łaski tego cienia,

Co ich w rowie od reszty wygrodził istnienia.

Milczkiem rozkosz spożyli — z dala od wesela,

Tyle tylko, że była naokół Niedziela!

Magda

Czub chałupy aż dymi zachodu purpurą!

Świat się wsnuł w nieskończoność nie wiadomo którą,

Bo już kilka spłonęło w niwecz raz po razie...

Ostatniej, co w obłoków utkwiła oazie,

Złociście nieobecnieć dano w mżach oddali.

Ziemia ku niej pasmami w ogrodach się pali.

Kot przebiega w kurz drogę, dłużąc się przyziemnie,

Łeb odwraca i tyłem w drzew cofa się ciemnie,

Płosząc kurę, co, w ciepłym zadrzemana puchu,

Zrywa się, dziobie ziemię i znów tkwi bez ruchu.

Cisza duma nad bliską dnia w mroku utratą.

Cień z wierzby na opłotek sfrunął muchowato,

Siadł na sęku i w trawę, spragnioną ochłody,

Ścieka, jak mętna kropla parującej wody.

Ćma mignęła... Wiatr powiał... Piach zbłyskał się plewą...

Komar w beczce zadzwonił... Zaskrzypiało drzewo...

Zorza z mgłą się spłynęła, a z wiecznością — lato.

Warto teraz na Magdę popatrzeć dziobatą,

Jak na czele swych czworga małomównych chłopiąt

Siedzi w progu chałupy i milczy samopiąt...

Przedwieczerz

To nie wieczór, choć oczy zawczasu się żalą,

Że — co było pobliżem — wnet będzie oddalą.

I nie szepty, lecz cisze mijają się wzajem, —

W ich mijanki cień patrzy z parowu za gajem.

Ogród nawrzał zielenią już inną, już nie tą, —

Zamrugany na przemian słońcem i sztachetą.

O, teraz stwierdź co prędzej nietutejszość kwiatów,

Gdy trawniki coś mają z obczyzny zaświatów!

To — nie sen, lecz kurzawa gmatwa się z pogodą, —

Już w stawie nie rozpoznasz tej wody pod wodą...

I nie smuga na rzęsach, lecz w cieniu zdrobniały

Liść na dębie zwieczorniał, choć dnieje dąb cały!

I nie śmierć, ale studnia, gdzie mrok dno pomylił,

Chce, byś, idąc, skroń ku niej bezwolnie nachylił...

I nie szkarłat, lecz sama możliwość szkarłatu,

Niepokojąc obłoki, narzuca się światu.

W odmętach wieczoru

Słońce, zagrzęzłe w odmętach wieczoru,

Spoza chat czubów i przyłbicy młyna

Jeszcze się resztą świateł przypomina

Upatrzonemu wśród sadów jezioru...

Jezioro barwnym powleka się mrokiem,

Co, rozwidniając, nie widzieć pozwala...

Z wędrownym błyskiem spotyka się fala

Pod umówionym w głębinie obłokiem.

Obłok swój bezruch kojarzy z fal ruchem...

Fala swe rysy i szczerby, i sznury

Przesuwa z wolna za wiatru podmuchem

Przez jego piętra z ognia i purpury...

Purpura łamie błękitów przegrody

I w nieprzejrzyste rozżarza się złoto,

Poprzerywane plam czarnych ślepotą,

Jakby tam nagła nieobecność wody

Ujęła barwom podłoża dla czaru...

Drzewa wraz z brzegiem i garścią gołębi

Odbite chwiejnie, spragnione bezmiaru

Do zaniedbanej powracają głębi,

Z której powstały, — i nadal w niej kwitną.

Zieleń ich możesz nazywać błękitną —

I purpurową, i złotą... W wód cieniu

Jest nią i nie jest, posłuszna imieniu,

Które jej nadasz, muśnięty fal wzrokiem.

Woda pod światło drzew liście kołysze,

Wsłuchane w szmer swój nad wodą i w ciszę

Pod umówionym w głębinie obłokiem.

Po jego piętrach, od podstaw do szczytów

Wspak odwróconych w kształt sprzecznej ruiny.

Duch, wzwyż stąpając, wciąż schodzi w głębiny,

Z państwa purpury w świat zgasłych błękitów.

I, schodząc, barwy odmienia bez końca:

To — purpurowy, to — czarny, to — złoty,

Posłuszny zejściu swojemu w ciemnoty

Wód, zapatrzonych w przeróżną śmierć słońca.

Śmierć, co zagrzęzła w odmętach wieczoru,

Spoza chat czubów i przyłbicy młyna

Jeszcze się resztą świateł przypomina

Tobie — i twemu wśród sadów jezioru...

Powrót

Wieczorny szkarłat na niebiosach

Szukał wciąż sposobu zbłękitnienia, —

I zbłękitniał. — Niebo mży w twych włosach, —

Niebo z włosów spływa w mrok istnienia.

Niech no zalśni odrobina czasu

W bacznym oknie i w zawiłym jarze,

A na zawsze pójdziemy do lasu.

I poszliśmy. — O czymże ja marzę?

Jaką z nieba mgłę do oczu tulę ?

Był świt w liściach, a w obłokach — skrytki.

Kwitły chore na błękit — śniwule78

I nakrwione słońcem — złotolitki79.

Drzewa przez sen bezkresami bredzą,

Cała w szumach — przyszłość i ustronie!

Czar twój — dreszczu sprawdziłem niewiedzą, —

Ust domysłem obadałem dłonie.

I byliśmy w pilnym trwaniu — sami, —

Cień twój szukał na ziołach popasu.

A świat, szumiąc, mijał nad drzewami,

Aż przeminął... I wrócił do lasu...

Powrót świata dział się jednocześnie

W twoim domu — na oszklonych schodach, —

W oczach dziewcząt, których los tkwi we śnie,

I w sąsiednich studniach i ogrodach.

W śniegu

Już nie ma dawnej łąki! Nieznanej krainie

Upodobnił ją śnieg ten, co ciszkiem się stoży80.

Czasem lśniwo81 nalodku82, oślepłe od zorzy,

Na ukos mignie oczom, a naprzeciw — zginie...

Różowe od poblasku i oprawne w śniegi

Gałęzie gniazd gruzłami przeświecają w słońce,

I kruków nieruchome tkwią na nich szeregi,

W jedną stronę swych dziobów nasrożywszy końce.

Można teraz się zbłąkać wśród białego czaru,

Świat w nim bezimiennieje, gubiąc swe granice.

Można teraz nie poznać parowu i jaru,

I nie trafić na drogę, i złudzić źrenice...

Co za światy przelotne i wędrowne kraje

Spadły razem ze śniegiem na te ścieżki strome?

I czemu tak radośnie oko nie poznaje

Tego, co tak niedawno było mu znajome?...

Po deszczu

Deszcz, słońcem zaskoczony — poszperał u płotu

I zdrobniał — i, łzawiejąc, w bezkres się oddala.

Niebo w kałuż błyszczydłach — obłoki utrwala,

Jakby ktoś wodę biało opierzył do lotu.

W pajęczynie, rozpiętej na liściach paproci,

Z mroku w blask się rozhuśtał znikliwy zjaw tęczy.

Czasem coś, czego nie ma, pod wiatr się zazłoci,

By dorzucić swe złoto do pszczoły, co brzęczy...

Na bylicy83 się dłużą dżdżu płynne kolczyki,

A cienie, gdy z gęstwiny wybiegają boso,

Idą — w żal i z powrotem, jak te pacholczyki84,

Co w piosence — w takt śmierci Magdalenkę niosą...

A o tej Magdalenki śpiewanym pogrzebie

Aniołowie wspominać lubią na błękicie, —

I gdy znuży ich mgliste z wiecznością współżycie, —

Młodzą skrzydła na deszczu, co wilży sny w niebie.

Łagodząc nieśmiertelność tych skrzydeł podmuchem, —

To — rojno85, to — w rozsypce na mniejsze gromady —

Krążą w słońcu nabytym od motyli ruchem,

Jak puszyste — o czar swój dbające owady.

Pejzaż współczesny

Dzieje się w krwi pożywką podchmielonym czasie.

Tak nie można trwać nadal, ale nadal trwa się...

A co jutro? — Jest wróżka w Paryżu i Pniewie,

I już wszystkim wiadomo — i jeszcze nikt nie wie!

A właśnie w kabarecie wśród figlów pośpiechu

Muchą zdobna łysina trzęsie się od śmiechu,

A w sali naprzeciwko grzmi odczyt publiczny,

Jak ustalić w niebycie — byt ekonomiczny?

Ów zbój, co Bożym grobkiem obzywa świątynię,

We mgle Inteligenta już zwęszył po minie —

I nie w kość — i nie w duszę, lgnącą do bezdroża,

Lecz uderza w tę minę, co szła na lep noża!

W zgrozach izby piwnicznej, śniąc kątem w noc słotną,

Robot tuli w objęciu dziewkę bezrobotną

I dłonią, jak spiżowym dąsów poskramiakiem,

Zmusza pierś do układów z miłości straszakiem.

A w kawiarni Kolektyw ze złotym zegarkiem,

We fraku, posmutniałym od niezgody z karkiem,

Z burżujką, co się pudrem w pusty zaświat śnieży,

Tańczy tango dlatego, że mu się należy.

Pan minister na balu w gronie dziennikarzy,

Dbając, by w własnej twarzy było mu do twarzy,

Z uśmiechem, który pilnie przygotował w domu,

Twierdzi, że... nie odbiera nadziei nikomu.

Po smugach od latarni i po srebrnym błocie,

Ślubując śpiewną grdykę społecznej zgryzocie,

Poeta na arytmię dwojga skrzydeł chory,

Kroczy w poszukiwaniu znikłej metafory.

Słowo się nie spokrewnia z pozasłownym trwaniem, —

Porównanie się stało tylko — porównaniem.

Skąpiąc niebu pośmiertnej w głębi jezior maski,

Chce życie w rodzajowe pokurczyć obrazki.

Wyzbyty kłopotliwej skrzydeł tajemnicy,

Święci swe Wyzwolenie z Wyżyn — na ulicy, —

A ulica zaledwo, że to on, — dostrzega

I, biegnąc w mgłę następną, nigdzie nie dobiega!

I te sklepy, co w świateł mizdrzą się potopie!

I te drzewa, co wiedzą, że tkwią w Europie!

I księżyc, co na dachach dolśnił się do czczości!

I niebo — nad dachami! Niebo bez przyszłości.

Mimochodem (cykl)

[Módlmy się śród drzew...]

Módlmy się śród drzew

Za zdeptany wrzos, —

Za przelaną krew,

Za zburzony los!

I za śmierć od kul, —

I od byle rdzy!

I za cudzy ból —

I za własne łzy!

[Uwiędły sad...]

Uwiędły sad

Przeżegnał się szkarłatem.

Liść drgnął i spadł.

Módl się do tęcz za światem!

Pożółkły klon

Mży w stawie miedzią złudną.

We własny zgon

Uwierzyć mu tak trudno!

[Płomienny uśmiech nietrwałych zórz...]

Płomienny uśmiech nietrwałych zórz

(O, złoć się dłużej!) — umiera już.

I jeszcze jedna z różowych chmur

Skrajem dogasa na grzbiecie gór.

I jeden jeszcze przeżyty dzień

(O, złoć się dłużej!) — odchodzi w cień...

[Zwoływali się surmą na wrzawę-zabawę...]

Zwoływali się surmą86 na wrzawę-zabawę,

A jam gadał z mogiłą...

Wszyscy na koń już siedli, by jechać po sławę,

Lecz mnie z nimi nie było.

Sny moje zaniedbane marnieją w dolinie...

Weź pług w dłonie i oraj!

Płynie życie bez jutra, a w ślad za nim płynie

Moje życie — bez wczoraj!

[Coś tam mignęło dalekiego...]

Coś tam mignęło dalekiego

Wbrew niedalekiej wodzie, —

Coś tam wezbrało rosistego

W ogrodzie — w ogrodzie!

Coś się spełniło skrzydlatego

Nad przynaglonym kwiatem! —

Coś tam spłoszyło się bożego

Pomiędzy mną a światem!...

Spojrzystość (cykl)

Spojrzystość

Rozełkanych87 rusałek nagłe sto tysięcy

Wypłynęło na księżyc, by istnieć mniej więcej.

Wodo, wodo — gdzie jesteś? Tu jestem, gdzie płynę!

Pogłaskały powierzchnię, miłując głębinę.

Ile ciał — tyle smutków... A woda spojrzysta,

By zobaczyć je do cna — ze świateł korzysta.

Bada światłem, a sprawdza umówionym cieniem,

Falując aż do brzegu podwodnym spojrzeniem.

Ale to — nie spojrzenie! To raczej — spojrzystość,

Co nie może tam dotrzeć, gdzie łka rzeczywistość.

Ślepym srebrem zaledwo spojrzyścieje w światy.

Srebru śni się, że szumi i polewa kwiaty.

Woda roi88, że mgły się za ręce w blask wiodą,

Lecz ciał zlęklych nie widzi. Co począć z tą wodą?

Okna twoje — otwarte. Sny oczu nie strzegą,

A ty na mnie nie patrzysz. Dlaczego, dlaczego?

W lesie

Tyle w gęstwinie cisz błądzi i tyle

Słoneczniejących między pniami czasów,

Że nasilone barwami motyle

Lecą w znój przyszły — przeczuwanych lasów.

Wierzchami sosen — szum chodzi wysoki

I — przemijając — pozostawia drzewa.

Dość mi pomyśleć — wśnionemu w obłoki —

O jakimś ptaku, by stwierdzić, że śpiewa...

W drgawym89 powietrzu coraz złotowłosiej

Od snów, co niosą w blask — zmarłe pustkowie, —

A ja pamiętam, że pod lasem — w rowie

Purpurowieje drobny mak — samosiej.

I właśnie, sycąc cienistą snu zmrużkę

Wspomnianą nagle z lat dawnych doliną,

Spożywam chleba wonnego całuszkę90

Razem ze słońca na niej odrobiną...

Strumień

Mrok się z mrokiem porównał, żałoba — z żałobą.

Coś się chciało zazłocić, lecz zabrakło czasu.

Zbył się91 strumień swych brzegów, powstał całym sobą,

Wyprostował się w wieczność i szedł środkiem lasu.

Szedł do krzyża w pustkowiu, gdzie gwiazd swych niepewna

Nieskończoność się krzepi westchnieniami mięty, —

I pierś swą strumienistą przymartwił do drewna

I zawisł, z dobrowoli92 na krzyżu rozklęty.

Po co ci, Senna Falo, na krzyżu noclegi?

Za kogo, Dumna Wodo, chcesz marnieć i ginąć?

Za tych, co już przeżyli dno swoje i brzegi, —

Za tych, co właśnie odtąd nie mają gdzie płynąć.

Zwierzyniec

Flamingo93, różowiejąc, smukli94 się nad wodą

Skrzydlatego jedwabiu zaciszną urodą.

Sama dal tak w nim skupia swe znikliwe dzieje,

Że — czy leci, czy stoi — zawsze daleczeje95.

Wielbłąd w słońcu zapłowiał96 stąd o kroków siedem

Jak sprzęt Boży, okryty poniszczonym pledem97.

Świat, co szuka oparcia dla swego zamętu,

Korzysta z pogarbionej ciszy tego sprzętu.

Ślepie, z których się słońce nigdy dość nie wylśni,

Patrzą na mnie z plamiście rozwrzaskanej98 pilśni99,

W której mrok się tygrysim gęstwi uścierwieniem100, —

Ten sam mrok, co w ogrodzie był tylko — brzóz cieniem...

Pies mój, kwiat oszczekując, łbem się tuli ku mnie, —

By poistnieć w mym świecie trafnie i beztłumnie, —

I oczami po prośbie w twarz mi się człowieczy,

A ja wchodzę — w Mgłę zwierząt i w Tuman wszechrzeczy.

Ćmy

Przychodzą nieustannie z tamtej strony ciszy

Psy, wierzby, nagłe sady, ćmy białe, ćmy szare

I próżnię zapełniają, gdzie czasem brak myszy,

By zasklepić czymkolwiek w świat wyziorną szparę.

Przychodzą potłumione zielenią otchłanie

I dziewczęta, co w oczach dźwigają los nieba —

I obłoków nad ziemią srebrne górowanie

I ta wiara, że właśnie tak trzeba, tak trzeba...

I przychodzą modlitwy o większą tęsknotę,

Źli bogowie, złe wiosny i mgła zagrobowa,

Bzy bez jutra, bez wczoraj, ćmy czarne, ćmy złote

I ty, co tak się smucisz, gdy piszesz te słowa...

Zwiewność

Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,

Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.

Cień ręki — na murawie... A wszystko — niczyje,

Ledwo się zazieleni — już ufa, że żyje.

A jak dumnie się modrzy101 u ciszy podnóża!

Jak buńczucznie102 do boju z mgłą się napurpurza103!

A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko...

Nic, prócz tła. Biały obłok z liliową przekreską104.

Dal świata w ślepiach wróbla. Spotkanie traw z ciałem.

Szmery w studni. Ja — w lesie. Mgłą byłeś? — Bywałem!

Usta twoje — w alei. Świt pod groblą105 w młynie.

Niebo — w bramie na oścież... Zgon pszczół w koniczynie.

Wstążka zmarłej dziewczyny na znajomej darni106,

Słońce, co chwiejnie skacząc, źdźbli107 się w łzach deszczarni108.

Wiara fali w istnienie za drugim nawrotem

I wołanie o wieczność w jaśminach za płotem.

Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie109,

Malejąc, łatwo zwiewną gęstwę ciała niesie

I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila

I wyziera110 z tej gęstwy w świat i na motyla.

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą

Dotykałem... Co z nimi? Gdzie one?

Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,

Z oczu w nicość strącone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,

A słońce malowało mi na ścianie

Złote psy — złote wybrzeża,

Złote skrzypce — złote otchłanie...

Kto dość zaklinająco spogląda

W światło, nawidocznione milczeniem,

Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda

I zbójcę słonecznego ze skrzystym spojrzeniem...

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,

Śniąc, że na wielbłądzie jadę... Zbójcą jestem...

A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie

Czytał dziennik ze spokojem i szelestem...

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy

Wąs ojca — i gzyms szafy — i róg serwety białej,

Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,

Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały...

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,

Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,

Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,

Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem...

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,

Ociężale wygodniał i płowiał...

Cukier igrał skrą błękitną,

Bochen chleba — różowiał...

Zegar wytrząsał ze sprężynowych zwojów

Dłużącą się nutę w głąb sali.

W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów

Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało... Źle, że coś się stało...

Ten sam zegar w innych miastach bił nieśmielej...

I dusza się potknęła o nieoględne ciało, —

I kolejno umierać zaczęli...

Sen

Śniło mi się, że konasz samotnie,

Mnie nie było, ale jestem już!...

Biegłem do cię powrotnie, powrotnie

Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie111

Razem z śmiercią, co twe piersi ssie, —

I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —

Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

Klęska

Dawniej mi się zdawało, żem z mroków chaosu

Wybiegł w świat — niepochwytny i wolny od losu.

Że najtrwalszy ze wszystkich przywidzeń i dziwot —

Sam o sobie śnię powieść — sam klecę mój żywot.

Że powoli, niechętnie i niepostrzeżenie

W złych snach mi się z dnia na dzień — ciuła przeznaczenie.

I że musi upłynąć bardzo dużo czasu,

Nim mrok pozna mnie w kwiatach, lub stwierdzi śród lasu...

Dziś wiem, że w zło się trzeba, jak w szelest, zasłuchać, —

Że je łatwiej wykrwawić, niźli udobruchać.

Mgła mi z ręki wróżyła... Pamiętam szept cienia...

Nim cios we mnie uderzył — wprzód zbrakło zbawienia.

A gdym wołał o pomoc — tak nagle się stało,

Jakbym najpierw miał ranę, a później — to ciało...

Bo między mną a klęską — żaden czas nie płynął, —

I nic było tych godzin, gdym jeszcze nie zginął...

Noc

Takiej nocy nie było! To noc — nietutejsza!

Przyszła z innego świata i trzeba ją przeżyć...

Już płaczą rzeczy martwe... Ale o to — mniejsza!

Nie każdą śmierć dziś można wiecznością uśmierzyć...

Nic nowego za grobem! Nic — poza tą bramą,

Gdzie się duchy zlatują ku istnienia plewom:

A cokolwiek się stanie — stanie się to samo, —

Złych zdarzeń powtarzalność ciąży nawet drzewom!

Po pajęczej z chmur nici zszedł śnitrupek biały,

Stanął w oknie i patrzy, komu spać przeszkodził?

Krzyk słyszę! To — z Tarpejskiej na księżycu skały

W przepaść boga strącono, który się narodził!

W czas zmartwychwstania

W czas zmartwychwstania Boża moc

Trafi na opór nagłych zdarzeń.

Nie wszystko stanie się w tę noc

Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew

Umilkł w mogile — bezpowrotnie.

Jest taka krew — przelana krew,

Której nie przelał nikt — dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość

Zaznało zgrozy w swym konaniu!

Jest taka dumna w ziemi kość,

Co się sprzeciwi — zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma112 w niebie gra,

By nowym bytem — świat odurzyć?

Nie każdy śmiech się zbudzić da!

Nie każda łza się da powtórzyć!

W trwodze

Idź w mrok po senną strawę, zgłodniały tułaczu!

Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać...

Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?

I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?

O, wszyscy, wszyscy przyjdźcie w trwodze i bezładzie!

Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,

Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie

I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?

Twarzy, zewsząd zjawionych jak najwięcej twarzy!

I dłoni — i tej widnej na przestrzał ulicy!...

Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy, —

I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!...

Trzeba zejść się gromadnie, byle nie odwlekać...

I pomówić o wszystkim... I przedsięwziąć kroki...

I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać, —

I co prędzej — na oślep iść w smutek głęboki...

Wiedza

Byłem przed chwilą w bezkresie!

Blask się potykał z mym ciałem...

To ja tak złocę się w lesie...

Wiedziałem o czymś, wiedziałem!...

Lecz motyl mignął szkarłatnie

Pomiędzy mną a modrzewiem...

Sny moje, sny przedostatnie!...

Już znikły! Znowu nic nie wiem...

Pobiegnę w chabry nieznane,

W kąkolu113 całą dal zmieszczę!

I umrę i zmartwychwstanę, —

I będę wiedział raz jeszcze!...

Samotność

Wiatr wie, jak trzeba nacichać...

Za oknem — mrok się kołysze.

Nie widać świata, nie słychać,

Lecz ja coś widzę i słyszę...

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu

Bezradną wyciąga rękę!

Nie znam obcego mi głosu,

Ale znam dobrze tę mękę!

Zaklina, błaga i woła,

Więc w mrok wybiegam na drogę

I, nic nie widząc dokoła,

Zrozumieć siebie nie mogę!

W brzozie mgła sępi się wiotka.

Sen pusty!... Wracam do domu...

Nie! Nikt się z nikim nie spotka!

Nikt nie pomoże nikomu!

[Po co tyle świec nade mną...]

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?

Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę, —

Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,

Uroczyście — wiekuiście — osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,

Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,

Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

Na poddaszu

Skroń wynurzam z poddasza. Niech gwiazdy mnie strzegą!

Ty — z dołu — przyjrzyj no się mej górnej żałobie!

Tkwię w trumnisku, utkanym z wyżyn i z niczego, —

A na imię mam — Oddal! Nic nie wiem o tobie...

W dole — świateł drobnota. Piętrowanym cieniem

Dom migoce... Są okna, gdzie zawsze jest ciemno...

Byt mój stał się radosnym w snach znieruchomieniem

Skoku, który dać mogę w tę przepaść pode mną!

Mów, gdzie wszechświat nocuje ? W nizinnych snów mrowiu,

Czy tu wyżej, gdzie nicość z lekka się odsmuca,

Gdy po dachów rozległych blaszanym pustkowiu

Księżyc świeci, kot biegnie i komin cień skróca?...

Trupięgi

Kiedy nędzarz umiera, a śmierć swoje proso114

Sypie mu na przynętę, by w trumnę szedł boso,

Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,

By go obuć na wieczność, bo zbyt jest ciernista, —

I, grosz trwoniąc ostatni dla nóg niedołęgi,

Zdobywa buty z łyka,115, tak zwane trupięgi.

A, gdy go już wystroi w te zbytki żebracze,

Wówczas dopiero widzi, że nędzarz, — i płacze!

Ja — poeta, co z nędzy chciałem się wymigać,

Aby śpiewać bez troski i wieczność rozstrzygać,

Gdy mnie w noc okradziono, drwię z ziemskiej mitręgi116,

Bo wiem, że tam — w zaświatach mam swoje trupięgi!

Dar kochanki, czy wrogów chytra zapomoga117? —

Wszystko jedno! W trupięgach pobiegnę do Boga!

I będę się chełpliwie przechadzał w zaświecie,

Właśnie tam i z powrotem po obłoków grzbiecie,

I raz jeszcze — i nieraz — do trzeciego razu,

Nie szczędząc oczom Boga moich stóp pokazu!

A jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą,

Wzgardzi mną jak nicością obutą zbyt licho,

Ja — gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami,

Będę tupał na Niego tymi trupięgami!

Chałupa

Gdy się żal do świata wiśniami napłoni,

Będę ci chałupę budował w ustroni.

Błyskuńcem siekiery pień rozszczepię w deski,

W szalejącą twardziel wbiję gwóźdź niebieski.

Porozwieram w słońce okna przeciwsenne,

Żeby po pułapie strachy pełzły dzienne.

Przesosnowe progi do twych stóp przymuszę,

A świetlicy każę jaśnieć w twoją duszę.

Poobciosam niebyt tak, że będzie gładki

I wyryję na nim wzorzyste zagadki.

Ulegnie mym dłoniom niepochwytność świata

I krzepkiego drzewa osoba liściata.

Oczom twym przywłaszczę wszystek las i pole,

Ustom podam w szepcie moją wolną wolę!

Wolną podam wolę na złoconej misie, —

Niech panuje światu moje widzimisię!

Niech ci się spodobam groźny, zły i dumny,

Bylebym się w drzewie nie dorąbał trumny!

Bylebym w nicości nie brzęczał jak komar!

Bylebym się w słońcu do Boga nie domarł!

Niewiara

Już nic nie widzę — zasypiam już

W ciszy i w grozie.

Znika mi słońce w załomach wzgórz,

Bóg znika — w brzozie...

Ginie mi z oczu umowny kwiat

W chwiejnej dolinie.

Gdzie się podziewa ten cały świat,

Gdy z oczu ginie?

Czy korzystając z tego, żem zwarł

Rzęsy na mgnienie, —

Znużony dreszczem i łzami czar

Znicestwia w cienie?

Czy wypoczywa od barw i złud

Popod snu bramą,

Wznosząc boleśnie w wieczność i w chłód

Twarz nie tę samą?...

Nie, nie! Przy tobie, jak dawniej, trwa

Śmiertelny, bujny!

Jest tu, gdzie zgroza, niewiara twa

I sen twój czujny!

Przechodzień

Zgony liliowe w pustce nad drogą,

I nic — i bezbrzeż traw!

Do traw bezbrzeży i do nikogo

Wołałem: «Zbaw mnie, zbaw!»

A szedł przechodzień... Nie wiem, dlaczego

Dłonią mi podał znak.

Może pomyślał, że to do niego,

Do niego wołam tak!

A była cisza, jakby świat minął, —

Trwał jeszcze słońca brzeg, —

A on na ciszę oczami skinął,

Zrozumiał coś i rzekł:

— «Nie mam ni chleba, ni sił, ni domu!

Jak ty, — bez jutra łkam.

To — ja, nieznany z klęski nikomu!

To — ja! Ten sam, ten sam!

Śmierć moja w jarach namiot rozpina,

Zagrodę — spalił wróg.

Gdy przedostatnia bije godzina,

Sny niszczy Bóg, sam Bóg!

Lecz ufam jeszcze jednemu snowi,

Że się wypełni w czas!

Cokolwiek zorza w tym śnie zróżowi,

Podzielę między nas!»

I przysiągł wierność mojej żałobie

Na wszystkie życia dnie!

I dłonie, dłonie podał mi obie,

I zbawił, zbawił mnie!

Zły jar

Łza, dawno zapomniana, śni się memu oku.

Łza — snem!...

A szczęście?... Obłok płynął... Toć118 wiem, że w obłoku!

Toć wiem!

Ów czar jeszcze pamiętam w wiosennym bezkresie —

Ów czar!

I las nagły po drodze — i w tym nagłym lesie

Zły jar119!

W złym jarze człowiek blady krtań nożem przecina...

Więc cóż?

Sam przez się!... Własnoręcznie!... Mówią, że — Przyczyna!

Że — Nóż!

I mówią: «Chciał mrzeć120, głupi! Słońce w twarz mu świeci...

Chciał mrzeć!»...

A on wie, że ból z ciała wymknął się i leci!...

Leć — leć!...

Modlitwa

Za młodych lat szeptałem żarliwie i skrycie

Modlitwę o wydarzeń tragicznych przeżycie, —

O łzę, która się w oczach rosiście przechowa

Na pokarm dla mgieł nocnych i na treść — dla słowa.

I nastał dzień, co zgrozą poraził mi duszę, —

I musiałem go przeżyć... On wiedział, że muszę...

A już stało za drzwiami to Złe, co niweczy

Szumy mego ogrodu nad gęstwą wszechrzeczy.

Zasłuchany boleśnie w lada szmer na dworze, —

Nie wiem kto w drzwi zapuka? Kto jeszcze przyjść może?

I ze trwogą wspominam, sny tłumiąc bezsterne,

Nieoględnej modlitwy słowa łatwowierne.

[Bóg mnie opuścił...]

Bóg mnie opuścił — nie wiem, czemu...

Źle Mu w niebiosach! Wiem, że źle Mu...

Ojciec mój tak swą śmierć przeoczył,

Że idąc do dom — w grób się stoczył.

Siostra umarła z łez i z głodu,

A wszyscy mówią: „Bez powodu!”

A brat mój tak się z bólem ścierał,

Żem nasłuchiwał, gdy umierał...

Kochanka moja teraz ginie,

Żem ją pokochał w złej godzinie.

A ja — nim miasto w mroku zaśnie —

Idę ulicą, idę właśnie...

Do siostry

Spałaś w trumnie snem własnym, tak cicho, po bosku,

Nie wiem, czy wszystkich naraz pozbawiona trosk?

W śmierci taka zdrobniała, niby lalka z wosku...

Kocham ten ubożuchny, ten zbolały wosk!

Trup jest zawsze samotny! Sam na sam z otchłanią!...

A właśnie ja — twój brat —

Suknię Tobie sprawiłem za dużą i tanią,

Suknię — na tamten świat!

W każdym zgonie tkwi zbrodnia, co snem się powleka,

Chociaż zbrodniarza brak...

Wszyscy winni są śmierci każdego człowieka!

O, tak! Na pewno — tak!

Winnych wskazać potrafię!... I nikt się nie broni!...

I ten — i ta — i ów!...

I ja sam! Ja — najbardziej, choć wiem, że i oni!

I ja — i oni znów...

Wina wszystkich naokół — milcząca, zbiorowa,

A my mówimy: los!

Niech od złego Bóg żywych i zmarłych zachowa!

Módlmy się o to w głos!

Tak się lękam, że jesteś wciąż głodna i chora,

Że złą otrzymam wieść, —

I że przyjdziesz zza grobu któregoś wieczora

I szepniesz: «Daj mi jeść!».

I cóż wtedy odpowiem? Nic mówić nie trzeba!...

Niech mówi za mnie — Bóg!

Siostro! Już w całym świecie nie ma tego chleba,

Co by Cię karmić mógł!

Trumna twoja spoczęła w ciężarowym wozie,

Pamiętam nudny wóz.

A była niedorzeczność i drwina w tej zgrozie!

I był nieludzki mus!

Bałem się, że Cię żywcem oddamy mogile

W złym, letargicznym śnie.

I ktoś wtargnął do wozu i rzekł, że się mylę,

I uspokoił mnie.

Czekałem, aż wóz ruszy, by wlec Cię do miasta...

W skwar słońca skrzypnął wóz.

Drgnęła trumna, a była godzina dwunasta.

Żelazny zagrzmiał kłus!...

I sam nagle w tym słońcu musiałem pozostać.

Patrzyłem szynom w ślad...

Świat się zmniejszył na zawsze o twą drobną postać,

I zmalał cały świat!

I myśl wątła do mojej wsnuła się żałoby,

Niby pajęcza nić,

Myśl, że nie ma na świecie tak drogiej osoby,

Bez której nie można żyć!

Noc, przy zmarłych spędzona, nazywa się — pusta!

Brak tego, o kim łkasz...

Zgniją oczy — i wyraz tych oczu — i usta.

Śmierć patrzy w kość, nie w twarz!...

Wiem, że gnijesz nabożnie i że wśród ciemnoty

Pośmiertny dźwigasz krzyż,

Lecz nie śmiem do podziemnej zaglądać Golgoty,

By sprawdzić, jak tam śpisz?

Trup trzeźwieje — wyzuty z krwi i upojenia!

Już złudzeń — ani krzty!

A może Bóg omija twój zgręz bez imienia

I nie wie, że to — Ty?

Boże, odlatujący w obce dla nas strony,

Powstrzymaj odlot swój, —

I tul z płaczem do piersi ten wiecznie krzywdzony,

Wierzący w Ciebie gnój!

W nicość śniąca się droga (cykl)

Cmentarz

Wędrowiec, na istnienie spojrzawszy z ukosa,

Wszedł na cmentarz: śmierć, trawa, niepamięć i rosa.

Był to cmentarz Okrętów. Pod ziemią wrzał głucho

Trzepot żagli pośmiertną gnanych zawieruchą.

Wędrowiec czuł, jak wieczność z traw się wykojarza,

I, ciszę swą do ciszy dodając cmentarza,

Przeżegnał to, co bliżej: pszczół kilka, dwa krzaki

I na pierwszym grobowcu czytał napis taki:

Zginąłem nie na ślepo, bo z woli wichury

I wierzyłem, że odtąd nie zginę raz wtóry,

Że znajdę przystań w śmierci, a śmierć w tej przystani,

Ale śmierć mnie zawiodła! Umarłem nie dla niej!

Trwa nadal wiatr przeciwny i groza rozbicia,

I lęk, i niewiadomość, i wszystko prócz życia!

Szczątki moje podziemne, choć je nicość nuży,

Jeszcze godne są steru i warte są burzy!

Nikt nie wie, gdzie ten wicher, który żagle wzdyma?

Kto raz w podróż wyruszył — już się nie zatrzyma.

Znam tę głąb, gdzie się Okręt mocuje nieżywy.

Snu — nie ma! Wieczność — czuwa! Trup nie jest szczęśliwy!

Za wytrwałość mych żagli, które śmierć rozwija,

Przechodniu, odmów — proszę — trzy Zdrowaś Maryja!

Wędrowiec dla nikogo zerwał liście świeże

I ukląkł, by żądane odmówić pacierze.

Za grobem

Nad brzegami zagęstwionych nicości

Szumi wiara w wiekuiste sitowie.

Nikt już nie dba o swe ciało i kości!

Nikt nikomu nic już odtąd nie powie!

Z resztek życia śmierć swawolna po ciemku

Wydmuchuje bańkę trudną i złotą,

By przyświecać młodziuchnemu widemku,

Co się bawi skrzepłą w kukłę tęsknotą.

Z zaprószoną wspomnieniami źrenicą

Cień zmarłego, co drętwotę pokonał,

Mknie pośmiertnie urojoną ulicą,

Aby wśnić się w dom, gdzie mieszkał i skonał.

W rozwiewisku zagrobowej pokrzywy

Dziwaczeje pleśniejąca Niedziela...

Szukam brata, który nie był szczęśliwy!

Szukam siostry, co nie znała wesela!

Cienie, cienie! Darmo w mroku was gonię!

Pustkę tylko chwytam dłońmi obiema...

Więc nie wszyscy tu się znajdą po zgonie?

Więc są tacy, których nie ma, bo nie ma?

Nie ma mgły tej, co tak chciała być duszą,

By się snami do wieczności sposobić121!

O, te bóle, które bolą, bo muszą!

O, ta rozpacz, która nie wie, co robić!

Już się gwiezdne poniszczyły zamiecie, —

Cień się chwieje, poróżniony z mogiłą,

Coś innego stać się pragnie w zaświecie,

Coś innego, niż to wszystko, co było!...

Ubóstwo

Każde zmarło inaczej śmiercią strasznie własną!...

Ciało matki i ojca, i siostry, i brata...

Dziś rysy waszych twarzy w pamięci mi gasną,

Umieracie raz jeszcze śmiercią spoza świata.

Już nie umiem zobaczyć siostry mej uśmiechu, —

I tego, jak konając, padła na podłogę...

Brat mglisty i niecały śni mi się w pośpiechu, —

I głosu, którym mówił, przypomnieć nie mogę.

Pochowani w mogile mrą wciąż za mogiłą!

Widzę was na tle nieba, niby znaki wodne,

Takie inne, znikliwe, z przeszłością niezgodne,

Jakbym nigdy was nie miał — jakby was nie było!

Nic nie było! Nic nie ma! Miłowałem zmory!

Czciłem próżnie! Chcę łzami ocalić ból w sobie,

Więc płaczę, ja — na wiarę w potęgę łez chory!

Łzy się kończą! Mrze pamięć! Kres grozi żałobie!

O, Nocy, w przyszłość niebios wsrebrzona niemylnie, —

Jeśli chcesz w piersi moje uderzyć mgłą ciemną, —

Uderzaj bezlitośnie, uderzaj dość silnie,

Bom — człowiek! Zniosę wszystko! Pomocuj się ze mną!

Kto potrafi żal dłońmi tak tłumić obiema!

Kto zdoła, gdy mu z oczu nicość jawę zmiecie,

Tak nic nie mieć, naprawdę nic nie mieć na świecie,

Jak człowiek, co nic nie ma, naprawdę nic nie ma!

Betleem

Sen mnie ze snu obudził. Przespałem byt drobny

Gwiezdnej smugi na rzęsach. Śniła się — dlaczego?

Chciałem razem z Magami iść w świat, niepodobny

Do żadnego z tych światów. Wiem, że do żadnego!

Biegnę w mrok, byle biegnąć122! Może ich dogonię,

Choć mi trudno przeczuciu opierać się złemu.

Już widzę pierwsze stada, śpiące na wygonie

I światła w Bogu ślepych oknach Betleemu123.

Zbliżam się do jaskini. Nigdy lub tym razem!

Chwili tracić nie wolno! Śpiesz się, nędzo ziemska!

Jeden pastuch wbrew cudom drzemie popod głazem

Budzę go w imię twoje, gwiazdo Betleemska!

Gdzie Magowie? — „Odeszli. Badacze ich cienia

Głoszą, że wraz z kadzidłem i mirrą, i złotem

W kurz się marny rozwiali pod tej karczmy płotem,

Gdzie droga w nicość skręca. Tyle — ich istnienia”.

Gdzie Maryja? — „Mów o Niej z niebem lub mogiłą.

Nikt nie wie — i nikt dzisiaj nie odpowie tobie”.

A gdzie Bóg? — „Już od dawna pochowany w grobie,

Już szepcą, że go nigdy na świecie nie było!” —

A gdzie jest Magdalena? — „Zapatrzona w zgony

Przemilczała ból hańby, gdym ją kopnął nogą.

Wracaj tam, skąd przychodzisz — ty śmiesznie spóźniony!”

Nie mam po co i nie mam powrócić do kogo!

Po śmierci

W przestworów niepokoje

Chmur spodem, niebios dnem

Lecimy obydwoje

Pośmiertnym gnani snem.

— «Czy widzisz drogę pylną?» —

— «Stóp czyichś widzę ślad...»

Tak śpieszno nam i pilno

Zobaczyć inny świat!...

— «Znasz nicość, mgłą topazu

Przelśnioną tu i tam?...»

— «Znam dziwnie i od razu,

Na niewidziane znam!» —

— «Jakież tu inne kwiaty!

I jaki inny las!»

To nie te jeszcze światy,

I jeszcze nie ten czas...

Trzeba nam dalej płynąć,

Za kresem ścigać kres,

I w śmierci się rozminąć

I spotkać się wśród łez.

— «Czy wiesz, że twe pieszczoty

Są tylko drganiem tęcz?»

— «O, męcz mnie, duchu złoty,

Miłością trudź i męcz!»

Zmęczonym — dłuższa droga, —

Zmęczonym — krótszy zgon.

— «Widziałeś go?...» «Czy Boga?» —

— «Był tutaj.» — «To — nie on!

To — gwiazd naokół czaty,

Co śledzą śmierć i nas, —

To nie te jeszcze światy

I jeszcze nie ten czas...»

Trzeba nam dalej płynąć,

Umierać wciąż — bez przerw,

Bo nie dość raz zaginąć

Tym, co istnieli wpierw.

— «Czy słyszysz chór skowrończy124

— «To cienie śpiewać chcą...»

— «Mów ciszej: co się kończy

Po śmierci?» — «Nie wiem, co!» —

Kończą się mgły za mgłami,

Lecz nie ustaje żal.

Spójrz — każda dal przed nami —

Wciąż przedostatnia dal!

W pozgonnych125 zórz szkarłaty

Rzuć okiem tylko raz!

To nie te jeszcze światy

I jeszcze nie ten czas...

W nicość śniąca się droga

Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu, —

Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej — wbrew...

I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu

Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?...

Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.

Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic...

I nie mogę cię pieścić, i nie pieścić nie mogę, —

Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.

Usta twoje — daleko! Usta twoje — tak blisko!

Serce w żalu zatwardziałe do rąk białych weź i złam!

Czy pamiętasz ów ogród — płot wysoki — mgłę niską?

Mgła — to człowiek niepotrzebny, snem mi równy — taki sam!

Coś tam o nas przez liście zaszeptało do cienia, —

Potoczyło się po drzewach — zrozumiało nas — i lśni...

W ustach twoich — tkwi chłodna odrobina znużenia, —

Więc pójdziemy do ogrodu! Poszukamy zmarłych dni!

Jest tam ścieżka znajoma — i jest drzewo za bramą.

Czy pamiętasz, jak się idzie? Trzeba minąć cały świat!

Wdziej126 tę suknię, co wtedy!... Włosy uczesz tak samo!

I pójdziemy do ogrodu... Ty idź — pierwsza... Pójdę w ślad...

Słowa do pieśni bez słów

Kto cię odmłodzi, żywocie wieczny? Sam się przeinacz!

Razem z chmurą się spłomień w zórz szkarłatnej zagęstce.

A ja — obłędny nieistniejących zdarzeń wspominacz —

Bywam tobie najbliższy tylko we śnie i w klęsce...

Nie było dolin — a jednak smutek stał się w dolinie...

I choć wróżek nie było — w mgłach mówiono o wróżce...

Brzegiem obłoków fijolet127 płynie. Myśli, że płynie.

Sen się boczy128 na tego świateł w nicość rozprószcę129.

W odmętach nocy niech ciał się strzeże bezbronne ciało,

Niech swe losy przesłania byle jakim błękitem.

W moim ogrodzie coś się znagliło i zaszemrało, —

Zaszemrało, jak gdyby ktoś się rozstał z niebytem.

Znam ja na pamięć jedną dziewczynę... Znam jej westchnienia

I mym ustom uległość pieszczotliwie zawiłą.

Nic w niej nie było, oprócz uśmiechu i przeznaczenia, —

I kochałem ją za to, że nic więcej nie było.

Znam taką duszę, co cmentarniejąc nie do poznania,

Sztuczną różę w śmierć niosła... Była niegdyś różystką130...

Skąd ten świat cały? — I róże sztuczne?... I czyjeś łkania?

I ja — w świecie, — i ptaki — i pogrzeby — i wszystko?

Znam ja złocistość, co śni się niebu w imię rezedy131...

Dla snów błędnych jest człowiek — lada Bożą ustronią132.

Gasł niegdyś wieczór — i łódź się moja rozbiła wtedy

O tę zgubną złocistość. Tak się stało, że o nią.

Zorza dokrwawia swój żal do nieba w czerwieniach pustych,

A obłoki gasnące chcą w bezludny świat uróść133.

Czymże jest dla mnie — albo dla jezior — albo dla brzóz tych

Głuchoniemej wieczności zaraźliwość i burość!

Czym tajemnicę w niepowtarzalnych dreszczach roztrwonił,

Gdym twe ciało w ciemnościach pieszczotami przejaśnił?...

Świat się już dla mnie dość nanicestwił i naustronił, —

I jam dość się dla świata naczłowieczył i naśnił!

Spieszno mi teraz do zmartwychwstania kilku topoli,

Co szumiały w pobliżu zanikłego w snach domu!

Spieszno mi teraz do zatajonej w gwiazdach niedoli,

Którą muszę sam przeżyć, nic nie mówiąc nikomu.

I co ja zrobię po śmierci z sobą i z całym światem? —

Czy w twych łzach się zazłocę? Czy się we mgle — zniebieszczę?

Mrok nieodparty zszedł się w ogrodzie z bezwolnym kwiatem, —

Myśmy byli w tym mroku i będziemy tam jeszcze!

Marsjanie

Zagrzmi w niebie okrętów napowietrznych tęt,

Niepokojąc międzygwiezdnych mgieł rozwiewisko.

Zniknie złuda przestrzeni, wyzwolonej z pęt, —

Dość pomyśleć, że daleko, a już jest — blisko.

Na oścież się zasrebrzy księżycowy wstęp

Do bożyzny — daleczyzny, w szmer i otchłanie, —

A dołem — szumy leśne, zgiełk drozdów i ziemb, —

I na ziemię wylądują zwiewni Marsjanie.

Stopą obcą dotknięta — westchnie ziemi twardź,

I na chwilę to, co ziemskie, chętnie się zaćmi.

Po wiekach wyczekiwań i tych z niebem starć

Spokrewnimy się obłocznie z nowymi braćmi.

W ich oczach — wiary w Oddal niegasnący płom,

A w ich piersi — bezmiar żywy, swoisty, rdzenny.

Poczną nam się przyglądać w bezczasie jak snom, —

I na zawsze się ustali ten pogląd senny...

A przywiozą nam z nieba — rozmodlone ćmy,

I zwierzęta zadumane — i zgubne baśnie.

I nagle zrozumiemy, że to jeszcze — my, —

Że nie mogło być inaczej — tylko tak właśnie!...

W uczonej złocistości ich wróżebnych ksiąg

Wieszcz, co bogów nie odróżnia od chmur i łątek, —

W czasie przeszłym — dni przyszłych opowiada ciąg

I pośmiertną wiedzą krzepi istnienia wątek...

Jakiś bóg z ich orszaku (złoć się, mrzonko, złoć!)

Zawieruszy się w jeziornym nieba odbiciu

I, malejąc w docześnie srebrniejącą płoć,

Modrą wieczność w tym podwodnym wchłonie przeżyciu.

A ich elfy, co cierpią z dala od swych gwiazd

Na bezsenność wpośród kwiatów (o, gwiezdniej cierpcie!)

W żal pobiegną przez nagle urojony chwast,

Aż w tym chwaście zaszeleszczą ich żwawe kierpcie.

Słyną z czarów Marsjanki!... Niezgadniona płeć

Od ust naszych je przegrodzi — ledwo snu miedzą...

Byle tylko miłować i naglić i chcieć, —

A nauczą nowych pieszczot, bo o czymś wiedzą...

Któż się zdoła domyśleć, jaki strach i szał

Pała w oczach, co się w słońcu mienią na opal!

Czym jest wobec tych niebem nasyconych ciał

Nasze ziemskie dziewuszątko i jego — chłopal?...

Z nich jedna — wiem na pewno, że pokocha mnie,

Ku mnie ciałem — wzbronnym światu — występnie spłonie.

Obczyzno, przyswojona w pieszczocie i śnie!...

Tajemnico, co posiadasz — usta i dłonie!

Za jej sen — w mym uścisku, za pieszczotę nóg,

Za wniknięcie pocałunkiem w jej czary żyzne —

Oddam chętnie, natychmiast — na rozstaju dróg —

Żywot wieczny i tę całą — zagrobowiznę!

W ślad za nią będzie kroczył niewidzialny mops,

Co, podziemne węsząc zmory, wyje w niebiosy

Lub szczeka głosem czujnie rozśpiewanych kobz,

By odstraszyć złe uroki — złe sny — złe losy.

Jak brzmieć będzie jej imię — nie wiem, ale wiem,

Że wprowadzi mnie w głąb cudów — przez szum i trawę

Tak, że drzewa, roślinny przerywając zdrzem,

Z jednej jawy wejdą w drugą — i w trzecią jawę!...

A wy, coście szarzyzny uprawiali brzydź

I zbiorową w pyskach złudę srożyli dumnie,

Czy zdołacie tym życiem, co was wydrwi, żyć

I w zawrotny przepych słońca wejść bezrozumnie?

Już odtąd — z odwróconym do błękitu łbem,

Z wiarą w nową zaobłoczność, w odkrycia niebne

Pobrniecie niedołężnie — między snem a snem —

Od przydrożnych wierzb przyjmując — guzy chwalebne!...

Guzy, które złagodzą pychę waszych wad

I okupią uporczywość ślepego grzechu...

A my — śmiać się z nich będziem — śmiać się w cały świat!

Jakże tęskno mi już dzisiaj — do tego śmiechu!

Pan Błyszczyński

Kazimierzowi Wierzyńskiemu,

Jego żywotnym zmaganiom się

z upiorami współczesności

i zdobywczym przeobrażeniom

twórczym.

Ogród pana Błyszczyńskiego zielenieje na wymroczu,

Gdzie się cud rozrasta w zgrozę i bezprawie.

Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu

I utrwalił na podśnionej drzewom trawie.

Kiedy zmory są zajęte przyśpieszonym zmorowaniem

Między mgłą a niebem, między mgłą a wodą, —

Zielna zjawa swe dłonie zbezcieleśnia ze łkaniem

Nad paprocią — nad pokrzywą — nad lebiodą134.

W takiej chwili Bóg przelatał135, pełen wspomnień wiekuistych,

Ścieżką podobłoczną — właśnie, że tułaczą —

I przystanął na zbiegu dwojga tęsknot gwiaździstych,

Gdzie się widma migotliwie bylejaczą.

Zaszumiało jaworowo, ale chyba wbrew jaworom —

Samym cisz zamętem, samą cisz utratą...

«Kto te szumy narzucił moim dumnym przestworom?

Kto ten ogród roznicestwił tak liściato?...»

Cisza... Nikt nie odpowiada. Płyną chmury i godziny...

Wszelka dal w niebiosach — to dal zagrobowa.

Pan Błyszczyński w świat nagle z trwożnej wyszedł gęstwiny,

Szepnął: «Boże!» — i powiedział takie słowa:

«Był w zaświatach — sen i wicher, i zaklętej burzy rozgruch136!

Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!

Jam te drzewa powcielał! To — mój zamysł i odruch...

Moje dziwy... Moje rosy... Dreszcz i znój mój!

Przebacz smutkom i widziadłom, nieznającym rodowodu,

I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...

Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!

Do ogrodu!... Do — mojego!... Do — mojego!...

Wyznam Tobie całą zwiewność, całą gęstwę mojej wiary

W życie zagrobowe kwiatów i motyli.

Wejdź do mego ogrodu! I cóż z tego, że czary!...

I cóż z tego, że ułuda nikłej chwili!...»

Wszedł w gęstwinę, co szumiała poza życia drogowskazem.

Sami byli teraz. Oko w oko — sami.

Nic do siebie nie rzekli i, ciemniejąc, szli razem

Alejami — alejami — alejami!

Ogród śnił się... Tu i ówdzie dąb prześniony zżółkł i powiądł.

Każdy krzew sam w sobie miał zaświata wygląd.

Sporo było w gałęziach — cisz zbłąkanych i sowiąt137,

Lecz nie było ani świerszczy, ani szczygląt138.

Uciekały się niebiosy pod najdalszych gwiazd obronę,

Miesiąc złotym rogiem chmurę mgliście pobódł.

Trzepotały się w piachu dusze zmarłych, spragnione

Nowych zgonów i pośmiertnych w mroku swobód.

Coś złociście wyspowego w daleczyźnie alej pełga139, —

Można taką wyspę brwi skinieniem spłoszyć...

Świetlikami za chwilę północ w zieleń się wełga,

Niepokojąc gmatwaninę leśnych poszyć.

Pan Błyszczyński sprawdzał ogród, czy dość czarom jego uległ, —

I czy szum i poszum dość jest rzeczywisty, —

I czy liszaj140 na dębie — jadowity brzydulek —

Dość się wgryza w złudną korę i w pień śnisty?...

Badał jeszcze, czy ptak-lilia dość skowrończo w przyszłość śpiewa,

I czy wąż-tulipan wiosny jest oznaką...

I spojrzeniem przymuszał przeciwiące się drzewa,

By do zwykłych podobniały jako tako...

Drapieżniały zbyt cudacznie zdradnych kwiatów niebywałki,

A gałęziom ciążył złej wieczności nawał.

Pod stopami przechodniów piach niepewny i miałki

Tyleż istniał, ile istnieć zaprzestawał.

Szli, aż doszli tam, gdzie w mrzonce zagęstwionej i niczyjej

Cień dziewczyny jaśniał oczu w dal rozbłystką,

A jej usta i piersi, i ramiona, i sny jej

Były takie, żeby właśnie kochać wszystko...

Rzęsy miała dosyć złote, by rozwidnić blaskiem rzęs tych

Dno zmyślonych jezior, gdzie mży śmierć zmyślona, —

Warkocz łatwo się płoszył, więc skrzydłami fal gęstych

Wciąż uciekał i powracał na ramiona.

Bóg w nią spojrzał, kiedy właśnie wynurzona z mgieł spowicia141

Urojone oczy w modre nic rozwarła.

«Kto ją stworzył?» — zapytał. — «Nikt, bo przyszła bez życia

I bez śmierci, więc nie żyła i nie zmarła...

Próżno szukam w jej warkoczu źdźbeł istnienia, snu okruszyn,

Próżno chcę ugłaskać pozłocisty kędzierz142!

Tak mnie wzrusza ten niebyt, cudny niebyt dziewuszyn!...

Bądź miłościw niebytowi... Wiem, że będziesz...

Wyłoniłem z mroku ogród, oderwany od przyczyny,

Rozkwieciłem próżnię, namnożyłem ścieżek —

I już wszystko rozumiem, prócz tej jednej dziewczyny,

Prócz tej jednej, którą kocham!» Bóg nic nie rzekł.

«Znam usilność rzeczy sennych i znużenie rzeczy martwych.

Ogród mój chwilami wolałby — bezlistnieć...

Boże, nie skąp w obłokach błogosławieństw i kar Twych

Tym, co wiedzą, że ich nie ma — a chcą istnieć!

W Twych przestworach coś się stało... Mgła o cud się dopomina...

Z tamtej strony świata modlą się zawieje.

I w tych strasznych bezczasach taka nagła dziewczyna

Tak niebacznie poza życiem — cieleśnieje!

Zbliż się do niej, ciemny jarze! Zbliż się do niej, modra strugo!

Czemuż pies mój wyje na jej czar cichutki?

Może zimne jej usta są ostatnią posługą

Dla tych właśnie, którzy wierzą tylko w smutki.

Znam niedolę wniebowstąpień! Znam wskrzeszonych ust niedolę!

I płacz wśród zieleni... I zgon sierociński...

I to wszystko mnie boli!... Ja — sam siebie tak bolę!» —

Wołał w bezmiar i ku Bogu pan Błyszczyński.

Ale Boga już nie było... Pustka padła wzdłuż na kwiaty.

Widma drzew szeptały: «Zmiłuj się nad nami!» —

Błogosławiąc snom wszelkim, leciał w dalsze wszechświaty

Powietrzami, wstrząsanymi powietrzami.

Pewno widać było z nieba, że świat mija i przeminie,

I że snom przyświeca — woda na kamieniu...

Pan Błyszczyński zaszeptał w usta niemej dziewczynie:

— «Błędny cieniu, marny cieniu, cudny cieniu!

Zabłękitnij — odbłękitnij... I mów wszystko i nie domów!...

Czy tu jest ów wszechświat, gdzieś zgubiła siebie?

Może ci się należy wpośród innych ogromów

Inna zieleń — inna nicość — w innym niebie.

Nie zaczęłaś dotąd istnieć w żadnym półśnie, w żadnym grobie,

Dotąd stóp twych śladu nie stwierdziły kwiaty, —

Podczas twego niebytu zakochałem się w tobie,

Naraziłem mroczne ciało na zaświaty!

Czy mam z tobą iść w głąb żalu, czy w tę inną głąb doliny,

Nim świat zginie śmiercią, niebem malowaną?...

I jak dążyć do ciebie — do niebyłej dziewczyny, —

Ty — mgło moja, usta drogie, złota piano!...

Oto resztki mych przeznaczeń: noc niedobra i dzień sępny, —

Oto — popłoch czarów, gdy je miłość zrani!

Od nicości do ust twych — ledwo jeden krok wstępny,

Od otchłani poprzez dreszcze — do otchłani!

Śni się liściom — nieskończoność. Śni się wiosłom — dno i łódka.

Odtrącone zorze raz na zawsze bledną...

Czy śmierć w nic nas rozśmieje, czy nas z nowych łez utka, —

Wszystko jedno, tchu ostatni, wszystko jedno!

Noc zabije nas nie mieczem, lecz jaśminem i konwalią —

I zaciszem mogił — i oddechem sadu!

Prędzej pochwyć treść nocy i ucałuj, i spal ją,

Żeby po niej nie zostało ani śladu!

Wszystkim widmom chce się zginąć takim nagłym wielozgonem,

Żeby brak ich we śnie — był dla jawy ulgą.

A mój upiór śpi w jarze — na wybrzeżu zielonem143,

Gdy go znajdziesz, pusty cieniu, — zbudź i tul go!

Tam — wysoko i najwyżej — między niebem a nadrzewiem

Włóczy się srebrnawo — cisza i znikomość.

Tak o tobie nic nie wiem, tak cudownie nic nie wiem,

Że miłością jest ta moja — niewiadomość!»

Umilkł nagle pan Błyszczyński i popatrzył w dal niecałą,

Świateł i przeznaczeń było coraz więcej.

A on kochał ją w usta, kochał w stopy, w pierś białą, —

I minęło różnych czasów sto tysięcy!

Ramionami ją ogarniał, a ustami doogarniał,

Oczom z gwiazd przyrzucał patrzącego złota,

Lecz cień w jego objęciach wciąż samotniał i marniał

I nie wiedział, że to — miłość i pieszczota.

Noc z roziskrzeń, wróżb i mgławic promienisty splotła batog,

Żeby nim biczować nie dość chętne groby,

A w księżycu się jarzył wykres cieśnin i zatok,

Gdzie nic nie ma, prócz oddali i żałoby.

Mrok zaskomlał w pustym dębie, zagwizdała nicość w klonie,

I rozbłysła w księżyc — śmierć i pajęczyna...

Pan Błyszczyński zrozumiał i załamał swe dłonie

I pomyślał: «W nic rozwieje się dziewczyna!» —

W nic rozwiała się dziewczyna i jej czar, poczęty w niebie,

I pierś, zakończona różową soczystką.

I rozpadło się ciało na żal straszny do siebie

I niewiedzę o tym żalu!... I to — wszystko...

Nie umarła, lecz umarło jej odbicie w jezior wodzie.

Już się kończył zaświat... Ustał cud dziewczyński...

O, wieczności, wieczności, i ty byłaś w ogrodzie!

I był blady, bardzo blady pan Błyszczyński.

Eliasz

Adamowi Szczerbowskiemu, w imię

wspólnej wiary w zwycięstwo sztuki nad

rozpanoszoną zmorą szarego człowieka.

Wziął go wicher i uniósł na ognistym wozie.

Leciał rozzuchwalony w powietrzu i w grozie,

Płaszcz swój zrzucił na ziemię, by z wyżyn rozstania

Płaszczem ziemi dosięgnąć na znak pożegnania.

I odtąd już go nigdy na ziemi nie było.

Wszechświat stał mu się błędną wokół bezmogiłą.

Ledwo skrzyć się nadążył rozbłyskaniec boży,

By światłem zmuskać stada zdziczałych bezdroży.

W twarz go biły obłoków wzburzone jaśminy,

Wóz miotał w byle wieczność ognia rozprószyny,

A on patrzył w to tylko, co w dal się rozwidnia,

I, górując — dołując, mknął, jak śród białydnia!

Jęczała Nieskończoność, kół miażdżona złością,

A gwiazdy rozpaczały nad Nieskończonością!

Zezem spojrzał na Wenus, w jej śmigłe zaświaty,

Gdzie się gęstwił do lotu ptak żywcem liściaty,

Co zaledwo się różnił od dębów i sosen

I tą właśnie różnicą leciał w sen — pierwosen.

Prażywicznych wybroczyn leśne ustoiny

Wywiały czad istnienia w pobliża męt siny,

I mroki, woń ożywczą węsząc bezrozumnie,

Zaroiły się wokół wroniście i tłumnie.

A prorok przetarł oczy i przynaglił biegu.

Rozpędzony na zawsze w tę noc bez noclegu

Saturn, niebem zdyszany, dniał w nurtach ciemnoty

I biegł ścieżką domyślną — niepochwycień złoty.

I Jowisz jak tęczowa przewinął się plucha,

I Neptun jak cienista przemknął zawierucha, —

A wóz boży, płomienie rozchyżywszy czujne,

Minął słońca podwójne i słońca potrójne

I brnął w gąszcz, gdzie z nicością zmieszane na poły,

Włóczą się niedowcieleń pełzliwe męcioły.

Tu właśnie samo z siebie wyłonione Śnisko,

Mgłami się ocierając o wieczność pobliską,

Lęgło w chorym przezroczu jadowitą chatę

Z oknami rozwartymi na śmierci poświatę,

A niczyje i nikim nie będące ciało

Do jej progów omylnym łbem się przyśniwało,

By wygoić ich kurzem od dołu do góry

Rozjątrzoną bezdomność chciwej szczęścia skóry.

Tu tkwiły włóczyzmory, w swym konaniu zwinne,

Pstrocinami złych ślepi migotliwie czynne,

Strawione zaraźliwym liszajem niebytu,

A łase na ułomną podobiznę świtu...

Tu mgławice dłużyły rąk wyłudę białą

W schłon próżni, gdzie się dotąd nic jeszcze nie stało,

Strzęp świata, zdruzganego na prochy w przestworzu,

Bławatkował zadumą o świetlącym zbożu...

Ale prorok, w tęsknoty zapodziany trudzie,

Nie zważał na to rojne w niebiosach bezludzie

Upojony tchem mgławic, zwycięsko rozpędny,

Wsparty o krawędź wozu, a sam — nadkrawędny

Ścigał bezkres i piersią czuł radość pościgu.

A gwiazdy, drobniejące za nim w okamigu,

I światy, co we wprawnym kołują obłędzie,

I to życie, co pragnie trwać zawsze i wszędzie,

I ziemskiego pobytu krzątliwa śródzielność,

Świat i zaświat, i dusza — śmierć i nieśmiertelność, —

Wszystko zbladło, zmarniało w wyżynnym wspomnieniu.

Jak sen, co śnić się nie chce, a śni się wbrew chceniu.

A właśnie uwikłany w czepliwym obłoku

Trup anioła przelatał z bielmem śmierci w oku.

Dziwny zdał się w pobliżu ogrom tego ciała

I małość pustej śmierci, co w nim wciąż malała.

Skrzydłami się w pozgonny żal nad sobą śnieżył,

Co raz wyżej ulatał — co raz wyżej nie żył!

Stąd już blisko do Boga! Już Eliasz zobaczył,

Jak Bóg Smugą świetlistą w chmurze się zaznaczył.

Oczom była dostępna tej Smugi połowa,

Resztę, blednąc, zgadywał, a Bóg rzekł te słowa:

— «Chcę ci wyznać to, czego nie wyznam nikomu.

Świat mój mija się ze mną! Źle mi w moim domu!

Mogłem niegdyś przymusić nicość jeszcze młodą

Do uśmiechu w mrok inny! Mrok nie był przeszkodą...

Gdybym dał inny rozkaz, innych snów narzędzie,

Czy byłoby inaczej, niż jest i niż będzie?»...

— «Śniłem o tym — rzekł prorok. I posłuszny słowu —

Śniłem» — powtórzył ciszej, a Bóg mówił znowu:

— «Życiem tworzył! Tak, właśnie! Nieodparte życie!

Na gwiazdach, na dnie jezior, na pagórów szczycie,

W lwich paszczękach, w kłach wężów i w snu pozawzroczach,

W jamach krecich, w łzach ludzkich, i w wargach, i w oczach,

Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez treści

Jeszcze coś się mocuje, krząta i szeleści!

Cóżem jeszcze mógł czynić? Jaką wybrać drogę?

To — wszystko. Twór skończony. Nic nad to nie mogę!»

I głos rozległ się echem i zamilkł niebawem.

Eliasz głosu Bożego słuchał mimopławem,

Ale biegu nie zwalniał. — «Smugo! — szepnął — Smugo!

Niech Cię z chmur tym imieniem wygarniam niedługo,

Nim zgaśniesz!... A, gdy zgaśniesz, znowu powiem: Boże!

Nie wiem, gdzie Twoje brzegi, a gdzie moje morze?

Lecz wiem, żem policzony pomiędzy Twe ptaki:

Chcę lecieć w Twoją przyszłość! O, daj mi lot taki!»

Zaiskrzyła się Smuga — i mrok bez oporu

Przyjął skrę... Coś błysnęło w pamięciach przestworu,

Lecz nastała ta cisza, co nic nie pamięta.

Słychać było, jak czas się po gwiazdach wałęta...

I rzekł Bóg: — «Chciałbym ciebie zachować zazdrośnie

Mym niebiosom — Spójrz! Wszechświat ma się już ku wiośnie!»

Eliasz z wozu wynurzył swą pierś i urwiście

Zwisł nad głębią i dłonie wprzód rozwiał, jak liście,

I tak trwał, niby nagła mroków uroślina,

Co pnączem swego ciała w bezmiary się wspina,

I, wargami zmacawszy chłód gwiezdnych przezroczy,

Do Boga wzwyż i na wprost mówił w cztery oczy:

— «Tak, mogło być inaczej! Słowa śmiesznie złote

Dla zbłagania ciemności! Chcę iść w tę Innotę,

Chcę być tam, gdzieś nie bywał! Chcę walczyć sam na sam!

Niech czuję, że zwyciężam, lub wiem, że wygasam!

Chcę wzburzoną swodobą przekroczyć mą dolę!

Puść mnie tam — w bezbożyznę! Puść — na wolną wolę!

Postroń wszystko, co było! Nie poskąp mi lotu!

Już — z Tobą!... Już — bez Ciebie!... Nie żądaj powrotu!»

Smuga zgasła, i Eliasz wziął jej Zmrok za zgodę.

Wiatr pobruździł głąb nieba, jak jeziorną wodę,

A on pędził na oślep i Zgasłą ominął.

Wolny, Bogu zbyteczny — sam teraz popłynął

Wyżej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny,

Gdzie już nie ma stworzenia i Bóg — niepotrzebny!

Wszechświat skończył się... W oczach, niby gwiazd utrata,

Utkwiła mu ta nagła skończoność wszechświata.

Zmógł się z lotem ostatnią swych pragnień bezsiłą.

I odtąd już go nigdy w wszechświecie nie było.

Wóz się zachwiał. Skry jego, niby ślepie wilcze,

Lśniły, przejrzawszy na wksroś zamysły tubylcze.

I spełniło się... Eliasz czuł przez jedną chwilę,

Że spełniło się właśnie... I czuł tylko tyle...

Pochłonęła go drętwa i pilna Ciszyzna.

Wiedział, że Bóg — daleko, — że nic mu nie wyzna.

Dreszcz lęku w nim zanikał raz jeszcze — raz jeszcze, —

I wstrząsnęły nim obce ciału przeciwdreszcze.

Czekał, do jakich mroków pierś chętną dołoni?

Dłoń wyciągnął w niewiedzę... Lecz minął czas dłoni!

Rozwarł oczy... Czas oczu minął niepochwytnie!

Już nie było błękitu, więc trwał bezbłękitnie.

Dróg nie było, więc drogi na pewno nie zmylił,

I z wozu gasnącego w bezświat się wychylił,

By stwierdzić jasnowidztwem ostatniego tchnienia

Możliwość innej jawy, niż jawa Istnienia!

Dwaj Macieje

Drogiemu przyjacielowi, Franciszkowi

Fiszerowi144, z pełnym wzruszenia uznaniem

dla smutnych i wesołych cudów Jego

cygańskiego żywota i ze szczerym zachwytem

dla Jego wiecznie młodych uniesień

i pomysłów metafizycznych.

Pleć, pleciugo! — Na wzgórza południowym grzeju

Siedział razu pewnego — Maciej przy Macieju.

Do pierwszego Macieja rzekł ten drugi Maciej:

— «Coraz w niebie — wiosenniej, a w polu — pstrokaciej.

Lada parów potrafi, śniąc, kwiatami zarość145!

A my — co? — Do wieczności mizdrząca się starość?

Wstyd mi z siana, gdy słońce złotą igra zmrużką,

Z przedwczesną i zuchwałą pieszczoty pogróżką

Zerwać się do dziewczyny, jak gęś, co spod płotu

Zrywa się z wielkim krzykiem do niskiego lotu!...

Wstyd mi pysk — modrym oczom przysunąć do widna,

Bo te oczy — śmieszliwe, a dziewka — bezwstydna!

Byle durniom zejść z drogi miałbym bezrozumnie?

Zamiast z dziewką — na sianie, bez dziewki spać w trumnie?

Dość mam śmierci, co siłkiem po ziemi się szasta!

Nie chcę umrzeć — i kwita! Chcę potrwać — i basta!» —

Do drugiego Macieja pierwszy Maciej rzecze:

— «Hamuj się, niecierpliwy na wiosnę człowiecze!

Ma łeb dzielny — wieczorem, kto go miewał — wzarań146

Tak, jak ja — com nie szczędził mym zadumom starań...

Wiem, co wiem! — W kniejach leśnych, w przepaściach paprotnych

Mieszka Czmur — wpośród czarów dzikich i samotnych —

I nic — tylko pilnuje zaklętego ziela,

Które nieśmiertelności — gdy je zjesz — udziela.

Nie dopuszcza nikogo — podstępny i silny,

A pięść ma tak skuteczną, jak ten głaz mogilny!...»

Do pierwszego Macieja drugi Maciej prawi:

— «Mam i ja — pięść, co z wrogiem niedługo się bawi...

Pódźwa147 z Czmurem się zmierzyć! Ty — w ślad, ja — na czele.

Przymarnimy go nieco — i odbierzem ziele». —

I poszli. — A szli w poprzek — i wprzód — i ukosem,

Już zawczasu się srożąc pod gołym niebiosem,

Jak mówią w tym powiecie, gdzie mimo zwyczaju

Niebo jest — Bóg wie czemu — męskiego rodzaju.

Po obłokach — po pniakach — po jarach — szli, skacząc

I Czmurowi zaocznie i trafnie sobacząc148!

Słońce, przez żyłkowane przeświecając liście,

Na sękach się rozpryska — różnie i zdziebliście —

I, światłem obszerniejąc, rozprasza się po to,

By na trawę ruchliwą nawiać — nic i złoto.

Gil na dęba wierzchołku tak odlegle śpiewa,

Że czuć w śpiewie wysokość szumiącego drzewa,

A w jarach, skąd się zieleń wynurza, jak z wora,

Po wczorajszej ulewie — woda przez sen chora149

Na blady niedorozwój srebra w swej głębinie,

Mętem przeciw własnemu usrebrnieniu płynie.

Skoro Czmur dwóch Maciejów zaoczył150 z daleka, —

Czarami się najeżył — i nieludzko czeka...

Idą. — Już się zbliżyli. — Czmur w słońcu się biesi, —

Gębę do nich wykrzywia: «A wy tu — skądesi?» —

Rzekł Maciej: «Z niedaleczka... Chcemy jestku — pitku

Z tego ziela, coś w lesie skrył je bez użytku.

Znamy twą tajemnicę strasznie zieleniatą!

Wyłaź, tchórzu, zza czarów! Wyłaź!» —

A Czmur na to:

— «Precz stąd, śmiecie pyskate! Znam podniebia wasze!

Na baśń leśną dybiecie, jak bawół na paszę!

Czym dla was nieśmiertelność? Rodzajem — jarzyny!

Wara psiarni człowieczej do bytów przyczyny!» —

Trącił Maciej Macieja: «Lży, bestia nieczysta!

Pierwszy przemów do zmory, boś lepszy mówista»...

Sięgnął Maciej po słowo, co wszystek gniew zmieści!

— «Ty, psiaparo — psiawełno — psianogo — psiatreści!

Czemu ślepie wytrzeszczasz, mgliste od wyłudy!

Małpo z tamtego świata! Pomroko z psiej budy!

Nie pyskuj śród listowia! Stłum w lesie — bezczelność!

Nie skąp ziela, judaszu! Oddaj nieśmiertelność!» —

I, to mówiąc, podźwignął pięść, na kształt maczugi,

A tuż obok do boju zawrzał Maciej drugi.

Czmur z ziemi wyrwał buczek, pełen jeszcze cienia,

I łby obu Maciejom zmacał od niechcenia.

Coś z lekka we łbach trzasło, lecz nic się nie stało.

Snać151 łbów było — za dużo, a buczka — za mało.

Obaj do gęby Czmura rozmach wzięli szerszy, —

Cios zadał Maciej drugi, a w ślad — Maciej pierwszy.

Czmur rozwarł pysk drapieżny zwyczajem potwora,

Aż odsłonił krtań krwistą — kły — i zwój jęzora.

Splunął Maciej, jęzora zgorszony straszydłem,

I gębę w czas potłumił pięścią, jak gasidłem.

Jęknął Czmur w nieskończoność, truchlejąc haniebnie

Przed nawałą Maciejów zbyt groźną liczebnie!

Cztery pięście go tłukły, nie wiadomo — która!

Coraz to inny Maciej nacierał na Czmura!

A czynili ciał dwojgiem taki zgiełk i ścistek,

Że zlękły brakiem miejsca — las dygotał wszystek!

Próżno Czmur się do nieba zrywał, jak zawieja, —

Gdziekolwiek się obrócił — tam spotkał Macieja!

Przed nadmiarem Maciejów gdzie szukać obrony?

Tu — Maciej i tam — Maciej! Maciej — z każdej strony!

Ten go chwyta za grdykę, a tamten — za łystę152.

Czmur nagli do ucieczki swe nogi bieżyste.

Już szkarłatną rzadź153 bytu wyplunął na jary —

I zmalał — i sprzyziemniał, jak właśnie kret szary.

Lecz — gdy w oczach mu leśna pomętniała knieja,

A Macieja odróżnić nie mógł od Macieja, —

Zaklął siebie słów mgliskiem — i tak zaczął znikać,

By ciałem do niebytu, znikając, nawykać...

Trudno stwierdzić, czy umarł, czy wpełzł na kształt gadu

W nicość, pełną kryjówek... Dość, że znikł bez śladu.

Znikł do cna i do ista, jakby go nie było, —

Tylko w słońcu zapachło — miętą i mogiłą...

Ptak zaćwierkał z gałęzi na zniknione ciało,

I coś w lesie raz jeszcze, nie chcąc, poleśniało...

Rzekł Maciej do Macieja: «Umknął, zmór podrzutek!

A my ziela szukajmy! Czas nagli i smutek!»

Jęli szukać w parowie — łapczywie i żwawo.

Poszperali — na lewo, znaleźli — na prawo.

Miało barwy znikliwej posenną przynętę,

A poznali je po tym, że było — zaklęte.

Daremnie próbowali gryźć ziele i łykać, —

Nie chciały im się szczęki zmiażdżone domykać...

Czmur za życia posiadał jakie takie siły,

Bo cielska Maciejowe od ran się roiły.

Do pierwszego Macieja rzecze Maciej wtóry:

— «Tak się kości gną we mnie, jak te obce wióry.

W tym, że Czmur nas nadpsował — nie ma jeszcze sromu.

Czas duszom — do pokuty... Czas ciałom — do domu...

Lubię księżyc — na strychu, a słońce — w altanie,

Ale lubię najbardziej — siebie wzdłuż na sianie!...

Ty poleżysz ustronnie — i ja też poleżę.

Odzyskamy sił krztynę, szeptając pacierze,

Grzeszną duszę do Boga nastroim jak skrzypkę,

A ziele spożyjemy z mlekiem na przechlipkę».

I tak gwarząc, szli do dom — tam, gdzie dal i droga,

I na skręcie spotkali twarz w twarz — Płaczyboga.

Miał Płaczybóg źrenice — dalami posnute,

A w źrenicach na przemian — zadumę i smutę.

Trącił Maciej Macieja: «Chwila uroczysta

Pierwszy przemów do Boga, boś lepszy mówista». —

Rzekł Maciej: «Płaczyboże, co płaczesz uboczem, —

Chcę Ci mówić o wszystkim, ino nie wiem — o czem!

Pochwalona ta z Tobą znajomość bezkresna.

W lesie — nasze spotkanie. Dziej się — wola leśna!

To powiadam po pierwsze. A mówię po wtóre:

Dziej się człowiek, idący w bezmiary niektóre!

Nie zbraknie Bogu strawy (to mówię — po trzecie!) —

Dopóki jeden Maciej trwa jeszcze na świecie!»

I z zanadrza, jak z hojnej wyciągnął skarbony

Ziele — i Płaczybogu podał zamyślony.

— «Weź to ziele na wszelki w niebiosach przypadek,

Jako po dwóch Maciejach niepodzielny spadek.

Wiem, że cierpisz niekiedy, — i ja czasem cierpię.

A nuż się nieśmiertelność w niebiosach wyczerpie!

Chociaż trwoga to — płonna, lecz myśl niebezwiedna:

Pewniejsze dwie wieczności, niźli wieczność — jedna.

Dość Ci, Boże, źdźbło małe tego ziela spożyć,

By do drugiej wieczności bez uszczerbku dożyć.

Kto zasłużył na ziele — niech się nim odświeży.

Bogu się nieśmiertelność — nam się Bóg należy.

Włącz ten dar, Płaczyboże, do Twych w niebie dziejów

I od czasu czasu wspomnij dwóch Maciejów!» —

Wziął Płaczybóg podarek z tym bożym uśmiechem,

Co sprawił, że las z większym zieleniał pośpiechem,

I rzekł: «Dar to — nie lada, i skarb — nie drobnota —

I pewne przedłużenie wiecznego żywota!

Czymże was wynagrodzę — jaką z nieba chwałą

Za to, co się w tej chwili we wszechświecie stało!

Nic nigdzie nie posiadam, sam jestem — samiustek

Wpośród ziemskiej niedoli i zaziemskich pustek.

Trzeba w płacz mój na ślepo, z całych sił uwierzyć,

By chcieć ze mną żyć razem, albo razem — nie żyć.

Na krańcach mego płaczu będę na was czekał.

Nie zwlekajcie zbyt długo. Ja — nie będę zwlekał...»

I odszedł w sen za snami, by z tym zielem w dłoni

Zniknąć w jednej i w drugiej niebiosów ustroni.

Rzekł Maciej do Macieja: «Z ran moich niemało

Podczas rozmowy z Bogiem krwi się w świat przelało».

I na nogach się zachwiał i bardzo niezgrabny

Na trawę się wywrócił bokiem, jak wóz drabny.

Drugi Maciej na ból swój boczył się i srożył,

Lecz — by ciału dogodzić — obok się ułożył.

Rzekł jeden: «Czemuś taki srebrniasty na licu,

Jakbyś gębę przed chwilą wytarzał w księżycu?»

Drugi na to: «Już do snu nicość mnie kołycha.

Wiem, co we mnie cierpiało, — nie wiem, co nacicha...

Brak mi ziela... Ha, trudno! Niech Bóg się posili, —

Bardzo by się przydało i nam w takiej chwili!»

Naówczas do Macieja rzekł Maciej: «Macieju!

Tak mi dobrze w mym bólu, jak w samym Betleju...

Pragnę tylko ostatnich ku niebu przesileń,

By zrzucić ciała mego uciążliwą wyleń, —

A zrzucając — nie jęknę, ani się zasmucę.

Odwróć łeb, byś nie widział, czym będę, gdy zrzucę...»

Chciał się właśnie odwrócić Maciej od Macieja,

Ale go zamroczyła wielka beznadzieja!

A już śmierć się zbliżyła, by ich snem utrudzić.

Nie wiedziała, którego ma najpierw wystudzić.

Świat im w oczach zanikał... Nastały złe dreszcze.

I już świata nie było, a trwali gdzieś jeszcze...

Rzekł jeden: «Noc nadchodzi!» — A drugi rzekł: «Dnieje!»

Tak zmarli jednocześnie obydwaj Macieje.

Przypisy:

1. wpobok (daw.) — obok. [przypis edytorski]

2. spowicie — okrycie, otulenie. [przypis redakcyjny]

3. postronić się — usunąć się, kierować się w bok. [przypis redakcyjny]

4. znój (daw.) — ciężka praca, trud. [przypis redakcyjny]

5. mroczyć się — ciemnieć, pogrążać się w mroku. [przypis redakcyjny]

6. ruczaj — strumień, potok. [przypis redakcyjny]

7. poza tem — dziś popr.: poza tym. [przypis edytorski]

8. zdrój — miejsce w ziemi, z którego wytryskuje woda; źródło. [przypis redakcyjny]

9. pałać — świecić; być rozpalonym. [przypis redakcyjny]

10. rubież — pogranicze, tu: koniec świata. [przypis redakcyjny]

11. przewezbrany — nagromadzony powyżej zwykłego poziomu, gwałtowny. [przypis edytorski]

12. gródź — przegroda. [przypis redakcyjny]

13. kolaśnie — jak w kolasie; kolasa — odkryty pojazd konny podobny do bryczki. [przypis redakcyjny]

14. zamrocz (neol.) — mrok, ciemność a. zamroczenie, oszołomienie. [przypis redakcyjny]

15. miedza — pas ziemi nieuprawnej ciągnący się wzdłuż dwóch pól i oddzielający je. [przypis redakcyjny]

16. Herminia Naglerowa (1890–1957) — pisarka i publicystka, z zawodu nauczycielka; w dwudziestoleciu międzywojennym publikowała realistyczną prozę z elementami ekspresjonizmu pod pseudonimem Jan Stycz, działała w Związku Literatów Polskich i PEN-Clubie; po wojnie na emigracji w Londynie, pełniła funkcję wiceprezeski Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. [przypis edytorski]

17. zbarcz (neol.) — obarcz. [przypis redakcyjny]

18. pozłocina (neol. od czas. pozłocić) — coś złocistego, złocisty blask. [przypis edytorski]

19. cudło (daw.) — cudo, dziwo, niezwykłość. [przypis edytorski]

20. macierzyn — matczyny. [przypis edytorski]

21. nieodgadle (neol.) — tajemniczo. [przypis edytorski]

22. zaocznie — tu: obiektywnie, niezależnie od tego, co się widzi. [przypis redakcyjny]

23. pierzchać — uciekać, znikać. [przypis redakcyjny]

24. mątewka a. mątew — drewniane narzędzie do mieszania. [przypis redakcyjny]

25. zad — tylna część ciała, pośladki. [przypis redakcyjny]

26. modry — intensywnie niebieski. [przypis redakcyjny]

27. dybać — tu: jechać dążyć. [przypis redakcyjny]

28. pstrok — pstry, pstrokatej barwy (tj. o maści konia: srokaty, jabłkowity lub tarantowaty). [przypis redakcyjny]

29. znój — ciężka praca, trud. [przypis redakcyjny]

30. bajorów (gw.) — dziś popr. forma D. lm: bajor. [przypis redakcyjny]

31. rozwiślenie — neol. od nazwy rzeki Wisły. [przypis redakcyjny]

32. udniestrzeń — neol. od nazwy rzeki Dniestr. [przypis redakcyjny]

33. dywana — dziś popr. forma D. lp: dywanu. [przypis redakcyjny]

34. Człowiek Śmiechu — tytuł powieści Victora Hugo; jej bohatera okaleczono w młodości, wycinając okolice ust w kształt uśmiechu, przez co później jego twarz nie była zdolna wyrażać cierpienia, które czuł. [przypis redakcyjny]

35. bogini — Artemida, gr. bogini łowów, zwierząt, lasów; w mit. rzym. utożsamiana z Dianą. [przypis redakcyjny]

36. W pałacu królewny śpiącej — wiersz nawiązuje do baśni Charles’a Perrault Śpiąca królewna. W tej baśni zła czarownica przepowiedziała, że w dniu 15. urodzin królewna ukłuje się w palec wrzecionem i umrze. Jedna z siedmiu dobrych wróżek złagodziła jednak ten czar: królewna po ukłuciu zapadła w głęboki sen, a obudzić ją mógł tylko pocałunek księcia. [przypis edytorski]

37. królowę — dziś popr. forma B. lp: królową. [przypis edytorski]

38. minstrel — średniowieczny wędrowny śpiewak i recytator poezji. [przypis edytorski]

39. skald — średniowieczny skandynawski poeta i śpiewak. [przypis edytorski]

40. baldach (daw.) — baldachim, osłona z tkaniny nad łożem lub tronem. [przypis edytorski]

41. Ułuda—fikcja, wymysł. [przypis edytorski]

42. Urszula Kochanowska (zm. 1578) — córka Jana Kochanowskiego i Doroty Podlodowskiej. Zmarła w dzieciństwie, po jej śmierci ojciec–poeta napisał cykl XIX Trenów. Cykl traktuje o skandalu egzystencjalnym, jaki wywołuje śmierć — szczególnie tak nieoczekiwana i nieuzasadniona jak przedwczesna śmierć dziecka. W popularnej lekturze Treny odczytywane są jako wyraz żalu ojca po śmierci dziecka. [przypis edytorski]

43. Poglądasz — wyglądasz. [przypis edytorski]

44. Czarnolas — wieś w województwie mazowieckim, gdzie żył i tworzył poeta Jan Kochanowski. [przypis edytorski]

45. czerw — larwa, poczwarka owada, tu: robak. [przypis edytorski]

46. tuman (daw.) — mgła. [przypis edytorski]

47. owom (gw. daw.) — oto jestem. [przypis edytorski]

48. jam tu przyszła (gw., daw.) — konstrukcja z przechodnią końcówką czasownika; inaczej: ja tu przyszłam. [przypis edytorski]

49. Jadwiżyn (daw.) — forma D. lp.; dziś: Jadwigi. [przypis redakcyjny]

50. wnicestwić się (neol.) — zniknąć (w czymś), wniknąć (w coś). [przypis edytorski]

51. spojrzak (neol.) — spojrzenie, rzut oka. [przypis edytorski]

52. męty — to, co mąci, np. drobne cząsteczki zawieszone w płynie, mącące jego przezroczystość; niejasność i chaotyczność myśli lub wypowiedzi; tu: pożądanie, mącące myśli. [przypis redakcyjny]

53. nierozeznawka — neol. od czas. rozeznawać, tj. orientować się, rozpoznawać. [przypis redakcyjny]

54. doliniec — dolina. [przypis edytorski]

55. półskrzyniec — własc. półskrzynka; rodzaj domku lęgowego dla ptaków. [przypis edytorski]

56. migota — dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: migoce a. migocze. [przypis edytorski]

57. przyźba — własc. przyzba: wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej. [przypis edytorski]

58. mać (daw.) — matka. [przypis edytorski]

59. przyodziew — ubranie, przyodziewek. [przypis edytorski]

60. znój — ciężka praca, trud. [przypis redakcyjny]

61. najwabniejszy — ten, który dodaje najwięcej powabu, wdzięku; najbardziej twarzowy. [przypis redakcyjny]

62. kochan — kochanek. [przypis redakcyjny]

63. zatajać — ukrywać. [przypis redakcyjny]

64. rzadź — zapewne neol., rzecz. utworzony od słowa: rzadki. [przypis redakcyjny]

65. debrza — wąska, płytka, dolina w kształcie litery V, o stromych, nierównych zboczach, wypłukana przez wody okresowe; z czasem osady mogą ją spłycać i wyrównywać jej zbocza, przekształcając debrzę w dolinę wciosową, parów lub wądół. [przypis redakcyjny]

66. Święta Zielone a. Zielone Świątki — daw. ludowe święto wiosny, w polskiej tradycji katolickiej ludowa nazwa święta Zesłania Ducha Świętego, obchodzonego 7 tygodni po Niedzieli Wielkanocnej. [przypis redakcyjny]

67. łątka — rodzaj ważki o wysmukłym ciele, zielono lub niebiesko zabarwionym, mający dwie pary błoniastych, wydłużonych skrzydeł. [przypis edytorski]

68. czad — tlenek węgla, woń spalenizny, swąd; tu: wyziewy, duchota. [przypis edytorski]

69. mogiła — tu raczej: kopiec, kurhan, pagórek. [przypis edytorski]

70. Wiosnowaty — formacja słowotwórcza nawiązująca do takich określeń od chorób i cech, jak trędowaty, zezowaty, kołowaty itp., sugeruje, że wiosna zadziałała na wołu jak choroba. [przypis edytorski]

71. lśnistszy (neol.) — bardziej lśniący. [przypis edytorski]

72. bezokole (neol.) — miejsce lub stan poza czasem, poza wszelkimi okolicznościami, jak w terminie gramatycznym bezokolicznik. [przypis edytorski]

73. łopuch — łopian, dziko rosnąca lecznicza roślina o dużych liściach. [przypis edytorski]

74. Rozpoznaj-że — dziś popr.: rozpoznajże. [przypis edytorski]

75. grobla — wał ziemny usypany, aby spiętrzać wodę w rzece lub rozdzielać stawy. [przypis redakcyjny]

76. zorza — zjawisko świetlne polegające na zmianie barwy nieba (zwykle na żółtopomarańczową) bezpośrednio przed zachodem i po wschodzie słońca oraz w czasie ich trwania. [przypis redakcyjny]

77. ustronie — okolica położona z dala od ludzkich siedzib. [przypis redakcyjny]

78. śniwula (neol. od czas. śnić a. wyśniwać) — kwiat ze snu. [przypis edytorski]

79. złotolitka — owad z rzędu błonkówek, o kolorowym, metalicznie lśniącym ciele. [przypis edytorski]

80. stożyć się (neol. od rzecz. stóg) — nawarstwiać się, tworzyć pagórki, zaspy. [przypis edytorski]

81. lśniwo — blask, lśnienie. [przypis edytorski]

82. nalodek (neol.) — cienka warstwa lodu. [przypis edytorski]

83. bylica — roślina zielna a. krzew. [przypis redakcyjny]

84. pacholczyk — zdrob. od pachołek; daw. chłopiec, służący. [przypis redakcyjny]

85. rojno — licznie, całym rojem. [przypis edytorski]

86. surma — trąba używana dawniej w wojsku do celów sygnalizacyjnych. [przypis redakcyjny]

87. rozełkany — zanoszący się szlochem, płaczliwy; śpiewny. [przypis redakcyjny]

88. roić — fantazjować, marzyć. [przypis redakcyjny]

89. drgawy (neol.) — drgający a. skłonny do drgania. [przypis edytorski]

90. całuszka (reg.) — kromka z końca chleba, przylepka. [przypis edytorski]

91. zbyć się (daw.) — pozbyć się. [przypis redakcyjny]

92. z dobrowoli (daw.) — z własnej woli, dobrowolnie. [przypis redakcyjny]

93. flamingo — flaming. [przypis redakcyjny]

94. smuklić się (neol.) — stać, będąc wysokim i wysmukłym. [przypis edytorski]

95. daleczeć — wydawać się dalekim. [przypis edytorski]

96. płowieć — tracić intensywność barwy pod wpływem działanie światła. [przypis redakcyjny]

97. pled — koc. [przypis redakcyjny]

98. rozwrzaskany — tu: krzyczący kolorami, plamami. [przypis edytorski]

99. pilśń — gęsty, zbity materiał z sierści lub wiórów. [przypis redakcyjny]

100. uścierwienie — neol. od rzecz. ścierwo, oznaczającego rozkładające się szczątki zwierzęcia. [przypis redakcyjny]

101. modrzyć się (neol.) — niebieszczeć, stawać się a. być modrym, tj. niebieskim. [przypis redakcyjny]

102. buńczucznie — hardo, zuchwale. [przypis redakcyjny]

103. napurpurzać się (neol.) — stawać się purpurowym, czerwienić się intensywnie. [przypis redakcyjny]

104. przekreska — poprzeczna kreska, przekreślenie. [przypis redakcyjny]

105. grobla — wał ziemny usypany, aby spiętrzać wodę w rzece lub rozdzielać stawy. [przypis redakcyjny]

106. darń — gęsto splecione rośliny na powierzchni ziemi. [przypis redakcyjny]

107. źdźblić się (neol. od rzecz. źdźbło) — pojawiać się w drobnych fragmentach, w smużkach, źdźbłach. [przypis edytorski]

108. deszczarnia — studnia z wodą deszczową. [przypis redakcyjny]

109. widnokres — widnokrąg, horyzont. [przypis edytorski]

110. wyzierać — wyglądać; spoglądać, wychylając się skądś. [przypis redakcyjny]

111. spowicie — okrycie, otulenie. [przypis redakcyjny]

112. surma — instrument pochodzenia azjatyckiego, w Europie od średniowiecza, gł. jako instrument wojsk. (o przenikliwym brzmieniu). [przypis redakcyjny]

113. kąkol — chwast zbożowy o purpurowych kwiatach i trujących nasionach. [przypis redakcyjny]

114. proso — roślina zbożowa. [przypis redakcyjny]

115. łyko — tkanka drzew i krzewów tworząca pod korą włóknistą, lekko wilgotną warstwę. [przypis redakcyjny]

116. mitręga — mozolna, męcząca, zwykle nieefektywna praca. [przypis redakcyjny]

117. zapomoga — bezzwrotna pomoc. [przypis redakcyjny]

118. toć — przecież. [przypis redakcyjny]

119. jar — wydłużone zgłębienie terenu o wąskim dnie i stromych zboczach. [przypis redakcyjny]

120. mrzeć — umierać. [przypis redakcyjny]

121. sposobić — przygotowywać. [przypis redakcyjny]

122. biegnąć — dziś popr. forma bezokolicznika: biec. [przypis redakcyjny]

123. Betleem — dziś popr. Betlejem. [przypis redakcyjny]

124. skowrończy — skowronkowy. [przypis edytorski]

125. pozgonny (neol. od wyrażenia przyimkowego po zgonie) — pośmiertny, znajdujący się w zaświatach. [przypis edytorski]

126. wdziać — założyć, ubrać się (w coś). [przypis edytorski]

127. fijolet — dziś popr.: fiolet. [przypis redakcyjny]

128. boczyć się — dąsać się, okazywać niechęć. [przypis redakcyjny]

129. rozprószca (neol.) — ten, który rozprasza. [przypis redakcyjny]

130. różystka — osoba wyrabiające sztuczne kwiaty (róże). [przypis redakcyjny]

131. rezeda — roślina o niewielkich żółtawych lub zielonkawych kwiatach. [przypis redakcyjny]

132. ustroń a. ustronie — miejsce oddalone od ludzkich siedzib; schronienie. [przypis redakcyjny]

133. uróść (daw.) — urosnąć. [przypis redakcyjny]

134. lebioda — komosa biała, lekko trująca roślina zielna, chwast spożywany przez ludzi i zwierzęta w okresach głodu. [przypis redakcyjny]

135. przelatał — dziś popr. forma: przelatywał. [przypis edytorski]

136. rozgruch — hałas. [przypis redakcyjny]

137. sowię — młode sowy. [przypis redakcyjny]

138. szczyglę — młode szczygła. [przypis redakcyjny]

139. pełgać — o ogniu a. świetle: palić się nierówno. [przypis redakcyjny]

140. liszaj — choroba skóry; tu: plama porostu na korze. [przypis redakcyjny]

141. spowicie — okrycie, otulenie. [przypis redakcyjny]

142. kędzierz — kręcone włosy. [przypis redakcyjny]

143. zielonem — dziś popr.: zielonym. [przypis edytorski]

144. Franciszek Fiszer (1860–1937) — filozof, erudyta; pochodził ze spolonizowanej szlachty niem., był postacią niezwykle popularną w środowisku artystycznym Warszawy; bywalec kabaretów, kawiarni i restauracji; do jego znajomych należeli: Bolesław Leśmian, Zenon Przesmycki, Antoni Lange, Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Artur Rubinstein, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń oraz wielu innych twórców; znany z licznych dowcipnych anegdot, nie pozostawił żadnego utworu pisanego, lecz zyskał sobie miano „Sokratesa naszych czasów”. [przypis edytorski]

145. zarość (daw.) — zarosnąć. [przypis edytorski]

146. wzarań (daw.) — wcześnie rano; na początku. [przypis edytorski]

147. pódźwa (gw.) — pójdźmy; -wa jest końcówką daw. liczby podwójnej. [przypis edytorski]

148. sobaczyć — urągać, złorzeczyć, przeklinać. [przypis edytorski]

149. Po wczorajszej ulewie — woda przez sen chora — w wydaniu Napoju cienistego z 1936 (wyd. J. Mortkowicz), które było podstawą niniejszej publikacji, wers ten brzmi: „(...)Po wczorajszej ulewie — zieleń przez sen chora(...)”. W rękopisie utworu widnieje jednak słowo woda zamiast zieleń i na tej podstawie wprowadzamy zmianę edytorską. [przypis edytorski]

150. zaoczyć — zobaczyć, zauważyć. [przypis edytorski]

151. snać a. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

152. łysta (gw.) — łydka. [przypis edytorski]

153. rzadź (neol.) — coś rzadkiego, płynnego. [przypis edytorski]