Oczy w niebiosach

Oczy, na zwiady wysłane w głąb oćmy

Nocnego nieba, wspomóżcie się wzajem!

Dwoje nas w mroku, więc wspólnie się złoćmy

Widzeniem światów, dla których powstajem!

Dwoje was w mroku, jak dwoje motyląt,

Co się po barwie poznają w błękicie!

Dwa sny o żaglach, skazane na wyląd

Wspólny w ciemności — mówcie, co widzicie?

Widzimy Czerwiec, zbłąkany wśród cieni,

Rozkwitły w nieba szafirowym skwarze

Bez drzew, bez kwiatów — a śniący w bezmiarze

O jagód leśnych padolnej czerwieni...

Widzimy gwiazdy, jak skrzą się i świecą

Skrytą zielenią, tajemnym szkarłatem

I, upojone swym własnym zaświatem

Pomimowoli wiążą się i klecą

W girlandy, w wieńce (rzucone w obczyznę

Mroków) — i w krzewy zwikłane i dalej

W zawiłe gąszcze niedosiężnych alej,

Kędy, srebrząca swych lotów krzywiznę,

Wzbija się sennie dróg mlecznych kurzawa

I, z niespodzianą spotkawszy się chmurą,

Skłębią swe pyły, na chwilę przystawa

W cieniu — i znowu w dal pędzi, za którą

Mży nieskończoność złota i cienista,

Gdzie duch z tchem, w piersi zapartym, korzysta

Z ożywczych pogód ciszy bezupalnej,

Aby istnieniu, co szumi swe szumy,

Przydać tęsknoty i zgrozy oddalnej

I gwiazd naprószyć do ciemnej zadumy...

O, tak! rozszerzyć, rozbujać swe życie

Z bezkresu — w bezkres, od szczytu — do szczytu!

Płaczem ogarnąć tę wszystkość błękitu,

I tuż przy chmurze swego serca bicie

Słyszeć — i sercem o ziemię zahaczyć,

Spłoszyć się nagle — i nagle zobaczyć

Wenus, płonącą — sobie i nikomu

Światłem, co w ździeble tai czar ogromu!...

O, tak!... I ujrzeć tam, gdzie duchom — droga,

Na gwiazd siedmiorgu Wielkiej Niedźwiedzicy

Siedem królewien, śpiących w tajemnicy,

Zanim je zbudzi pocałunek Boga!...

O, tak!... A jeszcze?... Zgorzałych snów dymy

I pustych źrenic bezpromienna skrucha...

My — oczy twoje — widzimy, widzimy

Wszystko, co w niebie pożarem wybucha!

Ale nam przestwór urąga i szydzi

Tych gwiazd migotem i mroków udręką,

Że nas — widzących — nikt zowąd nie widzi

I nie dosięga miłością, ni męką!

Myśmy powstały, by chłonąć te światy

I wlec się ku nim bezdrożem a drogą,

Lecz nikt nam, w mroku wyrosłym, jak kwiaty,

Nie przeciwpowstał — i niema nikogo!

I nikt na zwiady w głąb naszą daleką

Nie wyśle strzały, ni pary gołębi!...

Zasłoń nas, zasłoń znużoną powieką,

Nie daj nam patrzeć, władco naszej głębi!

Oczy, na zwiady wysłane w gwiazd roje,

Pochodnie, zgasłe nad marzeń ruczajem, —

Oto was zwolna zamykam — sny moje! —

Oczy zamknięte, wspomóżcie się wzajem!...