Sidi-Numan

Słynny w całym Bagdadzie z rycerskiej ogłady

I z płomiennej miłości dla białej Aminy,

Sidi-Numan przeklina szczęk owej godziny,

Kiedy nazwał małżonką — ciało, pełne zdrady!

Śniąc zemstę w głębi alej, wśród róż i motyli,

Wahał się, by nie była czcza i byle jaka, —

Aż zaklęciem, w odwetów wyszeptanym chwili,

Przeobraził niewierną w białego rumaka!

Stanął rumak, nieświadom cudu nagłych wcieleń,

Oczy, we łbie obrzmiałe, natężył, jak pięście,

Dziwiąc się i dąsając, że soczysta zieleń

Nęci go w smakowitym wietrzyka pochrzęście...

Pełen żądz niespodzianych i nagłych rozjuszeń

Krwi szkarłatnej, co w żyłach samochcąc szeleści,

Próbował nowych skoków, pląsów i poruszeń,

Jawiąc w skokach i pląsach dawny czar niewieści...

Sidi-Numan go przybrał w uprząż złotowzorą,

Zlewał na wrzące ciało balsamy i nardy —

I poglądał z uśmiechem zwycięskiej pogardy

Na ogon zbyt opędny i na kopyt czworo.

Badał grzywę —

twór zaklęć i tajemnych przyczyn, —

I zęby — zgodne perły na dziąseł purpurze, —

I, karmiąc zwierzę miodem dojrzałych koniczyn,

Czasem,

w tkliwej zadumie podawał mu — róże...

Gdy słońce, roztopione w południa bezszumy,

Cisnęło na pierś ziemi cały żar wszechświata,

Sidi-Numan podeptał resztki swej zadumy,

Zaśmiał się, krzyknął: »Allach!«

i — dosiadł bachmata!

Widział go cały Bagdad, jak, ziejąc zniszczeniem,

Pędził pełen tygrysich złości i rozścierwień, —

Jak zatapiał ostrogi w ran chrapliwą czerwień

I zgrozę chłost oślepłych podwajał — milczeniem!

W oczach, lotem obłędnych, schwytane przedmioty,

Jak w lustrze wirującym, mąciły odbicie:

Drzewa, ptaki, jeziora — i miłość i życie —

Wszystko w nic się zemgliło,

w kurz zaledwo złoty!

W tym kurzu,

gdzie się wspomnień złociła czereda,

Ryczał zwierz, nowym bytom na pastwę oddany!

A jeździec chłonął rozkosz zemsty dokonanej

I doznawał upojeń, jakich miłość nie da!