Spojrzystość (cykl)

Spojrzystość

Rozełkanych1 rusałek nagłe sto tysięcy

Wypłynęło na księżyc, by istnieć mniej więcej.

Wodo, wodo — gdzie jesteś? Tu jestem, gdzie płynę!

Pogłaskały powierzchnię, miłując głębinę.

Ile ciał — tyle smutków... A woda spojrzysta,

By zobaczyć je do cna — ze świateł korzysta.

Bada światłem, a sprawdza umówionym cieniem,

Falując aż do brzegu podwodnym spojrzeniem.

Ale to — nie spojrzenie! To raczej — spojrzystość,

Co nie może tam dotrzeć, gdzie łka rzeczywistość.

Ślepym srebrem zaledwo spojrzyścieje w światy.

Srebru śni się, że szumi i polewa kwiaty.

Woda roi2, że mgły się za ręce w blask wiodą,

Lecz ciał zlęklych nie widzi. Co począć z tą wodą?

Okna twoje — otwarte. Sny oczu nie strzegą,

A ty na mnie nie patrzysz. Dlaczego, dlaczego?

W lesie

Tyle w gęstwinie cisz błądzi i tyle

Słoneczniejących między pniami czasów,

Że nasilone barwami motyle

Lecą w znój przyszły — przeczuwanych lasów.

Wierzchami sosen — szum chodzi wysoki

I — przemijając — pozostawia drzewa.

Dość mi pomyśleć — wśnionemu w obłoki —

O jakimś ptaku, by stwierdzić, że śpiewa...

W drgawym3 powietrzu coraz złotowłosiej

Od snów, co niosą w blask — zmarłe pustkowie, —

A ja pamiętam, że pod lasem — w rowie

Purpurowieje drobny mak — samosiej.

I właśnie, sycąc cienistą snu zmrużkę

Wspomnianą nagle z lat dawnych doliną,

Spożywam chleba wonnego całuszkę4

Razem ze słońca na niej odrobiną...

Strumień

Mrok się z mrokiem porównał, żałoba — z żałobą.

Coś się chciało zazłocić, lecz zabrakło czasu.

Zbył się5 strumień swych brzegów, powstał całym sobą,

Wyprostował się w wieczność i szedł środkiem lasu.

Szedł do krzyża w pustkowiu, gdzie gwiazd swych niepewna

Nieskończoność się krzepi westchnieniami mięty, —

I pierś swą strumienistą przymartwił do drewna

I zawisł, z dobrowoli6 na krzyżu rozklęty.

Po co ci, Senna Falo, na krzyżu noclegi?

Za kogo, Dumna Wodo, chcesz marnieć i ginąć?

Za tych, co już przeżyli dno swoje i brzegi, —

Za tych, co właśnie odtąd nie mają gdzie płynąć.

Zwierzyniec

Flamingo7, różowiejąc, smukli8 się nad wodą

Skrzydlatego jedwabiu zaciszną urodą.

Sama dal tak w nim skupia swe znikliwe dzieje,

Że — czy leci, czy stoi — zawsze daleczeje9.

Wielbłąd w słońcu zapłowiał10 stąd o kroków siedem

Jak sprzęt Boży, okryty poniszczonym pledem11.

Świat, co szuka oparcia dla swego zamętu,

Korzysta z pogarbionej ciszy tego sprzętu.

Ślepie, z których się słońce nigdy dość nie wylśni,

Patrzą na mnie z plamiście rozwrzaskanej12 pilśni13,

W której mrok się tygrysim gęstwi uścierwieniem14, —

Ten sam mrok, co w ogrodzie był tylko — brzóz cieniem...

Pies mój, kwiat oszczekując, łbem się tuli ku mnie, —

By poistnieć w mym świecie trafnie i beztłumnie, —

I oczami po prośbie w twarz mi się człowieczy,

A ja wchodzę — w Mgłę zwierząt i w Tuman wszechrzeczy.

Ćmy

Przychodzą nieustannie z tamtej strony ciszy

Psy, wierzby, nagłe sady, ćmy białe, ćmy szare

I próżnię zapełniają, gdzie czasem brak myszy,

By zasklepić czymkolwiek w świat wyziorną szparę.

Przychodzą potłumione zielenią otchłanie

I dziewczęta, co w oczach dźwigają los nieba —

I obłoków nad ziemią srebrne górowanie

I ta wiara, że właśnie tak trzeba, tak trzeba...

I przychodzą modlitwy o większą tęsknotę,

Źli bogowie, złe wiosny i mgła zagrobowa,

Bzy bez jutra, bez wczoraj, ćmy czarne, ćmy złote

I ty, co tak się smucisz, gdy piszesz te słowa...

Zwiewność

Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,

Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.

Cień ręki — na murawie... A wszystko — niczyje,

Ledwo się zazieleni — już ufa, że żyje.

A jak dumnie się modrzy15 u ciszy podnóża!

Jak buńczucznie16 do boju z mgłą się napurpurza17!

A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko...

Nic, prócz tła. Biały obłok z liliową przekreską18.

Dal świata w ślepiach wróbla. Spotkanie traw z ciałem.

Szmery w studni. Ja — w lesie. Mgłą byłeś? — Bywałem!

Usta twoje — w alei. Świt pod groblą19 w młynie.

Niebo — w bramie na oścież... Zgon pszczół w koniczynie.

Wstążka zmarłej dziewczyny na znajomej darni20,

Słońce, co chwiejnie skacząc, źdźbli21 się w łzach deszczarni22.

Wiara fali w istnienie za drugim nawrotem

I wołanie o wieczność w jaśminach za płotem.

Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie23,

Malejąc, łatwo zwiewną gęstwę ciała niesie

I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila

I wyziera24 z tej gęstwy w świat i na motyla.

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą

Dotykałem... Co z nimi? Gdzie one?

Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,

Z oczu w nicość strącone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,

A słońce malowało mi na ścianie

Złote psy — złote wybrzeża,

Złote skrzypce — złote otchłanie...

Kto dość zaklinająco spogląda

W światło, nawidocznione milczeniem,

Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda

I zbójcę słonecznego ze skrzystym spojrzeniem...

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,

Śniąc, że na wielbłądzie jadę... Zbójcą jestem...

A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie

Czytał dziennik ze spokojem i szelestem...

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy

Wąs ojca — i gzyms szafy — i róg serwety białej,

Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,

Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały...

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,

Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,

Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,

Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem...

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,

Ociężale wygodniał i płowiał...

Cukier igrał skrą błękitną,

Bochen chleba — różowiał...

Zegar wytrząsał ze sprężynowych zwojów

Dłużącą się nutę w głąb sali.

W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów

Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało... Źle, że coś się stało...

Ten sam zegar w innych miastach bił nieśmielej...

I dusza się potknęła o nieoględne ciało, —

I kolejno umierać zaczęli...

Sen

Śniło mi się, że konasz samotnie,

Mnie nie było, ale jestem już!...

Biegłem do cię powrotnie, powrotnie

Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie25

Razem z śmiercią, co twe piersi ssie, —

I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —

Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

Klęska

Dawniej mi się zdawało, żem z mroków chaosu

Wybiegł w świat — niepochwytny i wolny od losu.

Że najtrwalszy ze wszystkich przywidzeń i dziwot —

Sam o sobie śnię powieść — sam klecę mój żywot.

Że powoli, niechętnie i niepostrzeżenie

W złych snach mi się z dnia na dzień — ciuła przeznaczenie.

I że musi upłynąć bardzo dużo czasu,

Nim mrok pozna mnie w kwiatach, lub stwierdzi śród lasu...

Dziś wiem, że w zło się trzeba, jak w szelest, zasłuchać, —

Że je łatwiej wykrwawić, niźli udobruchać.

Mgła mi z ręki wróżyła... Pamiętam szept cienia...

Nim cios we mnie uderzył — wprzód zbrakło zbawienia.

A gdym wołał o pomoc — tak nagle się stało,

Jakbym najpierw miał ranę, a później — to ciało...

Bo między mną a klęską — żaden czas nie płynął, —

I nic było tych godzin, gdym jeszcze nie zginął...

Noc

Takiej nocy nie było! To noc — nietutejsza!

Przyszła z innego świata i trzeba ją przeżyć...

Już płaczą rzeczy martwe... Ale o to — mniejsza!

Nie każdą śmierć dziś można wiecznością uśmierzyć...

Nic nowego za grobem! Nic — poza tą bramą,

Gdzie się duchy zlatują ku istnienia plewom:

A cokolwiek się stanie — stanie się to samo, —

Złych zdarzeń powtarzalność ciąży nawet drzewom!

Po pajęczej z chmur nici zszedł śnitrupek biały,

Stanął w oknie i patrzy, komu spać przeszkodził?

Krzyk słyszę! To — z Tarpejskiej na księżycu skały

W przepaść boga strącono, który się narodził!

W czas zmartwychwstania

W czas zmartwychwstania Boża moc

Trafi na opór nagłych zdarzeń.

Nie wszystko stanie się w tę noc

Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew

Umilkł w mogile — bezpowrotnie.

Jest taka krew — przelana krew,

Której nie przelał nikt — dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość

Zaznało zgrozy w swym konaniu!

Jest taka dumna w ziemi kość,

Co się sprzeciwi — zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma26 w niebie gra,

By nowym bytem — świat odurzyć?

Nie każdy śmiech się zbudzić da!

Nie każda łza się da powtórzyć!

W trwodze

Idź w mrok po senną strawę, zgłodniały tułaczu!

Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać...

Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?

I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?

O, wszyscy, wszyscy przyjdźcie w trwodze i bezładzie!

Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,

Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie

I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?

Twarzy, zewsząd zjawionych jak najwięcej twarzy!

I dłoni — i tej widnej na przestrzał ulicy!...

Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy, —

I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!...

Trzeba zejść się gromadnie, byle nie odwlekać...

I pomówić o wszystkim... I przedsięwziąć kroki...

I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać, —

I co prędzej — na oślep iść w smutek głęboki...

Wiedza

Byłem przed chwilą w bezkresie!

Blask się potykał z mym ciałem...

To ja tak złocę się w lesie...

Wiedziałem o czymś, wiedziałem!...

Lecz motyl mignął szkarłatnie

Pomiędzy mną a modrzewiem...

Sny moje, sny przedostatnie!...

Już znikły! Znowu nic nie wiem...

Pobiegnę w chabry nieznane,

W kąkolu27 całą dal zmieszczę!

I umrę i zmartwychwstanę, —

I będę wiedział raz jeszcze!...

Samotność

Wiatr wie, jak trzeba nacichać...

Za oknem — mrok się kołysze.

Nie widać świata, nie słychać,

Lecz ja coś widzę i słyszę...

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu

Bezradną wyciąga rękę!

Nie znam obcego mi głosu,

Ale znam dobrze tę mękę!

Zaklina, błaga i woła,

Więc w mrok wybiegam na drogę

I, nic nie widząc dokoła,

Zrozumieć siebie nie mogę!

W brzozie mgła sępi się wiotka.

Sen pusty!... Wracam do domu...

Nie! Nikt się z nikim nie spotka!

Nikt nie pomoże nikomu!

[Po co tyle świec nade mną...]

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?

Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę, —

Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,

Uroczyście — wiekuiście — osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,

Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,

Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

Na poddaszu

Skroń wynurzam z poddasza. Niech gwiazdy mnie strzegą!

Ty — z dołu — przyjrzyj no się mej górnej żałobie!

Tkwię w trumnisku, utkanym z wyżyn i z niczego, —

A na imię mam — Oddal! Nic nie wiem o tobie...

W dole — świateł drobnota. Piętrowanym cieniem

Dom migoce... Są okna, gdzie zawsze jest ciemno...

Byt mój stał się radosnym w snach znieruchomieniem

Skoku, który dać mogę w tę przepaść pode mną!

Mów, gdzie wszechświat nocuje ? W nizinnych snów mrowiu,

Czy tu wyżej, gdzie nicość z lekka się odsmuca,

Gdy po dachów rozległych blaszanym pustkowiu

Księżyc świeci, kot biegnie i komin cień skróca?...

Trupięgi

Kiedy nędzarz umiera, a śmierć swoje proso28

Sypie mu na przynętę, by w trumnę szedł boso,

Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,

By go obuć na wieczność, bo zbyt jest ciernista, —

I, grosz trwoniąc ostatni dla nóg niedołęgi,

Zdobywa buty z łyka,29, tak zwane trupięgi.

A, gdy go już wystroi w te zbytki żebracze,

Wówczas dopiero widzi, że nędzarz, — i płacze!

Ja — poeta, co z nędzy chciałem się wymigać,

Aby śpiewać bez troski i wieczność rozstrzygać,

Gdy mnie w noc okradziono, drwię z ziemskiej mitręgi30,

Bo wiem, że tam — w zaświatach mam swoje trupięgi!

Dar kochanki, czy wrogów chytra zapomoga31? —

Wszystko jedno! W trupięgach pobiegnę do Boga!

I będę się chełpliwie przechadzał w zaświecie,

Właśnie tam i z powrotem po obłoków grzbiecie,

I raz jeszcze — i nieraz — do trzeciego razu,

Nie szczędząc oczom Boga moich stóp pokazu!

A jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą,

Wzgardzi mną jak nicością obutą zbyt licho,

Ja — gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami,

Będę tupał na Niego tymi trupięgami!

Chałupa

Gdy się żal do świata wiśniami napłoni,

Będę ci chałupę budował w ustroni.

Błyskuńcem siekiery pień rozszczepię w deski,

W szalejącą twardziel wbiję gwóźdź niebieski.

Porozwieram w słońce okna przeciwsenne,

Żeby po pułapie strachy pełzły dzienne.

Przesosnowe progi do twych stóp przymuszę,

A świetlicy każę jaśnieć w twoją duszę.

Poobciosam niebyt tak, że będzie gładki

I wyryję na nim wzorzyste zagadki.

Ulegnie mym dłoniom niepochwytność świata

I krzepkiego drzewa osoba liściata.

Oczom twym przywłaszczę wszystek las i pole,

Ustom podam w szepcie moją wolną wolę!

Wolną podam wolę na złoconej misie, —

Niech panuje światu moje widzimisię!

Niech ci się spodobam groźny, zły i dumny,

Bylebym się w drzewie nie dorąbał trumny!

Bylebym w nicości nie brzęczał jak komar!

Bylebym się w słońcu do Boga nie domarł!

Niewiara

Już nic nie widzę — zasypiam już

W ciszy i w grozie.

Znika mi słońce w załomach wzgórz,

Bóg znika — w brzozie...

Ginie mi z oczu umowny kwiat

W chwiejnej dolinie.

Gdzie się podziewa ten cały świat,

Gdy z oczu ginie?

Czy korzystając z tego, żem zwarł

Rzęsy na mgnienie, —

Znużony dreszczem i łzami czar

Znicestwia w cienie?

Czy wypoczywa od barw i złud

Popod snu bramą,

Wznosząc boleśnie w wieczność i w chłód

Twarz nie tę samą?...

Nie, nie! Przy tobie, jak dawniej, trwa

Śmiertelny, bujny!

Jest tu, gdzie zgroza, niewiara twa

I sen twój czujny!

Przechodzień

Zgony liliowe w pustce nad drogą,

I nic — i bezbrzeż traw!

Do traw bezbrzeży i do nikogo

Wołałem: «Zbaw mnie, zbaw!»

A szedł przechodzień... Nie wiem, dlaczego

Dłonią mi podał znak.

Może pomyślał, że to do niego,

Do niego wołam tak!

A była cisza, jakby świat minął, —

Trwał jeszcze słońca brzeg, —

A on na ciszę oczami skinął,

Zrozumiał coś i rzekł:

— «Nie mam ni chleba, ni sił, ni domu!

Jak ty, — bez jutra łkam.

To — ja, nieznany z klęski nikomu!

To — ja! Ten sam, ten sam!

Śmierć moja w jarach namiot rozpina,

Zagrodę — spalił wróg.

Gdy przedostatnia bije godzina,

Sny niszczy Bóg, sam Bóg!

Lecz ufam jeszcze jednemu snowi,

Że się wypełni w czas!

Cokolwiek zorza w tym śnie zróżowi,

Podzielę między nas!»

I przysiągł wierność mojej żałobie

Na wszystkie życia dnie!

I dłonie, dłonie podał mi obie,

I zbawił, zbawił mnie!

Zły jar

Łza, dawno zapomniana, śni się memu oku.

Łza — snem!...

A szczęście?... Obłok płynął... Toć32 wiem, że w obłoku!

Toć wiem!

Ów czar jeszcze pamiętam w wiosennym bezkresie —

Ów czar!

I las nagły po drodze — i w tym nagłym lesie

Zły jar33!

W złym jarze człowiek blady krtań nożem przecina...

Więc cóż?

Sam przez się!... Własnoręcznie!... Mówią, że — Przyczyna!

Że — Nóż!

I mówią: «Chciał mrzeć34, głupi! Słońce w twarz mu świeci...

Chciał mrzeć!»...

A on wie, że ból z ciała wymknął się i leci!...

Leć — leć!...

Modlitwa

Za młodych lat szeptałem żarliwie i skrycie

Modlitwę o wydarzeń tragicznych przeżycie, —

O łzę, która się w oczach rosiście przechowa

Na pokarm dla mgieł nocnych i na treść — dla słowa.

I nastał dzień, co zgrozą poraził mi duszę, —

I musiałem go przeżyć... On wiedział, że muszę...

A już stało za drzwiami to Złe, co niweczy

Szumy mego ogrodu nad gęstwą wszechrzeczy.

Zasłuchany boleśnie w lada szmer na dworze, —

Nie wiem kto w drzwi zapuka? Kto jeszcze przyjść może?

I ze trwogą wspominam, sny tłumiąc bezsterne,

Nieoględnej modlitwy słowa łatwowierne.

[Bóg mnie opuścił...]

Bóg mnie opuścił — nie wiem, czemu...

Źle Mu w niebiosach! Wiem, że źle Mu...

Ojciec mój tak swą śmierć przeoczył,

Że idąc do dom — w grób się stoczył.

Siostra umarła z łez i z głodu,

A wszyscy mówią: „Bez powodu!”

A brat mój tak się z bólem ścierał,

Żem nasłuchiwał, gdy umierał...

Kochanka moja teraz ginie,

Żem ją pokochał w złej godzinie.

A ja — nim miasto w mroku zaśnie —

Idę ulicą, idę właśnie...

Do siostry

Spałaś w trumnie snem własnym, tak cicho, po bosku,

Nie wiem, czy wszystkich naraz pozbawiona trosk?

W śmierci taka zdrobniała, niby lalka z wosku...

Kocham ten ubożuchny, ten zbolały wosk!

Trup jest zawsze samotny! Sam na sam z otchłanią!...

A właśnie ja — twój brat —

Suknię Tobie sprawiłem za dużą i tanią,

Suknię — na tamten świat!

W każdym zgonie tkwi zbrodnia, co snem się powleka,

Chociaż zbrodniarza brak...

Wszyscy winni są śmierci każdego człowieka!

O, tak! Na pewno — tak!

Winnych wskazać potrafię!... I nikt się nie broni!...

I ten — i ta — i ów!...

I ja sam! Ja — najbardziej, choć wiem, że i oni!

I ja — i oni znów...

Wina wszystkich naokół — milcząca, zbiorowa,

A my mówimy: los!

Niech od złego Bóg żywych i zmarłych zachowa!

Módlmy się o to w głos!

Tak się lękam, że jesteś wciąż głodna i chora,

Że złą otrzymam wieść, —

I że przyjdziesz zza grobu któregoś wieczora

I szepniesz: «Daj mi jeść!».

I cóż wtedy odpowiem? Nic mówić nie trzeba!...

Niech mówi za mnie — Bóg!

Siostro! Już w całym świecie nie ma tego chleba,

Co by Cię karmić mógł!

Trumna twoja spoczęła w ciężarowym wozie,

Pamiętam nudny wóz.

A była niedorzeczność i drwina w tej zgrozie!

I był nieludzki mus!

Bałem się, że Cię żywcem oddamy mogile

W złym, letargicznym śnie.

I ktoś wtargnął do wozu i rzekł, że się mylę,

I uspokoił mnie.

Czekałem, aż wóz ruszy, by wlec Cię do miasta...

W skwar słońca skrzypnął wóz.

Drgnęła trumna, a była godzina dwunasta.

Żelazny zagrzmiał kłus!...

I sam nagle w tym słońcu musiałem pozostać.

Patrzyłem szynom w ślad...

Świat się zmniejszył na zawsze o twą drobną postać,

I zmalał cały świat!

I myśl wątła do mojej wsnuła się żałoby,

Niby pajęcza nić,

Myśl, że nie ma na świecie tak drogiej osoby,

Bez której nie można żyć!

Noc, przy zmarłych spędzona, nazywa się — pusta!

Brak tego, o kim łkasz...

Zgniją oczy — i wyraz tych oczu — i usta.

Śmierć patrzy w kość, nie w twarz!...

Wiem, że gnijesz nabożnie i że wśród ciemnoty

Pośmiertny dźwigasz krzyż,

Lecz nie śmiem do podziemnej zaglądać Golgoty,

By sprawdzić, jak tam śpisz?

Trup trzeźwieje — wyzuty z krwi i upojenia!

Już złudzeń — ani krzty!

A może Bóg omija twój zgręz bez imienia

I nie wie, że to — Ty?

Boże, odlatujący w obce dla nas strony,

Powstrzymaj odlot swój, —

I tul z płaczem do piersi ten wiecznie krzywdzony,

Wierzący w Ciebie gnój!

Przypisy:

1. rozełkany — zanoszący się szlochem, płaczliwy; śpiewny. [przypis redakcyjny]

2. roić — fantazjować, marzyć. [przypis redakcyjny]

3. drgawy (neol.) — drgający a. skłonny do drgania. [przypis edytorski]

4. całuszka (reg.) — kromka z końca chleba, przylepka. [przypis edytorski]

5. zbyć się (daw.) — pozbyć się. [przypis redakcyjny]

6. z dobrowoli (daw.) — z własnej woli, dobrowolnie. [przypis redakcyjny]

7. flamingo — flaming. [przypis redakcyjny]

8. smuklić się (neol.) — stać, będąc wysokim i wysmukłym. [przypis edytorski]

9. daleczeć — wydawać się dalekim. [przypis edytorski]

10. płowieć — tracić intensywność barwy pod wpływem działanie światła. [przypis redakcyjny]

11. pled — koc. [przypis redakcyjny]

12. rozwrzaskany — tu: krzyczący kolorami, plamami. [przypis edytorski]

13. pilśń — gęsty, zbity materiał z sierści lub wiórów. [przypis redakcyjny]

14. uścierwienie — neol. od rzecz. ścierwo, oznaczającego rozkładające się szczątki zwierzęcia. [przypis redakcyjny]

15. modrzyć się (neol.) — niebieszczeć, stawać się a. być modrym, tj. niebieskim. [przypis redakcyjny]

16. buńczucznie — hardo, zuchwale. [przypis redakcyjny]

17. napurpurzać się (neol.) — stawać się purpurowym, czerwienić się intensywnie. [przypis redakcyjny]

18. przekreska — poprzeczna kreska, przekreślenie. [przypis redakcyjny]

19. grobla — wał ziemny usypany, aby spiętrzać wodę w rzece lub rozdzielać stawy. [przypis redakcyjny]

20. darń — gęsto splecione rośliny na powierzchni ziemi. [przypis redakcyjny]

21. źdźblić się (neol. od rzecz. źdźbło) — pojawiać się w drobnych fragmentach, w smużkach, źdźbłach. [przypis edytorski]

22. deszczarnia — studnia z wodą deszczową. [przypis redakcyjny]

23. widnokres — widnokrąg, horyzont. [przypis edytorski]

24. wyzierać — wyglądać; spoglądać, wychylając się skądś. [przypis redakcyjny]

25. spowicie — okrycie, otulenie. [przypis redakcyjny]

26. surma — instrument pochodzenia azjatyckiego, w Europie od średniowiecza, gł. jako instrument wojsk. (o przenikliwym brzmieniu). [przypis redakcyjny]

27. kąkol — chwast zbożowy o purpurowych kwiatach i trujących nasionach. [przypis redakcyjny]

28. proso — roślina zbożowa. [przypis redakcyjny]

29. łyko — tkanka drzew i krzewów tworząca pod korą włóknistą, lekko wilgotną warstwę. [przypis redakcyjny]

30. mitręga — mozolna, męcząca, zwykle nieefektywna praca. [przypis redakcyjny]

31. zapomoga — bezzwrotna pomoc. [przypis redakcyjny]

32. toć — przecież. [przypis redakcyjny]

33. jar — wydłużone zgłębienie terenu o wąskim dnie i stromych zboczach. [przypis redakcyjny]

34. mrzeć — umierać. [przypis redakcyjny]