III

Spotykam go codziennie

Spotykam go codziennie. Twarz, wklęta w ramiona,

Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.

Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,

By nim zgłaskać surduta połataną jawę.

Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.

Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.

Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.

Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!

Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,

Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —

Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,

Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.

Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —

Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.

A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —

Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —

Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —

Ale on mnie już minął i znikł obojętnie.

I tak zawsze i nigdy nie będzie inaczej...

Nikt nie zmieni mgły jego i mojej rozpaczy,

I nikt nas — choć się rozpacz do mgły czasem zbliża —

Nie wbije nowym gwoździem do wspólnego krzyża.