W nicość śniąca się droga (cykl)

Cmentarz

Wędrowiec, na istnienie spojrzawszy z ukosa,

Wszedł na cmentarz: śmierć, trawa, niepamięć i rosa.

Był to cmentarz Okrętów. Pod ziemią wrzał głucho

Trzepot żagli pośmiertną gnanych zawieruchą.

Wędrowiec czuł, jak wieczność z traw się wykojarza,

I, ciszę swą do ciszy dodając cmentarza,

Przeżegnał to, co bliżej: pszczół kilka, dwa krzaki

I na pierwszym grobowcu czytał napis taki:

Zginąłem nie na ślepo, bo z woli wichury

I wierzyłem, że odtąd nie zginę raz wtóry,

Że znajdę przystań w śmierci, a śmierć w tej przystani,

Ale śmierć mnie zawiodła! Umarłem nie dla niej!

Trwa nadal wiatr przeciwny i groza rozbicia,

I lęk, i niewiadomość, i wszystko prócz życia!

Szczątki moje podziemne, choć je nicość nuży,

Jeszcze godne są steru i warte są burzy!

Nikt nie wie, gdzie ten wicher, który żagle wzdyma?

Kto raz w podróż wyruszył — już się nie zatrzyma.

Znam tę głąb, gdzie się Okręt mocuje nieżywy.

Snu — nie ma! Wieczność — czuwa! Trup nie jest szczęśliwy!

Za wytrwałość mych żagli, które śmierć rozwija,

Przechodniu, odmów — proszę — trzy Zdrowaś Maryja!

Wędrowiec dla nikogo zerwał liście świeże

I ukląkł, by żądane odmówić pacierze.

Za grobem

Nad brzegami zagęstwionych nicości

Szumi wiara w wiekuiste sitowie.

Nikt już nie dba o swe ciało i kości!

Nikt nikomu nic już odtąd nie powie!

Z resztek życia śmierć swawolna po ciemku

Wydmuchuje bańkę trudną i złotą,

By przyświecać młodziuchnemu widemku,

Co się bawi skrzepłą w kukłę tęsknotą.

Z zaprószoną wspomnieniami źrenicą

Cień zmarłego, co drętwotę pokonał,

Mknie pośmiertnie urojoną ulicą,

Aby wśnić się w dom, gdzie mieszkał i skonał.

W rozwiewisku zagrobowej pokrzywy

Dziwaczeje pleśniejąca Niedziela...

Szukam brata, który nie był szczęśliwy!

Szukam siostry, co nie znała wesela!

Cienie, cienie! Darmo w mroku was gonię!

Pustkę tylko chwytam dłońmi obiema...

Więc nie wszyscy tu się znajdą po zgonie?

Więc są tacy, których nie ma, bo nie ma?

Nie ma mgły tej, co tak chciała być duszą,

By się snami do wieczności sposobić1!

O, te bóle, które bolą, bo muszą!

O, ta rozpacz, która nie wie, co robić!

Już się gwiezdne poniszczyły zamiecie, —

Cień się chwieje, poróżniony z mogiłą,

Coś innego stać się pragnie w zaświecie,

Coś innego, niż to wszystko, co było!...

Ubóstwo

Każde zmarło inaczej śmiercią strasznie własną!...

Ciało matki i ojca, i siostry, i brata...

Dziś rysy waszych twarzy w pamięci mi gasną,

Umieracie raz jeszcze śmiercią spoza świata.

Już nie umiem zobaczyć siostry mej uśmiechu, —

I tego, jak konając, padła na podłogę...

Brat mglisty i niecały śni mi się w pośpiechu, —

I głosu, którym mówił, przypomnieć nie mogę.

Pochowani w mogile mrą wciąż za mogiłą!

Widzę was na tle nieba, niby znaki wodne,

Takie inne, znikliwe, z przeszłością niezgodne,

Jakbym nigdy was nie miał — jakby was nie było!

Nic nie było! Nic nie ma! Miłowałem zmory!

Czciłem próżnie! Chcę łzami ocalić ból w sobie,

Więc płaczę, ja — na wiarę w potęgę łez chory!

Łzy się kończą! Mrze pamięć! Kres grozi żałobie!

O, Nocy, w przyszłość niebios wsrebrzona niemylnie, —

Jeśli chcesz w piersi moje uderzyć mgłą ciemną, —

Uderzaj bezlitośnie, uderzaj dość silnie,

Bom — człowiek! Zniosę wszystko! Pomocuj się ze mną!

Kto potrafi żal dłońmi tak tłumić obiema!

Kto zdoła, gdy mu z oczu nicość jawę zmiecie,

Tak nic nie mieć, naprawdę nic nie mieć na świecie,

Jak człowiek, co nic nie ma, naprawdę nic nie ma!

Betleem

Sen mnie ze snu obudził. Przespałem byt drobny

Gwiezdnej smugi na rzęsach. Śniła się — dlaczego?

Chciałem razem z Magami iść w świat, niepodobny

Do żadnego z tych światów. Wiem, że do żadnego!

Biegnę w mrok, byle biegnąć2! Może ich dogonię,

Choć mi trudno przeczuciu opierać się złemu.

Już widzę pierwsze stada, śpiące na wygonie

I światła w Bogu ślepych oknach Betleemu3.

Zbliżam się do jaskini. Nigdy lub tym razem!

Chwili tracić nie wolno! Śpiesz się, nędzo ziemska!

Jeden pastuch wbrew cudom drzemie popod głazem

Budzę go w imię twoje, gwiazdo Betleemska!

Gdzie Magowie? — „Odeszli. Badacze ich cienia

Głoszą, że wraz z kadzidłem i mirrą, i złotem

W kurz się marny rozwiali pod tej karczmy płotem,

Gdzie droga w nicość skręca. Tyle — ich istnienia”.

Gdzie Maryja? — „Mów o Niej z niebem lub mogiłą.

Nikt nie wie — i nikt dzisiaj nie odpowie tobie”.

A gdzie Bóg? — „Już od dawna pochowany w grobie,

Już szepcą, że go nigdy na świecie nie było!” —

A gdzie jest Magdalena? — „Zapatrzona w zgony

Przemilczała ból hańby, gdym ją kopnął nogą.

Wracaj tam, skąd przychodzisz — ty śmiesznie spóźniony!”

Nie mam po co i nie mam powrócić do kogo!

Po śmierci

W przestworów niepokoje

Chmur spodem, niebios dnem

Lecimy obydwoje

Pośmiertnym gnani snem.

— «Czy widzisz drogę pylną?» —

— «Stóp czyichś widzę ślad...»

Tak śpieszno nam i pilno

Zobaczyć inny świat!...

— «Znasz nicość, mgłą topazu

Przelśnioną tu i tam?...»

— «Znam dziwnie i od razu,

Na niewidziane znam!» —

— «Jakież tu inne kwiaty!

I jaki inny las!»

To nie te jeszcze światy,

I jeszcze nie ten czas...

Trzeba nam dalej płynąć,

Za kresem ścigać kres,

I w śmierci się rozminąć

I spotkać się wśród łez.

— «Czy wiesz, że twe pieszczoty

Są tylko drganiem tęcz?»

— «O, męcz mnie, duchu złoty,

Miłością trudź i męcz!»

Zmęczonym — dłuższa droga, —

Zmęczonym — krótszy zgon.

— «Widziałeś go?...» «Czy Boga?» —

— «Był tutaj.» — «To — nie on!

To — gwiazd naokół czaty,

Co śledzą śmierć i nas, —

To nie te jeszcze światy

I jeszcze nie ten czas...»

Trzeba nam dalej płynąć,

Umierać wciąż — bez przerw,

Bo nie dość raz zaginąć

Tym, co istnieli wpierw.

— «Czy słyszysz chór skowrończy4

— «To cienie śpiewać chcą...»

— «Mów ciszej: co się kończy

Po śmierci?» — «Nie wiem, co!» —

Kończą się mgły za mgłami,

Lecz nie ustaje żal.

Spójrz — każda dal przed nami —

Wciąż przedostatnia dal!

W pozgonnych5 zórz szkarłaty

Rzuć okiem tylko raz!

To nie te jeszcze światy

I jeszcze nie ten czas...

W nicość śniąca się droga

Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu, —

Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej — wbrew...

I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu

Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?...

Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.

Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic...

I nie mogę cię pieścić, i nie pieścić nie mogę, —

Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.

Usta twoje — daleko! Usta twoje — tak blisko!

Serce w żalu zatwardziałe do rąk białych weź i złam!

Czy pamiętasz ów ogród — płot wysoki — mgłę niską?

Mgła — to człowiek niepotrzebny, snem mi równy — taki sam!

Coś tam o nas przez liście zaszeptało do cienia, —

Potoczyło się po drzewach — zrozumiało nas — i lśni...

W ustach twoich — tkwi chłodna odrobina znużenia, —

Więc pójdziemy do ogrodu! Poszukamy zmarłych dni!

Jest tam ścieżka znajoma — i jest drzewo za bramą.

Czy pamiętasz, jak się idzie? Trzeba minąć cały świat!

Wdziej6 tę suknię, co wtedy!... Włosy uczesz tak samo!

I pójdziemy do ogrodu... Ty idź — pierwsza... Pójdę w ślad...

Słowa do pieśni bez słów

Kto cię odmłodzi, żywocie wieczny? Sam się przeinacz!

Razem z chmurą się spłomień w zórz szkarłatnej zagęstce.

A ja — obłędny nieistniejących zdarzeń wspominacz —

Bywam tobie najbliższy tylko we śnie i w klęsce...

Nie było dolin — a jednak smutek stał się w dolinie...

I choć wróżek nie było — w mgłach mówiono o wróżce...

Brzegiem obłoków fijolet7 płynie. Myśli, że płynie.

Sen się boczy8 na tego świateł w nicość rozprószcę9.

W odmętach nocy niech ciał się strzeże bezbronne ciało,

Niech swe losy przesłania byle jakim błękitem.

W moim ogrodzie coś się znagliło i zaszemrało, —

Zaszemrało, jak gdyby ktoś się rozstał z niebytem.

Znam ja na pamięć jedną dziewczynę... Znam jej westchnienia

I mym ustom uległość pieszczotliwie zawiłą.

Nic w niej nie było, oprócz uśmiechu i przeznaczenia, —

I kochałem ją za to, że nic więcej nie było.

Znam taką duszę, co cmentarniejąc nie do poznania,

Sztuczną różę w śmierć niosła... Była niegdyś różystką10...

Skąd ten świat cały? — I róże sztuczne?... I czyjeś łkania?

I ja — w świecie, — i ptaki — i pogrzeby — i wszystko?

Znam ja złocistość, co śni się niebu w imię rezedy11...

Dla snów błędnych jest człowiek — lada Bożą ustronią12.

Gasł niegdyś wieczór — i łódź się moja rozbiła wtedy

O tę zgubną złocistość. Tak się stało, że o nią.

Zorza dokrwawia swój żal do nieba w czerwieniach pustych,

A obłoki gasnące chcą w bezludny świat uróść13.

Czymże jest dla mnie — albo dla jezior — albo dla brzóz tych

Głuchoniemej wieczności zaraźliwość i burość!

Czym tajemnicę w niepowtarzalnych dreszczach roztrwonił,

Gdym twe ciało w ciemnościach pieszczotami przejaśnił?...

Świat się już dla mnie dość nanicestwił i naustronił, —

I jam dość się dla świata naczłowieczył i naśnił!

Spieszno mi teraz do zmartwychwstania kilku topoli,

Co szumiały w pobliżu zanikłego w snach domu!

Spieszno mi teraz do zatajonej w gwiazdach niedoli,

Którą muszę sam przeżyć, nic nie mówiąc nikomu.

I co ja zrobię po śmierci z sobą i z całym światem? —

Czy w twych łzach się zazłocę? Czy się we mgle — zniebieszczę?

Mrok nieodparty zszedł się w ogrodzie z bezwolnym kwiatem, —

Myśmy byli w tym mroku i będziemy tam jeszcze!

Marsjanie

Zagrzmi w niebie okrętów napowietrznych tęt,

Niepokojąc międzygwiezdnych mgieł rozwiewisko.

Zniknie złuda przestrzeni, wyzwolonej z pęt, —

Dość pomyśleć, że daleko, a już jest — blisko.

Na oścież się zasrebrzy księżycowy wstęp

Do bożyzny — daleczyzny, w szmer i otchłanie, —

A dołem — szumy leśne, zgiełk drozdów i ziemb, —

I na ziemię wylądują zwiewni Marsjanie.

Stopą obcą dotknięta — westchnie ziemi twardź,

I na chwilę to, co ziemskie, chętnie się zaćmi.

Po wiekach wyczekiwań i tych z niebem starć

Spokrewnimy się obłocznie z nowymi braćmi.

W ich oczach — wiary w Oddal niegasnący płom,

A w ich piersi — bezmiar żywy, swoisty, rdzenny.

Poczną nam się przyglądać w bezczasie jak snom, —

I na zawsze się ustali ten pogląd senny...

A przywiozą nam z nieba — rozmodlone ćmy,

I zwierzęta zadumane — i zgubne baśnie.

I nagle zrozumiemy, że to jeszcze — my, —

Że nie mogło być inaczej — tylko tak właśnie!...

W uczonej złocistości ich wróżebnych ksiąg

Wieszcz, co bogów nie odróżnia od chmur i łątek, —

W czasie przeszłym — dni przyszłych opowiada ciąg

I pośmiertną wiedzą krzepi istnienia wątek...

Jakiś bóg z ich orszaku (złoć się, mrzonko, złoć!)

Zawieruszy się w jeziornym nieba odbiciu

I, malejąc w docześnie srebrniejącą płoć,

Modrą wieczność w tym podwodnym wchłonie przeżyciu.

A ich elfy, co cierpią z dala od swych gwiazd

Na bezsenność wpośród kwiatów (o, gwiezdniej cierpcie!)

W żal pobiegną przez nagle urojony chwast,

Aż w tym chwaście zaszeleszczą ich żwawe kierpcie.

Słyną z czarów Marsjanki!... Niezgadniona płeć

Od ust naszych je przegrodzi — ledwo snu miedzą...

Byle tylko miłować i naglić i chcieć, —

A nauczą nowych pieszczot, bo o czymś wiedzą...

Któż się zdoła domyśleć, jaki strach i szał

Pała w oczach, co się w słońcu mienią na opal!

Czym jest wobec tych niebem nasyconych ciał

Nasze ziemskie dziewuszątko i jego — chłopal?...

Z nich jedna — wiem na pewno, że pokocha mnie,

Ku mnie ciałem — wzbronnym światu — występnie spłonie.

Obczyzno, przyswojona w pieszczocie i śnie!...

Tajemnico, co posiadasz — usta i dłonie!

Za jej sen — w mym uścisku, za pieszczotę nóg,

Za wniknięcie pocałunkiem w jej czary żyzne —

Oddam chętnie, natychmiast — na rozstaju dróg —

Żywot wieczny i tę całą — zagrobowiznę!

W ślad za nią będzie kroczył niewidzialny mops,

Co, podziemne węsząc zmory, wyje w niebiosy

Lub szczeka głosem czujnie rozśpiewanych kobz,

By odstraszyć złe uroki — złe sny — złe losy.

Jak brzmieć będzie jej imię — nie wiem, ale wiem,

Że wprowadzi mnie w głąb cudów — przez szum i trawę

Tak, że drzewa, roślinny przerywając zdrzem,

Z jednej jawy wejdą w drugą — i w trzecią jawę!...

A wy, coście szarzyzny uprawiali brzydź

I zbiorową w pyskach złudę srożyli dumnie,

Czy zdołacie tym życiem, co was wydrwi, żyć

I w zawrotny przepych słońca wejść bezrozumnie?

Już odtąd — z odwróconym do błękitu łbem,

Z wiarą w nową zaobłoczność, w odkrycia niebne

Pobrniecie niedołężnie — między snem a snem —

Od przydrożnych wierzb przyjmując — guzy chwalebne!...

Guzy, które złagodzą pychę waszych wad

I okupią uporczywość ślepego grzechu...

A my — śmiać się z nich będziem — śmiać się w cały świat!

Jakże tęskno mi już dzisiaj — do tego śmiechu!

Pan Błyszczyński

Kazimierzowi Wierzyńskiemu,

Jego żywotnym zmaganiom się

z upiorami współczesności

i zdobywczym przeobrażeniom

twórczym.

Ogród pana Błyszczyńskiego zielenieje na wymroczu,

Gdzie się cud rozrasta w zgrozę i bezprawie.

Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu

I utrwalił na podśnionej drzewom trawie.

Kiedy zmory są zajęte przyśpieszonym zmorowaniem

Między mgłą a niebem, między mgłą a wodą, —

Zielna zjawa swe dłonie zbezcieleśnia ze łkaniem

Nad paprocią — nad pokrzywą — nad lebiodą14.

W takiej chwili Bóg przelatał15, pełen wspomnień wiekuistych,

Ścieżką podobłoczną — właśnie, że tułaczą —

I przystanął na zbiegu dwojga tęsknot gwiaździstych,

Gdzie się widma migotliwie bylejaczą.

Zaszumiało jaworowo, ale chyba wbrew jaworom —

Samym cisz zamętem, samą cisz utratą...

«Kto te szumy narzucił moim dumnym przestworom?

Kto ten ogród roznicestwił tak liściato?...»

Cisza... Nikt nie odpowiada. Płyną chmury i godziny...

Wszelka dal w niebiosach — to dal zagrobowa.

Pan Błyszczyński w świat nagle z trwożnej wyszedł gęstwiny,

Szepnął: «Boże!» — i powiedział takie słowa:

«Był w zaświatach — sen i wicher, i zaklętej burzy rozgruch16!

Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!

Jam te drzewa powcielał! To — mój zamysł i odruch...

Moje dziwy... Moje rosy... Dreszcz i znój mój!

Przebacz smutkom i widziadłom, nieznającym rodowodu,

I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...

Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!

Do ogrodu!... Do — mojego!... Do — mojego!...

Wyznam Tobie całą zwiewność, całą gęstwę mojej wiary

W życie zagrobowe kwiatów i motyli.

Wejdź do mego ogrodu! I cóż z tego, że czary!...

I cóż z tego, że ułuda nikłej chwili!...»

Wszedł w gęstwinę, co szumiała poza życia drogowskazem.

Sami byli teraz. Oko w oko — sami.

Nic do siebie nie rzekli i, ciemniejąc, szli razem

Alejami — alejami — alejami!

Ogród śnił się... Tu i ówdzie dąb prześniony zżółkł i powiądł.

Każdy krzew sam w sobie miał zaświata wygląd.

Sporo było w gałęziach — cisz zbłąkanych i sowiąt17,

Lecz nie było ani świerszczy, ani szczygląt18.

Uciekały się niebiosy pod najdalszych gwiazd obronę,

Miesiąc złotym rogiem chmurę mgliście pobódł.

Trzepotały się w piachu dusze zmarłych, spragnione

Nowych zgonów i pośmiertnych w mroku swobód.

Coś złociście wyspowego w daleczyźnie alej pełga19, —

Można taką wyspę brwi skinieniem spłoszyć...

Świetlikami za chwilę północ w zieleń się wełga,

Niepokojąc gmatwaninę leśnych poszyć.

Pan Błyszczyński sprawdzał ogród, czy dość czarom jego uległ, —

I czy szum i poszum dość jest rzeczywisty, —

I czy liszaj20 na dębie — jadowity brzydulek —

Dość się wgryza w złudną korę i w pień śnisty?...

Badał jeszcze, czy ptak-lilia dość skowrończo w przyszłość śpiewa,

I czy wąż-tulipan wiosny jest oznaką...

I spojrzeniem przymuszał przeciwiące się drzewa,

By do zwykłych podobniały jako tako...

Drapieżniały zbyt cudacznie zdradnych kwiatów niebywałki,

A gałęziom ciążył złej wieczności nawał.

Pod stopami przechodniów piach niepewny i miałki

Tyleż istniał, ile istnieć zaprzestawał.

Szli, aż doszli tam, gdzie w mrzonce zagęstwionej i niczyjej

Cień dziewczyny jaśniał oczu w dal rozbłystką,

A jej usta i piersi, i ramiona, i sny jej

Były takie, żeby właśnie kochać wszystko...

Rzęsy miała dosyć złote, by rozwidnić blaskiem rzęs tych

Dno zmyślonych jezior, gdzie mży śmierć zmyślona, —

Warkocz łatwo się płoszył, więc skrzydłami fal gęstych

Wciąż uciekał i powracał na ramiona.

Bóg w nią spojrzał, kiedy właśnie wynurzona z mgieł spowicia21

Urojone oczy w modre nic rozwarła.

«Kto ją stworzył?» — zapytał. — «Nikt, bo przyszła bez życia

I bez śmierci, więc nie żyła i nie zmarła...

Próżno szukam w jej warkoczu źdźbeł istnienia, snu okruszyn,

Próżno chcę ugłaskać pozłocisty kędzierz22!

Tak mnie wzrusza ten niebyt, cudny niebyt dziewuszyn!...

Bądź miłościw niebytowi... Wiem, że będziesz...

Wyłoniłem z mroku ogród, oderwany od przyczyny,

Rozkwieciłem próżnię, namnożyłem ścieżek —

I już wszystko rozumiem, prócz tej jednej dziewczyny,

Prócz tej jednej, którą kocham!» Bóg nic nie rzekł.

«Znam usilność rzeczy sennych i znużenie rzeczy martwych.

Ogród mój chwilami wolałby — bezlistnieć...

Boże, nie skąp w obłokach błogosławieństw i kar Twych

Tym, co wiedzą, że ich nie ma — a chcą istnieć!

W Twych przestworach coś się stało... Mgła o cud się dopomina...

Z tamtej strony świata modlą się zawieje.

I w tych strasznych bezczasach taka nagła dziewczyna

Tak niebacznie poza życiem — cieleśnieje!

Zbliż się do niej, ciemny jarze! Zbliż się do niej, modra strugo!

Czemuż pies mój wyje na jej czar cichutki?

Może zimne jej usta są ostatnią posługą

Dla tych właśnie, którzy wierzą tylko w smutki.

Znam niedolę wniebowstąpień! Znam wskrzeszonych ust niedolę!

I płacz wśród zieleni... I zgon sierociński...

I to wszystko mnie boli!... Ja — sam siebie tak bolę!» —

Wołał w bezmiar i ku Bogu pan Błyszczyński.

Ale Boga już nie było... Pustka padła wzdłuż na kwiaty.

Widma drzew szeptały: «Zmiłuj się nad nami!» —

Błogosławiąc snom wszelkim, leciał w dalsze wszechświaty

Powietrzami, wstrząsanymi powietrzami.

Pewno widać było z nieba, że świat mija i przeminie,

I że snom przyświeca — woda na kamieniu...

Pan Błyszczyński zaszeptał w usta niemej dziewczynie:

— «Błędny cieniu, marny cieniu, cudny cieniu!

Zabłękitnij — odbłękitnij... I mów wszystko i nie domów!...

Czy tu jest ów wszechświat, gdzieś zgubiła siebie?

Może ci się należy wpośród innych ogromów

Inna zieleń — inna nicość — w innym niebie.

Nie zaczęłaś dotąd istnieć w żadnym półśnie, w żadnym grobie,

Dotąd stóp twych śladu nie stwierdziły kwiaty, —

Podczas twego niebytu zakochałem się w tobie,

Naraziłem mroczne ciało na zaświaty!

Czy mam z tobą iść w głąb żalu, czy w tę inną głąb doliny,

Nim świat zginie śmiercią, niebem malowaną?...

I jak dążyć do ciebie — do niebyłej dziewczyny, —

Ty — mgło moja, usta drogie, złota piano!...

Oto resztki mych przeznaczeń: noc niedobra i dzień sępny, —

Oto — popłoch czarów, gdy je miłość zrani!

Od nicości do ust twych — ledwo jeden krok wstępny,

Od otchłani poprzez dreszcze — do otchłani!

Śni się liściom — nieskończoność. Śni się wiosłom — dno i łódka.

Odtrącone zorze raz na zawsze bledną...

Czy śmierć w nic nas rozśmieje, czy nas z nowych łez utka, —

Wszystko jedno, tchu ostatni, wszystko jedno!

Noc zabije nas nie mieczem, lecz jaśminem i konwalią —

I zaciszem mogił — i oddechem sadu!

Prędzej pochwyć treść nocy i ucałuj, i spal ją,

Żeby po niej nie zostało ani śladu!

Wszystkim widmom chce się zginąć takim nagłym wielozgonem,

Żeby brak ich we śnie — był dla jawy ulgą.

A mój upiór śpi w jarze — na wybrzeżu zielonem23,

Gdy go znajdziesz, pusty cieniu, — zbudź i tul go!

Tam — wysoko i najwyżej — między niebem a nadrzewiem

Włóczy się srebrnawo — cisza i znikomość.

Tak o tobie nic nie wiem, tak cudownie nic nie wiem,

Że miłością jest ta moja — niewiadomość!»

Umilkł nagle pan Błyszczyński i popatrzył w dal niecałą,

Świateł i przeznaczeń było coraz więcej.

A on kochał ją w usta, kochał w stopy, w pierś białą, —

I minęło różnych czasów sto tysięcy!

Ramionami ją ogarniał, a ustami doogarniał,

Oczom z gwiazd przyrzucał patrzącego złota,

Lecz cień w jego objęciach wciąż samotniał i marniał

I nie wiedział, że to — miłość i pieszczota.

Noc z roziskrzeń, wróżb i mgławic promienisty splotła batog,

Żeby nim biczować nie dość chętne groby,

A w księżycu się jarzył wykres cieśnin i zatok,

Gdzie nic nie ma, prócz oddali i żałoby.

Mrok zaskomlał w pustym dębie, zagwizdała nicość w klonie,

I rozbłysła w księżyc — śmierć i pajęczyna...

Pan Błyszczyński zrozumiał i załamał swe dłonie

I pomyślał: «W nic rozwieje się dziewczyna!» —

W nic rozwiała się dziewczyna i jej czar, poczęty w niebie,

I pierś, zakończona różową soczystką.

I rozpadło się ciało na żal straszny do siebie

I niewiedzę o tym żalu!... I to — wszystko...

Nie umarła, lecz umarło jej odbicie w jezior wodzie.

Już się kończył zaświat... Ustał cud dziewczyński...

O, wieczności, wieczności, i ty byłaś w ogrodzie!

I był blady, bardzo blady pan Błyszczyński.

Eliasz

Adamowi Szczerbowskiemu, w imię

wspólnej wiary w zwycięstwo sztuki nad

rozpanoszoną zmorą szarego człowieka.

Wziął go wicher i uniósł na ognistym wozie.

Leciał rozzuchwalony w powietrzu i w grozie,

Płaszcz swój zrzucił na ziemię, by z wyżyn rozstania

Płaszczem ziemi dosięgnąć na znak pożegnania.

I odtąd już go nigdy na ziemi nie było.

Wszechświat stał mu się błędną wokół bezmogiłą.

Ledwo skrzyć się nadążył rozbłyskaniec boży,

By światłem zmuskać stada zdziczałych bezdroży.

W twarz go biły obłoków wzburzone jaśminy,

Wóz miotał w byle wieczność ognia rozprószyny,

A on patrzył w to tylko, co w dal się rozwidnia,

I, górując — dołując, mknął, jak śród białydnia!

Jęczała Nieskończoność, kół miażdżona złością,

A gwiazdy rozpaczały nad Nieskończonością!

Zezem spojrzał na Wenus, w jej śmigłe zaświaty,

Gdzie się gęstwił do lotu ptak żywcem liściaty,

Co zaledwo się różnił od dębów i sosen

I tą właśnie różnicą leciał w sen — pierwosen.

Prażywicznych wybroczyn leśne ustoiny

Wywiały czad istnienia w pobliża męt siny,

I mroki, woń ożywczą węsząc bezrozumnie,

Zaroiły się wokół wroniście i tłumnie.

A prorok przetarł oczy i przynaglił biegu.

Rozpędzony na zawsze w tę noc bez noclegu

Saturn, niebem zdyszany, dniał w nurtach ciemnoty

I biegł ścieżką domyślną — niepochwycień złoty.

I Jowisz jak tęczowa przewinął się plucha,

I Neptun jak cienista przemknął zawierucha, —

A wóz boży, płomienie rozchyżywszy czujne,

Minął słońca podwójne i słońca potrójne

I brnął w gąszcz, gdzie z nicością zmieszane na poły,

Włóczą się niedowcieleń pełzliwe męcioły.

Tu właśnie samo z siebie wyłonione Śnisko,

Mgłami się ocierając o wieczność pobliską,

Lęgło w chorym przezroczu jadowitą chatę

Z oknami rozwartymi na śmierci poświatę,

A niczyje i nikim nie będące ciało

Do jej progów omylnym łbem się przyśniwało,

By wygoić ich kurzem od dołu do góry

Rozjątrzoną bezdomność chciwej szczęścia skóry.

Tu tkwiły włóczyzmory, w swym konaniu zwinne,

Pstrocinami złych ślepi migotliwie czynne,

Strawione zaraźliwym liszajem niebytu,

A łase na ułomną podobiznę świtu...

Tu mgławice dłużyły rąk wyłudę białą

W schłon próżni, gdzie się dotąd nic jeszcze nie stało,

Strzęp świata, zdruzganego na prochy w przestworzu,

Bławatkował zadumą o świetlącym zbożu...

Ale prorok, w tęsknoty zapodziany trudzie,

Nie zważał na to rojne w niebiosach bezludzie

Upojony tchem mgławic, zwycięsko rozpędny,

Wsparty o krawędź wozu, a sam — nadkrawędny

Ścigał bezkres i piersią czuł radość pościgu.

A gwiazdy, drobniejące za nim w okamigu,

I światy, co we wprawnym kołują obłędzie,

I to życie, co pragnie trwać zawsze i wszędzie,

I ziemskiego pobytu krzątliwa śródzielność,

Świat i zaświat, i dusza — śmierć i nieśmiertelność, —

Wszystko zbladło, zmarniało w wyżynnym wspomnieniu.

Jak sen, co śnić się nie chce, a śni się wbrew chceniu.

A właśnie uwikłany w czepliwym obłoku

Trup anioła przelatał z bielmem śmierci w oku.

Dziwny zdał się w pobliżu ogrom tego ciała

I małość pustej śmierci, co w nim wciąż malała.

Skrzydłami się w pozgonny żal nad sobą śnieżył,

Co raz wyżej ulatał — co raz wyżej nie żył!

Stąd już blisko do Boga! Już Eliasz zobaczył,

Jak Bóg Smugą świetlistą w chmurze się zaznaczył.

Oczom była dostępna tej Smugi połowa,

Resztę, blednąc, zgadywał, a Bóg rzekł te słowa:

— «Chcę ci wyznać to, czego nie wyznam nikomu.

Świat mój mija się ze mną! Źle mi w moim domu!

Mogłem niegdyś przymusić nicość jeszcze młodą

Do uśmiechu w mrok inny! Mrok nie był przeszkodą...

Gdybym dał inny rozkaz, innych snów narzędzie,

Czy byłoby inaczej, niż jest i niż będzie?»...

— «Śniłem o tym — rzekł prorok. I posłuszny słowu —

Śniłem» — powtórzył ciszej, a Bóg mówił znowu:

— «Życiem tworzył! Tak, właśnie! Nieodparte życie!

Na gwiazdach, na dnie jezior, na pagórów szczycie,

W lwich paszczękach, w kłach wężów i w snu pozawzroczach,

W jamach krecich, w łzach ludzkich, i w wargach, i w oczach,

Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez treści

Jeszcze coś się mocuje, krząta i szeleści!

Cóżem jeszcze mógł czynić? Jaką wybrać drogę?

To — wszystko. Twór skończony. Nic nad to nie mogę!»

I głos rozległ się echem i zamilkł niebawem.

Eliasz głosu Bożego słuchał mimopławem,

Ale biegu nie zwalniał. — «Smugo! — szepnął — Smugo!

Niech Cię z chmur tym imieniem wygarniam niedługo,

Nim zgaśniesz!... A, gdy zgaśniesz, znowu powiem: Boże!

Nie wiem, gdzie Twoje brzegi, a gdzie moje morze?

Lecz wiem, żem policzony pomiędzy Twe ptaki:

Chcę lecieć w Twoją przyszłość! O, daj mi lot taki!»

Zaiskrzyła się Smuga — i mrok bez oporu

Przyjął skrę... Coś błysnęło w pamięciach przestworu,

Lecz nastała ta cisza, co nic nie pamięta.

Słychać było, jak czas się po gwiazdach wałęta...

I rzekł Bóg: — «Chciałbym ciebie zachować zazdrośnie

Mym niebiosom — Spójrz! Wszechświat ma się już ku wiośnie!»

Eliasz z wozu wynurzył swą pierś i urwiście

Zwisł nad głębią i dłonie wprzód rozwiał, jak liście,

I tak trwał, niby nagła mroków uroślina,

Co pnączem swego ciała w bezmiary się wspina,

I, wargami zmacawszy chłód gwiezdnych przezroczy,

Do Boga wzwyż i na wprost mówił w cztery oczy:

— «Tak, mogło być inaczej! Słowa śmiesznie złote

Dla zbłagania ciemności! Chcę iść w tę Innotę,

Chcę być tam, gdzieś nie bywał! Chcę walczyć sam na sam!

Niech czuję, że zwyciężam, lub wiem, że wygasam!

Chcę wzburzoną swodobą przekroczyć mą dolę!

Puść mnie tam — w bezbożyznę! Puść — na wolną wolę!

Postroń wszystko, co było! Nie poskąp mi lotu!

Już — z Tobą!... Już — bez Ciebie!... Nie żądaj powrotu!»

Smuga zgasła, i Eliasz wziął jej Zmrok za zgodę.

Wiatr pobruździł głąb nieba, jak jeziorną wodę,

A on pędził na oślep i Zgasłą ominął.

Wolny, Bogu zbyteczny — sam teraz popłynął

Wyżej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny,

Gdzie już nie ma stworzenia i Bóg — niepotrzebny!

Wszechświat skończył się... W oczach, niby gwiazd utrata,

Utkwiła mu ta nagła skończoność wszechświata.

Zmógł się z lotem ostatnią swych pragnień bezsiłą.

I odtąd już go nigdy w wszechświecie nie było.

Wóz się zachwiał. Skry jego, niby ślepie wilcze,

Lśniły, przejrzawszy na wksroś zamysły tubylcze.

I spełniło się... Eliasz czuł przez jedną chwilę,

Że spełniło się właśnie... I czuł tylko tyle...

Pochłonęła go drętwa i pilna Ciszyzna.

Wiedział, że Bóg — daleko, — że nic mu nie wyzna.

Dreszcz lęku w nim zanikał raz jeszcze — raz jeszcze, —

I wstrząsnęły nim obce ciału przeciwdreszcze.

Czekał, do jakich mroków pierś chętną dołoni?

Dłoń wyciągnął w niewiedzę... Lecz minął czas dłoni!

Rozwarł oczy... Czas oczu minął niepochwytnie!

Już nie było błękitu, więc trwał bezbłękitnie.

Dróg nie było, więc drogi na pewno nie zmylił,

I z wozu gasnącego w bezświat się wychylił,

By stwierdzić jasnowidztwem ostatniego tchnienia

Możliwość innej jawy, niż jawa Istnienia!

Dwaj Macieje

Drogiemu przyjacielowi, Franciszkowi

Fiszerowi24, z pełnym wzruszenia uznaniem

dla smutnych i wesołych cudów Jego

cygańskiego żywota i ze szczerym zachwytem

dla Jego wiecznie młodych uniesień

i pomysłów metafizycznych.

Pleć, pleciugo! — Na wzgórza południowym grzeju

Siedział razu pewnego — Maciej przy Macieju.

Do pierwszego Macieja rzekł ten drugi Maciej:

— «Coraz w niebie — wiosenniej, a w polu — pstrokaciej.

Lada parów potrafi, śniąc, kwiatami zarość25!

A my — co? — Do wieczności mizdrząca się starość?

Wstyd mi z siana, gdy słońce złotą igra zmrużką,

Z przedwczesną i zuchwałą pieszczoty pogróżką

Zerwać się do dziewczyny, jak gęś, co spod płotu

Zrywa się z wielkim krzykiem do niskiego lotu!...

Wstyd mi pysk — modrym oczom przysunąć do widna,

Bo te oczy — śmieszliwe, a dziewka — bezwstydna!

Byle durniom zejść z drogi miałbym bezrozumnie?

Zamiast z dziewką — na sianie, bez dziewki spać w trumnie?

Dość mam śmierci, co siłkiem po ziemi się szasta!

Nie chcę umrzeć — i kwita! Chcę potrwać — i basta!» —

Do drugiego Macieja pierwszy Maciej rzecze:

— «Hamuj się, niecierpliwy na wiosnę człowiecze!

Ma łeb dzielny — wieczorem, kto go miewał — wzarań26

Tak, jak ja — com nie szczędził mym zadumom starań...

Wiem, co wiem! — W kniejach leśnych, w przepaściach paprotnych

Mieszka Czmur — wpośród czarów dzikich i samotnych —

I nic — tylko pilnuje zaklętego ziela,

Które nieśmiertelności — gdy je zjesz — udziela.

Nie dopuszcza nikogo — podstępny i silny,

A pięść ma tak skuteczną, jak ten głaz mogilny!...»

Do pierwszego Macieja drugi Maciej prawi:

— «Mam i ja — pięść, co z wrogiem niedługo się bawi...

Pódźwa27 z Czmurem się zmierzyć! Ty — w ślad, ja — na czele.

Przymarnimy go nieco — i odbierzem ziele». —

I poszli. — A szli w poprzek — i wprzód — i ukosem,

Już zawczasu się srożąc pod gołym niebiosem,

Jak mówią w tym powiecie, gdzie mimo zwyczaju

Niebo jest — Bóg wie czemu — męskiego rodzaju.

Po obłokach — po pniakach — po jarach — szli, skacząc

I Czmurowi zaocznie i trafnie sobacząc28!

Słońce, przez żyłkowane przeświecając liście,

Na sękach się rozpryska — różnie i zdziebliście —

I, światłem obszerniejąc, rozprasza się po to,

By na trawę ruchliwą nawiać — nic i złoto.

Gil na dęba wierzchołku tak odlegle śpiewa,

Że czuć w śpiewie wysokość szumiącego drzewa,

A w jarach, skąd się zieleń wynurza, jak z wora,

Po wczorajszej ulewie — woda przez sen chora29

Na blady niedorozwój srebra w swej głębinie,

Mętem przeciw własnemu usrebrnieniu płynie.

Skoro Czmur dwóch Maciejów zaoczył30 z daleka, —

Czarami się najeżył — i nieludzko czeka...

Idą. — Już się zbliżyli. — Czmur w słońcu się biesi, —

Gębę do nich wykrzywia: «A wy tu — skądesi?» —

Rzekł Maciej: «Z niedaleczka... Chcemy jestku — pitku

Z tego ziela, coś w lesie skrył je bez użytku.

Znamy twą tajemnicę strasznie zieleniatą!

Wyłaź, tchórzu, zza czarów! Wyłaź!» —

A Czmur na to:

— «Precz stąd, śmiecie pyskate! Znam podniebia wasze!

Na baśń leśną dybiecie, jak bawół na paszę!

Czym dla was nieśmiertelność? Rodzajem — jarzyny!

Wara psiarni człowieczej do bytów przyczyny!» —

Trącił Maciej Macieja: «Lży, bestia nieczysta!

Pierwszy przemów do zmory, boś lepszy mówista»...

Sięgnął Maciej po słowo, co wszystek gniew zmieści!

— «Ty, psiaparo — psiawełno — psianogo — psiatreści!

Czemu ślepie wytrzeszczasz, mgliste od wyłudy!

Małpo z tamtego świata! Pomroko z psiej budy!

Nie pyskuj śród listowia! Stłum w lesie — bezczelność!

Nie skąp ziela, judaszu! Oddaj nieśmiertelność!» —

I, to mówiąc, podźwignął pięść, na kształt maczugi,

A tuż obok do boju zawrzał Maciej drugi.

Czmur z ziemi wyrwał buczek, pełen jeszcze cienia,

I łby obu Maciejom zmacał od niechcenia.

Coś z lekka we łbach trzasło, lecz nic się nie stało.

Snać31 łbów było — za dużo, a buczka — za mało.

Obaj do gęby Czmura rozmach wzięli szerszy, —

Cios zadał Maciej drugi, a w ślad — Maciej pierwszy.

Czmur rozwarł pysk drapieżny zwyczajem potwora,

Aż odsłonił krtań krwistą — kły — i zwój jęzora.

Splunął Maciej, jęzora zgorszony straszydłem,

I gębę w czas potłumił pięścią, jak gasidłem.

Jęknął Czmur w nieskończoność, truchlejąc haniebnie

Przed nawałą Maciejów zbyt groźną liczebnie!

Cztery pięście go tłukły, nie wiadomo — która!

Coraz to inny Maciej nacierał na Czmura!

A czynili ciał dwojgiem taki zgiełk i ścistek,

Że zlękły brakiem miejsca — las dygotał wszystek!

Próżno Czmur się do nieba zrywał, jak zawieja, —

Gdziekolwiek się obrócił — tam spotkał Macieja!

Przed nadmiarem Maciejów gdzie szukać obrony?

Tu — Maciej i tam — Maciej! Maciej — z każdej strony!

Ten go chwyta za grdykę, a tamten — za łystę32.

Czmur nagli do ucieczki swe nogi bieżyste.

Już szkarłatną rzadź33 bytu wyplunął na jary —

I zmalał — i sprzyziemniał, jak właśnie kret szary.

Lecz — gdy w oczach mu leśna pomętniała knieja,

A Macieja odróżnić nie mógł od Macieja, —

Zaklął siebie słów mgliskiem — i tak zaczął znikać,

By ciałem do niebytu, znikając, nawykać...

Trudno stwierdzić, czy umarł, czy wpełzł na kształt gadu

W nicość, pełną kryjówek... Dość, że znikł bez śladu.

Znikł do cna i do ista, jakby go nie było, —

Tylko w słońcu zapachło — miętą i mogiłą...

Ptak zaćwierkał z gałęzi na zniknione ciało,

I coś w lesie raz jeszcze, nie chcąc, poleśniało...

Rzekł Maciej do Macieja: «Umknął, zmór podrzutek!

A my ziela szukajmy! Czas nagli i smutek!»

Jęli szukać w parowie — łapczywie i żwawo.

Poszperali — na lewo, znaleźli — na prawo.

Miało barwy znikliwej posenną przynętę,

A poznali je po tym, że było — zaklęte.

Daremnie próbowali gryźć ziele i łykać, —

Nie chciały im się szczęki zmiażdżone domykać...

Czmur za życia posiadał jakie takie siły,

Bo cielska Maciejowe od ran się roiły.

Do pierwszego Macieja rzecze Maciej wtóry:

— «Tak się kości gną we mnie, jak te obce wióry.

W tym, że Czmur nas nadpsował — nie ma jeszcze sromu.

Czas duszom — do pokuty... Czas ciałom — do domu...

Lubię księżyc — na strychu, a słońce — w altanie,

Ale lubię najbardziej — siebie wzdłuż na sianie!...

Ty poleżysz ustronnie — i ja też poleżę.

Odzyskamy sił krztynę, szeptając pacierze,

Grzeszną duszę do Boga nastroim jak skrzypkę,

A ziele spożyjemy z mlekiem na przechlipkę».

I tak gwarząc, szli do dom — tam, gdzie dal i droga,

I na skręcie spotkali twarz w twarz — Płaczyboga.

Miał Płaczybóg źrenice — dalami posnute,

A w źrenicach na przemian — zadumę i smutę.

Trącił Maciej Macieja: «Chwila uroczysta

Pierwszy przemów do Boga, boś lepszy mówista». —

Rzekł Maciej: «Płaczyboże, co płaczesz uboczem, —

Chcę Ci mówić o wszystkim, ino nie wiem — o czem!

Pochwalona ta z Tobą znajomość bezkresna.

W lesie — nasze spotkanie. Dziej się — wola leśna!

To powiadam po pierwsze. A mówię po wtóre:

Dziej się człowiek, idący w bezmiary niektóre!

Nie zbraknie Bogu strawy (to mówię — po trzecie!) —

Dopóki jeden Maciej trwa jeszcze na świecie!»

I z zanadrza, jak z hojnej wyciągnął skarbony

Ziele — i Płaczybogu podał zamyślony.

— «Weź to ziele na wszelki w niebiosach przypadek,

Jako po dwóch Maciejach niepodzielny spadek.

Wiem, że cierpisz niekiedy, — i ja czasem cierpię.

A nuż się nieśmiertelność w niebiosach wyczerpie!

Chociaż trwoga to — płonna, lecz myśl niebezwiedna:

Pewniejsze dwie wieczności, niźli wieczność — jedna.

Dość Ci, Boże, źdźbło małe tego ziela spożyć,

By do drugiej wieczności bez uszczerbku dożyć.

Kto zasłużył na ziele — niech się nim odświeży.

Bogu się nieśmiertelność — nam się Bóg należy.

Włącz ten dar, Płaczyboże, do Twych w niebie dziejów

I od czasu czasu wspomnij dwóch Maciejów!» —

Wziął Płaczybóg podarek z tym bożym uśmiechem,

Co sprawił, że las z większym zieleniał pośpiechem,

I rzekł: «Dar to — nie lada, i skarb — nie drobnota —

I pewne przedłużenie wiecznego żywota!

Czymże was wynagrodzę — jaką z nieba chwałą

Za to, co się w tej chwili we wszechświecie stało!

Nic nigdzie nie posiadam, sam jestem — samiustek

Wpośród ziemskiej niedoli i zaziemskich pustek.

Trzeba w płacz mój na ślepo, z całych sił uwierzyć,

By chcieć ze mną żyć razem, albo razem — nie żyć.

Na krańcach mego płaczu będę na was czekał.

Nie zwlekajcie zbyt długo. Ja — nie będę zwlekał...»

I odszedł w sen za snami, by z tym zielem w dłoni

Zniknąć w jednej i w drugiej niebiosów ustroni.

Rzekł Maciej do Macieja: «Z ran moich niemało

Podczas rozmowy z Bogiem krwi się w świat przelało».

I na nogach się zachwiał i bardzo niezgrabny

Na trawę się wywrócił bokiem, jak wóz drabny.

Drugi Maciej na ból swój boczył się i srożył,

Lecz — by ciału dogodzić — obok się ułożył.

Rzekł jeden: «Czemuś taki srebrniasty na licu,

Jakbyś gębę przed chwilą wytarzał w księżycu?»

Drugi na to: «Już do snu nicość mnie kołycha.

Wiem, co we mnie cierpiało, — nie wiem, co nacicha...

Brak mi ziela... Ha, trudno! Niech Bóg się posili, —

Bardzo by się przydało i nam w takiej chwili!»

Naówczas do Macieja rzekł Maciej: «Macieju!

Tak mi dobrze w mym bólu, jak w samym Betleju...

Pragnę tylko ostatnich ku niebu przesileń,

By zrzucić ciała mego uciążliwą wyleń, —

A zrzucając — nie jęknę, ani się zasmucę.

Odwróć łeb, byś nie widział, czym będę, gdy zrzucę...»

Chciał się właśnie odwrócić Maciej od Macieja,

Ale go zamroczyła wielka beznadzieja!

A już śmierć się zbliżyła, by ich snem utrudzić.

Nie wiedziała, którego ma najpierw wystudzić.

Świat im w oczach zanikał... Nastały złe dreszcze.

I już świata nie było, a trwali gdzieś jeszcze...

Rzekł jeden: «Noc nadchodzi!» — A drugi rzekł: «Dnieje!»

Tak zmarli jednocześnie obydwaj Macieje.

Przypisy:

1. sposobić — przygotowywać. [przypis redakcyjny]

2. biegnąć — dziś popr. forma bezokolicznika: biec. [przypis redakcyjny]

3. Betleem — dziś popr. Betlejem. [przypis redakcyjny]

4. skowrończy — skowronkowy. [przypis edytorski]

5. pozgonny (neol. od wyrażenia przyimkowego po zgonie) — pośmiertny, znajdujący się w zaświatach. [przypis edytorski]

6. wdziać — założyć, ubrać się (w coś). [przypis edytorski]

7. fijolet — dziś popr.: fiolet. [przypis redakcyjny]

8. boczyć się — dąsać się, okazywać niechęć. [przypis redakcyjny]

9. rozprószca (neol.) — ten, który rozprasza. [przypis redakcyjny]

10. różystka — osoba wyrabiające sztuczne kwiaty (róże). [przypis redakcyjny]

11. rezeda — roślina o niewielkich żółtawych lub zielonkawych kwiatach. [przypis redakcyjny]

12. ustroń a. ustronie — miejsce oddalone od ludzkich siedzib; schronienie. [przypis redakcyjny]

13. uróść (daw.) — urosnąć. [przypis redakcyjny]

14. lebioda — komosa biała, lekko trująca roślina zielna, chwast spożywany przez ludzi i zwierzęta w okresach głodu. [przypis redakcyjny]

15. przelatał — dziś popr. forma: przelatywał. [przypis edytorski]

16. rozgruch — hałas. [przypis redakcyjny]

17. sowię — młode sowy. [przypis redakcyjny]

18. szczyglę — młode szczygła. [przypis redakcyjny]

19. pełgać — o ogniu a. świetle: palić się nierówno. [przypis redakcyjny]

20. liszaj — choroba skóry; tu: plama porostu na korze. [przypis redakcyjny]

21. spowicie — okrycie, otulenie. [przypis redakcyjny]

22. kędzierz — kręcone włosy. [przypis redakcyjny]

23. zielonem — dziś popr.: zielonym. [przypis edytorski]

24. Franciszek Fiszer (1860–1937) — filozof, erudyta; pochodził ze spolonizowanej szlachty niem., był postacią niezwykle popularną w środowisku artystycznym Warszawy; bywalec kabaretów, kawiarni i restauracji; do jego znajomych należeli: Bolesław Leśmian, Zenon Przesmycki, Antoni Lange, Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Artur Rubinstein, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń oraz wielu innych twórców; znany z licznych dowcipnych anegdot, nie pozostawił żadnego utworu pisanego, lecz zyskał sobie miano „Sokratesa naszych czasów”. [przypis edytorski]

25. zarość (daw.) — zarosnąć. [przypis edytorski]

26. wzarań (daw.) — wcześnie rano; na początku. [przypis edytorski]

27. pódźwa (gw.) — pójdźmy; -wa jest końcówką daw. liczby podwójnej. [przypis edytorski]

28. sobaczyć — urągać, złorzeczyć, przeklinać. [przypis edytorski]

29. Po wczorajszej ulewie — woda przez sen chora — w wydaniu Napoju cienistego z 1936 (wyd. J. Mortkowicz), które było podstawą niniejszej publikacji, wers ten brzmi: „(...)Po wczorajszej ulewie — zieleń przez sen chora(...)”. W rękopisie utworu widnieje jednak słowo woda zamiast zieleń i na tej podstawie wprowadzamy zmianę edytorską. [przypis edytorski]

30. zaoczyć — zobaczyć, zauważyć. [przypis edytorski]

31. snać a. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

32. łysta (gw.) — łydka. [przypis edytorski]

33. rzadź (neol.) — coś rzadkiego, płynnego. [przypis edytorski]