Przeklęte szczęście
I. Trochę światła
Pan Józef i pani Helena Wilscy zaślubieni byli dopiero od pół roku. Działo im się dobrze na tym świecie, choć — nie najlepiej. Mieli trzy pokoje, w nich mebelki, takie tam — nieosobliwe, parę oleodruków1, które im ofiarował drużba, i starą sługę Mateuszową, która przyszła Bóg wie skąd, ale jeść gotowała niezgorzej.
Do inwentarza tego pani Helena wniosła niewiele. Naprzód kanarka, którego razem z klatką podarowała jej ciotka. Ciotczysko ubogie, więc i prezent nie był kosztowny; ale, że jadł i śpiewał, cieszono się nim i powieszono w oknie, jak należy.
Razem z kanarkiem wkwaterował się kuferek z bielizną, jeszcze jeden kuferek z sukienkami, pudło z kapeluszem i toaleta nie wiadomo z czym. Dorożkarz, który przywiózł to biedactwo, dostał pół rubla i był kontent2, a Helunia, ustawiwszy kuferki, pudełko i toaletkę na właściwych miejscach, także była kontenta nawet więcej, aniżeli dorożkarz.
W kilka dni po wprowadzeniu się do nowego gniazda, pomiarkowawszy3, że jej czegoś brak, sprawiła sobie fartuszek z kieszeniami i napierśnikiem. Czysty to był fartuszek, jak złoto i miał u dołu falbanki; młoda gosposia ubrała się weń czym prędzej i chodziła całą dobę, trzymając ręce w kieszeniach, a nazajutrz schowała go do szafy, gdzie leży po dziś dzień. Prawdę powiedziawszy, nie było do czego stroić się w fartuszek.
W tydzień potem przybył nowy frasunek4 w domu; w jego następstwie pani Helena zawiesiła w oknach bardzo gęste muślinowe firanki. Mąż przyznał, że dobrze zrobiła, choć nie wiedział dlaczego; ale ja wiem. Miał ten pan brzydki, choć niezupełnie grzeszny zwyczaj często całować żonę. Całował ją w pierwszym pokoju, w drugim i trzecim, na krześle, pod lustrem i przy oknie, a zawsze w sposób wyczerpujący. Naprzód w lewą rączkę, potem w prawą rączkę (albo na odwrót), potem w szyjkę z czterech stron, potem w buzię ze wszystkich stron...
Są fakty dowodzące, że pani Heleny całusy nie nudziły, ani martwiły, lecz niewątpliwe jest, że w czasie tych uroczystości odwracała głowę od okna. Mąż przyznawał, że jest to zabawne, choć nie wiedział, dlaczego odwracała głowę od okna, ale żona wiedziała, że robi to z obawy. Naprzeciw nich bowiem było inne okno, a w nim pewien żółty starzec z rzadkimi, siwymi faworytami5. Ile razy młodzi poczynali się całować, tyle razy staruch ukazywał się w swoim oknie, w białej szlafmycy, z ponsowym fontaziem6 na wierzchu, i śmiał się, mrużąc oko i pokazując zęby takie żółte, jak on sam.
Helunia ze złości kupiła dziesięć łokci muślinu i pozasłaniała wszystkie okna. Od tej pory zamiast skrzywionej twarzy sąsiada widziała tylko pąsowy fontaź jego szlafmycy, który trząsł się jak galareta, prawdopodobnie z wielkiej irytacji. Dobrze tak dziadziskowi: niech się nie śmieje!...
Na śmierć zapomnieliśmy dodać, że oprócz niewielkich kufrów, pudełka, toaletki i kanarka, przyniosła Helenka na nowe gospodarstwo jeszcze coś. Ale co?... Nie suszcie sobie, ludzie, głowy na próżno, bo nigdy nie zgadniecie!... Oto przyniosła parę rączek drobnych, białych i pulchnych, a z nimi pracowitość mrówki; do tego zwój włosów gęstych i miękkich jak jedwab i dwoje oczu jak pogodne niebo; wreszcie nosek zadarty i usta koralowe, i zęby drobne a białe, i serce takie szczere a czyste, takie kochające i wierne, jakiego, ach! dobrzy ludzie, trudno między nami odszukać.
Pewnego dnia (miała już wtedy lat siedemnaście), dzisiejszy mąż jej, a ówczesny student szkoły politechnicznej, rzekł do niej:
— Chciałbym pani coś powiedzieć...
— Niech pan powie — odparła.
— Kiedy się boję!...
— To musi być coś niedobrego?
— Kocham panią.
Helenka otworzyła usta ze zdziwienia, a potem odpowiedziała:
— A wie pan, że... to dobrze.
— A pani mnie kocha?
— Czy ja wiem?...
— A będzie pani czekała na mnie?
— O, niezawodnie!
— Mam pani słowo. Jak skończę szkołę, pobierzemy się.
— Proszę być przyzwoitym! — zgromiła go Helunia.
Tyle tylko mówili o miłości, a we trzy lata pobrali się.
Władysław był mechanikiem, co jego żonę obchodziło niewiele, i miał opinię zdolnego i szlachetnego człowieka, a to ją obchodziło więcej. Miał przy tym ładną figurę, czarną brodę i włosy, piwne oczy i piękną twarz, co Helunię obchodziło jeszcze więcej. Wreszcie kochał ją, a ona za nim szalała.
Rezultatem takiej kombinacji zdrowia, urody i przywiązania była wielka radość w trzech pokoikach na drugim piętrze, przez całe pięć miesięcy bez czegoś. Od kilkudziesięciu dni jednak na horyzoncie małżeńskim ukazał się punkt czarny: Władysław nie miał roboty!
Bankier Welt, przy którym Wilski w ciągu roku zarobił półtora tysiąca rubli, jakoś od dnia ślubu zaniedbał mechanika, a wreszcie zupełnie się od niego odsunął. Pozostały oszczędności, nadzieje i robota dorywcza, wszystko to jednak nie wystarczało na utrzymanie domu. Ograniczono więc wydatki, zmieniono ostatnią dwudziestopięciorublówkę i... wydano przedostatniego rubla!...
Dzień ten był bardzo przykry dla małżonków. Władysław, unikając wzroku żony, zamknął się w swoim pokoju po to, aby robić sobie wyrzuty, że unieszczęśliwił kochającą go kobietę. Helunia znowu, widząc męża zmienionego ze smutku, sobie przypisywała kłopoty i mówiła:
— Moj Bóże! Gdyby on się ożenił z bogatą?... Ja bym chyba umarła, ale na cóżem ja się zdała komu na świecie?!... Zeszłego kwartału sprawiłam sobie aż za dziesięć rubli sukienkę!... Ach!... Gdyby ją kto odkupił!...
Tak myślała, stąpając na palcach i oglądając swoje kwiatki. Niekiedy podchodziła pod zamknięte drzwi mężowskiego pokoju i słuchała. Ale tam było cicho. Natomiast z kuchni dolatywał łoskot przesuwanych rondli, a z okna świergotanie kanarka.
— Czego ten kanarek tak wrzeszczy?... — odezwał się nagle Władysław z odcieniem niecierpliwości w głosie.
— On już będzie cicho! — odpowiedziała Helenka, następnie zbliżywszy się do klatki, dodała półgłosem: — Cicho, mój ptaszeczku, cicho! Pan się gniewa na nas, cicho!...
Kanarek spojrzał na nią naprzód jednym okiem, potem drugim, ruszył ogonem na prawo i na lewo, a potem zaświergotał jeszcze głośniej. Przestraszona Helenka nakryła mu klatkę czarnym szalem, ptak uspokoił się.
— Teraz pewnie będzie spał — rzekła i przystąpiła do drzwi mężowskich.
Położywszy jednak rękę na klamce, jakby spłoszona swoją śmiałością, cofnęła się na środek pokoju i stała tak parę chwil, tłumiąc, oddech w piersiach.
— Nie można mu przeszkadzać! — rzekła i, wprowadzając w czyn tę uwagę, otworzyła drzwi.
— Czyś mnie wołał, Władziu? — spytała.
— Nie.
Zbliżyła się ostrożnie do siedzącego męża i pocałowała go.
— Myślałam, żeś mnie wołał.
— Ten kanarek mnie drażni — odparł Władysław.
— Przykryłam go, już śpi.
Znowu go pocałowała.
— A jeżeli będziesz potrzebował — mówiła dalej — to zawołaj... Jestem ciągle w drugim pokoju...
I znowu go pocałowała.
Potem popatrzała chwilę na smutną twarz męża i wyszła po cichu, zamykając drzwi za sobą...
„Rzekł onego czasu Pan Bóg: niedobrze być człowiekowi samemu...”
„A gdy stworzył Pan z ziemi wszelki zwierz polny...”
„Tedy przypuścił twardy sen na Adama, i zasnął: i wyjął jedno żebro jego i zbudował Pan z żebra onego, (które wyjął z Adama), niewiastę i przywiódł ją do Adama...”
O, Panie! O, Panie!
II. Trochę cieni
Pokój Władysława był obszerny i widny, jak przystało na pracownię technika. Prócz niezbędnego biurka, szezlonga i krzeseł, był tam stół do rysunków, mały warsztat ślusarski i stolarski do robienia modelów, książki, plany, modele i mnóstwo narzędzi, które mają przywilej budzenia ciekawości profanów7. Na wszystkim tym jednak znać było bezrobocie. Ani jeden wiórek, ani jedna szczypta opiłków nie zanieczyszczała warsztatu. Tusz i karmin w miseczkach wyschły, plany pożółkły, a na rajzbretach8 i rozpoczętych rysunkach leżała warstwa kurzu.
Władysław czytał z hydrauliki rozdział o turbinach. Gdy weszła żona, z niewymowną goryczą przypomniał sobie, że przed tygodniem żądano od niego planu turbinowego młyna, wczoraj zaś odpowiedziano mu, że młyn zbuduje kto inny.
— Miałem też po co pracować całe lata wśród niedostatku — szepnął, pomyślawszy, że owym lepszym od niego ktosiem był cieśla od wiatraków, który plany układał z patyków.
Po tej uwadze rzucił hydraulikę i wziął się do rachunku całkowego. Tu wzrok jego padł na formułę: T(1) = T(2) = 1, i otóż przypomniał sobie że ma tylko jednego rubla w domu!
— Ja mógłbym jeść przez parę dni suchy chleb, do któregom się przyzwyczaił, ale ona?!...
„O mnie nie myśl, mój Władziu... ja mogę jeść suchy chleb, nieraz mi się to przecież zdarzało...”
Obejrzał się, ale w pokoju nie było nikogo. Teraz dopiero przypomniał sobie, że słowa te przed kilku dniami powiedziała mu Helunia.
„Ja tam z państwem za jedno; jak państwu, tak i mnie!...” — odpowiedziało echo wspomnień głosem Mateuszowej.
— Wielki Boże! Jakiż ze mnie egoista!... — pomyślał i krew uderzyła mu do twarzy.
Z tym wszystkim, na trzy osoby jest w domu rubel!...
Odwrócił kilkanaście kart książki i trafił na formułę prawdopodobieństwa zdarzenia przyszłego ze zdarzeń przeszłych.
— Jeżeli przez czterdzieści dni nie miałem roboty, jakie jest prawdopodobieństwo, że ją dostanę jutro?
— Jedna czterdziesta pierwsza! — odpowiedziała formuła.
Ciekawym bardzo, jakie też jest prawdopodobieństwo, że zostanę złodziejem lub samobójcą?...
Formuła milczała.
Przez okno widać było śnieg topniejący na dachach, parę napuszonych wróbli i skraj nieba. Władysław podniósł oczy na niebo i pomyślał, że dziś jest połowa marca, i że nie prędzej niż w maju dostanie miejsce rysownika w fabryce, z pensją trzydziestu rubli na miesiąc, za dziesięć godzin pracy!...
Odrzucił rachunki i wziął Maksymy Epikteta9. Filozof niewolnik bywał często lekarzem zbolałej duszy; Władysław otworzył książkę i począł przewracać kartki. „Wygnaj twoje pragnienia i obawy — mówił mędrzec — a pozbędziesz się tyrana.”
„O, ślepy i niesprawiedliwy! Mógłbyś tylko zależeć od siebie, a chcesz zależeć od tysiąca rzeczy, które ci są obce i które oddalają cię od prawdziwego dobra!... ”
Władysław nagle przestał czytać i słuchał. W drugim pokoju szeptano.
— Pani! — mówiła Mateuszowa — Kobieta masło przyniosła.
— Nie wezmę dziś — odparła Helunia.
— Śliczności masło, pan takie lubi...
— Niech przyjdzie na drugi raz.
— Co tu czekać na drugi raz?... Ona już nie przyjdzie tak prędko! Zresztą... ja kupię za swoje, to pani mi odda? Mam przecie trzynaście rubli...
Chwila milczenia. Władysławowi opadły ręce.
— Powiedziałam Mateuszowej, że nie chcę! — odparła Helunia.
Służąca oddaliła się, mrucząc.
— Mam rubla — szepnął Władysław.
Potem przypomniał sobie, że dziś jest środa, i że jutro przyjdzie do nich na obiad pewien ubogi student, brat zmarłego kolegi.
„Nie pragnij, aby w świecie działo się tak, jak ty chcesz, ale chciej, aby się działo tak, jak się dzieje, a będziesz zawszę zadowolony”.
Władysław ruszył ramionami, złożył książkę i upadł na szezlong. Podobna filozofia dobra była dla ludzi, którzy wypiwszy czarną kawę, idą spać po smacznym obiedzie, albo dla tych, w których cierpienie wypleniło już wszelkie uczucia.
Leżąc na szezlongu, przymknął oczy, jak człowiek, który chce przypatrzyć się wnętrzu swojego ducha, i ze zdumieniem rozmyślał, z jak małych przyczyn powstają wielkie boleści.
— Jutro — mówił — nie będzie już w domu ani grosza. Gdybym był sam, śmiałbym się z tego, ale mam żonę... Ach! Jej rezygnacja zabija mnie!... Od czterdziestu dni prosiłem, żebrałem o pracę i nie dano mi jej... Dziś techników więcej, niż szewców... Wyjechać nie ma gdzie i nie ma po co. Umrzeć?... Jeżeli rzeczy zaczną sprzedawać... A jeżeli pojutrze już obiadu nie będzie?...
— Władziu!... Władziu!... Patrz!... — krzyknęła nagle Helenka, wbiegając do pokoju.
— Co to jest?...
— W twojej kamizelce znalazłam pięć rubli... Wzięłam ją do naprawy i w górnej kieszeni... Patrz!...
Władysław usiadł na szezlongu, a żona upadła mu na szyję.
— Widzisz, jaki Pan Bóg łaskaw?... Mieliśmy tylko rubla w domu, tyś się martwił, widziałam to, i otóż mamy pieniądze. To na parę dni nam wystarczy, a potem będziesz miał robotę!
— Skąd?... — spytał mąż.
— Czy ja wiem, skąd?! — odparła pieszcząc go. — Ale przecież mieć musisz, bo to już ostatnie pieniądze!
— Dziecko!
— Ciekawam bardzo, skąd one się tam wzięły?
— Przypominam sobie. Zdał mi ktoś resztę, ja schowałem pięć rubli do kamizelki, a potem pomyślałem, żem zgubił. Rok już tam leżą!
— No, widzisz, jak to nie trzeba się martwić. No, uśmiechnij się! Tak, dobrze... Więc nie podziękujesz żonie, że ci stare kamizelki naprawia?... Ach! Ty nic dobrego... Już trzeci dzień płakać mi się chce! Nie mówisz nic do twojej żony kochanej, na kanarka się gniewasz, desperujesz10 po kątach. No, przeproś żonę!... Tylko prędzej!... Jeszcze raz!...
Władysław czuł, że pod wpływem tego szczebiotania, a może i znalezionych pięciu rubli, powraca mu spokojność. Uśmiechnął się ze swojej rozpaczy i prawie nie mógł wierzyć, że tak drobna rzecz, jak znalezienie trochy pieniędzy, może przywrócić zachwianą równowagę i zniszczyć wielką burzę duchową.
— Każę już dawać obiad — mówiła Helenka. — Mamy zupę piwną ze śmietaną, z grzankami i z serem i jeszcze kartofle osmażane.
— Uważam, że zupę rachujesz co najmniej za cztery potrawy?
— Ale, bo widzisz, dla ciebie kazałam jaj ugotować.
— A dla siebie?
— Ja jaj nie lubię. Ale zresztą... w tej chwili przyszedł mi apetyt. Każę dołożyć parę, dla mnie i dla Mateuszowej...
Niebawem zrzędna Mateuszowa podała obiad, a Władysław zdjął szal z klatki. Kanarek, zobaczywszy światło, zatrzepotał się i począł świergotać. Towarzyszyły mu wróble na dworze, krople rosy obficie spływające z dachu i wesoły śmiech Helenki.
Teraz Władysławowi nie wiadomo skąd przyszła na myśl wiosna. Przypomniał sobie, że dzieckiem jeszcze będąc, wybiegł pewnego dnia do ogrodu, po wielkim deszczu. Trawa, wczoraj blada, dziś była zielona jak szmaragd; drzewa, okryte wczoraj pączkami, dziś pełne były młodych listków. Na ziemi stały kałuże wody, na niebie jaśniała tęcza, a w jego duszy dziecięcej obudziło się coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.
Wszystko to przypominało mu się bardzo dokładnie, skutkiem czego uściskał i ucałował żonę, która mimochodem spojrzawszy przez firankę, dostrzegła w oknie po drugiej stronie śpiczastą szlafmycę11 z fontaziem i żółtą twarz chytrego staruszka.
Chudy starzec śmiał się jak dawniej i jeszcze mocniej przymrużał oko, lecz tym razem Helenka nie gniewała się na niego. Miłosierny Bog tak już ten świat urządził, że młodzi mężowie cieszą się na nim pięciorublówkami, młode żony mężami, a staruszkowie radością młodych!...
III. Widziadła
W parę dni, małżonkowie mieli jeszcze całkowite trzy ruble, lecz widoków na robotę nie było. Mimo to cieszyli się jak dzieci i nie bez powodu. Dziś był u nich na herbacie dawny a wypróbowany przyjaciel Władysława, zarazem drużba obojga, Józef Grodzki, który w przejeździe spod gór Uralskich do Londynu, wstąpił na kilkanaście godzin do Warszawy.
Grodzki, z powołania inżynier, od pół roku mieszkał na granicy Azji i robił tam fortunę. Był to blondyn niski i tłusty, mówiący głośno, śmiejący się jeszcze głośniej, przy tym energiczny, trzeźwego umysłu i z najlepszym sercem chłopak. Kochał Wilskich jak własną rodzinę i przywiózł im z odległej swojej siedziby gościńca12: parę chińskich filiżanek, okruch rodzimego złota i kawał malachitu.
W tej chwili troje naszych przyjaciół siedziało przy herbacie, a Grodzki opowiadał im swoje dzieje, które zakończył w następujący sposób:
— No! A wam jakże się powodzi?... Spodziewam się, że dobrze! Ja mam wprawdzie sześć tysięcy rubli pensji, lecz w kraju, gdzie nie wierzą w skarpetki i chustki do nosa, człowiek, chcący żyć po europejsku, musi dużo wydawać. Toteż zaledwie uciułałem sobie tysiąc rubli i te złożyłem dzisiaj w naszym banku. Nędza!... Co?...
Usłyszawszy to, Helenka podniosła na męża swoje słodkie, szafirowe oczy z dziwnie żałosnym wyrazem, a Władysław lekko brwi zmarszczył. Grodzki uchwycił w przelocie tę niemą rozmowę biedaków, czegoś się domyślił, i rzekł:
— Z tym wszystkim mam duży kłopot. Obstalowano13 u mnie projekt tartaka parowego i takiegoż młyna. Wierny zasadzie: drzyj łyko, dopóki się da, przyjąłem obstalunki, zaceniłem trzysta rubli sztukę, a pieniądze wziąłem z góry. Dziś za karę będę musiał szukać technika, który by je wykonał, a czasu nie mam.
— Może by Władzio?... — wtrąciła śpiesznie Helenka, oblewając się purpurowym rumieńcem.
Władysław siedział jak na szpilkach.
— Władzio!... — odparł Grodzki. — Najchętniej oddam mu robotę, byle ją tylko raczył przyjąć. No, i cóż ty, Władysławie?...
— Przyjmę!
— Brawo!... Tak to rozumiem, skończymy interes w dwu wyrazach. Notatki i pieniądze dam ci zaraz. — Z tymi słowy inżynier wydobył z kieszeni bajecznej wielkości pugilares14, pełen pieniędzy, weksli15 i notat, wyjął stamtąd kawałek papieru, zapełnionego cyframi, sześć sturublowych bankocetli16 i wszystko to położył na stole.
— Wydobyłeś nas z ciężkiego kłopotu! — zawołał Władysław, ściskając go za rękę, po czym opowiedział mu o swym położeniu.
— Niepoczciwi! — wykrzyknął inżynier. — Gdybyżeście byli do mnie choć słówko napisali, pożyczyłbym wam kilkaset rubli na parę lat bez procentu!...
Po podziękowaniach i obustronnych zapewnieniach o przyjaźni, rozmowa skierowała się na inny przedmiot.
— Cóż, Władysławie, jakże będzie z naszą spółką i fabryką?... — zapytał, śmiejąc się, Grodzki.
— Dojrzewa w biurku! — odparł tym samym tonem Władysław.
— Trzeba pani wiedzieć — mówił inżynier, zwracając się do Helenki — że mąż jej co dzień tworzył nowy projekt, a każdy filantropijny, choć zresztą bardzo rozsądny. Między innymi namawiał nas, w szkole jeszcze, abyśmy, powróciwszy do kraju i dorobiwszy się pieniędzy, założyli fabrykę płótna...
— Na którą ma pan obecnie tysiąc rubli, a Władysław żonę — przerwała Helenka.
— I to jest kapitał — odparł Grodzki. — Otóż nasza fabryka, mówię pani, miała stanowczo wyrugować płótna zagraniczne i wywołać przewrót w tego rodzaju zakładach krajowych. Władysław zaprojektował nowy system wentylacyjny dla zdrowia robotników, dalej tantiemy i emeryturę znowu dla nich. Dalej czytelnię dla dorosłych, bardzo znakomitą szkołę dla dzieci i pewien rodzaj seminarium dla praktykantów.
— Marzenia!... — wtrącił ze smutkiem Władysław.
— Pozwól sobie powiedzieć — odparł Grodzki, — że wolę te marzenia naszej młodzieży od knajpiarstwa i burszynady17 studentów niemieckich. Powiem ci nawet więcej, że twoje marzycielskie projekty uczyły nas na obczyźnie myśleć o kraju i jego potrzebach, i że one to właśnie zjednały ci serca wszystkich. Nie opuszczaj zatem rąk. Nie uda nam się fabryka płótna, to założymy kuźnię wzorową; nie uda się szkoła techniczna, to spróbujemy otworzyć porządne warsztaty. Ja wcale nie daję za wygraną. Dziś jestem na drodze do majątku i honorem ci ręczę, że skoro zbiorę kilkanaście tysięcy rubli, przypomnę ci twoje projekty.
Gadatliwemu inżynierowi świeciły się oczy, gdy to mówił. Cała jego fizjognomia18 wyrażała energię, zapał, a nade wszystko ufność we własne siły, której nieco znękany Władysław już nie posiadał w takim stopniu.
— Ile to potrzeba pieniędzy na fabrykę! — odezwała się Helenka, kręcąc głową.
— Zapewne, że wiele! Z tym wszystkim jednak mąż pani, gdyby umiał kuć żelazo na gorąco, mógł był już dawno utworzyć podobną fabrykę.
— Ja?... Jakim sposobem?... — zapytał zdziwiony Władysław.
— Cha! Cha! Nie pamiętasz, serce?... — wykrzyknął Grodzki. — Trzeba było myśleć o fabryce pół roku temu, wówczas gdy się w tobie kochała pani bankierowa Welt...
— We mnie?... Bankierowa Welt?... — powtórzył jeszcze bardziej zdumiony Wilski.
— O, prostaku! O, niewinny baranku! — wołał Grodzki.
— Cały świat wiedział, że szaleje za nim ta poczciwa kobiecina, a on nie wie o tym do dziś dnia! Cha! Cha! Cha!
Helenka, słuchając, zapomniała o samowarze, skutkiem czego gorąca woda przelała się już przez wierzch szklanki. Drobny ten wypadek skierował rozmowę na inny temat i pozwolił Władysławowi ukryć niespodziane, lecz wielkie zakłopotanie, jakiego w tej chwili doświadczył.
Około jedenastej wieczorem Grodzki, który musiał nazajutrz rano wyjechać, pożegnał swoich przyjaciół i na zakończenie rzekł:
— Pani Heleno! Znienawidzę was, jeżeli w kłopotach nie odwołacie się do mnie. Jestem człowiekiem z jednej sztuki, nie lubię ceremonii między swoimi, a kogo kocham, to już całym sercem...
Rozrzewniona Helenka serdecznie ścisnęła go za rękę.
— No, a ty Władysławie — dodał — bierz się na ostro i rób pieniądze! Na honor! Jesteś jedynym facetem, w którego ręku rad bym widzieć miliony, bo wiem, żebyś je puścił, ale z pożytkiem i dla ogółu, i dla bliskich tobie!...
Gdy Grodzki wyszedł, Helena zajęła się sprzątaniem, Władysław zaś począł chodzić po pokoju i myśleć. W duszy jego ścierały się dwie idee: jedną z nich były obstalowane przez Józefa modele, drugą... Drugą Władysław chciał gwałtem wyrzucić za obręb świadomości.
— Kotły do modelu obstaluję u mosiężnika... — myślał.
„Bankierowa Welt kochała się w tobie” — szeptał jakiś głos.
— Ciekawym, ile mnie będą kosztowały? — mówił znowu Władysław.
„Kochała cię, czy słyszysz?...” — powtórzył ten sam głos.
Władysław poszedł do swego pokoju i począł przeglądać notatki, zostawione przez Grodzkiego. Nagle odwrócił głowę: zdawało mu się, że za jego krzesłem stoi jakieś widziadło, które mu nieustannie szepce do ucha:
„Kochała cię!...”
Wilski rzucił się na szezlong, oparł głowę na ręku i utkwił wzrok w suficie. W tej chwili moce nadziemskie opanowały jego duszę i oto, co widział:
Pewnego dnia, młody, dziwnej piękności człowiek, ubrany we frak, jak przystało na suplikanta19, wszedł do gabinetu bankiera Welta.
Znakomity finansista siedział przed biurkiem, na którym leżało mnóstwo otwartych książek, tudzież stosy zapisanego papieru — i... czytał. Uwaga jego była tak mocno zajęta, że dopiero po upływie dwu minut zdołał spostrzec młodzieńca, który w prostocie ducha wywnioskował stąd, że bankier musi być wielkim człowiekiem.
Gdy Welt zbudził się ze swych głębokich rozmyślań, rzekł, uchylając haftowanej czapeczki:
— Ach! To pan Wilski?... Stokrotnie przepraszam! Pozwól pan, że zatrzymam czapeczkę na głowie. Człowiek tak wiele pracuje umysłowo, że aż doświadcza strzykań. Co pan rozkaże?...
Wilski, zamiast odpowiedzi, podał mu list. Bankier spojrzał na pieczątkę i zdjął czapeczkę.
— Wiem, to pisze mój przyjaciel, książę.... Często ze sobą korespondujemy. Dobry chłopak! Tylko strasznie demokratyczny...
Potem otworzył list i w miarę odczytywania mówił:
— „Najuprzejmiej polecam łaskawym względom...” Dobrze! „Najzdolniejszy uczeń na wydziale mechanicznym. Bardzo pięknie! Wielki medal złoty...”
— Panie Wolski...
— Nazywam się Wilski.
— Panie Wilski, to musi być duży ten wielki złoty medal, który pan dostał?...
— Dosyć.
— Tak, ja to wiem!... Niech pan bez ceremonii siada, bardzo proszę.
Zaproszenie było zbyteczne, ponieważ Wilski sam już usiadł bez ceremonii.
Skończywszy czytać, Welt mówił dalej:
— Po tym liście dom mój jest dla pana otwarty. Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Pan będziesz łaskaw pofatygować się do nas co czwartek na herbatę, począwszy od dziś dnia, o wpół do dziesiątej wieczorem.
— Czy mogę spodziewać się?... — wtrącił Wilski.
— Może się pan spodziewać najdystyngowańszego towarzystwa w salonach mojej żony.
— Miałem w tej chwili na myśli posadę techniczną.
— Ach! Pan miał na myśli posadę?... O tym jeszcze pogadamy.
Wilski pożegnał go i zabierał się do wyjścia.
— Ale, ale!... Panie Wilski... Jak pan będzie pisał list do księcia, to proszę mu się pięknie kłaniać ode mnie.
Tego samego dnia na herbacie poznał Władysław panią Welt.
Była to kobieta w sile wieku, nie tyle piękna, ile majestatyczna, a zarazem pociągająca. Śniada jej twarz miała wyraz powagi i słodyczy, a czarne oczy dziwnie rozmarzały ludzi.
W ciągu wieczora pani domu kilka razy przez czas dłuższy rozmawiała z Wilskim, który, mając głowę nabitą rozmaitymi planami, mówił tylko o nich. Bankierowa słuchała go uważnie i patrzała na niego tak jakoś szczególnie, że Władysław, powróciwszy do domu, spać nie mógł.
Na drugi dzień Welt dał Wilskiemu korzystne zajęcie i uroczyście wezwał do jak najczęstszych wizyt.
„Ona cię kochała!...” — szeptał mu uporczywie głos, pod którego wpływem pewne fakty ukazywały się Władysławowi w nowym zupełnie świetle.
Na jednym z zebrań czwartkowych, gdy Wilski rozmawiał z bankierową o swym studenckim życiu, zbliżył się do nich pewien nowiniarz i opowiedział, że jakaś dama uciekła z kochankiem.
— Kobiety dla miłości wiele robią! — zakończył dowcipniś z uśmiechem.
Pani Welt surowo spojrzała na niego, a gdy odszedł, rzekła do Władysława swym spokojnym i przejmującym głosem:
— Tak, kobiety dla miłości wiele robią, lecz mężczyźni nie umieją tego ocenić!
To powiedziawszy, wstała i, nie patrząc na Wilskiego, przeszła do innej grupy.
Innym razem, gdy rozwijał przed nią plan towarzystwa budowlanego, przerwała mu nagle, mówiąc:
— Czy pan z kobietami zawsze rozmawia tylko o inżynierii?
— To zależy — odparł — z niektórymi mówię o sztukach pięknych, co zresztą jest bardzo nudne.
— Ach, tak! — odpowiedziała. — Mów pan zresztą cokolwiek.
Przymknęła oczy, oparła głowę na fotelu i z wyrazem spokojnego zachwytu na twarzy słuchała o potrzebie asfaltowania fundamentów, o kranach wodociągowych i gazie w mieszkaniach, a nade wszystko o żelaznym belkowaniu.
Wilski był w dziwnej pozycji. Miał narzeczoną, którą kochał, i znał kobietę, do której ciągnęły go instynkty. Gdy rozmawiał z panią Welt, czuł, że mu w żyłach płynie coś na kształt roztopionego ołowiu; lecz wrażenie to nigdy nie trwało przez czas dłuższy.
Niekiedy, ośmielony jej spojrzeniami, postanawiał wspomnieć coś o miłości. Przy najlżejszej jednak wzmiance tego rodzaju, wzrok bankierowej stawał się chłodny, a na ustach rysował się wyraz pogardliwy i niechętny. Przechodził wówczas do kwestii obojętnych, i znowu wszystko było dobrze.
Z początku Wilski tracił głowę wobec tej zagadki, z czasem jednak oswoił się z nią i myślał:
„Jaka szkoda, że ta kobieta jest tak chłodna i myśli tylko o kwestiach finansowych. Gdyby nie to, ludzie wariowaliby z jej przyczyny, a najpierw sam mąż!...”
I o niej to powiedział Grodzki, że szalała za Władysławem!
— To być nie może! — mruknął Wilski, otrząsając się z marzeń i powstając z szezlonga. — Pani Welt jest kobietą z marmuru i... banknotów...
„A jednak kochała cię” — szeptał głos.
— Głupstwo! — odparł z uśmiechem Władysław. — Kochała mnie, a przecie jej mąż nie daje mi teraz żadnego zajęcia.
„Od jak dawna?” — spytał głos.
— Od... dnia ślubu mego — odpowiedział Władysław.
„A zarazem od dnia, w którym pani Welt, dowiedziawszy się o twym ślubie, ciężko zachorowała... ” — dorzucił głos.
Zimny pot wystąpił na czoło Wilskiego. Podszedł do okna i przysłuchiwał się padającemu deszczowi.
Wtedy ktoś zbliżył się do niego na palcach, otoczył mu rękami szyję, przycisnął wilgotne usta do jego ust spieczonych i rzekł nieśmiało i cicho:
— Ale ty jej nie kochasz?...
Wilski oprzytomniał.
— Ciebie tylko kocham, Heluniu, ciebie i... pracę...
— Ale mnie troszeczkę więcej... Taką małą troszeczkę?...
— Taką dużą!... — odpowiedział mąż ze śmiechem.
Mary pierzchły.
IV. Uśmiech szczęścia
Był już początek kwietnia; śniegi znikły, a po ulicach przewiewał wiatr wiosenny. Wróciwszy pewnego dnia z miasta, Władysław przyniósł żonie kilka listków trawy, zawiadomił ją o tym, że widziano skowronki w polu i że dziś siada do obstalunków Grodzkiego.
Do tej pory nie zajmował się nimi, miał bowiem od jednego z inżynierów miejscowych pilną robotę, nad którą przepędził kilkanaście dni i kilka nocy.
Jakoż rozpiął papier na rajzbrecie i zatemperował ołówki.
— Wiesz, Władziu — odezwała się Helenka — że niezadługo wyjmiemy podwójne okna? Ale prawda! Przeszkadzam ci... Już nic nie będę mówiła. Może ci rozetrzeć tusz?
W tej chwili wszedł do przedpokoju jakiś człowiek.
— A co to? — zapytała Helenka.
— Telegram z Krakowa do pana Władysława Wilskiego. Proszę o pokwitowanie.
— Z Krakowa?... — rzekł nieco zdziwiony Władysław, odbierając kopertę — Daj mu tam dziesięć groszy, Heluniu.
Gdy otworzył depeszę, zdziwił się jeszcze bardziej, przeczytawszy co następuje:
„Wierny sługa ś. p. Edwarda winszuje. Pogrzeb wczoraj. Czekam na rozkazy. — Kłopotowicz.”
— Co to jest? — zapytała Helenka.
— Nie rozumiem! — odparł Wilski — Przypuszczam tylko, że mój stryj umarł i że jego plenipotent20 zwariował.
— Twój stryj umarł, ten bogacz?... Może ci co zapisał?...
Władysław machnął ręką z uśmiechem.
— To się po nim nie pokaże! W ciągu całego życia dał mi trzydzieści rubli i wątpię, aby był hojniejszy po śmierci.
— W każdym razie coś w tym jest — rzekła Helenka.
— Co ma być! — odpowiedział Władysław i usiadł do roboty.
W kwadrans później Helenka odezwała się znowu:
— Żeby ci tak choć z dziesięć tysięcy zapisał?...
— Nie bój się, nie zapisze.
— No, pocałuj żonę.
Władysław polecenie najsumienniej wykonał, lecz nie porzucił roboty.
W godzinę przyszedł drugi telegram tej treści:
„Hrabia P. daje za willę nad Renem pięćdziesiąt tysięcy reńskich. Nieboszczyk zapłacił trzydzieści tysięcy. Czekam tydzień. — Adwokat X.”
— Poszaleli widocznie! — mruknął Władysław, rzucając depeszę na ziemię.
— Ależ kochany Władziu, w tym coś jest — mówiła wzruszona Helenka. — Widocznie stryj musiał ci tę willę zapisać...
— Dzieciństwo! Całe życie usuwał się ode mnie...
— W każdym jednak razie trzeba coś robić.
— Ja też robię rysunki dla Grodzkiego.
W tej chwili przyszedł trzeci telegram:
„Kraków, dnia... Władysław Wilski, inżynier-mechanik w Warszawie. — Zmarły Edward Wilski zapisał panu sto tysięcy reńskich gotówką, pięć kroć21 w nieruchomościach. Testament u mnie. Pogrzeb wczoraj. Czekam na polecenia. — Adwokat Y. ”
— Czy to być może, Władziu!... — krzyknęła Helenka, klaszcząc w ręce.
W pokoju stał woźny z telegrafu.
— Winszuję jaśnie wielmożnemu panu dobrej nowiny! — rzekł.
Władysław dał złotówkę. Woźny wyszedł, skrobiąc się w głowę i mrucząc.
— Władziu! — zawołała znowu Helenka. — Ty musisz iść...
— Dokąd?
— Czy ja wiem dokąd?... Chyba do telegrafu.
— Po co?
— Czy ja wiem po co?... O, Boże! Jakie to szczęście!
Wyszła do swego pokoiku i klękła przed obrazem. W tej chwili jednak zerwała się, wybiegła do kuchni i uściskała zdziwioną i uradowaną Mateuszową. Potem znowu uklękła i zmówiła pacierz.
Wróciwszy do pracowni, zastała męża rysującego.
— Ależ daj pokój, Władziu — zawołała — Czy może być, aby to ciebie nie obeszło!... Doprawdy, że ja się ciebie boję?... Ile to na nasze pieniądze wyniesie?
— Prawie pół miliona rubli — odpowiedział spokojnie Wilski.
— I ty się nie cieszysz nic?... Nic, ale to zupełnie nic?...
Władysław położył ołówek, wziął żonę za ręce i, topiąc w niej wzrok poważny, rzekł:
— Powiedz mi, Heluniu, czy od tych kilkunastu minut przybyło mi sił, zdrowia, rozumu, uczciwości?... Prawda, że nie!... A przecież to są największe skarby.
— Zawsze jednak pół miliona...
— Jesteśmy tylko kasjerami, w rzeczywistości bowiem pieniądze te nie do nas należą. Powiedz sama, czy potrafimy je przejeść, przepić lub wydać na zabawy, a zresztą czy by to było uczciwie?...
Helenka uwiesiła mu się na szyi i okryła pocałunkami.
— O, mój mężu! — zawołała. — Nie rozumiem cię, ale widzę, żeś zupełnie inny, aniżeli wszyscy ludzie.
Wkrótce potem, jakby nic nigdy nie zaszło, zmieniła kanarkowi wodę, dosypała siemienia i wzięła się do szycia mężowskich koszul.
„To płótno — myślała — jest tak grube, jak było pierwej. Dobrze mówi Władysław, że majątek nic nie zmienia! ”
Była już zupełnie spokojna.
Wilski tymczasem wciąż rysował. Gdy zapadł zmrok, począł chodzić w milczeniu po swej pracowni, potem zapalił światło i zbliżył się znowu do rajzbretu.
Teraz dostrzegł, że zrobił w planie ważną omyłkę. Rozdarł go więc i na skrawku papieru zaczął pisać jakieś proporcje i cyfry pojedyńcze, z których ostatnia była: 25, 000.
— Dwadzieścia pięć tysięcy — szepnął. — To znaczy przeszło sześćdziesiąt rubli dziennie bez pracy i kłopotów!...
— W czym by to umieścić? — mówił dalej — Papiery ciągle zmieniają wartość, a przy tym pożar... Złodzieje!... Banki?... Któryż bank daje bezwzględną pewność!... Domy! ... A wojna i bombardowanie?...
„Prawdziwe szczęście — przypomniał mu Epiktet — trwa wiecznie i nie może być zniszczone. Wszystko, co nie posiada tych dwu własności, nie jest prawdziwym szczęściem.”
Wilski słyszał echo tych wyrazów w swej duszy, lecz nie rozumiał ich. Czuł, że w tej chwili pewne zdania są dla niego tylko pustym dźwiękiem, i że ich treść pierzchła razem z ubóstwem. Natomiast z głębin jego umysłu wynurzyły się inne zdania, dziwnym jakimś, nieznanym mu dotychczas opromienione blaskiem:
„Najwyższa zręczność — mówił La Rochefoucauld22 — polega na tym, aby dokładnie znać prawdziwą wartość rzeczy.
— To pewna — szepnął Wilski — że nie znam dotychczas wartości dwudziestu pięciu tysięcy rocznego dochodu.
Było już późno. Znużona Helenka ostrożnie uchyliła drzwi:
— Ty jeszcze pracujesz, Władziu?
— Tak! — odpowiedział, nie podnosząc głowy.
— Dobranoc ci... Takie masz gorące czoło!...
— Jak zwykle.
— Mógłbyś dziś wcześniej się położyć, masz już przecie majątek... Dobranoc!
Omyliła się. Krocie tysięcy odbierają sen.
Teraz przyszedł Władysławowi na myśl Grodzki. Wspomnienie inżyniera spotęgowało rumieńce na jego twarzy.
— Dobry chłopak — rzekł — ale strasznie szorstki.
Z kolei myślał o fabryce płótna, o swojej starej ciotce, biednym rękawiczniku, który mu jakiś czas darmo dawał obiady, o ludziach nie mających roboty, o projektach obrachowanych na ogólny pożytek, i niewymowna gorycz napełniła mu serce. Przypomniał też sobie pewnego staruszka w piaskowym surducie, znakomitego filozofa i pesymistę, z którym poznał się w Paryżu. I przed nim Władysław często rozwijał swoje ogromne plany. Starzec słuchał go zawsze z pobłażliwym uśmiechem i w konkluzji rzekł:
— Wielkie idee, oprócz wielu złych, mają jedną dobrą stronę. Oto: stanowią pewien rodzaj umysłowej wizykatorii23 dla ludzi młodych i zdolnych, lecz ubogich!...
— Tak! — szepnął Władysław. — Majątek mój jest za duży na to, aby go oknem wyrzucić, a za mały na uszczęśliwienie świata. Gdybym go rozdzielił tylko między swoich współobywateli, na każdego wypadłoby niecałe trzynaście groszy!...
Ostatnia ta uwaga zapieczętowała szereg tych medytacji. Wilski wstał z krzesła i przeszedł się po pokoju, jak człowiek, który już wie, co mu zrobić wypada.
„Cnoty toną w interesie, jak rzeki w morzu” — powiedział La Rochefoucauld. Miał słuszność.
Władysławowi głowa pałała, pulsa biły jak młoty. Otworzył lufcik i głęboko odetchnął. Na dworze była noc i cisza, w jego pokoju dogorywała lampa.
Gdy odwrócił głowę, zdawało mu się, że wśród pomroki niknie przeciwległa ściana pracowni, odsłaniając przed jego oczyma wykwintny buduar24, pełen bogatych sprzętów i upajającej woni. Na fotelu pokrytym ciemnozielonym aksamitem siedziała, a raczej leżała kobieta z głową odrzuconą w tył, z przymkniętymi oczyma i wyrazem zachwytu na śniadej twarzy.
„Mów cokolwiek! — szeptało widmo — Niech usłyszę głos twój...”
— Ach! Ach! — rozległ się jęk w pokoju Helenki.
Wilski wybiegł tam.
— Co ci jest, Heluniu?... — zawołał.
— To ty, Władziu?... Nic... Śniło mi się coś, zresztą nie wiem...
— Może nasze miliony? — spytał z uśmiechem.
Nie odpowiedziała nic i znowu usnęła.
V. Pierwsze kroki
Szatan i obłęd panują zawsze w nocy; dzień jest ojcem zdrowego sądu. Wilski z rana wstydził się wczorajszych przywidzeń i spokojnie myślał o obowiązkach, których nikt wprawdzie nie mógł mu narzucić, lecz które tkwiły w jego duszy.
Głos rozsądku i sumienia przypominał mu ludzi, od których doświadczył dobrodziejstw i projekty, które obecnie mógł wykonać. Wstał trzeźwy, ubrał się szybko i wyszedł do biura telegraficznego, aby donieść o swej fortunie Grodzkiemu i wezwać go na wspólnika.
Do czego na wspólnika? — jeszcze nie wiedział.
W połowie drogi na ulicy, usłyszał, że go ktoś woła, Obejrzał się i zobaczył karetę, z której wysiadał Welt.
— Szedłeś pan do mnie! — rzekł bankier tonem niezachwianej pewności — Winszuję! Podobne wypadki trafiają się nader rzadko.
— O czym pan mówi?
— Rozumie się, że o pańskich milionach. Ja wiem wszystko! Traf cudowny! Kasa moja jest na pańskie usługi, i nawet dziś mogę panu ofiarować sto tysięcy na osiem procent. Nigdzie pan nie dostaniesz taniej.
Oszołomiony Wilski milczał.