Między psem a wilkiem

Dopóki widzę przed sobą resztkę światła

jeszcze nie ma strachu. Zjeżdżam na dół drogą,

mijam panią krowę. Za rzeką gorące tunele

późnego zachodu wśród wystygłych chmur:

rewolucyjna czerwień, cesarska żółć, feministyczny

wrzos; więc dzień nadal należy do nas,

dwunożni. Ale za zakrętem

gasną resztki światła, znikają lekkie cienie szprych

mojego roweru. Szara szarość, gruba i skondensowana,

osacza mnie jak mech nagle wyrosły z powietrza. Bicyklu,

uciekajmy; stopa naciska pedał, solidny

ustępliwy opór, mój oddech,

twoje mruczenie dynama, podskakujące

nikłe światło lampki. Prędzej,

świat staje się zbyt jednolity, zewnętrzny i taki

przepastny. Pełen aluzji,

których treść tłucze się już w sercu i w żołądku.

W domu mój czarny pies nastawiwszy uszu

czeka w drzwiach między pokojem a gankiem,

patrzy ze światła w ciemność. Gdzieś w przepastnej czerni

staje wilk, wygląda

z ciemności w ciemność —

A ja pędzę, pędzę

środkiem —