Zanim to złączysz

Ręka prowadzi kancelarię,

usta — towary spożywcze i poligon,

brew, kiedy o niej myślę, otwarta

jak słowo to;

tego dnia o świcie brew, ręka i usta

idą po pasie startowym. Nad nimi

puste lekkie białko i ukryte planety. Dobiega

warczenie silników. Na tym bezludziu

brew zakłada uniwersalny dom towarowy. Przestronne

sale

poszerzane szumem wentylatorów, wąskie czerwone

korytarze, fioletowe

owalne przymierzalnie. Reka przyjmuje

damskie i męskie monety

do zapłacenia toalety

Na długo

przed końcem pierwszych zakupów

transportery

otaczają dom towarowy. Jak na tysiącach taśm filmowych

sylwetki zeskakujących z samochodów. Wojska

zajmują pozycje w ciszy

gorączka pruje powietrze. Usta

wydają komendę. Wybuchają pierwsze pociski

i pierwsza całość:

ranny

porzucony przy szosie.

Na chwile jakby wepchnięty do aparatu Roentgena,

składany

z ciężkich, przejrzystych klisz. Planety

poza zasięgiem, ale on

może ich dotknąć. Miłość.

Odwraca się na brzuch, czołem czuje

gorący, topiący się asfalt, pod którym musuje szumi

niebo tamtej strony.

Szklanka stojąca na stole

traci równowagę,

leci, roztrzaskuje się; wzbija się i opada woda.

Otwiera oczy, unosi głowę — zanim zobaczy to, co

dookoła

całość ulatując

wita go żegna go operowym wysokim sopranem:

O, nie

nie dostaniesz mnie

nie!

1975