Słowo o Jakubie Szeli

Przedmowa

Właściwy każdej historiozofii kult bohaterów (wszystko jedno, czy bohaterem tym będzie jednostka czy też zbiorowość), naświetlony klasową koncepcją dziejów, ujawnia gruntowne zmiany w inwentarzu swych posągów: walą się w gruzy piedestały wzniesione przez historiozofię narodową, wyrastają na ich miejscu inne.

W historii Polski, pojętej jako historia chłopstwa polskiego, przesuwają się perspektywy z wersalska strzyżonych1 alei historii oficjalnej, odsłaniając na swych skrzyżowaniach nowy postument bohaterski, który na tle poprzednim wydawał się zwykłym, urągającym symetrii pejzażu, kamieniem przydrożnym.

Jest nim pierwszy świadomy bojownik interesów chłopstwa — Jakub Szela.

Niewątpliwie walka chłopstwa polskiego o wyzwolenie spod jarzma pańszczyzny nie rozpoczęła się od Szeli i nie on ją pierwszy rozpętał. Podczas jednak gdy prekursorzy jego w tej walce — w rodzaju Chmielnickiego2 lub Kostki-Napierskiego3 — rekrutujący się zawsze z zawiedzionych w swych nadziejach awanturników szlacheckich — posługiwali się zgarbionymi barami idei chłopskiej jako stopniem jedynie do swych osobistych ambicji tronowych, Szela jest pierwszym i jedynym w dziejach chłopstwa naszego świadomym reprezentantem idei klasowej, wyrosłym z łona samego ludu.

Historia oficjalna, grupując w sposób odpowiadający jej koncepcji narodowej pewne fakty dotyczące Szeli i konsekwentnie przemilczając inne, ulepiła z tego materiału odrażającą postać chłopa-prowokatora, konfidenta rządu zaborczego, zdrajcy interesów narodowych, zawsze niewspółmiernych i częstokroć sprzecznych z interesem klas upośledzonych.

Nie myśląc wcale przeciwstawiać się tej konsekwentnej w ramach swych zamierzeń koncepcji negatywnej, usiłowałem stworzyć sobie inny obraz Szeli — drogą bądź grupowania tych samych faktów historycznych po linii interesu klasowego chłopstwa bądź też drogą czerpania nowych faktów ze źródeł dotychczas przemilczanych.

Źródłami tymi są przede wszystkim wszelkiego rodzaju pamiętniki i zapiski ludzi epoce Szeli współczesnych.

Jeden z potomków wymordowanej w roku 1848 rodziny szlacheckiej, którego trudno tym samym posądzić o stronniczość w tendencyjnym idealizowaniu postaci chłopskiego prowodyra, Ludwik Dębicki4 we wspomnieniach swych z owych czasów w ten sposób charakteryzuje Szelę na podstawie zebranych przez się opowiadań świadków naocznych:

„(...) Nie był to ich zdaniem pospolity zbrodniarz, nie działał jak inni w stanie opiłym, z wściekłością dzikiego zwierza. Trzeźwy i spokojny, miał na ustach słowa Pisma Św.; gdy mordował i pastwił się nad swoimi ofiarami, wtedy jeszcze występował jako moralista i mściciel. Zdawał się być mistykiem i sekciarzem w siermiędze (...). Po dokonanych mordach miał ten herszt rzezi przemowę do dwóch wdów po Stanisławie i Nikodemie Boguszach, z domu Stojowskich, którym wymordował także synów. Przemawiał jako wybawca od tyranów, jako wykonawca rozkazów nie tylko cesarza, lecz Pana Boga (...). Imię Szeli było hasłem w całej okolicy Brzostku, Pilzna i Jasła...”5.

Zarysowująca się z tych słów postać dyktatora chłopskiego odbiega w znacznej mierze od jego portretu naszkicowanego przez historię oficjalną na użytek podręczników szkolnych i pobudza do rewizji pewnych faktów historycznych.

Historia oficjalna stwierdza, że w okresie wyprzedzającym rzeź galicyjską o lat z górą piętnaście Szela był już popularnym w okolicy orędownikiem i doradcą chłopstwa, reprezentantem i delegatem swej wsi w pertraktacjach z dworem. W roku 1832, aby dowiedzieć się, co chłopi winni płacić dworowi, a co nie, idzie pieszo do Lwowa, do samego namiestnika, co po powrocie odpokutowuje dwumiesięcznym aresztem. W rok jeszcze niespełna przed rzezią organizuje deputację chłopstwa okolicznego do cesarza, do Wiednia, celem ostatecznego wyświetlenia u źródła sprawy ciężarów pańszczyźnianych, na co obkłada wieś samorzutnym podatkiem po dwa cwancygiery6 od chaty.

Historia oficjalna przyznaje dalej, że hasło do rzezi rzucił Szela na skutek wyraźnej obietnicy, danej mu imieniem cesarza przez starostę tarnowskiego, Breinla7. Z chwilą rozprawienia się z panami chłopi otrzymać mieli na własność uprawianą przez nich ziemię i zostać zwolnieni raz na zawsze od przymusu pańszczyzny. Po trzydniowej jednak rzezi, na skutek interwencji u dworu opanowanej popłochem szlachty, cesarz, zapominając o swej poprzedniej obietnicy, wydaje dekret nakazujący chłopom powrót na pańszczyznę. O dalszych losach tego dekretu historia oficjalna milczy, ograniczając się do stwierdzenia faktu aresztowania Szeli i odstawienia go do Tarnowa oraz późniejszego zesłania go na Bukowinę. Zarówno sam fakt aresztowania, jak i późniejsze zesłanie przedstawione tu zostały jako rodzaj umówionej komedii, zainscenizowanej przez starostę Breinla celem uspokojenia wzburzonej szlachty oraz łatwiejszego wynagrodzenia Szeli przez władze austriackie. W nagrodę za wyrządzoną przysługę cesarz obdarowuje go w dożywocie kawałkiem gruntu na dalekiej Bukowinie.

W oświetleniu niektórych źródeł ówczesnych cały ten drugi akt dramatu galicyjskiego przedstawia się nieco inaczej. I tu punktem kulminacyjnym jest fakt nadejścia niespodziewanego dekretu cesarskiego, nakazującego chłopom powrót na pańszczyznę. Towarzyszy mu jednak drugi fakt — przez historię oficjalną przemilczany — fakt odmówienia przez Szelę wykonania tego rozkazu. Przy odmowie Szeli stanęło murem całe chłopstwo okoliczne, na roboty nie wracając. Równało się to jawnemu buntowi przeciw woli cesarza, przez którego chłopstwo z Szelą na czele uważało się nie bez słuszności za oszukane. Ogromny autorytet Szeli, zwrócony raz przeciw władzy rządowej, stawał się dla niej na przyszłość elementem niebezpiecznym, precedensem do dalszych buntów i nieposłuszeństw. Dlatego na rozkaz tegoż samego starosty Breinla Szela został aresztowany i odstawiony do Tarnowa, w następstwie zaś zesłany na dożywotnie osiedlenie na Bukowinę, gdzie „na osłodę” wydzielono oszukanemu dyktatorowi chłopskiemu kawałek gruntu do uprawy.

Z takiego ugrupowania faktów o łatwo stwierdzalnej autentyczności historycznej wynika, że w obliczu interesu klasowego Szela nie był bynajmniej sprzedawczykiem, działającym w imię korzyści osobistych, lecz świadomym i bezinteresownym obrońcą sprawy chłopskiej, głuchej na abstrakcyjną dla niej argumentację dobra ogólnonarodowego.

Gdyby nawet Szela historyczny nie istniał, to w interesie o cały świat świadomości klasowej wzbogaconej kultury polskiej należałoby go wymyślić.

Gdyby Szela istniejący nie był bohaterem, to i wówczas w imię męczeńskiej epopei krzywdy chłopskiej, należałoby go dźwignąć na wyżyny heroizmu.

Tym bardziej skoro istniał i skoro posiada wszystkie cechy bohaterstwa, obowiązkiem naszym jest go ożywić.

Niechaj i tym razem uczyni to poezja od wieków do tego powołana.

W białe noce, od rżysk8 i gumien9,

porośniętych i mchem, i mgłą,

pozbierałem tę pieśń, jak umiem,

i przynoszę skrwawioną i złą.

Rozhuśtała już jesień tysiącem batut,

krzywe wierzby nad stawem w takt żabich gam.

Na ostatni fałszywy czerwienny atut

dzisiaj w durnia ze śmiercią gram.

Może jutro już przejdzie traktor

po tych polach jak łaty płacht,

przyjdzie zmierzch — czarnobrody faktor10

weźmie ziemię w swój czarny pacht11.

I na dziesięć mil wkrąg12 czy na sto,

kędy łan się pod sierpem kładł,

wstanie wielkie kamienne miasto,

nieprzejrzany, sześcienny sad.

I gdy znowu się noc rozgwiezdni

w białej mszy księżycowych plam,

będą zwisać nad ścieżką jezdni

ciężkie jabłka łukowych lamp.

W białe noce, zza kęp ostrężnic13,

gdzie chowała się słońca rzyć14,

wychodziła ta pieśń na księżyc

godzinami po psiemu wyć.

Przykucała na polu, za kępą chwastów,

kołysała się, chwiała jak zwiędła nać.

Kiedy rankiem ją spłoszył pastuch,

krople krwi było w bruzdach znać.

Raz ta pieśń — zaszła mnie w życie, za łąką,

powaliła, przygniotła, kazała: służ!

i wyrwała mi język jak płony kąkol,

a miast niego wetknęła mi nóż.

Przyszła zimą skostniała, skomlała: milczę!

przypytała się: ogrzej! jęczała: krew!

A w zanadrzu urosła w żarłoczne wilczę,

nakarmiła się sercem, sięgnęła trzew.

Kiedyś wiosna otworzy naścieżaj

pestki serc rozłupane przez pół,

zasiądziemy przy jednej wieczerzy,

będzie ziemia jak jeden stół.

Wstrzyma dzień ten swój pęd, co prze go,

gdy mu krzykną: nie zachodź! stań!

Zniesie każdy, co ma najlepszego,

będzie świat cały — kartą dań.

Na ten dzień krasnolicy i gwarny,

zwiastowany przez grad i szkwał,

zasiądziemy, czerwony i czarny,

zmywać barwy z sztandarów i z ciał.

Na ten dzień — pokłon jutru od dzisiaj —

trzepocącą się we krwi jak karp,

na glinianej przynoszę wam misie

tę złą pieśń — mój największy skarb!

1

Tańcowała izba, stół,

cztery konie, piąty wół.

Tańcowały krowy z obór,

jak w tancerkach był niedobór.

Tańcowała izba, sień

Jak ci bida, to się żeń!

Z końmi — wiadra, z ludźmi — konwie,

jeden Bóg ich z których stron wie.

Tańcowały skrzypce, bas,

biała droga w czarny las.

Wyrzucała nogi-wierzby

na gościńcu, bo i gdzieżby?

Tańcowała izba, wieś

Jak ci bida — mam cię gdzieś!

Umorusał szybki.

Zawodziły, labidziły

w ciasnej izbie skrzypki:

«A cóż ci to, Maryś, co ci,

że ci w oczkach się markoci,

że ci jakoś oczki puchną,

co przemówisz z którą druhną?

A czy cię kto, Maryś, urzekł,

czy żałujesz swoich nóżek,

że nie tańczysz tak, jak drudzy?

Przecie twój dziś ślub, nie cudzy».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Szumiał wiatr pod lasem.

Dziwował się krępy bas,

pomrukiwał basem:

«A czyś ty, Maryna,

miała oczy w bielmach,

że ci się spodobał

ten smarzowski stelmach15?

A gdzieś ty, Maryna,

miała oczy, powiedz,

że ci się uwidział

na młodego16 wdowiec?

A czy ci, Maryna,

a czy ci to warto?

Pochował już żony trzy,

pochowa i czwartą.

Wdowiec — mruk, będzie tłukł,

o tym każdy parch wié17

Złakomiłaś ty się, Maryś,

na ten zagon marchwi.

Maryna, Maryna,

czy ci to nie lubo,

że ci gram w taki kram,

że ci grram tak grrrubo».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Kroplą kroplę starł wnet.

Podrygiwał, podmigiwał

usmarkany klarnet:

«Weź se, Maryś, czepek nasadź,

jak nie chciałaś gęsi pasać,

jak nie chciałaś statków myć,

idźże zamąż, idźże, idź!

Taki baran, jaka owca

chciałaś wdowca, idź za wdowca.

Taki ogier, jaka klacz

wprzódyś chciała, teraz płacz!

Przywiózł Szela wódki z miasta,

roków miałaś pół-piętnasta18.

Radził wujek, radził ksiądz:

»Nie idź za mąż, jeszcześ brzdąc«.

Czemuś mu nie rzekła, Maryś:

»Idźże, Szela, dla mnie staryś.

Roków masz trzydzieści pięć,

innym pannom głowy kręć«.»

Padał deszcz. Płakał deszcz.

W bruzdach lśnił jak lakier.

Tańcowała cała wieś

czapki strzech na bakier.

«Grajże, Josek, grajże, Berek!

Naści wódki półkwaterek!

Naści wódki całą kwartę

na wesele, na to czwarte!

Idźże, Maryś, tańczyć, idźże!

Już mi dziś cię nikt nie wydrze,

już nie ujdziesz, jakbyś w dno wrósł,

już nas związał księży powróz.

Stoją wierzby kole19 szczelin,

przyszły patrzeć na ślub Szelin20.

Idź je, Maryś, do dom prosić,

jadła-picia będzie dosić21».

«A musiałażeś22 ty, Maryś,

jakiś zadać czar mi,

że się niczym już, jak tobą,

głód mój nie nakarmi.

A musiałaś ty mi zadać

jakiś zdradny napój,

że mię pali, choć go stamtąd

nożem powydrapuj.

A musiałażeś ty, Maryś,

we mnie wróść jak gałąź,

żem tak osłabł, jakbyś ze mnie

krew wyssała całąś.

Ani wyrwę cię już stamtąd,

choćbym trzewia rozciął.

Udławiłem ja się tobą

jak zdradliwą ością.

Ani dom mi dom bez ciebie,

ani wieś mi — nie wieś,

jeno mi się w oczy popatrz

i przez ramię przewieś.

Omotała mię całego

jakaś dziwna chorość,

że już czasem jak ta ziemia

chciałbym zbożem porość.

Żebym czasem w byle sadzie

chciał być ulem pszczelim,

żeby we mnie pszczoły grały,

nie ten ból mój, Szelin.

Snadź23 dojrzało we mnie cosik,

aż z tej ciąży ścierpłem,

że jak snop się dzisiaj walę

pod twym słodkim sierpem.

Snadź ustało się to we mnie

jak najtęższy rosół.

Weźże, Maryś, go pokosztuj,

jedną łzą go osól.

Oj, ustało coś się we mnie,

kutym, starym łotrze,

coś od soku z malin gęstsze

i od miodu słodsze.

Zamuliła mnie jak kożuch

jakaś dziwna dobroć,

by się do niej twoim ustom

łatwiej było dobrać.

Weźże mi się nad nią nachyl,

ile zechcesz — upij,

a tę resztę choć rozpryskaj

dla swawoli głupiej.

Jeno wprzód mi tej słodyczy

miarką ust twych namierz

Żółty kłos mi z serca wyrósł,

ty go, głupia, złamiesz».

Tańcowała izba, sień

cztery noce, piąty dzień.

Strumień wódki rowem pociekł,

zatańcował w gnieździe bociek.

Tańcowali, poszli spać.

Wyszedł księżyc, nie mógł wstać.

Jak żydowska lśnił się maca,

wszystkie cienie poprzewracał.

Tłukł się niebem wszerz i wzdłuż,

nie mógł trafić ani rusz.

Po kościelnym dachu biegał,

wpadł na wieżę, rozbił zegar.

Aż go w krzakach zgryźli psi.

Było wrzasku w całej wsi.

«A i głupiżeś ty, Szela, głupi!

A i herny24 z ciebie, Szela, mąż.

Pół jarmarkuś swojej Maryś skupił25,

teraz z bidą koniec z końcem wiąż.

A i dziwnyżeś ty, Szela, dziwny!

A i gdzieś ty taki, Szela, rósł?

Za spojrzenie tych jej oczu piwnych

całe miasto byś jej do dom zwiózł.

Choć jak jabłoń, choć jak jabłoń obrodź,

że cię garścią, że cię garścią rwią,

nie przemogła jeszcze nigdy dobroć

babiej chuci nie wybitej z krwią.

A i kiedyż ty się, Szela, dowiesz,

jak nie widzisz, choć na oczyś zdrów,

po co chodzi twoja Maryś w owies

z smagłym Wickiem, co go masz do krów?

A i spytałbyś się tego siana

i tych snopków, co je zważył szron,

ile razy z nich schodziła zgrzana

twoja Maryś cała w źdźbłach i on.»

U karasia kare skrzela,

u szczupaka siwe.

Nie udało ci się, Szela,

to kochanie ckliwe.

Na stodole wrota z kłodką.

Miękkie siano pachnie słodko.

Na stodole snopek mężyn

mięcej drga od pańskich sprężyn.

«Weź mię, Wicuś, sobą przykryj.

Lepszy dzień od nocy przykrej.

Taka mdli mię straszna lubość,

jeno pójdź mię sobą ubość».

«Daj mi, Maryś, daj mi z bliska

twoich piersi kretowiska.

Jak dwie skiby twoja kibić,

dajże mi się pługiem wskibić».

jak za drzewo dzięcioł,

że tę jasność ode słońca

taki czarny cień ciął?

Oj, nie obłok to, nie chmura

nagłym deszczem szumna,

to ci stoi Jakub Szela

na środku gumna26.

Jak uderzył Szela raz,

przykląkł Wicuś, zgiął się w pas.

Jak uderzył Szela drugi

poszły nosem krwi dwie strugi.

Jak uderzył w skroń, nad brwią,

przysiadł Wicuś, charknął krwią.

Jak uderzył czwarty z prosta,

upadł Wicuś, tak już został.

Otarł Szela krwawy farsz:

«Ty mi, tłuku, do dom marsz!».

Zamknął w izbie na trzy spusty,

wyszedł w pola mdły i pusty.

Kończył dzwonić dzwon i pierzchł.

Wyszedł w pole siwy zmierzch.

W kierpcach27 krasych28 szedł jak Hucuł29,

mrok po polach garścią rzucał.

Wstał na niebie wąski sierp.

Jakeś głupi — teraz cierp!

Jak chowali przy niedzieli

Szelinego Wicka,

żałowała ci go cała

ludność katolicka.

Cała ludność wychodziła

choć przed próg, na ganek,

jeno Szelin nikt30 nie wyjrzał

z izby, zza firanek.

A i po co ci to było

miód kraść z cudzych uli?

Już cię teraz jedna ziemia

do swych ust przytuli.

A i po co ci to było

służyć cudzym żonom?

Nie pomierzwiłby cię był tak

nawet sam ekonom.

A i gdzież ta twoja Maryś,

co ją wziął tak smęt aż,

że nie wyszła dzisiaj nawet

odwieść cię na cmentarz.

Że se jedziesz sam jak palec,

jakby jaki panic.

Zagubiłeś ty się, Wicuś,

zagubiłeś za nic.

2

Rozwichrzonych nad polem grzyw dym

kapie deszczu wymieniem koziem31.

Gorzki smak przypalonej krzywdy

ma brunatny twych grud czarnoziem.

Oblepiły cię macki jemioł,

kędy krztę twego soku znajdą.

Wykarmiłabyś wszystkich ich, Ziemio,

swojej skiby razową pajdą.

Ale wagi bezsilnie drgają,

gdy pomiesza kto wiecznych miar cel.

Zawisł dwór — szklanooki pająk —

w pajęczynie twych pól i parcel.

Roni ziemia łzy czarne ożyn,

płacze świerszczów lamentem zza grud.

Zamotały się w nitkach drożyn

wątłe muchy wieśniaczych zagród.

Przyjdzie sierp i po słomie zgrzytnie,

trysłe soki się w ściernie zsoplą.

Zachłysnęły się kłosy żytnie

swego ziarna złocistą kroplą.

Znów na ściernisk łysiny płowe

wyłaź z pługiem i zagon kop z kim.

Złoży snop umęczoną swą głowę

na ramieniu, na parcie32 chłopskim.

Latem ciało obiera męką,

parzy stóp natarczywy dotyk.

Pręży pole swą ranę miękką,

drelowaną palcami motyk.

Cisza łubin otrząsa z łupin

i w jelitach cię, Ziemio, boli.

Nadwarzyło się w faskach33 chałupin

kwaśne mleko twej melancholii.

Nocą w ludziach się wieczność spala.

Coś ich ciągnie w dalekość mglistą.

Na księżycu siadł diabeł Srala,

spuszcza haczyk na nitce z glistą.

Cienka nić gdzieś głęboko wadzi,

choć zębami ją chwyć i wypruj.

Każdy z nas w swego wnętrza kadzi

nosi śliskich, błyszczących ryb rój.

Księżyc gnojem od obór śmierdzi.

Drzemią konie, swój trakt zmierzywszy.

Siwym lasem, zza krat haberdzi34,

wstaje świt, z każdym dniem nieżywszy.

Pełznie dzień z każdym dniem osłablej.

Prędkoż mrok znów i kres nasz bliskoż?

Na mieniącej się wędce diablej

w męce skręca się serca piskorz.

Oj, ni ma to chłopu,

ni ma, jak pańszczyzna,

żyje sobie wesół,

drugim się nie przyzna.

Oj ni ma to, ni ma,

a i weź mu zrób co,

zwozi zboże panu

ani dba o kupca.

U dworskiego chłopa

krew w dziewuchach wrząca,

co napocznie dziedzic,

to dokończy rządca.

Chłopu Pan Bóg darzy,

nie narzeka na nic

tatuś byli chamy,

syn co drugi — panicz.

Na przednówku w karczmie

stoi wóz bez later35

chłop jak piórko letki,

sam go nosi wiater.

Na przednówku w karczmie

nie borgują36 sznapsa37.

Pan co z stołu nie zje,

to zostawi dla psa.

Leci pies przez owies,

chłop go zmani: naści!

urznie psu ogona,

kapustę omaści.

Latała, krzyczała

siwa gęś nad wodą:

«Nie zmawiajta się po karczmach,

idźta, chłopy, do dom!».

Trzepotał, klekotał

kary kur na grzędzie:

«Nie zmawiajta wy się, chłopy,

nic z tego nie będzie!».

A ty wódko-ciotko,

pokuśnico czarcia.

Nie namawiaj ty ich na złe

za tę miskę żarcia,

A wprzód ty się, wódko,

w pańskich kadziach zaśmierdź.

Jak ich zajdzie pan ekonom,

pozabija na śmierć.

Nie słuchały chłopy

babiej rady zdrowej.

Mówił w karczmie kamienickiej

Kuba z Gorzejowy:

«A i cóż ty, słonko,

jakoś nisko zwisasz?

Oj, zapomniał musi o nas

nasz wideński cysarz!

A czy zdjąć cię, słonko,

czyli wesprzeć namżeć?38

Już nam widać wszystkim chłopom

przyjdzie teraz zamrzeć.

Ni o krzywdzie naszej

nikt mu nie opowie,

chyba Jasny Pan Namiestnik

na wysokim Lwowie.

Pan Namiestnik lwowski

panom bardzo nie rad,

jeno myśli, jakby z chłopa

zrzucić pański kierat.

Chłopskim żalom ucha

zawżdy jako żyw da,

niech się tylko zwie, że chłopom,

gdzie u pana krzywda.

Jak mu skądsić wioska

pismo-skargę prześle,

zaraz czyta ją siedzący

na złocistym krześle.

Jeno teraz pocztą

chłopskie listy giną.

Trzaby chłopa umyślnego

wysłać całą gminą.

Nazbierali krzywd my,

jak tych ziarn do siejby —

Niech choć wyda taki befel39,

żeby chłopom lżej by».

Poskrobali chłopi brody.

Spadła cisza kroplą wody.

Kogo w drogę licho pcha

za sto stajań40 i o ha!

Oj, niejeden marnie zmarł już,

z kim miał złość pan mandatariusz41.

Lepszy w izbie głodny wikt.

Była cisza. Nie wstał nikt.

Jak się kubek ciszy przelał,

wstał spod ściany Jakub Szela.

Zwalił z ramion słowo-sąg.

Poszły pręgi w kręgi wkrąg,

«Cóż się, chłopcy, garbić w czworo?

Coś żadnemu w świat niesporo.

Lepiej łajno ssij i pość,

Niż masz panu iść na złość.

Czas wziąć samym z obór klucze —

pańskie oko konia tłucze!

Pod siekierą mrący las

w biegu w ziemię wrósł po pas.

Choć się w pocie pław jak karaś,

ale panu się nie naraź.

Z roku na rok zboże płodź:

panu ziarno, chłopu — kłoć42.

Dość już chyłkiem błoń wypasam.

Nie chce żaden — pójdę ja sam!

Jedna droga ze wsi w świat,

nogi drogą ćmią od lat.»

Wył w nim żal, że ręce gryzłby.

W czapce na brwi szedł do izby.

Astrem w niebie księżyc kwitł.

Jak wychodził — był już świt.

Oj, ty, drogo, nieschodzona, daleka!

Oj, ty, drogo, nieschodzona, niebliska!

Cztery wierzby i olszyna-kaleka,

i na plecach ciężka nieba walizka.

A przez czyjeż gnasz ty pola, przez czyjeż,

że cię dziedzic ich rózgami nie zasiekł?

A i wijesz ty się, drogo, i wijesz

jak litania robaczywych zdrowasiek.

Nad rzeczułką, cały w brzozach prócz wieży,

póki chłody brzozom liści nie potną,

klepie kościół kijankami pacierzy

chłopską dolę, jak ta szmata wilgotną.

Ni wypłynąć jej, ni na dnie jej nie lec,

sinym ustom nie zamilknąć od gliny.

Czworgiem ramion macha wiatrak-topielec,

ciężkie nieba odgarniając mydliny.

Oj, nie mówił do mnie, drogo, twój smęt nic,

anim pytał się, czy ciężar mój uznasz.

Białym krzyżem umęczonych cierpiętnic

położyłaś ty się, drogo, pod wóz nasz.

Jeszcze ciężej kamieniami go nałóż,

niech mu koła własnym potem oleim!

Mdłymi łzami zieleniących się kałuż

patrzą bruzdy twoich ślepych kolein.

Już nam krzykiem nie wyśpiewać cię ustnym,

lepiej w ciszy twoim bólem frymarczmy43.

Pół-pijanym, ślepym dziadem odpustnym44

wolno wleczesz się od karczmy do karczmy.

Słońce, lśniące się to ryńskim45, to szóstką46,

toczy wiater, pędziwiater, gonikąt.

Okłamałaś ty mię, drogo, oszustko!

Nie prowadzisz ty, zwodnico, donikąd!

W mieście Lwowie szumnie, tłumnie,

więcej lamp jak ziaren w gumnie.

Z boków domy jak te cacka,

środkiem droga jak posadzka.

W mieście Lwowie, w białym mieście

w każdym domu okien dwieście,

w każdym oknie jasna pani,

szyta złotem suknia na niej.

W którą stronę okiem strzeli,

każdy dom jak plaster pszczeli:

z góry płaski, z wierzchu gładki,

w środku izby jak szufladki.

W mieście Lwowie, ścieżką z mory,

chodzą pany jak indory,

a dziedziczki jak te pawie

nie podnoszą nóżek prawie.

Z ulic naród płynie ciurkiem,

stoi żandarm z kurzym piórkiem,

którzy w takt nie chodzą też tu,

takich bierze do aresztu.

W mieście Lwowie, z ziemi w górę,

rosną drzewa gniado-bure,

jak bocianów rząd przy drodze

stoją śpiąc na jednej nodze.

Na nich liście jak ornament,

rośnie na nich kamień-diament,

popod47 każdym stoi strażnik —

urwać z nich — ani się waż nikt.

W mieście Lwowie księży wiele,

stoi kościół przy kościele.

Po kościołach suma co dzień,

aż się pstrzy od złotych odzień.

Do kościoła, skwar czy zima,

człek biedniejszy wstępu ni ma.

Jedzie państwo sznurem karet,

jak królowie do Nazaret.

Pod kościołem, nikiej48 na wsi,

siedzą dziady jeszcze łzawsi,

z szmat im żebro lśni na żebrze,

każdy siedzi, każdy żebrze.

Komu bida — do nich należ.

Przejdzie pani — rzuci halerz49.

Przejdzie financ50, co się upasł —

komu areszt, komu ciupas51.

W mieście Lwowie domy różne,

z wierzchu szklanne, w środku próżne,

spod nich wędlin całe mendle,

jak spod kloszów patrzą zwiędle.

Stoją ludzie ciency w pasie,

każdy zajrzeć przez szkło pcha się,

każdy stoi, ślinę łyka,

aż mu szczurem skacze grdyka.

Tam, gdzie jadeł całe kopska,

chodzi nocą nędza chłopska,

puka w cegłę, jaki ton da,

w pańskich szybach się przegląda.

Świtem-rankiem z wszystkich fabryk

buchnie zgiełk jak setek bab ryk,

aż przez domy przejdzie mrowie

w białym mieście, w mieście Lwowie.

Dnie oskubują drzewa z liści,

bronią się liście, które krzepsze.

Dziwią się lwowscy kanceliści,

co też ten chłopski upór przeprze.

Łatwiej przez ścianę kropli przesiąc,

niźli przed urząd wniść52 nie z datkiem.

Cóż to za chłop już trzeci miesiąc

kurz w kancelariach ściera zadkiem?

Szczęście na głupich chlusta dzbankiem.

Nigdy nie zbadał, jak to jest, nikt.

Natknął się raz na chłopa rankiem

w dusznym urzędzie sam Namiestnik.

Trafisz mu na zły humor — biadać53!

Trafisz na dobry — pewny sojusz.

Kazał Namiestnik chłopu siadać,

wszystko wysłuchał: jak i co już.

Długo coś prawił, jak w teatrze,

ręka na klapie, pasterz trzodom.

«Wszystko — powiada — sam rozpatrzę.

Chybaj54 na pańskie nazad do dom».

Dowlókł się Szela kundlem do wrót,

stanął, na mury spojrzał: twierdza.

Daleka droga, dalszy powrót

z centem jałmużny w torbie serca.

Jesień już idzie z chmurą niepogód,

wszystkich nas zmiecie smugami strzał.

Na szczycie wieży blaszany kogut,

trzy razy skrzydłem trzepocąc, piał.

Pogniły zboża, zanim je skwar ściął,

i nocą wilki owyły stóg,

a deszcz spocony wilgotną garścią

mięsił i mięsił ciasto dróg.

Otrute słońca bułką z zakalcem

zdychają zmierzchy pod lament wierzb.

Wychudłym drzewom kościste palce

osypał nocą wróbli świerzb.

Prędko się, serce, z śmiercią pojednasz,

na grzędach duszy wypielesz chwast.

Do beczki nieba Niebieski Bednarz

nabija nocą gwoździe gwiazd.

Wiecznież się będziem tulać w tej pace

kłębkiem skrwawionych ramion i nóg?

Z krwi naszej ciepłej okrągłe mace

wypieka w niebie cadyk55-bóg.

Rękom-gałęziom w pień drzewa stężej!

Z wiatrem w huśtawie po nocach trzeszcz!

Zmokłym kropidłem pociechy księżej

zboża nam w polach pognoił deszcz.

Krzywym pacierzom w niebo nie doleźć!

Inne, uczeńsze przyjmij i ziść!

Tylko ta chłopska zawszona boleść

z torbą po prośbie w świat musi iść.

Zamiast po kruchtach56 skomleć i wołać,

łbem tłuc o ziemię w pokorze psiej,

głębiej tę gruntu nieswoją połać,

zęby ścisnąwszy, oraj i siej.

Choć się od znoju tysiącem tęcz mień,

potem zapładniaj każdy jej kąt,

cudzy ci na niej wyrośnie jęczmień,

obcy jak bękart nie wiedzieć skąd.

Suce starczyło psów z jednej wsi by,

o tę — pokoleń toczy się targ.

Śpi, rozwaliła na słońce skiby

tysiącem czarnych sromowych warg.

Darmo za chłopa dziedzic ją wydał.

Ciężko żyć dalej z jedną we dwóch

Trzy wskazujące paluchy wideł

wskazują pański, kosmiczny brzuch.

U rządczyni atłas w skrzyni,

wyżej skrzyń — samodział57.

Wrócił Szela ode Lwowa,

gdzieś się nam zapodział.

Oj, zapodział się, zapodział,

jeno blisko gdzieści.

Siódmy tydzień z pańskich lochów

nie ma o nim wieści.

Jak przyleciał ode wschodu,

jak ten jasny sokół,

kazał pan go bić kijami,

łańcuchami okuł.

Siedzi, siedzi, wiosny czeka.

Dzień już za dniem brzydszy.

Zupę z pomyj jadł na wilię58,

na święcone — wszy trzy.

W sadzie drzewa grube,

w bożym lesie grubsze.

Nie wypędzić życia z chłopa,

jak się przy nim uprze.

Za stodołą, w owsie,

siedzi koń na jedli.

Wypuścili Szelę z lochu,

gdzieś go będą wiedli.

Mówił pan do stójki59:

«Później zbója stłamszę.

Wiedźcie mi go na Nowy Rok

do kościoła, na mszę.

Trzy dni jeść mu nie dać,

niech się zrobi bladszy,

żeby był dla całej wioski

postrach, jak się patrzy».

To nie pomruk karczmy

opętanej polką,

Rozsadziło kościół ludem,

jak gadzinę kolką.

Nawaliło ścisku,

ani wetknąć dłoń jak.

Aż zapachniał kościół nędzą

cierpką jak amoniak.

Jak wwodzili Szelę

wejściem-frontem przednim,

zachybotał cały naród,

rozstąpił się przed nim.

Na trzy kroki wokół

zmiótł mu przestrzeń wielką,

przygnieciony nagle ciszą

jak olbrzymią belką.

Stanął Szela w progu,

pchnął go Wicek-strażnik.

Sine oko miał pod szmatą,

nie poznał go w twarz nikt.

Jak na Podniesienie

ksiądz niósł w górę kielich,

nie opuścił się na płyty,

na zbutwiałą biel ich.

Jeno nad gromadą

sztywny stał jak fantom

i zadzwonił łańcuchami

w odgłos ministrantom.

Jak go stójka na śmiech

boso wieść przez wieś miał,

ustawiła wieś mu szpaler,

nikt się jakoś nie śmiał.

Jeno z lasu zamieć

wyszła z wiatrem na błoń,

tańcowali w dworskim sadzie,

przewrócili jabłoń.

A jak wieczór księżyc

wzszedł na niebie cichszem,

zapaliła się obora

pode dworskim spichrzem.

Zasypało studnie,

znikąd wody nawieź,

Trzy dni sadza czarnym śniegiem

z chmur pruszyła na wieś.

U dziedzica nos jak świeca,

koło nosa — krosta.

Nie pozwolił zgubić Szeli

tarnowski starosta.

Nie chciał dziedzic słyszeć-wiedzieć,

dziś — choć łaski proście —

Czwórką koni zjechał traktem

do Smarzowy w goście.

Jak się witał, grzecznie pytał,

przywiózł z miasta zakup.

«A czy jest też u was we wsi

taki Szela Jakub?

Pan Namiestnik, co ma ludu

jak ten kopiec mrówczy,

kazał mu się nisko kłaniać

i zapytać: zdrów czy?».

Jak puścili Szelę z lochu

i przywiedli przedeń,

jakoś bardzo głową kręcił,

a wspominał Wiedeń.

Cięgiem60 krzyczał po niemiecku

i po polsku cosik,

aż we dworze szyby drżały

jak te listki osik.

Jak już wsiadał, jeszcze gadał,

wiatr zmiótł parę zgłosek

«Żeby mi tu temu chłopu

nie spadł z głowy włosek!

Bo wam dwór ten z ziemią zoram

aż do samych pól den!».

I w kosmatą czapkę Szeli

kapnął srebrny gulden.

A i gdzież ty, Szela, chodzisz

raz na tydzień, raz na dwa?

Czy na jarmark, hań, po odzież?

Czy po frykas? Czy po drwa?

Nie na targ po śliwki w occie,

jeno musi ważniej gdzieś,

kiedy w karczmie późno w noc cię

czeka nieraz cała wieś.

Od Smarzowy do Tarnowa

jedna droga — tęcza.

Wrosła w mech ta ścieżka płowa,

coś nią chodził wtenczas.

Do Tarnowa droga prosta.

Mówił Szeli Breinl-starosta

«Rok do roku — minus — plus —

chłopskim krzywdom prędko szlus61».

Uradziło panów ...nastu

powyrzynać wszystkich nas tu.

Uzbierali prochu funt,

na cesarza knują bunt.

«— Cóżeś — mówią — nam za cysarz,

jak z nas tylko krew wysysasz?

Siódmą skórę z nas byś kradł,

jenoś chłopom za pan brat.

Miast ich fochy62 władzą zmóc twą,

szerzysz po wsiach bałamuctwo,

wietrzysz belkę w każdem źdźble:

tu im krzywda, tam im źle.

Co nam dzielić chłopską dań z kim?

Rządźmy Polskę rządem pańskim!

Który chłopom mąci w łbach,

tego drągiem po łbie — bach!».

Mówi cesarz: «— Daj pchle grzędę!

Ja się z nimi bił nie będę.

Mają chłopy do nich złość,

jest ich na to po wsiach dość.

Dosić63 leli łez jak z rynien

Jażem krzywdom ich nie winien64.

Zrobią tak, by bunt ten ścichł,

panom fora65, ziemia — ich.

Z tobą chłopy idą rzeszą.

Tyś do Lwowa chodził pieszo.

Tobie mówię: tak a tak,

Przyjdzie chwila — daj im znak.

W waszych rękach teraz los wasz.

Com ci mówił, dobrze rozważ:

Komu ziemia — komu grób.

Co masz robić — idź i rób».

Powstał Szela, zbladł znienacka.

Mówił: «Rada — rzecz gromadzka.

Wieś odmierzy w garść jak w ćwierć

komu wola, komu śmierć».

Idźże66, Szela, głowę skrobże.

Cożeś słyszał, rozważ dobrze.

Chodzą lasem wilcy trzej.

Myśl domyśleć w lesie lżej.

Nocą cień się chowa za pnie.

Stoją w śniegu pnie jak w wapnie.

Trzeszczy las jak pokrak srok.

Ziemia — niebo — śnieg i krok.

3

Jak wstawało słońce — mak ten,

co na śniegu rozkwitł

wyszedł Szela świtem-traktem

do sąsiedzkich wiosk — zwid.

Usiadł w polu buty przezuć,

uszedł dalej jeszcze.

Aż się spotkał z nim Pan Jezus

na smarzowskiej ścieżce.

Jak go poznał Szela na dziw,

skłonił mu się po pas:

«A dokąd też Bóg prowadzi,

że aż u nas popasł67

To nie słowo miodem tchnie z ust,

jako flet z kapeli,

to skłaniając się, Pan Jezus

odpowiada Szeli:

«Mało-wiele drogim ubiegł,68

chociaż idę z bliska.

Odpowidzcież mi, Jakubie,

gdzie tu wieś Siedliska.

Tam, gdzie most się z rzeką mijał,

co pokryła kra ją,

ponoś chłopy panów biją,

piłami ich krają.

Już mi w nóżkach drzazg jak os tkwi,

krwawi rana, gwóźdź gdzie,

a tam pono krwi po kostki

w każdziuteńkiej bruździe.

Jedną drogę Bóg nam zdarzył,

co ją miedzą skracasz.

Powidzcież mi, gospodarzu,

czy tam zdążę na czas».

To nie topól w niebo strzela,

to nie pohuk sowi —

Odpowiada Jakub Szela

Panu Jezusowi:

«Dobrze snadź, kto komu krzyw69 gdzie

wiedzą pańskie posły,

kiedy słuchy o ich krzywdzie

już do nieba doszły.

A i wielki musi wiater

z tego w niebie pnie gnie,

kiej aż sam Pan Jezus światem

im na pomoc biegnie.

Nie biegałeś, jak się naszych

krzywd przelała kwarta!

Widać garnca pańskiej kaszy

chłopska krew nie warta.

Unieś suknie po kolana,

stąpaj pomalutku,

bo tu naszą krwią polana

każdziuteńka grudka.

Nie ceniłeś ty krwi chłopskiej

za złamany szeląg!

Czemużeś się, Panie Jezu,

tak o pańską przeląkł?

Co się stać ma, to się stanie,

przyszły raz te dnie choć!

Ale ty, Prześwięty Panie,

dziś tam lepiej nie chodź.

Po co ci to z chłopską nędzą

w twarz się spotkać twarzą?

Dziś tam z krwi tej, co ją pędzą,

tęgie piwo warzą.

Nam ta swego raju nie raj70,

z łzyś go zlepił naszej!

Idźże lepiej je pozbieraj

i na kubrak naszyj.

Białe rączkiś71 przykrył komżą,

nie splamiłś ich pracą.

Dzisiaj chłopcy takich wiążą,

tylko gdzie zobaczą.

Wnet tu spełzną się jak glist rój,

skarżyć ci na kij mój.

Idźże, bramę dla nich przystrój

i w swój raj ich przyjmuj.

Lepiej gwiazdkę za nich zawieś,

byś się o nich nie bał».

I zawrócił Szela na wieś,

a Jezus — do nieba.

Na rozstajnych drogach,

kole72 czterech kopcy,

namawiali się ze sobą

gorzejowscy chłopcy.

Był tam Waluś-pastuch,

w zimie chodził boso,

siekierką się opasywał,

podpierał się kosą.

Jak dojrzały izby

w polu samych brzdący,

podkasały kiecki-ściany

po śniegu lecący.

Przegonił je wiatrak,

w dyrdy73 biegł przez odłóg,

ruszył w taniec opętaniec,

poszły wióry z podłóg.

Tańcowali cztery dni,

ani więcej, ani mniej.

Tańcowali piątą noc,

runął dwór jak zgniły kloc.

Tańcowali rach-ciach-ciach

i po drogach, i po wsiach.

Tańcowali, gdzie kto mógł.

Tryskał, pryskał śnieg spod nóg.

Szedł śnieg. Brał mróz.

Biegł zbieg. W mróz wrósł.

Z ust krew — as kier.

Znad drew mgła skier.

Tańcowali w tył i wprost,

kto po lodzie, kto przez most.

Od Smarzowy aż do Siedlisk

poszły w tan gałęzie jedlisk.

Tańcowali z chłopem pan

milczkiem-boczkiem koło ścian.

Tańczył rządca, tańczył dziedzic,

żaden nie chciał w miejscu siedzieć.

Tańcowali ząb o ząb,

z sieni oknem i na klomb.

Tańcowali z góry na dół,

coraz któryś w tańcu padał.

Tańcowali raz po raz

chłopska kosa, pański pas.

Od ogródka do ogródka

ciekła rowem krew jak wódka.

Tańcowali — z panem pień.

Była noc jak biały dzień.

Gdzie kończyli taniec,

cały dwór był na nic,

brali panów rankiem,

kładli ich przed gankiem.

A wieczorem-zmierzchem

jechał księżyc wierzchem,

w srebrnych był sandałach,

siwy pod nim wałach.

Gdzie za dworem kępa,

zwalniał konia stępa.

Gdzie schlustała krew je,

skręcał z pól — na rewję74.

Oj, ty, wolo75, rozchełstana, strzelista,

wolo wolna,

wolo polna!

Potoczyłaś ty się, wolo, po polu,

po polepie śniegowej, w noc miałką

kulą śnieżną — ulęgałką.

Rozmagałaś ty się z gręby76 na grębę,

w cichem polu grającem,

kiełbiem ozimin — zającem.

Zakręciłaś ty się bąkiem-furkotem,

spuszczonym wiatrem na złość ci

ze szpagatu77 codzienności.

Rozszumiałaś ty się chlustem-rozpluskiem,

siwym roztopem z tych stron tu

aż na margines horyzontu.

Wyżej stert, co się w drodze nawiną,

polem za wąskiem, za pustem,

tańcem — łomotem — zapustem

lawiną!

Och, wolo!

Kiełkiem pod redlin78 i grąbel79

w zamróz poważył cię lęk.

Głód twój w nas wzbierał jak bąbel —

wezbrał i pękł!

Po zielonej komorze

tańczył ogień we dworze,

krzesał iskry obcasem,

pokrzykiwał «hop!» czasem.

Co tknął piórkiem pułapu,

trzaskał pułap pół na pół.

Co nadłupał go tak tu,

przyśpiewywał do taktu:

«— Ta smarzowska gromada

ratowniki nie lada —

ile razy już gasłem,

dogaszały mnie masłem.

A ci chłopcy siedliscy,

gaszą ogień aż piszczy,

w rozskrzypieniu kół gorzkiem

wożą wodę półkoszkiem80».

Dość chciał nam dopiec kopiec i wał,

Hulaj, gromada, wiatrom na schwał!

W polach odprzęgaj konie od landar,

żaden nie pośmie81 bruździć82 ci żandarm!

Hulaj! Wychylaj głowy zza wnęk!

Byli — ubyli, jechał ich sęk!

Hola na pola orki się uczyć,

orać karbowym, rządcą nawłóczyć!

Hejże! a nuże! hala! a haj!

Wozy z dobytkiem do zagród pchaj!

Klamki złociste do wsi poznoścież!

Rygle otwarte — ziemia na oścież!

K-r-r-r-r-aj!

Czy to tam od wschodu, zmrok już zapadł?

Czy to kurze pierze sypie z chmur?

Zamajaczył trakt od czarnych kapot,

tupot kopyt i łopot piór.

To nie mrok wypełza z wrzosów wydem.

To nie w kojcu nieba lament psi.

To zstępuje traktem glid83 za glidem

wojsko cesarskie w dół ku wsi.

Nie mówiły drogi, skąd ich wiozły,

wierzbowymi pniami biegły w takt.

Ustawili we wsi gwery84 w kozły,

sztachetami rzędów spruli trakt.

Poleciała po wsi wieść jak sekret

odrąbaną łapą tłuc do bram:

«Przysłał cesarz z Wiednia dekret!

Dzielić, co dworskie! Ziemia — nam!».

Wyrwał się jeden, piórko — dębem,

papier w zanadrzu: co i jak.

Załomotał werblem w bęben, w bęben.

Posypała z bębna cisza-mak.

«My, Cesarz na Lodomerii,

Król Austro-Węgrii — Bośni — Czech,

kazujemy chłopom przestać ferii,

wrócić na pańskie do dni trzech.

Kto się nie posłucha naszego pisma,

dwory zaprzepaści wsiom na żer,

wciągnąć mi go kapral zaraz w spis85 ma,

pójdzie w żołnierze, dźwigać gwer».

Długo jeszcze bębnił, drwem bił, dudnił,

długo jeszcze słowa na wiatr kładł.

A już po wsi cisza szła jak z studni,

ołowianą chmurą skryła świat.

Jak odeszło ze wsi wojsko —

— wszystko chłopcy ładni —

przepadł Szela nie wieść86 dokąd,

nie było go dwa dni.

Jeno w nocy, o północy,

nim zbudziła wieś cię,

ponoś gadał coś z drzewami

w kamienickim leśsie.

Jak na trzeci dzień powrócił,

zdziebko87 siwe brwi miał.

Tak się skoblem88 w sobie zaparł,

jakby wyolbrzymiał.

Na rozstaju, pod figurą,

tam, gdzie głów jak makiem,

krąg jak namiot czapką zamiótł,

mówił słowem takiem:

«Oj, nadarmo ty, wiatraku,

na nas ręką machaj!

Snadź już wieczna dola chłopa

cierpieć pański nahaj89.

Snadź ni Pan Bóg mu nie Pan Bóg,

ani cesarz — cesarz.

Nie obetrzeć chustką nieba

już tych naszych łez aż.

Wierzył chłop cesarskiej łasce,

wrósł weń świerkiem smęt ów,

wziął nas cesarz sprzedał panom

za trzydzieści centów.

Teraz siedzi, z szlachtą pije,

hań, na modrych Węgrzech.

Niech się kiedyś ciężką śmiercią

pomści na nim ten grzech.

Wyszła wieś z swem prawem stawać,

wyjdźże ty i stań z twem.

Sam ci cesarz ją podmawiał,

jak się pogryzł z państwem90.

Cztery dni się godził-zwodził,

piąty stanął na tem,

że tę zgodę w chłopskiej skórze

spiszą oba batem.

Teraz siedzą, wino cedzą,

nowe pakty knują.

Darmo czekać, by sie ktosić91

naszej krzywdy ujął!

Dość nas łaska pańska źgła92!

Nie oddamy ani źdźbła!

Wprzódy cała wioska spłoń!

Nasza pasza, nasza błoń93!

Ubił cesarz z państwem targ:

pańskie jarzmo, chłopski kark.

Jakeś ubił — idź i rządź!

Łatwo kupić, trudniej wziąć!».

Był cham, giął łeb.

Dziś sam — cap cep!

Z rąk front. Chcesz? — Masz!

Bier94 gront95! Gront — nasz!

Nim odkwitła stokroć

na zielonej darni,

przyjechali zabrać Szelę

tarnowscy żandarmi.

Uciekała nocka

po zielonej łące,

jak wkładali mu na rączki

kajdanki dzwoniące.

Jak go prowadzili

wzdłuż tych czarnych sztachet,

wysypała cała wieś,

z płaczem za nim szła het.

Jak go prowadzili

pod ten biały kasztan,

zakapały z nieba gwiazdki,

toczyły się aż tam.

Jak go prowadzili

tamtą kładką giętką,

wyszły ryby na przerębel

łapać ludzi wędką.

W całej rzece wielki

narobiły ruch tem,

jak po lodzie jak te kundle

biegły za nim truchtem.

Jak go wiedli bagnem,

tym, co śmierci dar ma,

wyszli wilcy, zjedli w lesie

jednego żandarma.

A jak z nim mijali

ten uschnięty modrzew,

popędzały go żandarmy,

mówiły mu: «chodźże!».

«Modrzewiu, modrzewiu,

malowany dziadku,

pilnujże mi tego lasu,

daję ci go w spadku.

Pilnuj mi go, pilnuj,

jak jaworu powój,

Przyjdzie czas, że twych gałęzi

trza nam będzie znowuj.

Idźta, chłopcy, do dom,

nie trza stać markotnie.

Przyjdzie wiosna tylko patrzeć,

drzewom pąki potnie.

Wyjdą w pola dziwki96

plewić chwast, rumianek.

Sielne97 zboże wzejdzie latoś98,

pańską krwią rumiane.

Sieliśwa na cudzem,

ruń nam rosła smętna.

Będziem zbierać chleb na własnem,

każde ziarno — centnar.

Ciarachy99, ciarachy,

nie być z wami zgody!

Prędzej ogień przyjdzie latem

upić z studni wody.

Choćbyście zorały

trakt ten, gdzie mój dom stał,

czarnym kłosem na tej ziemi

wzrośnie na was pomsta.

Choćbyście mi na nim

zboże na pniu żęli,

nie zapomni wieś-gęsiarka

kołodzieja Szeli.

Darzyła się ruń nam,

wystraszył się los tem,

wyszedł w pole, za oborę,

chlusnął z wiadra postem.

Skończył się nasz zapust.

Dalej, pany, jedziem!

Zwiśnie chłop na szubienicy

popielcowym śledziem».

Przypisy:

1. traktat wersalski — główny traktat pokojowy kończący I wojnę światową, podpisany 28 czerwca 1919 roku przez Niemcy, mocarstwa Ententy, państwa sprzymierzone i stowarzyszone. Wszedł w życie 10 stycznia 1920 r. [przypis edytorski]

2. Chmielnicki, Bohdan Zenobi (1596–1657) — hetman zaporoski, przywódca powstania kozackiego przeciwko Rzeczypospolitej w latach 1648–1657, bohater narodowy Ukrainy. [przypis edytorski]

3. Kostka-Napieralski, Aleksander (1617–1651) — oficer wojsk koronnych, uczestnik wojny trzydziestoletniej i przywódca powstania chłopskiego na Podhalu w 1651. [przypis edytorski]

4. Dębicki, Ludwik Zygmunt (1843–1908) — polski pisarz, publicysta, współpracownik „Czasu” od 1875 r., ziemianin ur. w Buchcicach w starej rodzinie kalwińskiej w wieku 12 lat przeszedł na katolicyzm. [przypis edytorski]

5. Nie był to ich zdaniem (...) Brzostku, Pilzna i Jasła — Ludwik Dębicki, Z dawnych wspomnień (1846–1848), Kraków 1903, s. 57. [przypis redakcyjny]

6. cwancygier — dawna moneta austriacka o nominale dwudziestu grajcarów. [przypis edytorski]

7. Breinl, Joseph (1800–1869) — urzędnik austriacki znany z tego, że wykorzystał antyszlacheckie ruchy chłopskie w Tarnowie do zapobiegnięcia wybuchowi powstania niepodległościowego w 1846. [przypis edytorski]

8. rżysko — ściernisko. [przypis edytorski]

9. gumno — odgrodzona część gospodarstwa chłopskiego przeznaczona dla przechowania lub młócenia zboża. [przypis edytorski]

10. faktor — dzierżawca. [przypis edytorski]

11. pacht — dzierżawa. [przypis edytorski]

12. wkrąg (daw.) — wokół, dookoła. [przypis edytorski]

13. ostrężnica, in. ostrężyna — jeżyna. [przypis edytorski]

14. rzyć (daw.) — pośladki. [przypis edytorski]

15. stelmach (daw.) — rzemieślnik zajmujący się wyrobem wozów i części do nich [przypis edytorski]

16. młodego — tu: pana młodego. [przypis edytorski]

17. wié — forma z tzw. e pochylonym, czyt.: wi. [przypis edytorski]

18. pół-piętnasta (daw. forma) — czternaście i pół. [przypis edytorski]

19. kole — koło, obok. [przypis edytorski]

20. Szelin — przymiotnik dzierżawczy od nazwiska Szela; znaczenie: należący do Szeli, jemu właściwy itp. [przypis edytorski]

21. dosić — dość, dosyć. [przypis edytorski]

22. musiałażeś (...) zadać — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że-; znaczenie: musiałaś zadać z pewnością. [przypis edytorski]

23. snadź — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski]

24. herny (gw.) — hardy, wyniosły, krnąbrny. [przypis edytorski]

25. Pół jarmarkuś swojej Maryś skupił — dziś: „Pół jarmarku swojej Marysi skupiłeś”; konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika. [przypis edytorski]

26. gumno — budynek, w którym składane było zboże przed wymłóceniem. [przypis edytorski]

27. kierpce — lekkie chodaki, ręcznie szyte zazwyczaj z jednego kawałka skóry; tradycyjne obuwie skórzane noszone przez górali i mieszkańców łuku karpackiego. [przypis edytorski]

28. krasy — piękny, ozdobny a. czerwony. [przypis edytorski]

29. Hucuł — członek grupy etnicznej pochodzenia rusińsko-wołoskiego, zamieszkującej ukraińską i rumuńską cz. Karpat Wschodnich, w tym Beskidy Pokucko-Bukowińskie; Huculi, obok Bojków, z którymi sąsiadują od zachodu, i Łemków, stanowią jedną z trzech gł. grup Rusinów Karpackich, mieszkających we wschodniej cz. łuku karpackiego. [przypis edytorski]

30. Szelin nikt — nikt z gospodarstwa Szeli. [przypis edytorski]

31. koziem — dawna końcówka fleksyjna, dziś: kozim. [przypis edytorski]

32. part — grube płótno domowej roboty, konopne a. lniane, bez domieszki wełny czy bawełny; por. parciany. [przypis edytorski]

33. faska — beczka do przechowywania produktów spożywczych. [przypis edytorski]

34. haberdzie — gałęzie. [przypis edytorski]

35. latry — boczne deski, drągi a. drabiny u wozu. [przypis edytorski]

36. borgować — pożyczać na kredyt. [przypis edytorski]

37. sznaps — wysokoprocentowy napój alkoholowy. [przypis edytorski]

38. czy zdjąć cię, słonko, czyli wesprzeć namżeć — inaczej: czy mamy się zdjąć, słonko, czy wesprzeć; namżeć: konstrukcja z partykułami wzmacniającymi -że- i . [przypis edytorski]

39. befel (z niem. Befehl) — rozkaz. [przypis edytorski]

40. stajanie a. staje — daw. miara odległości (etymologicznie: dystans, po przebiegnięciu którego koń musi się zatrzymać i odpocząć); staje staropolskie było równe ok. 135 m, staje nowopolskie (XIX w.) to ok. 1000 m. [przypis edytorski]

41. mandatariusz — osoba posiadająca mandat (tj. pełnomocnictwo) do sprawowania jakiejś funkcji publicznej. [przypis edytorski]

42. kłoć — rodzaj rośliny, tu: chwast. [przypis edytorski]

43. frymarczyć — handlować zamiennie bądź czymś, co nie powinno być przedmiotem handlu. [przypis edytorski]

44. dziad odpustny — wędrowny żebrak. [przypis edytorski]

45. ryński — właśc. reński, srebrna moneta Cesarstwa Austriackiego. [przypis edytorski]

46. szóstka — moneta o niskim nominale. [przypis edytorski]

47. popod (daw.) — blisko. [przypis edytorski]

48. nikiej (gw.) — niby, jakby. [przypis edytorski]

49. halerz — moneta w Austro-Węgrach. [przypis edytorski]

50. financ — urzędnik administracyjny. [przypis edytorski]

51. ciupas (daw.) — odsyłanie do więzienia. [przypis edytorski]

52. wniść — wejść. [przypis edytorski]

53. biadać — tu skrócone od: biada ci. [przypis edytorski]

54. chybać — iść. [przypis edytorski]

55. cadyk — charyzmatyczny przywódca odłamu judaizmu (chasydyzmu), zwany też rebe. [przypis edytorski]

56. kruchta — część kościoła, przedsionek usytuowany przed głównym wejściem, niekiedy również przed bocznym – do naw lub zakrystii. [przypis edytorski]

57. samodział — tkana na ręcznym krośnie tkanina. [przypis edytorski]

58. wilia — wigilia. [przypis edytorski]

59. stójka — osoba odpowiedzialna za porządek na dworze. [przypis edytorski]

60. cięgiem — ciągle, nieustannie. [przypis edytorski]

61. szlus (daw., z niem.) — dość. [przypis edytorski]

62. fochy — niezadowolenie, kaprysy. [przypis edytorski]

63. dosić — dość. [przypis edytorski]

64. Jażem krzywdom ich nie winien — dziś: „Ja krzywdom ich nie jestem winien”, konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika i partykułą wzmacniającą -że-. [przypis edytorski]

65. fora (daw.) — przecz (okrzyk wyrażający żądanie natychmiastowego opuszczenia przez kogoś jakiegoś miejsca); por. fora ze dwora. [przypis edytorski]

66. idźże, (...) skrobże — przykłady daw. konstrukcji z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]

67. popasać — zatrzymać się w drodze, odpocząć. [przypis edytorski]

68. drogim ubiegł — inaczej: drogi ubiegłem (uszedłem drogi), konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika. [przypis edytorski]

69. być komu krzyw — być na kogoś zagniewanym. [przypis edytorski]

70. raić coś — nakłaniać do czegoś, zachwalać coś. [przypis edytorski]

71. rączkiś przykrył — inaczej: przykryłeś rączki (konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika). [przypis edytorski]

72. kole — koło, obok. [przypis edytorski]

73. w dyrdy — pędem, migiem. [przypis edytorski]

74. rewja — dziś: rewia; widowisko. [przypis edytorski]

75. wola (gw.) — wolność. [przypis edytorski]

76. gręba (gw.) — pagórek. [przypis edytorski]

77. szpagat — sznur. [przypis edytorski]

78. redlina a. radlina — nieduży wał ziemi pomiędzy dwiema bruzdami. [przypis edytorski]

79. grąbla, właśc. grobla — wał ziemny utrzymujący wodę w stawie, kanale a. innym sztucznym zbiorniku. [przypis edytorski]

80. półkoszek — daw. wóz konny z wykładziną wyplataną z wikliny, w kształcie dwóch połówek kosza. [przypis edytorski]

81. nie pośmie — nie będzie śmiał. [przypis edytorski]

82. bruździć komuś — przeciwstawiać się komuś, działać przeciw komuś. [przypis edytorski]

83. glid (z niem. Glied) — rząd, szereg. [przypis edytorski]

84. gwer (daw.) — karabin. [przypis edytorski]

85. wciągnąć w spis — zapisać na liście (tu: rekrutów do wojska). [przypis edytorski]

86. nie wieść dokąd — nie wiadomo gdzie. [przypis edytorski]

87. zdziebko — trochę. [przypis edytorski]

88. skobel — zamknięcie drzwi w chacie chłopskiej. [przypis edytorski]

89. nahaj — bicz, bat. [przypis edytorski]

90. państwo — tu: szlachta. [przypis edytorski]

91. ktosić — ktoś; ktokolwiek. [przypis edytorski]

92. źgać — dźgać; kłuć. [przypis edytorski]

93. błoń — łąka. [przypis edytorski]

94. bier (gw.) — bierz. [przypis edytorski]

95. gront (gw.) — grunt, ziemia. [przypis edytorski]

96. dziwki (daw.) — dziewki. [przypis edytorski]

97. sielny (gw.) — mocny, dorodny, bujny. [przypis edytorski]

98. latoś (daw., gw.) — w tym roku, tego roku. [przypis edytorski]

99. ciarachy — pogardliwie: szlachcic. [przypis edytorski]