Śmierć Pana Premiera

Rapsod

Eleganckie, otwarte landau

Z fantazyjnie filmową szybkością

Elastycznie tańczyło po nierównym bruku

Zaprzężone w dwa białe, rasowe ogiery.

Pan Premier z wysokości pluszowej poduszki,

Oddając z lekka-grzecznie ukłony en gros,

Jak ktoś, kto ma cylinder i dobre maniery,

Myśli z przyjemnością:

— Świat jest, w zasadzie, piękny.

I słońce jest piękne. Niewątpliwie... —

(Pan Premier jest, jak zwykle, po dobrym śniadaniu)

— I piękne są dziewczęta w wiosennych manteaux

Na swoich śpiewnych biodrach kroczące leniwie.

Np. ta blondynka — pulchna, jak ciasteczko... —

(Pan Premier zakurzył buty przy wsiadaniu,

Otrzepuje je z lekka chusteczką)

— I jaka nadzwyczajna we wszystkim harmonia! —

(Pan Premier myśli filozoficznie)

— Przecież nie widzi chyba niewidomy!

Przez to, że węglarz jest brudny i czarny,

Jaśniej i bielej wyglądają domy.

(Zdaje się nawet jakiś myśliciel już to rzekł.)

I czym by było np. resorne landau,

Gdyby nie było wcale trzęsących dorożek?

Albo czy kwitłyby tak pięknie drzewa,

Gdyby zbrakło na świecie zwyczajnego... gnoju... —

(Pan Premier poetyzuje.

Jest dziś w wybornym nastroju.

Wiosna go olśniewa.)

— I jak wobec tych pięknych rzeczy są komiczni

Wszyscy posłowie socjalistyczni

Z tym swoim brudnym ludem, którym ciągle straszą.

Oni są po pierwsze nie-e-ste-tycz-ni...

Tak przesiąkli kapustą i kaszą...

Nie potrafią ocenić jak cudnym jest życie.

I w ogóle, gdy świat jest cały taki piękny, —

Bez wątpienia

Jest po prostu nieprzyzwoicie

Robić w nim jakieś zatwardzenia... —

Hoppp...

Intermezzo.

Lekkie wstrząśnienie.

Szprycha zadziała koło w ciężarowym wozie.

Białe konie kłusowieją dalej.

Pan Premier uprzytamnia sobie, że siedzi w powozie

I jedzie na posiedzenie.

Na poduszce, w skórzanym portfelu

Leży jego mowa,

Którą ma dziś wygłosić przed plenum.

Rzecz niby, w zasadzie, nie nowa...

Dobrze jednak, że dziś jest w humorze,

To mu w takich razach dodaje tlenu.

Poza tym mowa mu się udała,

No... i teraz jest tak pięknie na dworze...

Gdy przymknie oczy, bez mała

Zdaje mu się, że jest Wielkim Księciem

I jedzie gdzieś po miękkiej fiołkowej łące...

(I ludzie najtrzeźwiejsi mają swe poezje...)

— Jednak to wszystko jest strasznie męczące... —

Myśli Pan Premier z dystyngowanym ziewnięciem,

Z którym mu jest bardzo do twarzy...

— Dzisiaj w Sejmie 3 interpelacje,

Nie licząc samych wniosków nagłych...

Ten pasztet wczoraj na kolację

Na intencję holenderskiej misji

Był stanowczo cokolwiek nieświeży...

Poza tym interview 8 dziennikarzy

W sprawie nowej państwowej emisji...

(Strasznie ciekawy naród — ci Polacy...)

Potem bankiet u Ministra Zdrowia

Z 50-ej okazji urodzin...

Wszystko to, jeśli się zmierzy, —

Wypadnie na pewno 12 godzin pracy.

Robotnicy krzyczą ośmiu godzin!

Zobaczyliby ile mamy ich my, Ministrowie!

Ale to ich nie obchodzi... —

Tymczasem słońce świeci tak różowo...

Na ulicach bieleją kasztany...

Pan Premier nie wie co się dzieje z jego głową

Jest zupełnie słońcempijany.

Budzi się w nim odwieczny u człowieka kult Rha.

Stara się myśleć nad swoją mową.

Na porządku jest kwestia agrarna.

Mowa jest stanowczo non plus ultra.

Mocna. Zwięzła. Lapidarna.

Przy tym kwiecista i patriotyczna.

Wynalazł nawet piękną cytatę z Verhaerena...

Jutro już będą o tym czytać sojusznicy...

W Sejmie można liczyć na poparcie.

Zrobi się mały rwetes na lewicy...

Zresztą, mówiąc otwarcie,

Zważywszy pro i contra pewnym jest, że chociaż...

Ryży, uciekający robociarz

W granatowej, połatanej bluzie...

Smutne niebieskie oczy — sen o eskimosie...

Pan Premier czuje jakiś dziwny swąd...

Coś go kręci w nosie...

Musi kichnąć...

— Zaraz... aale skąd?... —

I-czi-hi!!!

Białe szalone konie, całe w krwi i w pianie,

Ponoszące na oślep ulicą

Zaplątanego w lejcach siwego stangreta...

Ktoś krzyczący przeraźliwie — Ooooo!! —

Ktoś drugi wystraszony, spłaszczony przy ścianie.

I czarne, roztrzaskane na drzazgi landau...

Ludzie.

Otoczyli.

Krzyczeli.

Machali rękami.

Znalazł się pompatyczny, zaspany constabel

Popychali się. Pchali. Wzdychali.

Wyciągnęli czarne palto z nogami

I z czymś mokrym, zamiast głowy...

Wszystko było fashionabl.

Ktoś pobiegł dzwonić po pogotowie.

Ktoś opowiadał jakąś dziwną okoliczność...

— Proszę się nie tłoczyć, Panowie. —

Powiedział poważnie okręgowy

I zaczął rozpychać publiczność.

Stali. Ubolewali. Wzdychali.

Kołysali domyślnie głowami...

A jeśli?..

Przyjechała karetka —

Podnieśli.

Kapało na ziemię.

Dużo lepkiej, brunatnawej krwi.

Jakaś dama fiołkowo-biała

Powiedziała: «Fi!»

I zemdlała.

Wsadzili. Odjechali.

Każdy cisnął się. Każdy chciał zobaczyć z bliska.

Policjant urzędowym tonem, dla formy,

Poprosił nie robić zbiegowiska.

Tramwaj ruszył z dzwonieniem, zgrzytaniem.

Potoczyły się dorożki, platformy.

Poszli ludzie. Pojechały landa.

Samochody. Karety. Mail-coache.

Długa kołopędna girlanda

Po nieznanej, linijnej wytycznej...

Z akacji opadały białe, ciężkie płatki...

Na rogach dyskutowali jeszcze długo

O sytuacji politycznej.

W drukarniach układali nadzwyczajne dodatki...

Została czerwonawa plama na asfalcie.

Konie ją rozniosły na kopytach.

Rozmazały ją koła, obcasy...

Chłopiec z cukierni lizał palce po biskwitach.

Państwo za wielką szybą jedli ananasy.

Pani mówiła panu: — Jutro nie przyjadę... —

Przyszedł łysy, parszywy pies

I zaczął lizać

Lepką, słodko-kwaśną marmoladę.