Dziwne losy Jane Eyre

Rozdział I

Niepodobna było tego dnia wyjść na spacer. Rano co prawda snuliśmy się z godzinę po bezlistnym ogrodzie, ale po obiedzie (pani Reed, gdy nie było gości, jadała wcześnie) chłodny wiatr zimowy napędził tak ciemne chmury i deszcz tak przenikliwy, że dalsze przebywanie na świeżym powietrzu stało się niemożliwe.

Rada byłam z tego; nigdy nie lubiłam długich spacerów, zwłaszcza w chłodne popołudnia — tak się obawiałam tych powrotów do domu o zmroku ze zmarzniętymi palcami u rąk i u nóg, z sercem ściśniętym upomnieniami Bessie, naszej bony1, i upokorzonym w poczuciu, że Eliza, John i Georgiana Reed o tyle zręczniejsi i silniejsi są ode mnie.

Eliza, John i Georgiana skupili się teraz dokoła swej mamy w salonie. Pani Reed spoczywała na kanapce przy kominku, a mając wokoło siebie pieszczochów (którzy w tej chwili nie kłócili się ani nie krzyczeli), sprawiała wrażenie zupełnie szczęśliwej. Mnie zabroniła zbliżyć się do siebie, mówiąc, że „żałuje, iż musi trzymać mnie z daleka, lecz dopóki nie usłyszy od Bessie i sama nie zauważy, że naprawdę staram się wyrobić w sobie bardziej towarzyskie, odpowiedniejsze dla dziecka usposobienie, że staram się być naturalniejsza, żywsza i przyjemniejsza w obejściu, dopóty będzie musiała odmówić mi tych przywilejów, jakie się należą tylko zadowolonym i wesołym dzieciom”.

— O co Bessie skarżyła się na mnie? — zapytałam.

— Jane, nie znoszę chwytania za słowa i dopytywań. A przy tym to doprawdy oburzające, gdy dziecko w ten sposób przemawia do starszych. Siądź sobie, gdzie ci się podoba, a skoro nie umiesz mówić grzecznie, bądź cicho.

Pokoik, gdzie jadało się śniadanie, przylegał do salonu. Tam się wsunęłam. Stała tutaj półka z książkami. Wyciągnęłam jeden tom, starannie wybrawszy obficie ilustrowany. Wsunąwszy się na siedzenie w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową, morową2 zasłonę u okna, poczułam, że jestem ukryta i odosobniona.

Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej szyba szklana chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego dnia. W przerwach, obracając karty książki, przyglądałam się naturze. W oddali rozciągała się blada pustka mgieł i chmur, bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz nieustające potoki deszczu, gwałtownie gnane wichrem.

Powróciłam do książki. Była to Historia ptaków brytyjskich3 Bewicka4. O tekst drukowany mało naturalnie dbałam, jednakże były tam pewne wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Stronice te traktowały o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, „o samotnych skałach i przylądkach”, które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca aż do Przylądka Północnego5.

Tam, gdzie Arktyku6 wartka, chłodna fala

Tuli samotną wysepkę, okala;

Tam, gdzie do Hebryd7 wody Atlantyku8

Szturm ponawiają wśród bałwanów ryku.

Nie mogłam też pominąć wzmianki o pustych wybrzeżach Laponii9, Syberii10, Szpicbergu11, Islandii, Grenlandii12 z ich olbrzymią przestrzenią strefy arktycznej, strasznym, bezludnym przestworem, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe wieki narastając w stronę wyżyn alpejskich, otaczają biegun polarny i są siedzibą najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie własne pojęcia: mgliste — jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia, niejasno tworzące się w umysłach dzieci — ale dziwnie przejmujące. Tekst tych wstępnych stronic nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale, sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi, wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego zza chmury jak spoza krat na tonący właśnie okręt.

Każdy obrazek coś opowiadał, często coś zagadkowego dla mojego dziecinnego umysłu i niewykształconych uczuć, ale zawsze głęboko zajmującego — tak jak bajki, które nam niekiedy w zimowe wieczory opowiadała Bessie, gdy była w dobrym humorze. Wtedy to, przesunąwszy stół do prasowania przed kominek w dziecinnym pokoju, pozwalała nam usiąść dookoła i prasując koronkowe falbanki pani Reed albo rurkując brzegi jej nocnych czepków, karmiła ciekawość naszą opowiadaniami o miłości i o przygodach, zaczerpniętymi ze starych bajek o wróżkach i z dawnych ballad lub też (jak później odkryłam) z książek Pamela i Henryk, hrabia Moreland13.

Z Bewickiem na kolanach czułam się w owej chwili szczęśliwa, a przynajmniej po swojemu szczęśliwa. Bałam się tylko, żeby mi nie przeszkodzili. Niestety, stało się to aż nazbyt prędko. Otworzyły się drzwi od salonu.

— Hę! Panno mrukliwa! — usłyszałam krzyk Johna Reeda, który nagle umilkł; pokój widocznie wydał mu się pusty. — Gdzie u licha ona być może! — krzyczał dalej. — Elizo, Georgiano — wołał na siostry — Jane tu nie ma, powiedzcie mamie, że wyleciała na deszcz. Nieznośna dziewczyna!

„Dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam zasłonę” — pomyślałam, gorąco pragnąc, by nie odkrył mojej kryjówki. John Reed nie byłby jej odkrył samodzielnie, nie był on ani bystry, ani pomysłowy, ale Eliza w tejże chwili wsunęła głowę przez drzwi i od razu powiedziała:

— Z pewnością jest we framudze okiennej, John!

Ja też natychmiast wyszłam z ukrycia, gdyż drżałam na myśl, że mnie John stamtąd wyciągnie.

— Czego chcesz ode mnie? — zapytałam nieśmiało, bardzo zalękniona.

— Powiedz raczej: „Czego pan chce ode mnie, panie Reed?” — odpowiedział. — Chcę, żebyś tu przyszła!

I zasiadłszy w fotelu, wskazał mi gestem, że mam się przybliżyć i stanąć przed nim.

John Reed był to sztubak14 czternastoletni, o cztery lata starszy ode mnie, gdyż wtedy miałam lat dziesięć. Duży był i tęgi na swój wiek, o nieczystej i niezdrowej cerze, grubych rysach na rozlanej twarzy, ciężkiej budowie i wielkich rękach i nogach. Objadał się stale przy stole, co oddziaływało na jego wątrobę i powodowało mętność oczu oraz obwisłość policzków. Powinien być obecnie w szkole, jednakże matka zabrała go do domu na miesiąc lub dwa „z powodu jego delikatnego zdrowia”. Pan Miles, nauczyciel, utrzymywał, że chłopak byłby najzupełniej zdrów, gdyby mu nie przysyłano z domu tyle ciast i słodyczy. Serce matki jednak nie podzielało tak surowego sądu i pani Reed przypisywała zły wygląd syna raczej przepracowaniu, a może tęsknocie za domem.

John nie był wielce przywiązany do matki i sióstr, a mnie po prostu nie cierpiał. Obchodził się ze mną brutalnie i bił mnie — i to nie dwa lub trzy razy na tydzień albo raz lub dwa razy na dzień, ale stale. Bałam się go każdym nerwem, drżałam na całym ciele, gdy się do mnie zbliżał. Były chwile, gdy wprost traciłam przytomność — takim przejmował mnie strachem, gdyż nie miałam znikąd ochrony przed jego groźbami i szturchańcami. Służba nie miała ochoty ujmować się za mną, by nie narażać się młodemu panu, a pani Reed na jego zachowanie była głucha i ślepa. Nigdy nie widziała, gdy John mnie bił, nigdy nie słyszała, gdy mi wymyślał, choć nieraz to czynił w jej obecności, jakkolwiek częściej za jej plecami.

Jak zwykle posłuszna Johnowi, zbliżyłam się do jego fotela. Najpierw pokazał mi język w całej okazałości, trzymając go tak wyciągniętym przez jakie trzy minuty. Wiedziałam, że za chwilę mnie uderzy, a choć lękałam się ciosu, to widząc Johna, nie mogłam się pozbyć myśli, że jest brzydki i wstrętny. Może wyczytał to z mojej twarzy, gdyż nic nie mówiąc, nagle uderzył mnie z całej siły. Zachwiałam się, a odzyskawszy równowagę, cofnęłam się o dwa kroki.

— To za twoje zuchwałe odpowiadanie mamie — powiedział — i za twoje skradanie się i chowanie za firankami, i za to spojrzenie przed chwilą, ty szelmo!

Przyzwyczajona do besztania15 ze strony Johna, nie pomyślałam nawet, by mu odpowiedzieć. Myślałam tylko, jak znieść szturchaniec, który z pewnością nastąpi po obeldze.

— Coś ty robiła tam za firanką? — zapytał.

— Czytałam.

— Pokaż książkę.

Poszłam do okna i przyniosłam ją stamtąd.

— Nie masz prawa brać naszych książek. Mama powiedziała, że jesteś tutaj na łasce; nie masz pieniędzy, twój ojciec nic ci nie zostawił. Powinna byś żebrać, a nie mieszkać z pańskimi dziećmi, takimi jak my, jadać to samo, co my jadamy, i nosić suknie kosztem naszej mamy. A teraz ja cię nauczę, co to znaczy gospodarować na moich półkach z książkami. Bo one są moje, cały dom do mnie należy albo będzie należał za lat kilka. Idź i stań przy drzwiach, z daleka od lustra i od okien.

Uczyniłam to, nie zorientowawszy się od razu co do jego zamiaru, ale gdy zobaczyłam, że John podnosi książkę, waży ją w ręku i wstaje, chcąc nią we mnie cisnąć, instynktownie uskoczyłam w bok z okrzykiem przestrachu. Nie dość jednak szybko — tom został rzucony. Trafił mnie, a ja upadłam, uderzając o drzwi głową i rozcinając ją sobie. Rana krwawiła, ból był bardzo ostry; mój strach minął, obudziły się natomiast inne uczucia.

— Niegodziwy, okrutny chłopcze! — zawołałam. — Nie lepszy jesteś od rozbójnika... Od poganiacza niewolników... od rzymskich cesarzy!

Czytałam Goldsmitha16 Historię Rzymu17 i miałam wyrobione zdanie o Kaliguli18, Neronie19 i ich następcach. Robiłam nieraz porównania w milczeniu, nigdy nie przypuszczając, że je w ten sposób wypowiem głośno.

— Co? Co? — krzyknął. — Czy ona to do mnie powiedziała? Słyszałyście, Elizo, Georgiano? Jeżeli ja tego mamie nie powiem! Ale najpierw...

Rzucił się ku mnie. Poczułam, że chwyta mnie za włosy i za ramię, ale tym razem walczył ze zrozpaczonym stworzeniem. Ja rzeczywiście widziałam w nim tyrana, mordercę. Czułam, że kilka kropel krwi ścieka mi z głowy po karku, dokuczał mi piekący ból — w tej chwili strach zmienił się we mnie we wściekłość. Nie wiem dobrze, co moje ręce uczyniły, dość że John wrzasnął: „Ty szelmo! Ty szelmo!” i uderzył w głośny alarm. Zaraz też znalazł szybką pomoc: dziewczęta pobiegły po panią Reed, która była na górze. Stanęła teraz wobec tego, co się działo, a za nią Bessie i służąca, panna Abbot. Rozłączono nas, usłyszałam słowa:

— Rany boskie! A cóż to za złośnica, żeby tak się rzucać na pana Johna!

— Czy widział kto kiedy coś podobnego! Taką wściekłą pasję!

A pani Reed dorzuciła:

— Zabierzcie ją do czerwonego pokoju i tam ją zamknijcie!

Czworo rąk pochwyciło mnie natychmiast i zaniosło na górę.

Rozdział II

Stawiałam opór przez całą drogę. Był to objaw zupełnie nowy i wielce pogłębiający złe wyobrażenie, jakie Bessie i Abbot skłonne były mieć o mnie. Faktycznie straciłam panowanie nad sobą; wiedziałam, że chwilowym buntem ściągnęłam już na siebie kary, lecz jak każdy zbuntowany niewolnik w rozpaczy postanowiłam iść do końca.

— Proszę trzymać jej ręce, panno Abbot! Rzuca się jak wściekła kotka.

— Wstyd! Wstyd! — wołała panna służąca. — Jakie to nieprzyzwoite zachowanie, panno Eyre, bić młodego panicza, syna swojej dobrodziejki! Swojego młodego pana!

— Pana! Jakim sposobem jest on moim panem? Czyż ja jestem służącą?

— Nie, panienka jest mniej niż służącą, gdyż nic nie robi za swe utrzymanie. No, proszę usiąść i zastanowić się nad swoją niegodziwością.

Wniosły mnie tymczasem do wskazanego przez panią Reed pokoju i rzuciły na otomanę20. Odruchowo chciałam wstać jak sprężyna, ale dwie pary rąk powstrzymały mnie w tej samej chwili.

— Jeżeli panienka nie będzie siedzieć spokojnie, będziemy ją musiały przywiązać — rzekła Bessie. — Panno Abbot, niech mi panna pożyczy swoje podwiązki, moje zerwałaby od razu.

Panna Abbot odwróciła się, by zdjąć z grubej nogi potrzebne tasiemki. To przygotowywanie więzów i dodatkowa hańba z tym złączona uspokoiły mnie nieco.

— Proszę podwiązek nie zdejmować! — zawołałam. — Będę siedziała spokojnie.

I na poparcie tych słów chwyciłam się rękoma siedzenia.

— No, więc proszę pamiętać — rzekła Bessie, a przekonawszy się, że się rzeczywiście uspokajam, przestała mnie przytrzymywać.

Teraz, założywszy ręce, stały obydwie, patrząc chmurnie i podejrzliwie w moją twarz, jak gdyby niepewne, czy jestem przy zdrowych zmysłach.

— Nic podobnego nigdy przedtem nie zrobiła — rzekła w końcu Bessie, zwracając się do Abbot.

— Ale to zawsze w niej tkwiło — brzmiała odpowiedź. — Często mówiłam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zgadzała się ze mną. To chytre, małe stworzenie. Nigdy nie widziałam dziecka w jej wieku tak bardzo skrytego.

Bessie nie odpowiedziała. Po chwili jednak, zwracając się do mnie, rzekła:

— Panienka powinna rozumieć, że ma obowiązek wdzięczności wobec pani Reed. Pani Reed panienkę utrzymuje, gdyby panienkę wygnała, musiałaby panienka iść do domu pracy.

Milczałam, gdyż nie była to dla mnie nowina. Jak sięgam pamięcią, słyszałam już nieraz podobne napomknienia. To wymawianie mi, że jestem na łasce, obijało się o moje uszy jak niejasna zwrotka, bardzo było przykre i upokarzające, ale tylko w połowie zrozumiałe. Abbot dorzuciła:

— I nie powinna się panienka uważać za równą z pannami Reed i paniczem dlatego, że pani łaskawie pozwala, by się panienka chowała razem z nimi. Oni będą mieli dużo pieniędzy, a panienka nie będzie miała nic. Panience przystoi być pokorną i starać się im podobać.

— To, co panience mówimy, to tylko dla jej dobra — dodała Bessie łagodniejszym głosem. — Panienka powinna starać się być pożyteczna i miła, a wtedy może będzie panienka miała tutaj swój dom. Ale jeśli panienka będzie gwałtowna i szorstka, to jestem pewna, że pani odeśle stąd panienkę.

— A przy tym — wtrąciła Abbot — Pan Bóg może panienkę pokarać. Może jej zesłać nagłą śmierć w chwili, gdy wyprawiać będzie hece, a wtedy dokąd pójdzie? Wyjdźmy, Bessie, zostawimy ją tu. Ach, nie chciałabym za nic zamienić się z nią na dusze! Niech się panienka modli, panno Eyre, gdy zostaniesz sama. Bo jeżeli nie będziesz żałować, to Pan Bóg może dopuścić, że „coś” spuści się kominem i cię porwie.

Poszły, zamknąwszy drzwi za sobą i przekręciwszy klucz w zamku.

Czerwony pokój był pomieszczeniem zapasowym, w którym bardzo rzadko sypiano, chyba że wymusił to przypadkowy wielki napływ gości do Gateshead21 Hall22. A jednak był to jeden z największych i najokazalszych pokoi we dworze. Na środku stało łóżko, wsparte na masywnych, mahoniowych filarach z kotarą z ciemnopąsowego adamaszku. Dwa wielkie okna z zapuszczonymi stale storami udrapowane były w festony23 i fałdy z podobnej materii. Dywan był czerwony, a stół u stóp łóżka nakryty karmazynowym suknem. Ściany miały delikatny kolor brązowy z odcieniem różowym, szafa, toaleta i krzesła były z politurowanego, starego mahoniu. Na tle tych ciemnych barw wznosił się wysoko i jaśniał białością stos materaców i poduszek na łóżku, nakryty śnieżną kapą. Nie mniej zwracał uwagę szeroki, wyściełany fotel, stojący u wezgłowia łóżka — również biały, z ustawionym przed nim podnóżkiem. Pomyślałam, patrząc nań, że wygląda jak jakiś blady tron.

W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono, i cicho, bowiem leżał daleko od dziecinnego i kuchni. Panował tu uroczysty nastrój, ponieważ było wiadomo, że rzadko doń wchodzono. Jedynie pokojówka przekraczała jego próg co sobotę, by zetrzeć tygodniowy kurz z luster i mebli, sama zaś pani Reed odwiedzała go czasami, aby przejrzeć zawartość pewnej tajemnej szuflady w szafie, gdzie były złożone różne pergaminy, szkatułka z klejnotami i miniaturowy portret jej nieboszczyka męża. Tu leży tajemnica czerwonego pokoju, tajemnica jego opuszczenia mimo okazałości.

Pan Reed nie żył już od dziewięciu lat — w tym pokoju wydał ostatnie tchnienie. Tutaj leżał, wystawiony na paradnym katafalku, stąd ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego wynieśli jego trumnę i od tego dnia uczucie uświęcającej grozy chroniło ten pokój od częstych odwiedzin.

Niska otomana, do której przykutą zostawiła mnie Bessie i złośliwa Abbot, stała blisko marmurowego kominka. Łóżko wznosiło się przede mną, po prawej stronie umieszczona była wysoka, ciemna szafa, której błyszcząca powierzchnia załamywała odblaski światła, po lewej znajdowały się okna z udrapowanymi tkaninami. Wielkie lustro pomiędzy nimi duplikowało24 ponury majestat łóżka i pokoju. Nie byłam zupełnie pewna, czy dwie kobiety zamknęły drzwi na klucz, i gdy odważyłam się poruszyć, wstałam i poszłam się przekonać. Niestety, tak — żadne więzienie nie mogło być pewniejsze. Wracając, musiałam przejść obok lustra. Mój wzrok, jakby urzeczony, spoczął na nim bezwiednie. Odbicie powodowało, że wszystko wydawało się zimniejsze niż w rzeczywistości, a dziwna, mała figurka, patrząca stamtąd na mnie, z białą twarzą i białymi rękami — jak plamy w ciemności, z błyszczącymi, wystraszonymi oczami, poruszająca się nieśmiało tam, gdzie wszystko tonęło w nieruchomości, zrobiła na mnie wrażenie prawdziwego ducha. Pomyślałam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginkami, a niby chochlikami, które wedle wieczornych opowiadań Bessie wychodzą z odludnych, paprocią zarosłych zakątków wśród wzgórz i jawią się spóźnionym podróżnym. Powróciłam na swoje miejsce.

Strach zabobonny już w tej chwili zaczynał mnie ogarniać, ale nie była to jeszcze godzina jego zupełnego zwycięstwa, nadal czułam w sobie ciepłą krew. Nastrój zbuntowanego niewolnika krzepił mnie gorzką mocą. Musiałam wpierw zatamować szybki pęd myśli, biegnącej wstecz, zanim bym się ugięła przed straszną chwilą obecną.

Cała brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, odraza ich matki, stronniczość służby — wszystko to kotłowało się w mojej zaniepokojonej duszy jak brudny osad w zmąconej studni. Dlaczego ja mam zawsze cierpieć, zawsze być upokarzana, zawsze oskarżana, raz na zawsze potępiona? Dlaczego nie mogłam nigdy nikomu dogodzić? Dlaczego daremnie starałam się pozyskać czyjekolwiek względy? Elizę, która była uparta i samolubna, szanowano. Georgianie, rozpieszczonej, kapryśnej, skwaszonej, kłótliwej i aroganckiej w obejściu, ogólnie pobłażano. Jej uroda, różowe policzki i złote loki, widocznie zachwycały każdego, kto na nią patrzył, i okupywały bezkarność. Johnowi nikt się nie sprzeciwiał, tym bardziej nikt go nie karał, chociaż ukręcał główki gołębiom, zabijał małe pawie, szczuł owce psami, winograd25 w cieplarni ogałacał z owoców i obłamywał pączki najrzadszych roślin w oranżerii. Zwracał się też do matki „ty stara”, a niekiedy urągał jej, że ma brzydką, ciemną cerę — taką, jak zresztą miał on sam. Szorstko opierał się wszelkim jej życzeniom, nie raz rozdarł lub poplamił jej jedwabną suknię, a jednak był zawsze „najdroższym synkiem”. Ja nie ośmielałam się zawinić w niczym, usiłowałam spełniać wszystkie swoje obowiązki, a jednak od rana do wieczora nazywano mnie niegrzeczną, nudną, kwaśną i skrytą.

Głowa wciąż mnie jeszcze bolała i krwawiła od uderzenia i od upadku. Nikt nawet nie zganił Johna za to, że mnie niesłusznie uderzył, lecz gdy w obronie przed dalszym gwałtem zwróciłam się przeciw niemu, spadło na mnie ogólne potępienie.

„Co za niesprawiedliwość! Co za niesprawiedliwość!” — wołał mój rozum i w myśli, podnieconej doznaną krzywdą, szukałam jakichś niezwykłych sposobów wydobycia się z tego nieznośnego ucisku. Przemyśliwałam, czy by nie uciec, a gdyby to okazało się niemożliwe, żeby już ani nie jeść, ani nie pić i umrzeć w ten sposób.

Jakaż rozterka targała duszą moją tego okropnego popołudnia! Jak wrzał mózg mój zamieszaniem, a serce — buntem! A jednak w jakiej ciemnicy i głębokiej nieświadomości toczyła się ta walka duchowa! Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na wciąż powracające pytanie, dlaczego ja tak cierpię. Teraz, z odległości tylu lat znajduję ją łatwo.

Byłam dysonansem w Gateshead Hall. Do nikogo tam nie byłam podobna, nic we mnie nie układało się harmonijnie z panią Reed, jej dziećmi i z dobranymi przez nią domownikami. Jeżeli oni mnie nie kochali, to i ja również ich nie kochałam. Nie potrzebowali być przyjaźnie usposobieni do stworzenia, które nie sympatyzowało z żadnym z nich, do stworzenia tak odrębnego, przeciwnego im temperamentem, zdolnościami, skłonnościami, stworzenia niepotrzebnego, niemogącego służyć ich interesom ani przyczyniać im przyjemności, szkodliwego stworzenia, noszącego w duszy zarodki oburzenia na ich traktowanie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdybym była dzieckiem żwawym, wesołym, niedbałym, wymagającym, ładnym, rozpuszczonym, choć równie zależnym i równie bez przyjaciół, pani Reed chętniej znosiłaby moją obecność, dzieci jej okazywałyby mi więcej serdeczności i koleżeńskich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze mnie kozła ofiarnego w dziecinnym pokoju.

Światło dzienne w czerwonym pokoju zaczynało zanikać. Było już po czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi. Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biły w okna, jak wiatr wył pośród klombów za domem. Czułam, że stopniowo ziębnę na kość, a wtedy opuściła mnie odwaga. Zwykły mój nastrój upokorzenia, zwątpienia w siebie, smutnej depresji opadł jak wilgotna mgła na dogasające ognisko mojego gniewu. Wszyscy mówią, że jestem zła, a może rzeczywiście to prawda? Jakąż to myśl miałam przed chwilą? Zagłodzić się na śmierć? Przecież to z pewnością by była zbrodnia. A czy jestem przygotowana na śmierć? A czy krypta pod amboną w kościele w Gateshead jest ponętnym schronieniem? Mówiono mi, że w takiej krypcie pochowano pana Reeda. Ta myśl przywiodła mi go na pamięć, z coraz większym lękiem rozmyślałam teraz o nim. Nie mogłam go pamiętać, ale wiedziałam, że był moim rodzonym wujem, bratem mojej matki, że wziął mnie do swojego domu, gdy byłam małym dzieckiem, sierotą zupełną, że na łożu śmierci wymógł od pani Reed obietnicę, iż będzie mnie chowała i utrzymywała jak swoje dziecko. Pani Reed prawdopodobnie uważała, że dotrzymuje obietnicy — i dotrzymywała jej niezawodnie o tyle, o ile pozwalała na to jej natura. Lecz w istocie jakże mogła lubić narzucone sobie dziecko nie z jej rodu, niezwiązane z nią po śmierci męża żadnym węzłem? Musiało jej być bardzo ciężko czuć się zniewoloną wymuszonym przyrzeczeniem do zastępowania matki dziwnej dziewczynce, której kochać nie mogła, i widzieć to tak odmienne, obce stworzenie jako stałego uczestnika jej rodzinnego kółka.

Zaczęła we mnie świtać osobliwa myśl: nie wątpiłam, tak, nie wątpiłam nigdy, że pan Reed obchodziłby się ze mną dobrotliwie. A teraz, gdym tak siedziała, patrząc na białe łóżko i ciemniejące ściany, raz po raz jak urzeczona spoglądając ku niejasno połyskującemu zwierciadłu, zaczęłam sobie przypominać, co słyszałam o umarłych, niepokojonych w grobach pogwałceniem ich ostatnich życzeń i odwiedzających ten świat, ażeby ukarać wiarołomnych i pomścić uciśnionych. Pomyślałam, że duch pana Reeda, dręczony krzywdą dziecka jego siostry, mógłby opuścić swoją siedzibę, czy to w krypcie kościelnej czy gdzieś w nieznanym świecie umarłych, i stanąć przede mną w tym oto pokoju. Otarłam łzy i powstrzymałam łkanie w obawie, by ten objaw gwałtownego żalu nie zbudził jakiegoś nadnaturalnego głosu ku memu pocieszeniu albo nie wywołał z cienia twarzy w aureoli, schylającej się nade mną w dziwnie litościwy sposób. Czułam, że przypuszczenie to — pocieszające teoretycznie, gdyby się ziściło — było straszne. Całą mocą starałam się je odegnać i być odważną. Odgarnąwszy włosy z oczu, podniosłam głowę i usiłowałam śmiało rozejrzeć się po ciemnym pokoju. W tej chwili jakieś światło zaświeciło na ścianie. „Czy to promień księżyca — zadałam sobie pytanie — przedziera się przez szparę w storze?” Nie, światło księżyca byłoby nieruchome, a to się porusza. Gdy na nie patrzyłam, przesunęło się na sufit i zadrżało nad moją głową. Łatwo dziś mogę wymiarkować, że ta smuga światła najprawdopodobniej pochodziła z latarni niesionej przez kogoś, kto przechodził pod oknami. Wtedy jednak tak byłam rozstrojona oczekiwaniem rzeczy strasznych, tak nerwy moje były rozbite, że wyobraziłam sobie, iż ten nagły błysk światła to zwiastun nadciągającej zjawy z innego świata. Serce zabiło we mnie mocno, krew uderzyła mi do głowy, w uszach poczułam szum, który wzięłam za łopot skrzydeł. Wydało mi się, że coś się do mnie zbliża. Czułam duszność, nie mogłam złapać tchu. Nie starczyło mi wytrzymałości — rzuciłam się do drzwi i zaczęłam rozpaczliwym wysiłkiem szarpać klamkę. Wzdłuż korytarza usłyszałam kroki, obrócono klucz w zamku i Bessie oraz Abbot weszły do środka.

— Panno Eyre, czy panienka chora? — zapytała Bessie.

— Co za straszny hałas! Aż mną zatrząsł! — zawołała Abbot.

— Wypuśćcie mnie! Pozwólcie mi pójść do dziecinnego pokoju! — krzyczałam.

— Dlaczego? Czy się panience co stało? Czy panienka co zobaczyła? — znowu zapytała Bessie.

— Ach! Zobaczyłam światło i myślałam, że to duch przychodzi! — Chwyciłam teraz rękę Bessie, której nie cofnęła.

— Ona umyślnie wrzeszczała — oświadczyła, krzywiąc się, Abbot. — A co to był za wrzask! Gdyby ją coś bardzo bolało, można by to jeszcze darować, ale ona tylko chciała ściągnąć nas wszystkich tutaj. Już ja znam jej nieznośne sztuczki!

— Co się tutaj dzieje? — zapytał inny głos, rozkazujący. To pani Reed nadeszła korytarzem w rozwianym czepeczku, groźnie szumiąc jedwabiami. — Abbot, Bessie, zdaje się, że nakazałam, by Jane pozostawić w czerwonym pokoju, dopóki ja sama do niej nie przyjdę.

— Panna Jane krzyczała tak głośno, proszę pani — tłumaczyła Bessie.

— Puść ją — brzmiała odpowiedź. — Puść rękę Bessie, dziecko. Nie uda ci się wydostać stąd tym sposobem, bądź pewna. Nie znoszę chytrości, zwłaszcza u dzieci. Mam obowiązek pokazać ci, że podstępne sztuczki na nic się nie zdadzą. Zostaniesz tu teraz o godzinę dłużej i uwolnię cię wtedy, gdy obiecasz, że będziesz uległa i cicha.

— O wujenko, miej litość! Przebacz mi! Ja nie mogę tego znieść! Ukarz mnie jakimś innym sposobem! Mnie to zabije, jeżeli...

— Cicho bądź! Co za wstrętna gwałtowność!

Wujenka rzeczywiście tak czuła, byłam w jej oczach zadatkiem na komediantkę. Naprawdę widziała we mnie mieszaninę złośliwych namiętności, niskiego charakteru i niebezpiecznej obłudy.

Bessie i Abbot usunęły się, a pani Reed, zniecierpliwiona moim nowym, gwałtownym wybuchem udręki i rozpaczliwym szlochaniem, wtrąciła mnie z powrotem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz bez dalszego gadania. Słyszałam, jak odchodzi. Wkrótce po jej odejściu — przypuszczam — musiałam dostać jakiegoś ataku. Straciłam przytomność.

Rozdział III

Przypominam sobie, że potem obudziłam się z uczuciem, jakby straszna zmora dręczyła mnie w śnie. Widziałam przed sobą okropny, czerwony żar za grubą, czarną kratą. Słyszałam głosy głucho brzmiące, stłumione płynącą wodą albo wiatrem — wzburzenie, niepewność i nad wszystkim górujące przerażenie wprowadzało zamęt w moje pojęcia. Niebawem poczułam, że ktoś mnie dotyka, że mnie podnosi i podtrzymuje w pozycji siedzącej, i to delikatniej, niż kiedykolwiek to ze mną czyniono. Oparłam głowę o jakiś filar czy czyjeś ramię i poczułam, że mi lżej.

Po pięciu minutach chmura otumanienia rozwiała się. Wyraźnie zdałam sobie sprawę, że znajduję się we własnym łóżku i że ten żar czerwony to ogień na kominku w pokoju dziecinnym. Był późny wieczór, świeca paliła się na stole, Bessie stała w nogach łóżka z miednicą w rękach, a jakiś pan siedział na krześle koło mojej poduszki, nachylając się nade mną.

Uczułam niewymowną ulgę, uspokajające wrażenie opieki i bezpieczeństwa, gdy się przekonałam, że w pokoju jest obcy człowiek, ktoś, kto nie należy do Gateshead ani nie jest krewnym pani Reed. Odwróciwszy się od Bessie (choć jej obecność nie była mi tak niemiła jak na przykład Abbot), przyjrzałam się twarzy tego pana. Poznałam go — był to pan Lloyd, aptekarz, wzywany niekiedy przez panią Reed, gdy chorował ktoś ze służby. Do siebie i do dzieci wzywała doktora.

— No, proszę, kto ja jestem? — zapytał.

Wymówiłam jego nazwisko i równocześnie podałam mu rękę. Wziął ją, uśmiechając się, i powiedział:

— Pomaleńku, pokrzepimy się.

Po czym ułożył mnie z powrotem i zapowiedział Bessie, żeby uważała, bym miała zupełny spokój w nocy. Dawszy jeszcze kilka dalszych wskazówek i zapowiedziawszy, że zajrzy nazajutrz, odszedł ku mojemu zmartwieniu. Dopóki siedział przy moim łóżku, czułam się bezpiecznie pod tą opieką, a gdy zamknął drzwi za sobą, cały pokój pociemniał i serce się we mnie ścisnęło. Osiadł w nim niewymowny smutek.

— Czy panienka czuje, że będzie mogła zasnąć? — zapytała Bessie całkiem łagodnie.

Zaledwie śmiałam jej odpowiedzieć, tak się bałam, że następne zdanie będzie brzmiało szorstko.

— Spróbuję.

— Czy nie chciałaby panienka napić się czego? A może by panienka co zjadła?

— Nie, Bessie, dziękuję.

— Jeżeli tak, to ja może bym się położyła, bo to już po dwunastej. Ale może mnie panienka zawołać, gdyby potrzebowała czego w nocy.

Co za zadziwiająca uprzejmość! Ośmieliło mnie to, więc zapytałam:

— Bessie, co się ze mną dzieje? Czy ja jestem chora?

— Zasłabła panienka, zdaje się, w czerwonym pokoju od płaczu. Ale wkrótce z pewnością panienka wydobrzeje.

Bessie weszła do znajdującej się obok stancji26 pokojówki. Słyszałam, jak mówiła:

— Sarah, przyjdź i śpij ze mną w pokoju dziecinnym. Za nic w świecie nie chciałabym być sama z tym biednym dzieckiem dziś w nocy, a nuż by umarła? To taka dziwna rzecz, że miała ten atak. Ciekawa jestem, czy ona co zobaczyła? Pani była za surowa.

Bessie wróciła z Sarah i położyły się. Szeptały ze sobą przed zaśnięciem dobre pół godziny. Z urywków ich rozmowy, które mnie dolatywały aż nadto wyraźnie, mogłam zrozumieć, o czym mówią.

— Coś koło niej przeszło, całe biało ubrane, i znikło... Wielki czarny pies szedł za nim... Trzy głośne stuknięcia do drzwi pokoju... Światło na cmentarzu wprost nad jego grobem... itp., itp.

Na koniec obie zasnęły. Wygasł ogień w kominku, wypaliła się świeca. Długa dla mnie była ta noc strasznej bezsenności, oczy, uszy i umysł wyostrzał strach — taki strach, jaki dzieci tylko odczuwać umieją.

Żadna poważna, dłuższa choroba nie nastąpiła po tym wypadku w czerwonym pokoju. Uległam tylko wtedy wstrząsowi nerwowemu, którego ślady odczuwam do dziś dnia. Tak, pani Reed, tobie zawdzięczam niektóre straszne męki duchowe, ale powinna bym ci wybaczyć, gdyż nie wiedziałaś, co czynisz. Szarpiąc me serdeczne struny, sądziłaś, że tylko wykorzeniasz ze mnie złe skłonności.

Nazajutrz w południe, wstawszy i ubrawszy się, usiadłam otulona w szal przy kominku w pokoju dziecinnym. Fizycznie byłam słaba i wyczerpana, ale więcej dokuczało mi to, że czułam się tak niewypowiedzianie nieszczęśliwa — tak nieszczęśliwa, że mi to wyciskało z oczu milczące łzy. Ledwie jedną słoną kroplę otarłam z policzka, płynęła za nią druga. A jednak, myślałam, powinna bym się czuć dobrze, gdyż żadnego z moich kuzynów nie było w pobliżu. Wyjechali wszyscy powozem z matką. Abbot szyła w innym pokoju, a Bessie, krzątając się tu i tam, zbierając zabawki i porządkując w szufladach, przemawiała do mnie raz po raz niezwykle dobrotliwie. Taki stan rzeczy powinien był być dla mnie rajem, dla mnie, przyzwyczajonej do ciągłej besztaniny, do stałego komenderowania mną. W rzeczywistości moje rozstrojone nerwy były w takim stanie, że żaden spokój nie mógł ich ułagodzić, żadna przyjemność mile ich podniecić.

Bessie zeszła do kuchni i przyniosła mi kawałek ciasta na pewnym malowanym żywymi barwami talerzu porcelanowym. To malowidło na porcelanie, przedstawiające rajskiego ptaka otoczonego girlandą pączków różanych, było zawsze przedmiotem mojego najgorętszego podziwu. Często prosiłam, żeby mi pozwolono wziąć ten talerz do ręki, bym się mogła dokładniej przyjrzeć obrazkowi, nigdy jednak nie uważano mnie za godną tego przywileju. Ten cenny przedmiot umieszczono mi teraz na kolanach i zapraszano serdecznie, żebym zjadła delikatne ciasteczko. Daremna łaska! Przychodziła, jak wiele innych łask upragnionych, a długo odwlekanych, za późno. Nie mogłam zjeść ciastka, a upierzenie ptaka i barwy kwiatów wydały mi się dziwnie wyblakłe; odsunęłam talerz i ciastko. Bessie zapytała, czy podać mi może jakąś książkę. Słowo „książka” pobudziło mnie na razie, poprosiłam, żeby mi z biblioteki przyniosła Podróże Guliwera27. Książkę tę czytywałam zawsze z rozkoszą. Uważałam ją za opowieść czerpaną z rzeczywistości i więcej mnie ona zajmowała niż bajki o wróżkach i krasnoludkach. Co się tyczy krasnoludków, to — ponieważ szukałam ich na próżno pod liśćmi łopianu i dzwonków, pod grzybami i pod cieniem bluszczów osłaniających stare zakątki murów — pogodziłam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszystkie one musiały opuścić Anglię i przenieść się gdzieś do dzikiego kraju, gdzie lasy są większe i gęstsze, a ludność nie tak liczna. Wierzyłam natomiast w istnienie krainy Lilliput i Brobdingnag28 i nie wątpiłam, że kiedyś, odbywszy długą podróż, zobaczę na własne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malusieńkich ludzi, krowy, owce i ptaki jednego królestwa oraz zboża, wysokie jak lasy, olbrzymie psy, potworne koty, mężczyzn i kobiety jak wieże — drugiego. Jednakże kiedy ten ulubiony tom dostałam teraz do rąk i kiedy zaczęłam obracać jego karty, szukając w przedziwnych obrazkach uroku, który tam dotychczas zawsze znajdowałam, wszystko to wydało mi się niesamowite i straszne. Olbrzymami były jakieś ogromne upiory, pigmejczykami29 złośliwe chochliki, zaś Guliwerem był nieszczęsny wędrowiec w strasznych i niebezpiecznych krainach.

Zamknęłam książkę, której nie śmiałam już dłużej oglądać, i położyłam ją na stole obok nietkniętego ciastka.

Bessie skończyła tymczasem ścierać kurze i porządkować w pokoju. Umywszy ręce, otworzyła małą szufladę, pełną wspaniałych resztek jedwabiu i atłasów, i zaczęła fabrykować nowy kapelusz dla lalki Georgiany. Przy robocie śpiewała. Była to piosenka, która zaczynała się od słów:

„Kiedy poszliśmy na wędrówkę

Dawno temu... ”30

Ile razy dawniej słyszałam tę piosenkę, zawsze odczuwałam żywą przyjemność, gdyż Bessie miała miły głos, przynajmniej mnie się taki wydawał. Ale tym razem, chociaż głos jej był miły jak zawsze, odczułam w tej melodii niewysłowiony smutek. Chwilami, zajęta swoją robotą, śpiewała końcowy refren ciszej, mocno zwalniając. „Dawno temu”31 brzmiało jak najsmutniejszy refren żałobnego hymnu.

— No proszę, panno Jane, proszę nie płakać — powiedziała Bessie, skończywszy. Mogła była równie dobrze powiedzieć ogniowi: „Nie pal się”. Lecz jakże mogła odgadnąć we mnie chorobliwe cierpienie? Przed południem przyszedł znowu pan Lloyd.

— Jak to? Wstaliśmy już? — zapytał, wchodząc. — Jakże, panno Bessie, jak się ona miewa?

Bessie odpowiedziała, że mam się bardzo dobrze.

— W takim razie powinna by mieć weselszą minkę. Proszę tu przyjść, panno Jane. Panience na imię Jane, nieprawdaż?

— Tak, proszę pana, Jane Eyre.

— Otóż panienka płakała. Czy może mi panienka powiedzieć dlaczego? Czy panienkę coś boli?

— Nie, panie.

— Ach! Ja myślę, że ona płacze, ponieważ nie mogła wyjechać z panią powozem — wtrąciła Bessie.

— Z pewnością nie dlatego. Za duża jest na takie dziecinady.

I ja to samo myślałam, a dotknięta w miłości własnej tym niesłusznym zarzutem, odpowiedziałam czym prędzej:

— Nigdy w życiu dla czegoś podobnego nie płakałam. Nie cierpię jeździć powozem. Płaczę, bo jestem nieszczęśliwa.

— O, mogłaby się panienka wstydzić! — rzekła Bessie.

Poczciwy aptekarz zdawał się trochę zdziwiony. Stałam przed nim, przyglądał mi się długo. Miał małe, siwe oczy, nie bardzo jasne, ale dziś nazwałabym je bystrymi. Twarz jego o grubych rysach miała poczciwy wyraz. Przypatrzywszy mi się do woli, powiedział:

— Wskutek czego to panienka wczoraj zachorowała?

— Upadła — rzekła Bessie, znów wtrącając swoje słowo.

— Upadła! To znowu jak małe dzieciątko! Czy to ona nie umie chodzić w tym wieku? Musi mieć chyba z osiem albo dziewięć lat.

— Upadłam, bo mnie uderzono — dałam proste wyjaśnienie, które wyrwała ze mnie znów boleśnie dotknięta duma. — Ale to nie od tego zachorowałam — dodałam, podczas gdy pan Lloyd zażywał niuch tabaki.

W chwili gdy wkładał tabakierkę z powrotem do kieszeni, odezwał się głośny dzwonek, wzywający służbę na obiad. Pan Lloyd wiedział, co to znaczy.

— To na pannę — rzekł. — Proszę spokojnie iść na dół, ja tu tymczasem pannie Jane dam burę.

Bessie byłaby wolała zostać, ale musiała pójść, gdyż punktualności w porze posiłków surowo pilnowano w Gateshead Hall.

— Więc nie upadek spowodował zasłabnięcie panienki... Co zatem? — dopytywał pan Lloyd dalej po odejściu Bessie.

— Zamknięto mnie w pokoju, gdzie duch pokutuje, choć już było ciemno.

Ujrzałam, że pan Lloyd uśmiecha się i równocześnie marszczy.

— Duch! No co! Dzieciak z panienki koniec końców. Boi się panienka duchów?

— Ducha pana Reeda boję się. Umarł w tym pokoju, tam go wystawiono po śmierci. I to było okrutne zamykać mnie tam samą bez świecy. To było tak okrutne, że myślę, iż tego nigdy nie zapomnę.

— Co znowu? I to dlatego tak się panienka czuje nieszczęśliwa? Boi się panienka teraz, za dnia?

— Nie, ale noc znów niedługo przyjdzie. A przy tym... Ja jestem nieszczęśliwa... Bardzo nieszczęśliwa z innego powodu.

— Z innego powodu? Czy może mi panienka powiedzieć, z jakiego?

Jak bardzo pragnęłam odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie! Jak trudno mi było ułożyć odpowiedź! Dzieci potrafią czuć, ale nie umieją analizować swoich uczuć. A jeżeli nawet dokonają częściowo analizy w myśli, nie potrafią rezultatu wyrazić słowami. Obawiając się jednak stracić tę pierwszą i jedyną sposobność ulżenia memu zmartwieniu przez wypowiedzenie go, zdołałam po kłopotliwym milczeniu ująć je w krótką, ale ostatecznie w pewnej mierze trafną — bo szczerą — odpowiedź.

— Przede wszystkim nie mam ani ojca, ani matki, ani sióstr, ani braci.

— Ma panienka dobrą wujenkę i kuzynków.

Milczałam znowu, a potem wybuchłam:

— Ale to John Reed tak mnie uderzył, że upadłam, a wujenka zamknęła mnie w czerwonym pokoju.

Pan Lloyd po raz drugi wyciągnął tabakierkę.

— Czy nie uważa panna Jane, że Gateshead Hall to bardzo piękny dom? — zapytał. — Czy nie jest panienka z tego rada, że w tak pięknym miejscu może mieszkać?

— To nie mój dom, panie, a Abbot powiada, że mam mniej prawa tutaj być niż służąca.

— Co tam! Panna Jane chyba nie jest tak nierozsądna, żeby pragnąć taki wspaniały dom porzucić?

— Gdybym miała dokąd się udać, opuściłabym go chętnie. Ale ja nigdy nie będę mogła wydostać się z Gateshead, dopóki nie będę dorosłą kobietą.

— A może by panienka mogła, kto wie? Czy ma panienka jakichś krewnych oprócz pani Reed?

— Zdaje mi się, że nie, proszę pana.

— Żadnych ze strony ojca?

— Nie wiem. Pytałam raz wujenkę, odpowiedziała, że może i mam jakichś biednych, niskiej kondycji krewnych nazwiskiem Eyre, ale ona nic o nich nie wie.

— A gdyby panienka miała takich krewnych, czy chciałaby panienka udać się do nich?

Namyślałam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi dorosłych, a dla dzieci tym bardziej. Nie mają one pojęcia o pracowitej, pilnej, przyzwoitej niezamożności — dla nich z wyrazem „bieda” wiąże się pojęcie noszenia łachmanów, głodu, pieca bez ognia, szorstkiego obejścia i niskich nałogów. Dla mnie „bieda” oznaczała poniżenie.

— Nie, nie chciałabym należeć do ludzi biednych — odpowiedziałam.

— Nawet gdyby byli dobrzy dla ciebie, panienko?

Potrząsnęłam głową. Nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem ludzie biedni mogą być dobrzy. A poza tym nauczyć się mówić tak jak oni, nabrać ich manier, być niewykształconą, wyrosnąć na podobieństwo jednej z tych biednych kobiet, jakie widywałam niekiedy, gdy karmiły swoje dzieci albo prały ubrania przed drzwiami chat we wsi Gateshead... Nie, nie miałam w sobie dosyć bohaterstwa, by chcieć kupić wolność za cenę wyjścia ze swojej sfery.

— Ale czyż krewni panienki są aż tak bardzo biedni? Czy to są robotnicy?

— Nie wiem. Wujenka Reed powiedziała, że jeżeli mam jakichś, to musi to być żebracza hołota. Ja bym nie chciała chodzić na żebry.

— Czy chciałaby panienka pójść do szkoły?

Znowu zaczęłam się namyślać. Niewiele wiedziałam o tym, czym jest szkoła. Bessie niekiedy mówiła o szkole jako o miejscu, gdzie panienki za karę wsadzano w dyby, gdzie im zawieszano tablice na plecach i gdzie wymagano od nich nadzwyczajnej dystynkcji i dokładności we wszystkim. John Reed nie cierpiał swojej szkoły i wygadywał na nauczyciela. Jednak jego upodobania nie były dla mnie prawem, a jeżeli opowiadanie Bessie o rygorze w szkole (słyszała o tym od panienek z rodziny, w której przebywała, zanim przybyła do Gateshead) wzbudzały nieco strachu, to za to szczegóły dotyczące rozmaitych umiejętności, nabytych przez te same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwalała piękne widoki i kwiaty malowane przez nie, piosenki, które umiały śpiewać, i kawałki muzyczne, które umiały grać. Opowiadała o sakiewkach, które potrafiły robić szydełkiem, i o francuskich książkach, które umiały tłumaczyć. Słuchając tego, miałam ochotę współzawodniczyć z nimi. A przy tym szkoła byłaby zupełną odmianą — łączyła się z tym długa podróż, zupełne rozstanie z Gateshead, przejście do nowego życia.

— Tak, chciałabym pójść do szkoły — brzmiała odpowiedź, głośny wynik moich rozmyślań.

— No, no, nie wiadomo, co się stać może — powiedział pan Lloyd, powstając. — Dziecku potrzeba zmiany powietrza i otoczenia — dodał, mówiąc do siebie — nerwy w nieszczególnym stanie.

Bessie powróciła teraz, równocześnie rozległ się turkot powozu po wysypanej piaskiem drodze.

— Czy to pani wasza powróciła, panno Bessie? — zapytał pan Lloyd. — Chciałbym pomówić z nią, zanim odejdę.

Bessie poprosiła pana Lloyda do jadalni i sprowadziła go na dół. W rozmowie, która nastąpiła teraz (wnosząc z tego, co zaszło później), pan aptekarz odważył się poradzić, by mnie wysłano do szkoły. Rada ta niewątpliwie była chętnie przyjęta, gdyż jak powiedziała Abbot — omawiając tę sprawę z Bessie, podczas gdy szyły pewnego wieczora w dziecinnym pokoju, a ja leżałam już w łóżku i myślały, że śpię — „Pani byłaby, zdaje mi się, zadowolona, mogąc pozbyć się takiego nudnego, niemiłego dziecka, które zdaje się zawsze wszystkich szpiegować i jakieś tam intrygi po cichu obmyślać”. Abbot widocznie uważała mnie za jakiegoś dziecięcego zdrajcę stanu, rewolucjonistę!

Przy tej sposobności dowiedziałam się po raz pierwszy (z tego, co Abbot opowiadała Bessie), że ojciec mój był niezamożnym duchownym. Matka wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uważała tę partię32 za nieodpowiednią dla niej. Dziadek mój, Reed, tak się rozgniewał tym jej nieposłuszeństwem, że wydziedziczył ją i nie dał ani szylinga33. Po roku małżeństwa ojciec zaraził się podczas epidemii, odwiedzając biednych w wielkim, fabrycznym mieście, gdzie leżała jego parafia. Matka zaraziła się od niego i oboje zmarli, jedno miesiąc po drugim.

Bessie, słysząc to opowiadanie, westchnęła i powiedziała:

— Biedna panna Jane... A jednak jest ona godna litości, Abbot!

— Tak, zapewne — odpowiedziała Abbot — gdyby to było miłe, ładne dziecko, można by jej współczuć sieroctwa. Ale doprawdy nie można lubić takiej małej ropuchy jak ona.

— Tak bardzo to nie, przyznaję — zgodziła się Bessie — w każdym razie taka piękność jak panna Georgiana byłaby bardziej wzruszająca w tym samym położeniu.

— Tak, ja przepadam za panną Georgianą! — zawołała Abbot z zapałem. — Ślicznota kochana! Z długimi lokami, niebieskimi oczami i tymi uroczymi rumieńczykami... Jak malowanie!... Bessie, miałabym ochotę na potrawkę z królika na kolację.

— I ja też, z rumianą cebulką. No, pójdźmy, zejdziemy na dół.

I poszły.

Rozdział IV

Rozmowa moja z panem Lloydem i to, co usłyszałam z wymiany zdań między Bessie a Abbot, zdecydowanie przekonały mnie, by chcieć powrotu do zdrowia. Zdawało się, że nadchodzi jakaś zmiana — pragnęłam jej i oczekiwałam w milczeniu. Odwlekało się to jednak, mijały dni i tygodnie. Odzyskałam zdrowie, ale nie było żadnej wzmianki o sprawie, która mnie tak interesowała. Pani Reed przyglądała mi się czasem okiem surowym, ale rzadko do mnie przemawiała. Od czasu mojego zasłabnięcia zaznaczyła silniej przedział pomiędzy mną a własnymi dziećmi. Wyznaczyła dla mnie małą komóreczkę, gdzie sypiałam sama, kazała mi osobno jadać i przebywać stale w pokoju dziecinnym, gdy moje kuzynki bawiły ciągle w salonie. Ani słowem jednak nie poruszyła sprawy posłania mnie do szkoły. Pomimo to miałam instynktowną pewność, że już niedługo znosić mnie będzie pod wspólnym dachem, gdyż jej spojrzenia, zwracane ku mnie, wyrażały teraz bardziej niż kiedykolwiek nieopanowaną i głęboką odrazę.

Eliza i Georgiana, widocznie stosując się do poleceń, mówiły do mnie możliwie jak najmniej. John pokazywał język, ilekroć mnie zobaczył, a raz nawet spróbował mnie bić. Ponieważ jednak natychmiast stanęłam w pozycji obronnej, poruszona tym samym uczuciem gniewu i rozpaczliwego buntu, jaki mnie był uniósł poprzednio, uważał, że lepiej dać spokój, i uciekł, wymyślając mi i zaklinając się, że rozbiłam mu nos. Istotnie, w ten wystający punkt wymierzyłam cios niezgorszy, a widząc, że go poskromiłam uderzeniem czy też wyrazem twarzy, miałam wielką ochotę dopełnić miary zwycięstwa. On jednakże już zdążył schronić się pod skrzydła swojej mamusi. Słyszałam, jak płaczliwym głosem zaczął opowiadać, że „ta szkaradna Jane rzuciła się na niego jak wściekła kotka...”. Matka przerwała mu ostro:

— Nie mów mi o niej, John. Powiedziałam wam, że macie się do niej nie zbliżać. Nie chcę, ażebyście się z nią wdawali w dyskusje, ani ty, ani twoje siostry.

Tu, przechylając się przez poręcz schodów, zawołałam nagle, wcale się nad moimi słowami nie zastanowiwszy:

— To oni nie są godni zadawać się ze mną!

Pani Reed była osobą raczej tęgą, ale usłyszawszy to dziwne i zuchwałe oświadczenie, wbiegła lekko na schody, jak wicher porwała mnie i zaciągnęła do pokoju dziecinnego. Rzuciwszy mnie na brzeg mego łóżka, z całym naciskiem zapowiedziała:

— Żebyś mi nie śmiała ruszyć się stąd i słowa jednego wymówić do końca dnia!

— Co by na to wuj Reed powiedział, gdyby żył? — zapytałam prawie mimo woli. Mówię: „prawie mimo woli”, gdyż język mój wymawiał wyrazy bez mojej zgody, mówiło przeze mnie coś, nad czym nie panowałam.

— Co? — powiedziała pani Reed ściszonym głosem. Jej zwykle spokojne, zimne, siwe oczy zmąciły się jak gdyby wyrazem lęku. Puściła moje ramię i patrzyła na mnie, jakby w istocie nie wiedziała, czy ma przed sobą dziecko czy szatana. Ale ja już wzięłam na kieł.

— Wuj Reed jest w niebie i stamtąd może widzieć wszystko, co wujenka robi i myśli. I mój tatuś, i moja mama też. Oni widzą, że wujenka mnie całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła.

Pani Reed opanowała się niebawem. Wytrzęsła mnie z całej siły, wytargała za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bessie następnie wygłosiła mi godzinne kazanie, w którym dowodziła niezbicie, że jestem najbardziej niegodziwym, niepoczciwym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek uchowało. Uwierzyłam jej w połowie, gdyż czułam istotnie, że tylko złe, gniewne uczucia kotłują się w mej duszy.

Minął listopad, grudzień, przeszła połowa stycznia. Boże Narodzenie i Nowy Rok obchodzono w Gateshead jak zwykle radośnie i uroczyście, wymieniano nawzajem podarki, wydawano obiady i przyjęcia wieczorne. Ze wszystkich tych uciech byłam, naturalnie, wyłączona i mój udział w tych zabawach polegał na przypatrywaniu się, jak strojono Elizę i Georgianę, jak potem schodziły do salonu, ubrane w lekkie, muślinowe sukienki i szkarłatne szarfy, z włosami ufryzowanymi starannie w loki; a później na przysłuchiwaniu się płynącym z dołu dźwiękom fortepianu i harfy, na przyglądaniu się, jak tam i z powrotem krążyli lokaje. Dźwięczało szkło i porcelana, gdy roznoszono zakąski, a ile razy otwierano drzwi salonu, dolatywał stamtąd zmieszany gwar rozmów. Zmęczywszy się tym zajęciem, wracałam ze schodów do samotnego i cichego dziecinnego pokoju. Tam, chociaż trochę smutna, nigdy nie czułam się nieszczęśliwa. Prawdę powiedziawszy, nie miałam najmniejszej ochoty iść pomiędzy gości, gdyż w towarzystwie rzadko na mnie zwracano uwagę. A o ile tylko Bessie była dobra i towarzysko usposobiona, uważałam za prawdziwą przyjemność spędzanie wieczorów z nią, zamiast pod groźnym okiem pani Reed w salonie pełnym pań i panów. Jednakże Bessie, skoro tylko ubrała swoje panienki, zwykła była przenosić się w bardziej ożywione sfery kuchni i pokoju gospodyni, zazwyczaj i świecę zabierając z sobą. Wtedy, dopóki ogień nie przygasł, siedziałam z lalką na kolanach, oglądając się raz po raz dokoła, by się przekonać, czy coś gorszego ode mnie nie pokutuje w tym mrocznym pokoju. A gdy już głownie nabierały ciemnoczerwonego koloru, rozbierałam się prędko, szarpiąc, jak umiałam, węzły i tasiemki, i chroniłam się od zimna i ciemności do łóżeczka. Zabierałam do niego zawsze swoją lalkę. Istota ludzka musi coś kochać, a ja — w braku godniejszych kochania przedmiotów — znajdowałam przyjemność w kochaniu i pieszczeniu tej wyblakłej podobizny człowieka, lichej i źle ubranej jak miniaturowy strach na wróble. Zastanawia mnie to, gdy sobie przypominam, jak niedorzecznie a szczerze rozpływałam się nad tą zabaweczką, wyobrażając sobie, że ona żyje i zdolna jest odczuwać. Nie byłabym mogła usnąć, nie otuliwszy jej wpierw swoją nocną koszulką, a gdy leżała przy mnie bezpiecznie i ciepło, czułam się stosunkowo dobrze, wierząc, że i ona również czuje się dobrze.

Dłużyły mi się godziny oczekiwania na odjazd gości. Nasłuchiwałam odgłosu kroków Bessie na schodach. Niekiedy przychodziła to po naparstek, to po nożyczki, czasami przynosiła mi coś na kolację — jakąś bułeczkę albo ciastko z serem. Wtedy siedziała na łóżku, podczas gdy jadłam, a kiedy skończyłam, pocałowawszy mnie dwa razy, mówiła: „Dobranoc, panno Jane”. Gdy taka była miła i łagodna, wydawała mi się najlepszą, najładniejszą, najpoczciwszą w świecie istotą i tylko jak najgoręcej pragnęłam, żeby zawsze była tak miła i dobra, a nie popychała mnie, nie burczała na mnie, nie stawiała mi nierozsądnych żądań, co aż nazbyt często robiła. Bessie Lee była to, sądzę, zdolna z natury dziewczyna, gdyż wszystko, co robiła, robiła składnie i ładnie i miała wybitny dar opowiadania. I ładna była przy tym, jeżeli dobrze pamiętam jej twarz. Przypominam ją sobie jako młodą dziewczynę — wiotką, o czarnych włosach, ciemnych oczach, bardzo ładnych rysach i świeżej, jasnej cerze. Miała jednak usposobienie kapryśne, prędkie i niezbyt gruntowne pojęcie o zasadach i sprawiedliwości. Pomimo to wolałam ją niż wszystkich innych mieszkańców Gateshead Hall.

Działo się to piętnastego stycznia, około godziny dziewiątej rano. Bessie zeszła była na dół na śniadanie, kuzynek moich jeszcze nie zawołano do matki. Eliza wkładała kapelusz i ciepły płaszcz ogrodowy, by pójść nakarmić swój drób — zajęcie, za którym przepadała, nie mniej lubiąc sprzedawanie jaj gospodyni i gromadzenie otrzymanych tą drogą pieniędzy. Miała ona żyłkę kupiecką i wybitną skłonność do oszczędzania. Dowodem tego była nie tylko sprzedaż jaj i kurcząt, ale także oddawanie ogrodnikowi za spore pieniądze cebulek i nasion oraz ciętych kwiatów. Pani Reed nakazała mu kupować od panienki wszelkie produkty z jej ogródka, jakie by tylko sprzedać pragnęła. Eliza zaś przehandlowałaby włosy z głowy, gdyby tylko mogła na tym porządnie zarobić. Pieniądze chowała początkowo w rozmaitych kątach, zawinięte w gałganek albo w stare papierki od papilotów. Ponieważ jednak niektóre z tych skarbów odkryła pokojowa, Eliza, w obawie, żeby nie stracić swoich cennych bogactw, zgodziła się powierzyć je matce na lichwiarski procent (jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt). Te procenty wyciągała co kwartał, z największą akuratnością prowadząc rachunki w książeczce.

Georgiana siedziała na wysokim krześle, czesząc włosy przed lustrem i przetykając loki sztucznymi kwiatami oraz wyblakłymi piórami, których zapas znalazła w jakiejś szufladzie na strychu. Ja ścieliłam łóżko, otrzymawszy wyraźny rozkaz od Bessie, bym je doprowadziła do porządku, zanim ona wróci (sama bowiem często teraz wykorzystywała mnie do czynności jakby pod-pokojowej w pokoju dziecinnym, do porządkowania, odkurzania krzeseł itp.). Złożywszy nocną bieliznę i zaścieliwszy kapę, podeszłam do okna, chcąc ułożyć niektóre rozrzucone tam książki z obrazkami i mebelki z pokoju lalek. Zatrzymał mnie nagły rozkaz Georgiany, żeby nie ruszać jej zabawek. Wtedy, nie mając nic lepszego do roboty, zaczęłam chuchać na zamarzłą w kwiatowe wzory szybę, by tym sposobem odczyścić kawałek szkła i móc wyjrzeć na świat, gdzie wszystko było takie ciche i stężałe pod wpływem silnego mrozu.

Z okna widać było lożę34 portiera i podjazd. Dokładnie w chwili, gdy rozpuściłam tyle srebrnobiałych liści zasłaniających szybę, że można było wyjrzeć, zobaczyłam, że otwierają bramę i wjeżdża jakiś powóz. Przyglądałam mu się obojętnie, gdy podjeżdżał przed dom. Ekwipaże35 często przybywały do Gateshead, ale nigdy żaden nie przywiózł gości, którzy by mnie interesowali. Ten powóz zajechał przed dom i stanął, dzwonek odezwał się głośno i gość został wpuszczony.

Ponieważ to wszystko niczym było dla mnie, zwróciłam uwagę na coś ciekawszego — na małą, głodną raszkę36, która nadleciała i ćwierkała na gałęziach bezlistnej czereśni, przywiązanej do muru pod oknem. Reszta mojego śniadania stała na stole. Rozkruszywszy kawałek bułki, starałam się właśnie otworzyć okno, ażeby wysypać okruszyny, gdy Bessie, biegnąc pędem po schodach, wpadła do dziecinnego pokoju.

— Panno Jane, proszę zdjąć fartuszek. Co tam panienka robi? Czy twarz i ręce panienka umyła dziś rano?

Szarpnęłam oknem raz jeszcze, zanim odpowiedziałam, gdyż chciałam, żeby ptaszek dostał pożywienie. Okno puściło, a ja wysypałam okruszyny trochę na kamienny parapet, a trochę na gałęzie czereśni, po czym, zamykając okno, odpowiedziałam:

— Nie, Bessie, ja dopiero w tej chwili skończyłam ścierać kurze.

— Nieznośne, niedbałe dziecko! A cóż to panienka robi tam teraz? Cała czerwona, z pewnością jakaś psota miała tu miejsce. Po co było otwierać to okno?

Nie potrzebowałam się silić na odpowiedź, gdyż Bessie widocznie za bardzo się spieszyła, by czekać na wyjaśnienia. Pociągnęła mnie do umywalni, niemiłosiernie, choć na szczęście prędko wyszorowała mi twarz i ręce wodą, mydłem i grubym ręcznikiem, wyszczotkowała głowę ostrą szczotką, zdjęła ze mnie fartuszek i wyprowadziwszy mnie szybko na schody, kazała natychmiast zejść na dół i stawić się w saloniku.

Miałam ochotę zapytać, kto się ze mną chce widzieć — czy tam jest pani Reed, ale Bessie już odeszła i zamknęła za sobą drzwi dziecinnego pokoju. Z wolna schodziłam ze schodów. Od trzech miesięcy prawie nie byłam nigdy wzywana przed oblicze pani Reed. Dla mnie, skazanej tak długo na pokój dziecinny, jadalnia oraz salon stały się jakąś straszną przestrzenią, do której bałam się wkraczać.

Stałam teraz w pustym hallu, przede mną były drzwi saloniku, a ja zatrzymałam się, onieśmielona i drżąca. Co za biednego, małego tchórza uczynił ze mnie w owych czasach strach, zrodzony z niesprawiedliwej kary! Lękałam się wracać do dziecinnego pokoju, lękałam się iść naprzód i wejść do saloniku. Z dziesięć minut tak stałam, wahająca się, wzruszona. Gwałtowny dźwięk dzwonka z saloniku zdecydował za mnie — muszę wejść.

„Kto może chcieć się ze mną widzieć?” — pytałam siebie w duszy, gdy oburącz naciskałam klamkę, która opierała się przez chwilę. „Kogo zobaczę w pokoju oprócz wujenki? Mężczyznę czy kobietę?”. Klamka ustąpiła, drzwi się otworzyły, a ja wszedłszy i dygnąwszy nisko, podniosłam oczy i ujrzałam... Czarny słup! Taka przynajmniej wydała mi się na pierwszy rzut oka sztywna, wąska, czarno ubrana, wyprostowana postać, stojąca na dywanie. Surowa twarz wyglądała jak rzeźbiona maska umieszczona na szczycie kolumny zamiast kapitelu37.

Pani Reed siedziała na zwykłym miejscu przy kominku. Skinęła na mnie, bym się przybliżyła. Posłuchałam, a ona przedstawiła mnie gościowi w tych słowach:

— Oto jest ta dziewczynka, w sprawie której zwracałam się do pana.

On — gdyż był to mężczyzna — obrócił z wolna głowę ku mnie, a przypatrzywszy mi się badawczymi, siwymi oczami, mrugającymi pod krzaczastymi brwiami, orzekł uroczystym basem:

— Jest małego wzrostu. W jakim jest wieku?

— Dziesięć lat.

— Aż tyle? — odpowiedział tonem powątpiewania, po czym w dalszym ciągu przez parę minut przyglądał mi się badawczo.

— Jak się nazywasz, dziewczynko? — zwrócił się w końcu do mnie.

— Jane Eyre, panie.

Wymawiając te słowa, podniosłam na niego oczy. Ten pan wydał mi się wysoki, ale to prawda, że ja byłam bardzo mała. Rysy miał grube i wszystko w nim było surowe, wymuszone.

— No powiedz mi, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dzieckiem?

Niepodobna mi było odpowiedzieć na to twierdząco, moje otoczenie było przeciwnego zdania. Milczałam. Pani Reed odpowiedziała za mnie wymownym potrząśnięciem głowy, dodając:

— Może lepiej o tym nie mówić, panie Brocklehurst.

— Przykro mi, doprawdy, że muszę to słyszeć! Muszę z nią trochę pogadać! — Tu, łamiąc swą prostopadłą linię, rozsiadł się w fotelu naprzeciw pani Reed. — Podejdź tutaj — rzekł.

Przeszłam przez dywan, postawił mnie prosto przed sobą. Jakąż on miał twarz, gdy zobaczyłam ją prawie na jednym poziomie z moją własną! Co za wielki nos! A jakie usta! I co za ogromne, wystające zęby!

— Nie ma smutniejszego widoku nad widok niegrzecznego dziecka — zaczął — zwłaszcza niegrzecznej dziewczynki. Czy ty wiesz, dokąd ludzie źli idą po śmierci?

— Idą do piekła — odpowiedziałam szybko i trafnie.

— A co to jest piekło? Czy możesz mi na to odpowiedzieć?

— Piekło to otchłań pełna ognia.

— A czy ty byś chciała wpaść do tej otchłani i smażyć się tam na wieki?

— Nie, panie.

— Więc co winnaś robić, żeby jej uniknąć?

Zastanowiłam się przez chwilę. Moja odpowiedź, gdy się na nią zdobyłam, nie spodobała się.

— Muszę być zdrowa i nie umierać.

— Jak możesz być zdrowa? Dzieci młodsze od ciebie umierają codziennie. Nie dalej jak dwa dni temu pochowałem małe dziecko, pięcioletnie. Dobre, grzeczne dziecko, którego duszyczka jest teraz w niebie. Lękam się, że nie można by tego powiedzieć o tobie, gdyby cię Pan Bóg stąd odwołał.

Nie mogąc go pod tym względem uspokoić, spuściłam tylko oczy, utkwiwszy je w dwóch wielkich nogach spoczywających na dywanie i westchnęłam, pragnąc być stąd jak najdalej.

— Spodziewam się, że to było westchnienie z głębi serca i że żałujesz, iż martwiłaś twą najlepszą dobrodziejkę.

„Dobrodziejkę! Dobrodziejkę! — pomyślałam. — Oni wszyscy nazywają panią Reed moją dobrodziejką. Jeżeli tak, to «dobrodziejka» jest czymś bardzo nieprzyjemnym”.

— Czy odmawiasz pacierz rano i wieczór? — dopytywał dalej.

— Tak, panie.

— Czytujesz Biblię38?

— Czasami.

— Z przyjemnością? Czy bardzo ją lubisz?

— Lubię Objawienia39 i księgę o Danielu40, i Genesis41, i o Samuelu42, i kawałek księgi Exodus43, i niektóre części Księgi Królów44, i o Hiobie45, i o Jonaszu46.

— A psalmy ci się podobają? Sądzę, że je lubisz?

— Nie, panie.

— Nie? O, to źle! Ja mam małego chłopczyka, młodszego od ciebie, który sześć psalmów umie na pamięć. A gdy go zapytać, co woli, czy dostać do zjedzenia orzech osmażany czy nauczyć się wiersza jakiegoś psalmu, odpowiada: „O, nauczyć się wiersza psalmu! Aniołowie śpiewają psalmy!”. Tak on mówi i dodaje: „A ja pragnę być aniołkiem tu, na ziemi!”. A wtedy dostaje dwa orzechy w nagrodę, że taki pobożny.

— Psalmy nie są zajmujące — zauważyłam.

— To dowodzi, że masz złe serce i powinnaś modlić się do Boga, ażeby ci je odmienił, ażeby dał ci nowe, czyste serce, ażeby ci odjął to serce kamienne, a dał ci serce z żywego ciała.

Już miałam zapytać, w jaki to sposób miałaby się odbyć taka operacja zamiany mojego serca, gdy wmieszała się pani Reed, nakazując mi, bym usiadła. Zaraz też dalszą rozmowę wzięła na siebie.

— Panie Brocklehurst, zdaje mi się, że w liście pisanym do pana przed trzema tygodniami wyznałam panu, że ta dziewczynka ma charakter i usposobienie nie takie, jakie bym sobie życzyła w niej widzieć. Jeżeli przyjmie ją pan do szkoły w Lowood, byłabym rada, gdyby poproszono nauczycielki, by baczne na nią miały oko, a przede wszystkim, by strzegły ją od jej najgorszej wady: skłonności do kłamstwa i obłudy. Wspominam o tym przy tobie, Jane, żebyś nie próbowała oszukiwać pana Brocklehursta.

Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz prosta, że musiałam jej nie znosić, skoro w jej naturze leżała chęć zadawania mi okrutnych ran. Nigdy w jej obecności nie czułam się dobrze i chociaż starałam się być posłuszna i dogodzić jej, usiłowania moje zawsze odpychała i odpłacała zdaniami takimi jak powyższe. Teraz to oskarżenie, wypowiedziane przed człowiekiem obcym, dotknęło mnie do głębi serca. Niejasno spostrzegłam, że już mi ona zaczyna odbierać nadzieję, pokładaną w tej nowej fazie istnienia, na jaką mnie skazywała, i czułam, choć nie byłabym umiała uczucia tego wyrazić, że sieje ona wstręt i nieżyczliwość wzdłuż drogi, jaką w przyszłości iść miałam. Widziałam, jak w oczach pana Brocklehursta zamieniam się w dziecko fałszywe i szkodliwe. I cóż ja mogłam uczynić, żeby tej krzywdzie zaradzić? „Nic w istocie” — pomyślałam, walcząc, by powstrzymać łkanie, i szybko otarłam kilka łez — bezsilnych dowodów mojej męki.

— Obłuda to w istocie brzydka wada w dziecku — rzekł pan Brocklehurst. — Jest ona pokrewna fałszowi, a wszyscy kłamcy dostąpią kary w jeziorze płonącym ogniem i siarką. Będą jej jednak pilnować, pani Reed. Pomówię z panną Temple i z nauczycielkami.

— Pragnęłabym, żeby Jane była wychowana w sposób odpowiedni do jej widoków w przyszłości — ciągnęła dalej moja dobrodziejka — żeby nauczyła się użyteczności i pokory. Co do wakacji, to jeżeli pan pozwoli, będzie je zawsze spędzała w Lowood.

— Życzenia pani są najzupełniej słuszne — odpowiedział pan Brocklehurst. — Pokora jest to cnota chrześcijańska, szczególnie odpowiednia dla wychowanek Lowood. Toteż ja wymagam, żeby ją jak najstaranniej pośród nich hodowano. Wystudiowałem, w jaki sposób można najlepiej w nich upokorzyć uczucia światowej pychy, i nie dalej jak parę dni temu miałem miły dowód, że mi się powiodło. Moja młodsza córka poszła z matką zwiedzić szkołę, a wróciwszy, zawołała: „O, drogi papo, jak skromnie i jak nieładnie wszystkie te dziewczęta w Lowood wyglądają, z tymi włosami sczesanymi za uszy, w tych długich fartuchach i z kieszonkami na wierzchu sukien. Wyglądają prawie jak dzieci biednych ludzi! A przy tym — dodała — przyglądały się mojej sukni i maminej, jak gdyby jedwabnej sukni nigdy dotąd nie widziały!”.

— To właśnie stan rzeczy, który ja najzupełniej pochwalam — odpowiedziała pani Reed. — Gdybym przeszukała całą Anglię, nie wiem, czy byłabym znalazła system odpowiedniejszy dla takiego dziecka jak Jane Eyre. Konsekwencja, mój drogi panie Brocklehurst, ja obstaję za konsekwencją we wszystkim.

— Konsekwencja, pani, jest pierwszym obowiązkiem chrześcijańskim i pilnuje się jej też we wszystkich zarządzeniach związanych z zakładem w Lowood: prosty pokarm, prosty ubiór, niewymyślne zasady, surowe i pracowite zwyczaje; taki jest porządek dnia w domu dla jego mieszkanek.

— Bardzo słusznie, łaskawy panie. Czy mogę zatem liczyć na to, że to dziecko będzie przyjęte do szkoły w Lowood i tam chowane odpowiednio do swojej pozycji i przyszłych widoków?

— Tak, pani, niech pani na to liczy. Będzie przyjęta do tej hodowli doborowych roślin i ufam, że okaże się wdzięczna za ten nieoceniony przywilej, że została wybrana.

— Poślę ją zatem możliwie najprędzej, panie Brocklehurst, gdyż zapewniam pana, iż pilno mi uwolnić się od odpowiedzialności, która zaczęła się stawać już nazbyt dokuczliwa.

— Niewątpliwie, niewątpliwie, łaskawa pani. A teraz się pożegnam. Powrócę do Brocklehurst Hall w ciągu tygodnia lub dwóch. Mój dobry przyjaciel, archidiakon47, prędzej mnie nie wypuści. Napiszę do panny Temple, że ma oczekiwać nowej dziewczynki, tak że nie będzie trudności z przyjęciem. Do widzenia!

— Do widzenia, panie Brocklehurst. Proszę mnie przypomnieć pamięci pani Brocklehurst, jej córek i synów.

— Nie omieszkam, łaskawa pani. Dziewczynko, oto masz książkę zatytułowaną Przewodnik dziecka. Czytaj ją i módl się, czytaj zwłaszcza „Opowiadanie o okropnej, nagłej śmierci Marthy G., niedobrego dziecka, grzeszącego fałszem i kłamstwem”.

To mówiąc, pan Brocklehurst wsunął mi w rękę cienką broszurkę, wszytą w okładkę, i zadzwoniwszy, by podstawiono powóz, odjechał.

Pani Reed i ja zostałyśmy same. Kilka minut upłynęło w milczeniu, ona szyła, ja się jej przypatrywałam. Mogła mieć wtedy ze trzydzieści sześć lub siedem lat. Była to kobieta silnie zbudowana, szeroka w ramionach i chociaż tęga, nie gruba. Twarz jej była nieco szeroka, gdyż dolną szczękę miała silnie rozwiniętą, mocną, miała niskie czoło, dużą i wystającą brodę, usta i nos dosyć regularne. Pod jasnymi brwiami błyszczały oczy pozbawione łagodności, cerę miała ciemną, włosy prawie lnianego koloru. Organizm jej był zdrowy, nie wiedziała co to choroba. Była to dokładna, mądra gospodyni, domowników i dzierżawców trzymała krótko, dzieci niekiedy opierały się jej władzy i śmiały się z niej pogardliwie. Dobrze się ubierała i miała figurę, na której strój ładnie się prezentował.

Siedząc na niskim stołeczku o parę kroków od jej fotela, przyglądałam się jej twarzy. W ręce trzymałam rozprawkę, zawierającą „Nagłą śmierć kłamczuchy”, na którą, jako na odpowiednią przestrogę, zwrócono mi przed chwilą uwagę. Wszystko, co zaszło przed momentem, co pani Reed powiedziała o mnie panu Brocklehurstowi, cała treść ich rozmowy — wszystko to było żywe, świeże, wszystko bolało w duszy. Odczuwałam każdy wyraz tak dotkliwie, jak wyraźnie go usłyszałam, i jakaś pasja urazy wrzała teraz we mnie.

Pani Reed podniosła wzrok znad robótki. Oczy jej zatrzymały się na moich oczach, a równocześnie palce zaprzestały zręcznych ruchów.

— Wyjdź stąd, wracaj do dziecinnego pokoju — rozkazała. Moje spojrzenie lub wyraz twarzy musiały jej się wydać obraźliwe, gdyż mówiła z niezwykłym, chociaż hamowanym rozdrażnieniem. Wstałam, poszłam ku drzwiom i znowu wróciłam. Podeszłam do okna, przeszłam przez pokój i stanęłam przed nią tuż blisko.

Czułam, że muszę mówić. Zdeptano mnie boleśnie, muszę wziąć odwet. Ale jak? Gdzież ja mam siłę odeprzeć cios mojej nieprzyjaciółki? Zebrałam całą energię i wyrzuciłam z siebie te szczere a zuchwałe słowa:

— Ja nie jestem obłudna. Gdybym nią była, powiedziałabym, że panią kocham, a ja oświadczam, że nie kocham pani. Nie znoszę pani tak jak nikogo na świecie, z wyjątkiem Johna Reeda. A tę książeczkę o kłamczusze może pani dać swojej córce, Georgianie, gdyż to ona kłamie, nie ja.

Ręce pani Reed wciąż jeszcze bezczynnie leżały na robótce, a jej lodowate oczy mroźnie utkwiły wzrok w moich.

— Co więcej masz mi do powiedzenia? — zapytała tonem takim raczej, jakim ktoś mógłby przemawiać do dorosłego przeciwnika, niż jakim się zwykło zwracać do dziecka.

Te jej oczy, ten głos, obudziły całą antypatię, jaką ku niej czułam. Trzęsąc się od stóp do głów, drżąca przemożnym wzburzeniem, mówiłam dalej:

— Cieszę się, że pani nie jest żadną moją krewną. Dopóki żyję, już pani nigdy nie nazwę „wujenką”. Nigdy pani nie odwiedzę, gdy dorosnę. A gdy mnie kto zapyta, czy panią lubię i czy pani była dla mnie dobra, powiem, że sama myśl o pani jest dla mnie jak choroba i że obchodziła się pani ze mną nielitościwie i okrutnie.

— Jak śmiesz tak twierdzić, Jane?

— Jak ja śmiem? Jak ja śmiem? Ponieważ to jest prawda. Pani myśli, że ja nie mam uczuć i że mogę się obywać bez odrobiny miłości albo dobroci. Ale ja tak żyć nie mogę, a pani nie ma litości. Będę pamiętała, jak mnie pani odepchnęła szorstko i gwałtownie, odepchnęła z powrotem do czerwonego pokoju i zamknęła tam. Będę o tym pamiętała do końca życia. Chociaż byłam w takim strachu, chociaż wołałam, dusząc się od męki: „Miej litość! Miej litość, wujenko!”. A tę karę kazała mi pani znosić, ponieważ jej niegodziwy syn zbił mnie, uderzył mnie za nic tak mocno, że upadłam. Opowiem każdemu, kto mnie będzie pytał, opowiem to dokładnie. Ludzie myślą, że pani jest dobrą kobietą, ale pani jest zła, twarde ma pani serce. To pani jest obłudna!

Zanim dokończyłam tę przemowę, poczułam, że dusza we mnie zaczyna rosnąć, radować się najdziwniejszym poczuciem wolności i nieznanego dotąd triumfu. Wydawało mi się, jak gdyby jakieś niewidzialne więzy pękały, a ja walcząc, niespodziewanie wydostaję się na swobodę. I nie bez powodu odnosiłam to wrażenie: pani Reed zdawała się być wystraszona. Robótka zsunęła jej się z kolan, podniosła ręce, kołysząc się tam i z powrotem i nawet wykrzywiając twarz, jak gdyby się jej na płacz zbierało.

— Jane, ty się mylisz! Co się z tobą dzieje? Czemu tak drżysz gwałtownie? Nie chciałabyś napić się trochę wody?

— Nie, dziękuję pani.

— Może czegoś innego chciałabyś, Jane? Zapewniam cię, że ci dobrze życzę.

— Nie, pani. Powiedziała pani panu Brocklehurstowi, że ja mam niedobry charakter, że mam kłamliwe usposobienie. A ja opowiem wszystkim w Lowood, jaka pani jest i co pani zrobiła.

— Jane, ty tego nie rozumiesz: dzieci muszą być ukarane, jeżeli zawinią.

— Ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem! — zawołałam jakimś dzikim, podniesionym głosem.

— Ale jesteś złośnicą, to musisz przyznać. A teraz wracaj do dziecinnego pokoju... No, moja kochana... I połóż się trochę.

— Niech mi pani nie mówi „kochana”, bo to nieprawda! Ja nie mogę się położyć. Niech mnie pani jak najprędzej pośle do szkoły, bo życie tutaj dla mnie jest nieznośne.

— Rzeczywiście, ja ją jak najprędzej wyślę do szkoły — szepnęła pani Reed i zabrawszy robótkę, wyszła nagle z pokoju.

Zostałam sama — zwycięska na polu bitwy. Pierwsza to była moja walka i pierwsze moje zwycięstwo. Stałam przez chwilę na dywanie, w miejscu, gdzie przedtem stał pan Brocklehurst, i cieszyłam się zdobytą samotnością. Zrazu uśmiechałam się do siebie i czułam się podniesiona na duchu, ale ta dzika radość przygasła we mnie równie prędko, jak uspokoiło się przyśpieszone bicie mego tętna. Dziecko nie może wojować ze starszymi, tak jak ja to uczyniłam. Nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości, nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji. Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam jej. Czarna, wypalona pustka w momencie, gdy płomienie zagasły, byłaby obrazem jej stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi szaleństwo mojego postępku i okropność mego stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej.

Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz metaliczny i gryzący posmak budził we mnie uczucia, jak bym została otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części instynktownie, że wtedy odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą, tym samym podniecając tylko na nowo niespokojne popędy w mej duszy.

Pragnęłam czym innym zająć wzburzone myśli, znaleźć pokarm dla uczuć mniej wrogich niż posępne oburzenie. Wzięłam do ręki książkę — były to bajki arabskie; siadłam i próbowałam czytać. Nie mogłam jednak doczytać się sensu, moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami, w których zawsze znajdowałam tyle uroku. Otworzyłam szklane drzwi do ogrodu. Cisza tam panowała zupełna, mróz bez słońca i bez powiewu ogarniał cały ogród. Okryłam głowę i ramiona spódnicą mojej sukni i wyszłam przejść się po ustronnej zupełnie części parku. Nie znalazłam jednakże przyjemności w widoku milczących drzew, spadających szyszek świerkowych, zmarzniętych resztek jesieni, rdzawych liści, wiatrami na kupki zmiecionych i zesztywniałych teraz. Oparłam się o bramę i wyjrzałam na puste pole, gdzie nie było pasących się owiec na krótkiej o tej porze roku, nadgniłej i zbielałej trawie. Szary to był dzień, nieprzejrzyste niebo, śnieg zapowiadające, zwisało ciemną oponą nad ziemią. Spływały stamtąd od czasu do czasu śnieżne płatki i osiadały, nie topniejąc, na twardej ścieżce i oszroniałej trawie. Stałam tak, nieszczęśliwe dziecko, szepcąc do siebie: „Co ja pocznę?... Co ja pocznę?”.

Wtem usłyszałam wołający mnie jasny głos:

— Panno Jane! Gdzie panienka jest? Proszę na drugie śniadanie!

To była Bessie, wiedziałam, ale nie ruszyłam się. Jej lekkie kroki słychać było wzdłuż ścieżki.

— O, ta niegrzeczna osóbka! — powiedziała. — Dlaczego to panienka nie przychodzi, kiedy ją wołają?

Obecność Bessie w porównaniu z myślami, które mnie gnębiły, wydała mi się radosna, pomimo że jak zwykle była w trochę złym humorze. Po moim starciu z panią Reed i po moim zwycięstwie nie dbałam jednak wielce o przejściowy gniew bony, a za to miałam ochotę rozweselić się nieco jej młodzieńczą swobodą serca. Więc też po prostu zarzuciłam jej obie ręce na szyję i powiedziałam:

— No Bessie, nie gniewać się, nie besztać!

Szczerszy to był i śmielszy odruch z mej strony niż jakikolwiek dotychczas; jakoś jej się to spodobało.

— Dziwne z panienki dziecko, panno Jane — rzekła, patrząc na mnie — takie małe, rozmarzone, zamknięte w sobie stworzenie. Ma panienka pójść do szkoły, zdaje mi się.

Skinęłam głową.

— I nie żal będzie panience opuścić biedną Bessie?

— Co sobie Bessie robi ze mnie? Zawsze tylko burczy na mnie.

— Bo z panienki takie dziwne, wystraszone, nieśmiałe stworzonko. Trzeba być śmielszą.

— Co? Żeby więcej szturchańców oberwać?

— Głupstwo! Ale poniewierają tu panienkę trochę, to pewne. Matka moja, gdy mnie tu w zeszłym tygodniu odwiedzała, mówiła, że nie chciałaby, ażeby które z jej małych było na miejscu panienki. No, a teraz pójdziemy do domu, mam pewne dobre wiadomości dla panienki.

— Nie chce mi się wierzyć, Bessie!

— Dziecko! Co ty przez to rozumiesz? Jakimi smutnymi oczami patrzysz na mnie! No więc, pani, panienki i pan John wyjeżdżają dziś po południu na herbatę, a panienka będzie piła herbatę ze mną. Poproszę kucharkę, żeby upiekła panience ciasteczek, a potem pomoże mi panienka przejrzeć swoje szuflady, gdyż mam zapakować walizkę panienki. Pani chce, żeby panienka wyjechała z Gateshead za jaki dzień albo dwa, i ma panienka wybrać sobie między zabawkami te, które miałaby ochotę zabrać ze sobą.

— Bessie, musisz mi przyrzec, że już do mojego wyjazdu nie będziesz się na mnie gniewała.

— Dobrze, ale proszę pamiętać, żeby panienka była bardzo grzeczną dziewczynką i nie bała się mnie. Proszę nie skakać, gdybym przypadkiem coś ostrzej powiedziała, to tak drażni.

— Myślę, że już się ciebie nie będę więcej bała, Bessie, gdyż przyzwyczaiłam się do ciebie, a wkrótce będę miała innych ludzi, których się będę bała.

— Jak ich się będziesz bała, nie będą cię lubili.

— Tak jak ty, Bessie?

— Ja panienki nie „nie lubię”, mnie się zdaje, że ja właśnie panienkę więcej lubię niż wszystkich tamtych.

— Nie okazujesz tego!

— Jesteś bystrym stworzonkiem! Przyswoiłaś sobie zupełnie nowy sposób mówienia. Skąd taka ryzykowna odwaga?

— No cóż, już niedługo wyjadę, a przy tym... — miałam coś powiedzieć o tym, co zaszło między mną a panią Reed, ale po namyśle osądziłam, że lepiej o tej sprawie milczeć.

— A więc cieszy się panienka, że mnie opuszcza?

— Wcale nie, Bessie. W tej chwili to raczej mi żal.

— W tej chwili! I raczej! Jak chłodno moja mała dama to mówi! Przypuszczam, że gdybym teraz poprosiła o buziaka, nie chciałaby mi go panienka dać.

— Pocałuję cię i jeszcze jak chętnie! Nachyl tylko głowę!

Bessie nachyliła się, uściskałyśmy się wzajemnie i poszłam za nią do domu, zupełnie uspokojona. To popołudnie upłynęło w harmonii i zgodzie, a wieczorem Bessie opowiedziała mi jedną ze swoich najbardziej zajmujących historii i zaśpiewała mi kilka najmilszych piosenek. Nawet dla mnie życie miało przebłyski słoneczne.

Rozdział V

Było to 19 stycznia. Zaledwie wybiła piąta rano, Bessie wniosła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach, prawie ubraną. Wstałam na pół godziny przed jej przyjściem, umyłam twarz i włożyłam ubranie przy świetle zachodzącego właśnie księżyca, którego promienie wpadały przez wąskie okno blisko mego łóżka. Miałam opuścić Gateshead tego dnia dyliżansem przejeżdżającym obok bramy przy portierni o szóstej rano. Bessie była jedyną osobą, która dotychczas wstała. Rozpaliła ogień w dziecinnym pokoju, a teraz zaczęła przyrządzać mi śniadanie. Dzieci rzadko kiedy potrafią jeść, gdy je podnieca myśl o czekającej podróży — i ja też jeść nie mogłam. Bessie, która na próżno usiłowała wmusić we mnie trochę mleka i chleba, zawinęła w papier kilka biszkoptów i wsunęła do mojej torebki. Następnie pomogła mi włożyć płaszcz i kapelusz i zawinąwszy się w szal, wyszła ze mną z dziecinnego pokoju. Przechodząc koło sypialni pani Reed, zapytała:

— Czy wejdzie panienka pożegnać się z panią?

— Nie, Bessie — odpowiedziałam. — Pani Reed wczoraj wieczorem przyszła do mojego łóżka, podczas gdy ty byłaś na dole na kolacji, i powiedziała mi, że nie potrzebuję budzić jej rano ani moich kuzynek, i że mam pamiętać, iż zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, i że odpowiednio mam mówić o niej, i być jej wdzięczna.

— A panienka co na to odpowiedziała?

— Nic. Zakryłam twarz kołdrą i obróciłam się od niej do ściany.

— To źle, panno Jane.

— To było zupełnie słuszne, Bessie. Twoja pani nie była moją przyjaciółką, ona była moim wrogiem.

— O, panno Jane! Niech panienka tego nie mówi!

— Żegnam cię, Gateshead! — zawołałam, gdy minąwszy hall, wychodziłyśmy frontowymi drzwiami.

Księżyc już zaszedł i było bardzo ciemno. Światło latarni, którą Bessie niosła, migało na mokrych stopniach i żwirze drogi, rozmiękłej z powodu świeżej odwilży. Ostry i chłodny był ten zimowy ranek — szczękałam zębami, pospieszając drogą. Świeciło się w loży portiera; doszedłszy tam, zastaliśmy odźwierną, rozpalającą właśnie ogień. Moja walizka, odniesiona poprzedniego wieczora, stała przy drzwiach, obwiązana sznurami. Brakło tylko kilka minut do szóstej, a zaledwie godzina ta wybiła, daleki turkot kół zwiastował, że dyliżans nadjeżdża. Stanęłam w drzwiach i śledziłam jego latarnie, zbliżające się szybko w ciemności.

— Czy ona sama jedzie? — zapytała odźwierna.

— Tak jest, sama.

— A jak daleko?

— Pięćdziesiąt mil.

— Taka długa droga! Dziwię się, że pani Reed nie boi się tak daleko puścić dziecka samego.

Dyliżans podjechał, oto stał przed bramą, zaprzężony w cztery konie, naładowany pasażerami. Wniesiono moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bessie, do której tuliłam się, obsypując ją pocałunkami.

— Niech się pan nią dobrze opiekuje — zawołała, gdy konduktor wsadzał mnie do środka.

— Dobrze, dobrze — odpowiedział.

Drzwiczki zatrzaśnięto, jakiś głos zawołał: „Wszystko w porządku!” i ruszyliśmy.

W ten sposób rozstałam się z Bessie i z Gateshead — porwana w świat nieznany, a jak mi się wtedy wydawało, w jakieś odległe i tajemnicze przestrzenie.

Z tej podróży niewiele pamiętam. Wiem tylko, że dzień wydał mi się nienaturalnie długi i że miałam wrażenie, że jakieś setki mil przebywamy. Przejeżdżaliśmy przez kilka miast, a w jednym, bardzo dużym, dyliżans się zatrzymał. Wyprzężono konie i pasażerowie wysiedli na obiad. Zaprowadzono mnie do hotelu, gdzie konduktor chciał, żebym zjadła coś na obiad. Ponieważ jednak nie miałam apetytu, zostawił mnie w ogromnym pokoju, gdzie w dwóch końcach stały dwa kominki, świecznik wisiał u sufitu, a pod ścianą biegła mała, czerwona galeryjka pełna instrumentów muzycznych. W tej sali spacerowałam dłuższy czas i było mi dziwnie i straszno — śmiertelnie się bałam, że może ktoś wejść i porwać mnie, bo wierzyłam „w porywanie”. W wieczornych opowiadaniach Bessie przy kominku porywanie dzieci zdarzało się często. Nareszcie konduktor powrócił, wpakował mnie znów do dyliżansu, zajął swoje miejsce, zatrąbił i turkocząc, ruszyliśmy kamienistą drogą prowadzącą do Lowood.

Popołudnie było wilgotne i trochę mgliste. Gdy zmierzch zaczął zapadać, ogarnęło mnie wrażenie, że Gateshead zostało rzeczywiście bardzo daleko za nami. Już nie przejeżdżaliśmy przez miasta, zmienił się widok okolicy. Wielkie, siwe wzgórza zarysowały się na widnokręgu. Mrok gęstniał, gdy zjechaliśmy w ciemną, zalesioną dolinę, a chociaż już wieczór zasłonił wszelki widok, słyszałam, jak wśród drzew szumi wiatr.

Ukołysana tym szumem, zapadłam w końcu w sen. Niedługo spałam, zbudziło mnie nagłe ustanie ruchu. Drzwiczki dyliżansu były otwarte i jakaś osoba, wyglądająca na służącą, stała przy nich. Zobaczyłam jej twarz i ubranie w świetle latarni.

— Czy jest tu mała dziewczynka, nazwiskiem Jane Eyre? — zapytała.

Odpowiedziałam „Tak!” i wtedy mnie wysadzono. Oddano moją walizkę i dyliżans natychmiast ruszył w dalszą drogę.

Zesztywniała byłam od długiego siedzenia i oszołomiona turkotem i ruchem dyliżansu. Zbierając myśli, rozejrzałam się dokoła. Deszcz, wiatr i ciemności wypełniały powietrze, pomimo to rozpoznałam przed sobą mur i otwarte w nim drzwi. Weszłam przez nie za moją przewodniczką, która je za sobą zamknęła na klucz. Teraz dojrzeć mogłam dom czy też domy, gdyż szeroko rozsiadł się ten budynek o wielu oknach. Niektóre z nich były oświetlone. Szłyśmy po szerokiej ścieżce, chlapiąc wilgocią. Przez jakieś drzwi weszłyśmy do środka, a wtedy służąca przeprowadziła mnie przez korytarz do pokoju, gdzie palił się ogień, i tam zostawiła mnie samą.

Stałam, grzejąc zgrabiałe palce nad płomieniem, a potem obejrzałam się wokoło. Nie było świecy, w chwiejnym świetle ognia płonącego na kominku migały tapety, dywan, firanki, błyszczące meble mahoniowe. Był to salonik, nie tak obszerny ani wspaniały jak salon w Gateshead, ale wcale przyzwoity. Zastanawiałam się, chcąc zrozumieć, co przedstawiał obraz wiszący na ścianie, gdy otworzyły się drzwi i weszła do pokoju osoba niosąca świecę, a tuż za nią druga.

Pierwszą była wysoka dama o ciemnych włosach, ciemnych oczach i bladym, szerokim czole. Postać jej częściowo okrywał szal, twarz wyrażała powagę, trzymała się prosto.

— Dziecko takie małe, że też je wysłano samo — zauważyła, stawiając świecę na stole. Przypatrywała mi się uważnie przez dłuższą chwilę, a potem dodała: — Najlepiej byłoby położyć ją prędko do łóżka, wydaje się zmęczona. Czy jesteś zmęczona? — zapytała, kładąc mi rękę na ramieniu.

— Trochę, proszę pani.

— I głodna także zapewne. Niech jej pani każe dać co do zjedzenia, zanim się położy, panno Miller. Czy po raz pierwszy opuściłaś rodziców, jadąc do szkoły, moje dziecko?

Odpowiedziałam jej, że nie mam rodziców. Zapytała, od jak dawna nie żyją, a potem ile mam lat, jak się nazywam, czy umiem czytać, pisać i szyć trochę. W końcu, łagodnie pogłaskawszy mnie po twarzy, powiedziała, że „spodziewa się, że będę dobrym dzieckiem”, i pożegnała mnie i pannę Miller.

Pani, którą pożegnałam, mogła mieć jakie dwadzieścia dziewięć lat. Ta, która ze mną poszła, wydawała się o kilka lat młodsza. Pierwsza wywarła na mnie silne wrażenie głosem, wyglądem i obejściem. Panna Miller miała powierzchowność pospolitszą, czerwonawą cerę i zatroskany wyraz twarzy. Śpieszyła się, gdy chodziła czy cokolwiek robiła, jak ktoś, kto ma zawsze mnóstwo spraw do załatwienia. Sprawiała wrażenie niższej nauczycielki i nią też, jak się później dowiedziałam, była. Prowadzona przez nią, przechodziłam z oddziału do oddziału, z korytarza do korytarza wielkiego i nieregularnego budynku, aż wydostawszy się z całkowitej i dość przykrej ciszy, panującej w przebytej przez nas części domu, usłyszałyśmy brzęczenie wielu głosów i weszłyśmy do obszernego, długiego pokoju. Po dwa wielkie sosnowe stoły stały w każdym jego końcu, po dwie świece paliły się na każdym stole, a na ławkach dokoła nich siedziała cała gromada dziewcząt w różnym wieku — od dziewięciu lub dziesięciu do dwudziestu lat. Widziane przy ciemnym świetle lichych świeczek, wydawały mi się niezliczone, chociaż w rzeczywistości nie było ich więcej niż osiemdziesiąt, i były wszystkie jednakowo ubrane w brązowe, wełniane suknie dziwnego fasonu i długie, płócienne fartuchy. Była to godzina nauki, wkuwały jutrzejsze zadania, a brzęczenie, które słyszałam, był to łączny rezultat ich szeptanego powtarzania.

Panna Miller dała mi znak, że mam usiąść na ławce przy drzwiach, po czym, poszedłszy na front długiego pokoju, zawołała głośno:

— Dyżurne, zebrać i odłożyć książki!

Cztery wysokie dziewczynki podniosły się od stołów, zebrały książki i odłożyły je. Panna Miller znowu wygłosiła słowa komendy:

— Dyżurne, przynieście tace z kolacją!

Wysokie dziewczynki wyszły i wróciły zaraz, niosąc każda tacę z ustawionymi na nich porcjami czegoś (nie mogłam na razie rozpoznać, co to jest), dzbankiem i garnuszkiem. Porcje rozdawały dokoła. Kto chciał, brał łyk wody, garnuszek był wspólny dla wszystkich. Gdy kolej przyszła na mnie, napiłam się, bo miałam pragnienie, ale nie tknęłam jedzenia — podniecenie i zmęczenie podróżą zagłuszyły mi apetyt. Teraz jednak zobaczyłam, że było to jakieś cienkie, owsiane ciasto, podzielone na kawałki.

Po skończonej wieczerzy panna Miller odczytała modlitwy i klasy wyszły rzędem, parami, na górę. Wyczerpana zmęczeniem, zaledwie zauważyłam, jak wygląda sypialnia. Spostrzegłam tylko, że podobnie jak pokój szkolny była bardzo długa. Tej nocy miałam dzielić łóżko z panną Miller, ona mi pomogła się rozebrać. Leżąc już, popatrzyłam na długie rzędy łóżek, w których szybko układały się dziewczęta, w każdym po dwie. W dziesięć minut zgaszono jedyną świecę, a ja wśród milczenia i zupełnej ciemności zasnęłam.

Noc minęła szybko, zanadto byłam zmęczona, ażeby śnić. Raz się tylko obudziłam, słysząc, jak wiatr szaleje wściekłymi podmuchami i deszcz leje strumieniami. Poczułam też, że panna Miller zajęła miejsce przy mnie. Gdy znów otworzyłam oczy, dzwonił głośny dzwonek. Dziewczęta powstawały i ubierały się, dzień jeszcze nie świtał. Jedna czy dwie świeczki paliły się w pokoju. I ja niechętnie wstałam, gdyż było okropnie zimno. Trzęsąc się cała, ubrałam się, jak mogłam, i umyłam, gdy się doczekałam wolnej miednicy (co nastąpiło nieprędko, gdyż jedna miednica wypadała na sześć dziewcząt). Znowu odezwał się dzwonek i wszystkie ustawiły się rzędem, parami i w tym porządku zeszły ze schodów do zimnego, słabo oświetlonego szkolnego pokoju. Tutaj panna Miller odczytała modlitwy, po czym zawołała:

— Uformować klasy!

Wielki gwar zapanował na kilka minut. Panna Miller kilkakrotnie wołała: „Cicho!”, „Do porządku!”. Gdy się uciszyło, zobaczyłam, że dziewczynki usiadły w półkola przy czterech stołach. Wszystkie trzymały w ręku książki, a wielka księga, podobna do Biblii, leżała na każdym stole przed pustym krzesłem. Nastąpiło teraz kilka sekund pauzy, wypełnionej szmerem półgłośnych szeptów dziewcząt. Panna Miller przechodziła od klasy do klasy i uciszała te nieokreślone odgłosy.

Z daleka odezwał się dzwonek. Natychmiast weszły trzy nauczycielki, z których każda zajęła miejsce przy stole, czwarte krzesło zajęła panna Miller. Stało ono najbliżej drzwi i dokoła niego zgromadziły się najmniejsze dzieci; mnie zaliczono także do tego najniższego oddziału i umieszczono na końcu.

Zaczęła się teraz praca. Powtarzano kolektę48 dnia, następnie przepowiadano pewne teksty Pisma Świętego, po czym nastąpiło dłuższe odczytywanie rozdziałów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy zajęcie to ukończono, już i dzień pełny nastał. Niezmordowany dzwonek odezwał się po raz czwarty, dziewczęta ustawiły się klasami i pomaszerowały do innego pokoju na śniadanie. Jakże mnie ucieszyła nadzieja, że dostanę coś do zjedzenia! Słabo mi się robiło z głodu, tak mało przecież jadłam wczoraj!

Refektarz49 był wielki, niski i posępny. Na dwóch długich stołach dymiły miseczki czegoś gorącego, co jednak, ku memu niemiłemu zdziwieniu, wydawało woń dość niezachęcającą. Zauważyłam ogólne objawy niezadowolenia, gdy zapach potrawy uderzył nosy dziewcząt. Od pierwszych par procesji dziewczynek z pierwszej klasy pobiegły szeptem słowa:

— Obrzydliwość! Kasza znowu przypalona!

— Cicho! — wykrzyknął jakiś głos. Nie głos panny Miller, lecz jednej z wyższych nauczycielek, małej, ciemnej osoby, elegancko ubranej, ale nieco surowego wyglądu, która zajęła miejsce na końcu stołu, podczas gdy na drugim prezydowała pełniejsza i przystojniejsza osoba. Na próżno rozglądałam się za tą, którą wczoraj wieczorem zobaczyłam jako pierwszą. Panna Miller siedziała na końcu drugiego stołu, przy którym i ja się znajdowałam, a naprzeciw niej dziwna, cudzoziemsko wyglądająca starsza dama — nauczycielka Francuzka, jak się później dowiedziałam. Zmówiono długą modlitwę i prześpiewano hymn, następnie służąca przyniosła herbatę dla nauczycielek i zaczęło się śniadanie.

Zgłodniała i już w tej chwili bardzo osłabiona, pochłonęłam łyżkę czy dwie swej porcji, nie zastanawiając się nad smakiem. Jednak po zaspokojeniu pierwszego głodu spostrzegłam, że dostałam jakąś wstrętną potrawę. Przypalona kasza owsiana nie lepsza jest prawie od zgniłych kartofli, nawet głód przed nią się cofa. Łyżki poruszały się powoli: widziałam, że każda dziewczynka próbuje pożywienia i stara się je przełknąć, ale większość dawała za wygraną. Skończyło się śniadanie, a nikt nie pośniadał50. Po odmówieniu dziękczynnej modlitwy za to, czego nie dostałyśmy, i po odśpiewaniu drugiego hymnu opuściłyśmy refektarz i przeszłyśmy do pokoju szkolnego. Przechodząc prawie na końcu orszaku koło stołów, zobaczyłam, że jedna z nauczycielek wzięła miseczkę z kaszą i spróbowała jej. Popatrzyła na pozostałe — wszystkie miały twarze niezadowolone, a ta tęga szepnęła:

— Wstrętne jadło! To wstyd doprawdy!

Minął kwadrans, zanim znów lekcje się rozpoczęły, a w tym czasie zapanowała w pokoju szkolnym niesłychana wrzawa. Wolno było teraz głośno i swobodnie rozmawiać, toteż dziewczęta korzystały z tego przywileju. Cała dyskusja toczyła się dokoła śniadania, na które wszystkie bez wyjątku wymyślały, co się zowie. Biedaczki! Było to ich jedyną pociechą. Panna Miller była jedyną nauczycielką obecną w pokoju. Kilka starszych dziewcząt, otaczających ją, rozprawiało z poważnymi i chmurnymi minami. Słyszałam kilka razy powtórzone nazwisko pana Brocklehursta, na to panna Miller potrząsała głową z naganą, ale nie zadawała sobie wiele trudu, by powstrzymywać ogólne oburzenie — najprawdopodobniej sama je podzielała.

Zegar w pokoju szkolnym wybił dziewiątą. Panna Miller opuściła swoje kółko i, stanąwszy w środku pokoju, zawołała:

— Cicho! Na miejsca!

Rygor zrobił swoje: w pięć minut zmieszana gromadka rozdzieliła się w porządku i zapanowała względna cisza. Wyższe nauczycielki wróciły teraz punktualnie na swoje miejsca, wszyscy jednakże zdawali się czekać. Rzędami w ławkach w czterech rogach pokoju siedziało osiemdziesiąt dziewcząt — prosto i bez ruchu. Dziwnym się wydawały zbiorowiskiem, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widomego loczka, w brązowych, wysoko zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi kieszonkami (kształtem podobnymi do góralskich sakiewek), przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do robótki. Wszystkie też nosiły wełniane pończochy i na wsi fabrykowane trzewiki, zapięte na mosiężne klamerki. Ze dwadzieścia z nich, w ten sposób ubranych, były to dziewczęta dorosłe. Nieładnie im w tym było i nawet najpiękniejszym nadawało to wygląd dziwaczny.

Wciąż jeszcze przyglądałam się im, w przerwach także obserwowałam nauczycielki, z których żadna mi się zbytnio nie podobała. Ta tęga bowiem wyglądała nieco ordynarnie, ta ciemna — ostro i surowo, cudzoziemka — szorstko i dziwacznie, a panna Miller, biedaczka! Czerwona, z wypiekami, miała wygląd przepracowanej. Jeszcze na nie patrzyłam, przesuwając wzrok od jednej twarzy do drugiej, gdy cała szkoła, jak gdyby poruszona sprężyną, podniosła się równocześnie.

Co się stało? Nie słyszałam, by jakiś rozkaz wydano, byłam zdziwiona. Zanim się opamiętałam, klasy zasiadły z powrotem, ale ponieważ teraz wszystkie oczy zwróciły się w jeden punkt, więc moje poszły w tym kierunku i napotkały osobę, która mnie przyjmowała wieczorem. Stała na końcu długiego pokoju przed kominkiem, w obu bowiem końcach pokoju palił się ogień, i przeglądała obydwa rzędy dziewcząt milcząco i poważnie. Panna Miller przybliżyła się do niej, zapytała o coś, a dostawszy odpowiedź, wróciła na swoje miejsce i powiedziała:

— Dyżurna pierwszej klasy niech przyniesie globusy!

Podczas gdy ten rozkaz wykonywano, pani przeszła powoli przez pokój. Przypuszczam, że muszę mieć dosyć silny zmysł uwielbienia, gdyż dziś jeszcze odczuwam to wrażenie podziwu i czci, z jaką oczy moje biegły za jej krokami. Widziana teraz w jasnym świetle dnia wydała mi się wysoka, ładna i kształtna. Piwne oczy, pełne dobrotliwego wyrazu i blasku, przy długich rzęsach i pięknie zarysowanych brwiach, podnosiły białość jej szerokiego czoła. Włosy, bardzo ciemne, zwijały się na skroniach w okrągłe, krótkie pukle, według ówczesnej mody, kiedy to nie noszono ani gładkich niobów ani długich loków. Suknię miała na sobie także wedle panującej mody — z pąsowego sukna, przystrojoną czarnym aksamitem. Złoty zegarek (zegarki nie były wtedy w tak powszechnym użyciu jak teraz) błyszczał u jej paska. Niech czytelnik doda, dla uzupełnienia obrazu, delikatne rysy, cerę jasną, chociaż bladą, pełną godności postać i ruchy, a będzie miał o tyle dokładne, o ile słowa oddać je mogą, pojęcie o powierzchowności panny Temple, Marii Temple, jak kiedyś później wyczytałam na jej książce do nabożeństwa, którą oddała mi do niesienia, idąc do kościoła.

Przełożona szkoły w Lowood (gdyż nią była ta pani), zasiadłszy przed parą globusów, wezwała pierwszą klasę ku sobie i zaczęła z nią lekcję geografii. Niższymi klasami zajęły się inne nauczycielki. Przez godzinę powtarzano historię, gramatykę itd., następnie przyszło pisanie i arytmetyka, a niektórym starszym dziewczętom udzielała panna Temple lekcji muzyki. Zegar odmierzał czas trwania każdej lekcji, nareszcie wybiła dwunasta. Przełożona wstała.

— Mam słowo do powiedzenia uczennicom — rzekła.

Rozpoczynał się już hałas po skończonej lekcji, ale umilkł, uciszony jej głosem. Mówiła dalej:

— Dostałyście dzisiaj śniadanie, którego nie mogłyście jeść, musicie być głodne. Zarządziłam, żeby drugie śniadanie, chleb z serem, zostało podane dla wszystkich.

Nauczycielki popatrzyły na nią zdziwione.

— Kazałam to zrobić na moją odpowiedzialność — zwróciła się do nich z wyjaśnieniem, po czym natychmiast wyszła z pokoju.

Zaraz też wniesiono i rozdzielono chleb z serem ku pokrzepieniu i wielkiej radości całej szkoły. Teraz padło słowo komendy: „Do ogrodu!”. Dziewczęta włożyły ordynarne, słomiane kapelusze wiązane na szarfy z kolorowego perkalu i płaszcze z szarej syberyny51. Mnie ubrano podobnie i w ślad za innymi wyszłam na świeże powietrze.

Ogród stanowiła obszerna przestrzeń zamknięta tak wysokim murem, że wykluczał wszelką możność wyjrzenia dalej. Wzdłuż jednego jego boku ciągnęła się kryta weranda, a szerokie ścieżki otaczały przestrzeń środkową, rozdzieloną na cały szereg małych grządek. Te grządki wyznaczone były dla uczennic jako ogródki do uprawiania i każda grządka miała swoją właścicielkę. Latem, pełne kwiatów, musiały one niewątpliwie ładnie wyglądać, ale teraz, w drugiej połowie stycznia, wszystko było po zimowemu puste i sczerniałe. Drżałam, stojąc i rozglądając się dokoła. Przykry to był dzień, niezachęcający do ruchu na świeżym powietrzu. Nie był dżdżysty, lecz przyćmiony żółtą mgłą, ziemia pod stopami nasiąkła wilgocią po wczorajszej ulewie. Silniejsze dziewczęta biegały i prowadziły jakieś gry ruchowe, ale niektóre, blade i szczupłe, skupiały się w gromadki, szukając osłony i ciepła na werandzie. Wśród tych, w miarę jak gęsta mgła przenikała drżące ich postacie, słyszałam częsty odgłos głuchego kaszlu.

Dotychczas jeszcze nie przemówiłam do nikogo i nikt też nie zdawał się zwracać na mnie uwagi. Stałam sobie samotna na boku — do tego uczucia osamotnienia byłam przyzwyczajona, nie dokuczało mi ono wielce. Oparta o filar werandy, otulając się jak najszczelniej w fałdy płaszcza i starając się zapomnieć o zimnie i o głodzie, zajęłam się przyglądaniem i rozmyślaniami. Moje rozmyślania zbyt były nieokreślone i niepowiązane, żeby je warto wspominać. Zaledwie wiedziałam, gdzie się znajduję. Gateshead i ubiegłe moje życie gdzieś odbiegły w dal, teraźniejszość była niejasna i jakaś obca, a o przyszłości nie umiałam snuć domysłów. Rozglądałam się po tym jakby klasztornym ogrodzie, a potem spojrzałam na dom, obszerny budynek, którego jedna połowa wydawała się szara i stara, druga zaś zupełnie nowa. Nowa część, obejmująca pokój szkolny i sypialnie, miała krzyżowe i zakratowane okna, co nadawało jej wygląd kościelny. Kamienna tablica nad drzwiami nosiła napis:

„Zakład Lowood. Ta część została przebudowana A. D.52... przez Naomi Brocklehurst z Brocklehurst Hall w tym hrabstwie. «Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie». Mt 5, 1653”.

Odczytywałam raz i drugi te słowa. Czułam, że potrzebują jakiegoś wyjaśnienia, gdyż nie potrafiłam znaczenia ich w pełni zrozumieć. Gdy tak nad tym rozmyślałam, odgłos czyjegoś kaszlu tuż za mną sprawił, że odwróciłam głowę. W pobliżu, na kamiennej ławce siedziała młoda dziewczyna, pochylona nad książką, którą czytała z zainteresowaniem. Z miejsca, gdzie stałam, mogłam zobaczyć tytuł: Rasselas54. Imię to wydało mi się dziwne, więc tym bardziej pociągające. Dziewczyna, przewracając kartę, podniosła oczy, ja zaś zagadnęłam ją w tej chwili:

— Czy to zajmująca książka? — Już świtał we mnie zamiar poproszenia, by mi ją kiedyś pożyczyła.

— Mnie się podoba — odpowiedziała po chwili, przyjrzawszy mi się uważnie.

— O czym tam jest mowa? — zapytałam znowu. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta śmiałość wszczynania rozmowy z kimś obcym, taki krok przeciwny był naturze mojej i przyzwyczajeniom. Myślę, że jej zajęcie dotknęło jakiejś struny sympatycznej we mnie, gdyż i ja lubiłam czytać, choć tylko rzeczy lekkie i dziecinne, nie mogłam strawić ani zrozumieć lektury poważnej.

— Możesz ją obejrzeć — odpowiedziała dziewczynka, podając mi książkę.

Przejrzałam książkę. Krótki ten przegląd wystarczył, by mnie przekonać, że zawartość jej mniej była porywająca niż tytuł. Rasselas, jak na mój gust dziecinny, wydał mi się nudny. Nic tam nie znalazłam o wróżkach, nic o czarodziejach, gęsto zadrukowane stronice nie rozsiewały wcale barwnej rozmaitości. Oddałam jej książkę, odebrała ją spokojnie i nic nie mówiąc, pogrążyła się jak poprzednio w uważnej lekturze. Po raz wtóry odważyłam się jej przeszkodzić.

— Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy napis na tym kamieniu nad drzwiami? Co to jest Zakład Lowood?

— Ten dom, do którego przybyłaś, by w nim zamieszkać.

— A dlaczego nazywają go Zakładem? Czy różni się on pod jakimś względem od innych szkół?

— Jest to częściowo szkoła dobroczynności. Ty i ja, my wszystkie jesteśmy dziećmi na utrzymaniu dobroczynności. Przypuszczam, że jesteś sierotą. Czy nie straciłaś ojca albo matki?

— Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamiętam.

— Otóż wszystkie dziewczęta tutaj straciły jedno albo oboje rodziców, a ten dom nazywany jest zakładem wychowawczym sierot.

— Więc my tutaj nic nie płacimy? Czy oni nas utrzymują za darmo?

— Płacimy albo krewni nasi płacą rocznie piętnaście funtów za każdą.

— A więc dlaczego nazywają nas dziećmi na utrzymaniu dobroczynności?

— Ponieważ piętnaście funtów nie wystarcza na utrzymanie i na naukę, a czego brakuje, dopełnia się ze składek.

— A kto się składa?

— Składają się rozmaici dobroczynni panowie i panie tu w okolicy i w Londynie.

— Kto to był Naomi Brocklehurst?

— Ta pani, która zbudowała nową część tego domu, jak o tym napisano na tablicy, i której syn dozoruje i rządzi wszystkim tutaj.

— Dlaczego?

— Ponieważ jest skarbnikiem i dyrektorem zakładu.

— Ach, więc ten dom nie należy do tej wysokiej pani, która nosi zegarek i która powiedziała, że mamy dostać chleba z serem?

— Do panny Temple? O, nie! Dobrze by było! Ona odpowiada przed panem Brocklehurstem za wszystko, co robi. Pan Brocklehurst kupuje wszelkie nasze pożywienie i ubrania dla nas.

— Czy on tutaj mieszka?

— Nie, dwie mile stąd, w dużym dworze.

— Czy to dobry człowiek?

— Jest duchownym i mówią, że robi wiele dobrego.

— Czy powiedziałaś, że ta wysoka pani nazywa się panna Temple?

— Tak jest.

— A tamte inne nauczycielki jak się nazywają?

— Ta, która ma rumiane policzki, nazywa się panna Smith, ona uczy robótek i przykrawa materiały, gdyż my same szyjemy sobie ubrania, płaszcze i wszystko. Ta mała z czarnymi włosami to panna Scatcherd, ona uczy historii i gramatyki i słucha lekcji drugiej klasy. A ta, która chodzi w szalu i chustkę do nosa przywiązuje do paska żółtą wstążką, to madame55 Pierrot, pochodzi z Lille56 we Francji i uczy francuskiego.

— Czy ty lubisz nauczycielki?

— Dosyć.

— A tę małą czarną i madame...? Nie umiem wymówić jej nazwiska tak jak ty.

— Panna Scatcherd jest prędka... Uważaj, żebyś jej się nie naraziła. Madame Pierrot to całkiem niezła osoba.

— Ale panna Temple jest najlepsza — nieprawdaż?

— Panna Temple jest bardzo dobra i bardzo mądra, ona przewyższa tamte, gdyż umie o wiele więcej niż one.

— Czy dawno jesteś tutaj?

— Od dwóch lat.

— Czy jesteś sierotą?

— Matka moja nie żyje.

— Czy czujesz się tutaj szczęśliwa?

— Trochę za wiele się pytasz. Dałam ci już dosyć odpowiedzi, teraz chciałabym poczytać.

W tejże chwili jednak odezwał się dzwonek, wzywający nas na obiad. Wróciłyśmy do domu.

Zapach, unoszący się teraz w refektarzu, nie o wiele był bardziej ponętny od tego, który uraczył nasze nosy przy śniadaniu. Podano obiad w dwóch dużych, blaszanych naczyniach, z których unosiła się para, woniejąca zjełczałym tłuszczem. Potrawa składała się z pozbawionych jakiegokolwiek smaku kartofli i dziwnych obrzynków nie pierwszej świeżości mięsa, wszystko było wymieszane i gotowane razem. Każdej uczennicy wydzielono po dość pełnym talerzu tej papki. Jadłam, ile mogłam zjeść, zadając sobie pytanie, czy też jedzenie codziennie będzie takie.

Po obiedzie przeszłyśmy natychmiast do pokoju szkolnego, lekcje rozpoczynały się znowu i trwały do godziny piątej.

Po południu zobaczyłam — i to był jedyny ważniejszy wypadek — jak dziewczynkę, z którą rozmawiałam na werandzie, panna Scatcherd odprawiła za karę z lekcji historii i kazała jej stanąć na środku wielkiego pokoju. Kara ta wydała mi się wielce zawstydzającą, zwłaszcza dla tak dużej dziewczynki, wyglądała ona na trzynaście lat co najmniej. Myślałam, że okaże, jak ją to martwi albo zawstydza, ale ku mojemu zdziwieniu ani nie płakała, ani się nie zarumieniła: spokojna, chociaż poważna, stała na oczach wszystkich. „Jak ona może tak spokojnie, tak mężnie to znosić? — zadawałam sobie pytanie. — Gdyby mnie to miało spotkać, życzyłabym sobie, żeby się ziemia pode mną rozstąpiła. Ona zaś jakby myślała o czymś, co dalekie jest od jej kary, od tego, co się z nią dzieje, o czymś, co nie jest ani dokoła niej, ani przed nią. Słyszałam o śniących na jawie, może ona teraz śni na jawie? Oczy jej patrzą w ziemię, ale ja jestem pewna, że ziemi nie widzą, wzrok jej wydaje się skierowany do wewnątrz, gdzieś do głębi serca. Patrzy, zdaje mi się, w to, co pamięta, a nie w to, co jest rzeczywiście obecne. Ciekawa jestem, co to za dziewczyna, czy dobra czy nie?”.

Wkrótce po piątej dostałyśmy jeszcze jeden posiłek, składający się z małego garnuszka kawy i pół kromki ciemnego chleba. Połknęłam chleb i wypiłam kawę ze smakiem i z przyjemnością, ale byłabym rada, gdyby mi dano drugie tyle — byłam wciąż głodna. Miałyśmy potem pół godziny rekreacji57, a po niej znów naukę. Następnie przyszła pora na szklankę wody i kawałek owsianego ciasta, modlitwy i spoczynek. Taki był mój pierwszy dzień w Lowood.

Rozdział VI

Następny dzień rozpoczął się, jak poprzedni, wstawaniem i ubieraniem przy świeczce, ale tego ranka musiałyśmy zrezygnować z ceremonii mycia się, bo woda w dzbankach była zamarznięta. Poprzedniego wieczora nastąpiła zmiana, ostry północno-wschodni wiatr wiał tak przez całą noc szparami okien naszej sypialni, że trzęsłyśmy się z zimna w łóżkach, a woda w dzbankach pozamarzała.

Zanim upłynęło długie półtorej godziny modlitw i czytania Biblii, myślałam, że umrę z zimna. Nadeszła wreszcie pora śniadania. Tym razem kasza nie była spalona, można było ją jeść, tylko ilość jej była mała. Jak niewielka wydała mi się moja porcja! Wzdychałam, by mogła być podwójna.

Tego dnia zostałam przyjęta do czwartej klasy i miałam wyznaczone regularne zadania i zajęcia. Dotychczas byłam tylko widzem tego, co się działo w Lowood, teraz miałam wziąć w tym czynny udział. Z początku mało przyzwyczajonej do uczenia się na pamięć lekcje wydawały się i długie i trudne. Oszałamiały mnie częste zmiany i przechodzenie od jednego zadania do drugiego. Toteż byłam rada, gdy około godziny trzeciej po południu panna Smith dała mi do rąk kawał muślinu wraz z igłą, naparstkiem itd., kazała usiąść w spokojnym kąciku szkolnego pokoju i zrobić na tym obrębek. O tej godzinie większość dziewczynek również szyła, jednakże jedna klasa stała jeszcze dokoła krzesła panny Scatcherd, czytając, a że było cicho, mogłam słyszeć, jak się ich lekcja odbywała, jak każda dziewczynka odpowiadała i jakie uwagi albo pochwały dostawały im się od nauczycielki. Była to historia Anglii. Wśród czytających zauważyłam moją znajomą z werandy. Na początku lekcji jej miejsce było na czele klasy, ale za jakiś błąd w wymowie czy nieuwagę w interpunkcji została nagle usunięta na sam koniec. Nawet tam panna Scatcherd nie przestawała mieć jej wciąż na oku, co chwila robiła jej tego rodzaju uwagi:

— Burns — (tak się nazywała, dziewczęta tutaj wołano po nazwiskach tak jak chłopców w szkole) — Burns, wykrzywiasz trzewik stojąc. Ustaw nogę prosto, natychmiast. Burns, czemu ty tak szkaradnie wysuwasz brodę. Cofnij ją. Burns, wymagam, żebyś stała z podniesioną głową, nie mogę patrzeć na ciebie, kiedy się tak trzymasz... itp., itp.

Po dwukrotnym odczytaniu rozdziału zamykano książki i nauczycielka egzaminowała uczennice. Lekcja była poświęcona panowaniu Karola I58; większość na rozmaite pytania — dotyczące tonażu, wagi czy opłat okrętowych — nie umiała odpowiedzieć. Każdą jednakże trudność rozwiązywała natychmiast Burns. Pamięć jej widocznie objęła istotę całej lekcji i na każdy punkt gotowa była dać odpowiedź. Spodziewałam się, że za tyle uwagi panna Scatcherd pochwali ją, lecz zamiast tego nagle wykrzyknęła:

— Ty brudna, nieznośna dziewczyno! Nie wyczyściłaś paznokci dziś rano!

Burns nie odpowiedziała. Dziwiłam się jej milczeniu.

„Dlaczego nie wytłumaczy — pomyślałam — że ani paznokci wyczyścić, ani twarzy umyć nie mogła, ponieważ woda była zamarznięta”.

Uwagę moją oderwała teraz panna Smith, dając mi do potrzymania pasmo nici. Podczas gdy je nawijała, mówiła do mnie od czasu do czasu, pytając, czy już byłam kiedyś w szkole, czy umiem znaczyć, haftować, robić na drutach itd. Dopóki mnie nie zwolniła, nie mogłam uważać na to, co robi panna Scatcherd. Gdy wracałam na swoje miejsce, ta właśnie wydawała rozkaz, którego znaczenia nie zrozumiałam, lecz zobaczyłam, że Burns natychmiast wyszła z klasy, poszła do małego wewnętrznego pokoiku, gdzie się chowało książki, i wróciła za chwilę, niosąc wiązkę gałązek związanych z jednego końca. To groźne narzędzie oddała pannie Scatcherd z pełnym szacunku ukłonem. Następnie spokojnie, nie czekając na rozkaz, odpięła fartuch, a nauczycielka natychmiast ostro wymierzyła jej po karku dwanaście uderzeń tą wiązką gałązek. Ani jedna łza nie zabłysła w oczach Burns, kiedy ja przerwałam szycie, gdyż na ten widok palce zadrżały mi z próżnego, bezsilnego gniewu, ani jeden rys jej zamyślonej twarzy nie zmienił zwykłego wyrazu.

— Uparta dziewczyno! — zawołała panna Scatcherd — niczym nie mogę wykorzenić z ciebie nieporządnych przyzwyczajeń. Odnieś rózgę.

Burns usłuchała. Przyjrzałam się jej uważnie, gdy wracała. Wkładała właśnie do kieszeni chustkę do nosa, a na jej chudym policzku błyszczał ślad łzy.

Godzinę rekreacji uważałam za najmilszą część dnia w Lowood, ten kawałek chleba i ten łyk kawy pokrzepiał, chociaż nie sycił. Długi przymus dnia ulegał nieco zluzowaniu, w pokoju szkolnym cieplej było niż rano, gdyż pozwalano, ażeby się ognie paliły nieco jaśniej, poniekąd w zastępstwie świec, których jeszcze nie zapalono. Ten czerwony blask, tolerowany hałas, to zamieszanie rozmaitych głosów rozniecały upragnione wrażenie wolności.

Wieczorem tego dnia, kiedy widziałam, jak panna Scatcherd wymierzała chłostę Burns, chodziłam jak zwykle pomiędzy ławkami, stołami i śmiejącymi się gromadkami bez towarzyszki, ale nie czułam się osamotniona. Przechodząc koło okien, raz po raz uchylałam okiennice i wyglądałam na dwór. Śnieg padał gęsty, na niższych szybach już formował warstwę. Przykładając ucho blisko do szyby, mogłam dosłyszeć, poza wesołym rozgwarem wewnątrz pokoju, żałosny jęk wiatru z zewnątrz.

Gdybym była niedawno opuściła miły dom i dobrych rodziców, o tej godzinie byłabym prawdopodobnie najżywiej odczuwała żal rozstania. Wtedy ten wiatr byłby mi zasmucił serce, ten chaos w ciemności zamąciłby mi spokój! W moim położeniu wszystko to podniecało mnie tylko dziwnie i zuchwała, rozgorączkowana, pragnęłam, ażeby wiatr wył wścieklej, ażeby zmrok zamienił się w ciemność zupełną, a gwarny zamęt w głośną wrzawę.

Przeskakując ławki, przechodząc pod stołami, dotarłam do jednego z kominków. Tam zastałam koleżankę Burns, klęczącą przed wysoką, drucianą kratą. Milcząca, oderwana od wszystkiego, co się naokół działo, pochłonięta była książką, którą czytała przy niezbyt jasnym świetle węgli.

— Czy nadal Rasselas? — zapytałam, zachodząc ją z tyłu.

— Tak — odpowiedziała. — Właśnie go kończę.

I po pięciu minutach zamknęła książkę. Byłam z tego rada. „Teraz — pomyślałam — może wyciągnę ją na rozmowę”. Usiadłam przy niej na ziemi.

— Jak ci na imię? — zapytałam.

— Helen.

— Czy pochodzisz z daleka?

— Pochodzę z miejscowości położonej dalej na północ, tuż nad granicą Szkocji59.

— Czy wrócisz tam kiedyś?

— Mam nadzieję, ale nikt nie może być pewny przyszłości.

— Musisz pragnąć opuścić Lowood.

— Nie! Dlaczego miałabym tego pragnąć? Przysłano mnie do Lowood, ażebym zdobyła wykształcenie, i na nic by się zdało wracać, dopóki nie osiągnęłabym tego celu.

— Ale ta nauczycielka, panna Scatcherd, jest taka okrutna dla ciebie!

— Okrutna? Bynajmniej! Jest surowa, nie znosi moich wad.

— Ja, gdybym była na twoim miejscu, ja bym jej nie znosiła. Opierałabym się jej. Gdyby mnie uderzyła tą rózgą, ja bym jej z ręki wyrwała, połamałabym ją przed jej nosem.

— Prawdopodobnie nie zrobiłabyś nic podobnego. A gdybyś to zrobiła, pan Brocklehurst wypędziłby cię ze szkoły. Byłoby to wielkie zmartwienie dla twoich krewnych. O wiele lepiej jest cierpliwie znosić ból, którego nikt nie odczuwa prócz ciebie, niż popełnić czyn nierozważny, którego złe następstwa rozciągnęłyby się na wszystkich twoich bliskich. Zresztą Biblia nakazuje nam za zło płacić dobrem.

— Ale mnie się wydaje, że to wstyd być bitą albo być zmuszoną stać na środku pokoju, gdzie jest pełno osób. A przy tym tyś taka duża dziewczyna... Ja jestem o wiele młodsza od ciebie, a nie mogłabym tego znieść.

— A jednak miałabyś obowiązek znieść, gdybyś tego nie mogła uniknąć. Tylko słaby i niemądry mówi, że nie może znieść tego, czego los zażąda od niego, by zniósł.

Słuchałam jej zdziwiona. Nie mogłam zrozumieć tej zasady wytrzymałości w cierpieniu, a jeszcze mniej mogłam zrozumieć i podzielać jej wyrozumiałość dla swej dręczycielki. Wciąż czułam, że Helen Burns widzi rzeczy w świetle dla mnie niewidzialnym. Przypuszczałam, że może ona ma słuszność, a nie ja, ale nie chciało mi się głębiej rozważać tej sprawy, odkładałam to na sposobniejszą porę.

— Mówisz, że masz wady, Helen. Jakie wady? Mnie się wydaje, że ty jesteś bardzo dobra.

— Więc naucz się ode mnie nie sądzić po pozorach. Jestem, jak mówi panna Scatcherd, nieporządna, rzadko składam swoje rzeczy, nigdy ich nie utrzymuję w porządku. Jestem niedbała, zapominam reguły i przepisy. Czytam, kiedy powinnam uczyć się lekcji, nie jestem systematyczna, a czasami mówię tak jak ty, że nie mogę poddać się systematycznemu porządkowi. Wszystko to niezmiernie drażni pannę Scatcherd, która jest bardzo porządna, punktualna i dokładna we wszystkim.

— I zła, i okrutna — dodałam, ale Helen Burns nie chciała się na to zgodzić. Milczała.

— Czy panna Temple jest równie surowa wobec ciebie jak panna Scatcherd?

Na wzmiankę o pannie Temple łagodny uśmiech przebiegł po jej poważnej twarzy.

— Panna Temple jest pełna dobroci, sprawia jej przykrość bycie surową wobec kogokolwiek, nawet najgorszych w szkole. Ona widzi moje wady i łagodnie mnie upomina, a jeżeli czymś zasłużę na pochwałę, nie szczędzi mi jej. Najlepszym dowodem, jak zakorzenione są we mnie nieszczęsne moje wady, jest to, że nawet jej upomnienia, tak łagodne i słuszne, nie mogą mnie z nich wyleczyć, a nawet jej pochwały, chociaż tak bardzo je cenię, nie mogą mnie pobudzić do stałej staranności i uwagi.

— To ciekawe — odpowiedziałam. — Przecież tak łatwo być staranną.

— Dla ciebie, niewątpliwie. Przyglądałam ci się w twojej klasie dziś rano, widziałam, jak pilnie uważasz. Widać było, że ci myśli nie uciekały, podczas gdy panna Miller tłumaczyła lekcję i wypytywała cię. Otóż moje myśli stale gdzieś się błąkają. Wtedy, kiedy powinna bym słuchać panny Scatcherd i pilnie zważać na wszystko, co mówi, gubię często sam dźwięk jej głosu, wpadam w jakiś rodzaj snu. Niekiedy zdaje mi się, że znajduję się w Northumberland60 i że odgłosy, które słyszę dokoła, to szmer strumyczka, przepływającego przez Deepden, w pobliżu naszego domu. Wtedy, jeżeli przyjdzie na mnie kolej odpowiadać, muszą mnie budzić, a ponieważ słuchając wymarzonego strumyczka, nie słyszałam, co tam czytano, nie umiem odpowiedzieć.

— Jednakże dobrze odpowiadałaś dziś po południu.

— To był czysty przypadek, zainteresował mnie przedmiot, o którym czytałyśmy. Dziś po południu, zamiast śnić o Deepden, dziwiłam się, jak człowiek, który pragnął działać uczciwie, mógł postępować tak niesprawiedliwie i niemądrze, jak to nieraz czynił Karol Pierwszy. I myślałam, jak to źle się stało, że przy swojej prawości i sumienności nie umiał dalej spojrzeć poza przywileje korony. Gdyby był tylko potrafił patrzyć w odleglejszą przyszłość i zrozumieć, dokąd zmierzał tak zwany „duch czasu”! A jednak ja lubię Karola, szanuję go i żałuję tego biednego ściętego króla! Tak, nieprzyjaciele jego byli gorsi: przelali krew, której nie mieli prawa przelewać! Jak oni śmieli go zabić!

Helen mówiła teraz do samej siebie. Zapomniała, że ja jej dobrze zrozumieć nie mogłam, że nic albo niewiele wiedziałam o tym, o czym rozprawiała. Przywołałam ją do mojego własnego poziomu.

— A gdy cię uczy panna Temple, czy i wtedy myśli twe gdzieś wędrują?

— Nie, chyba bardzo rzadko. Gdyż panna Temple ma zawsze do powiedzenia coś, co jest ciekawsze dla mnie niż moje własne rozważania. Jej sposób mówienia jest dla mnie dziwnie miły, a wiadomości, których udziela, zawierają często to właśnie, czego pragnęłam się dowiedzieć.

— A więc wobec panny Temple nie masz sobie nic do zarzucenia?

— Nie, ale to takie bierne, nie kosztuje mnie to żadnego wysiłku, kieruję się własną skłonnością. W takiej dobroci nie ma zasługi.

— Jest, owszem, i to wielka: jesteś dobra dla tych, którzy są dobrzy dla ciebie. Ja dla siebie więcej nie pragnę. Gdyby ludzie byli zawsze dobrzy i posłuszni względem tych, którzy są okrutni i niesprawiedliwi, źli byliby zawsze górą. Nigdy by się nie bali, nigdy by się nie zmienili i stawaliby się coraz gorsi i gorsi. Gdy nas ktoś uderzy bez powodu, powinniśmy oddać bardzo mocno. Jestem pewna, że powinniśmy, tak mocno, ażeby nauczyć tego, kto nas uderzył, żeby tego nigdy nie powtórzył.

— Zmienisz zdanie, mam nadzieję, gdy będziesz starsza. Tymczasem jesteś jeszcze małą, nie bardzo mądrą dziewczynką.

— Ale ja tak czuję, Helen. Ja nie mogę lubić tych, którzy, choćbym się nie wiem jak starała im dogodzić, nie chcą mnie polubić. Muszę bronić się przed tymi, którzy karzą mnie niesprawiedliwie. To tak samo naturalne, jak to, że kocham tych, którzy mi okazują przywiązanie, lub że poddaję się karze, gdy czuję, że na nią zasłużyłam.

— Poganie i dzikie ludy głoszą te same zasady, ale chrześcijanie i narody cywilizowane wypierają się ich.

— Jakim sposobem? Nie rozumiem.

— To nie gwałt najlepiej zwycięża nienawiść i nie zemsta goi krzywdę najlepiej.

— A cóż innego?

— Czytaj Nowy Testament i zauważ, co Chrystus powiada i jak postępuje. Niech Jego słowa będą ci prawem, a postępowanie Jego przykładem.

— A co Chrystus powiedział?

— „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają61”.

— W takim razie ja powinna bym kochać panią Reed, czego uczynić nie mogę, powinna bym błogosławić jej syna Johna, co jest niepodobieństwem.

Z kolei Helen Burns zapytała mnie o wytłumaczenie, a ja też zaraz zaczęłam jej po swojemu opowiadać dzieje moich cierpień i uraz. Gorzka i bezwzględna w podnieceniu, mówiłam tak, jak czułam — niczego nie tając, niczego nie łagodząc.

Helen wysłuchała mnie cierpliwie do końca. Spodziewałam się, że zrobi potem jakąś uwagę, ale ona milczała.

— Więc powiedz — zapytałam niecierpliwie — czyż pani Reed to nie kobieta twardego serca, zła kobieta?

— Była niedobra względem ciebie, to nie ulega wątpliwości. Ponieważ, widzisz, ona nie znosi twojego charakteru, tak jak panna Scatcherd nie znosi mojego. Ale jak ty dokładnie pamiętasz wszystko, co ona ci zrobiła i co ci powiedziała! Jak dziwnie głęboko jej niesprawiedliwość wyryła się w twoim sercu! Żadne złe traktowanie tak się w mych uczuciach nie upamiętnia. Czy nie lepiej by ci było, gdybyś się starała zapomnieć o jej surowości wraz z tymi gwałtownymi wzruszeniami, które ona obudziła? Życie wydaje mi się zbyt krótkie, by spędzać je na pielęgnowaniu uraz i zapamiętywaniu krzywd. Jesteśmy i musimy być wszyscy obciążeni błędami na tym świecie, ale niebawem przyjdzie czas, kiedy, ufam w to, strząśniemy je z siebie wraz z tymi naszymi znikomymi ciałami. Gdy poniżenie i grzech opadną z nas wraz z tą ciężką powłoką cielesną, a tylko dusza pozostanie.

Głowa Helen, zawsze pochylona, opadła jeszcze niżej, gdy wymawiała te słowa. Widziałam po wyrazie jej twarzy, że nie ma ochoty rozmawiać ze mną dłużej, że woli raczej rozmawiać z własnymi myślami. Niewiele dano jej czasu na rozmyślania — jedna z dyżurnych, wielka, szorstka dziewczyna, zbliżyła się w tej chwili, wołając silnym prowincjonalnym akcentem:

— Helen Burns, jeżeli w tej chwili nie pójdziesz uporządkować swej szuflady i złożyć robótki, powiem pannie Scatcherd, niech przyjdzie i zobaczy!

Helen westchnęła, budząc się z zadumy, i wstawszy bez zwłoki, w milczeniu posłuchała wezwania dyżurnej.

Rozdział VII

Pierwszy kwartał pobytu w Lowood wydał mi się wiekiem — i to bynajmniej nie złotym wiekiem. Musiałam stoczyć przykrą walkę, by się przyzwyczaić do nowych reguł i zadań. Obawa, że pod tym względem może mi się coś nie udać, więcej mnie dręczyła niż fizyczne trudy i dokuczliwości, chociaż i te były niemałe.

Przez styczeń, luty i część marca głębokie śniegi, a gdy te stopniały, nieprzebyte prawie drogi nie pozwalały nam wysunąć się poza mury ogrodu, z wyjątkiem tylko, gdy musiałyśmy pójść do kościoła. Jednak w obrębie tych murów musiałyśmy codziennie spędzać godzinę na świeżym powietrzu. Nasze ubrania niedostatecznie chroniły od ostrego zimna. Nie miałyśmy wysokich bucików, śnieg wchodził w niskie trzewiki, topniejąc w nich. Ręce bez rękawiczek grabiały i odmrażały się, tak jak i nogi. Dobrze pamiętam okropne swędzenie, którego doświadczałam co wieczora, gdy się nogi zaogniły, i mękę wkładania napuchłych, bolących i sztywnych palców w trzewiki co rano. A poza tym ta niewystarczająca ilość pożywienia była sprawą bardzo ciężką. Przy dobrych apetytach dzieci rosnących dostawałyśmy zaledwie tyle, ile mogłoby utrzymać przy życiu delikatnego chorego. Z tej szczupłości pożywienia wynikło nadużycie, które zwłaszcza młodszym uczennicom ciężko dawało się we znaki: gdy tylko wygłodzone duże dziewczęta znalazły sposobność, prośbą lub groźbą wyłudzały od małych ich porcje. Wiele razy musiałam podzielić z dwiema starszymi drogocenny kawałek ciemnego chleba, dawany nam na podwieczorek, a dopijając odrobinę pozostawionej mi w garnuszku kawy, ocierać skrycie łzy, które mi głód wyciskał!

Niedziele w zimie były straszne. Musiałyśmy iść dwie mile do kościoła w Brocklebridge, gdzie nasz patron odprawiał nabożeństwo. Wychodziłyśmy zziębnięte, przychodziłyśmy do kościoła jeszcze bardziej zziębnięte. Podczas rannego nabożeństwa drętwiałyśmy po prostu z zimna. Za daleko było, by wracać na obiad, wydzielano nam tedy, między rannym a poobiednim nabożeństwem, jak zwykle głodowo wymierzone porcyjki chleba z mięsem.

Po skończonym poobiednim nabożeństwie wracałyśmy odsłoniętą, pagórkowatą drogą. Ostry wiatr zimowy, ciągnący od śnieżnych szczytów północy, nieomal zdzierał nam z skórę twarzy.

Przypominam sobie pannę Temple, idącą lekko i szybko wzdłuż naszych chwiejących się szeregów, w pledowym płaszczu, którym trzepotał mroźny wiatr. Ściągała go ciasno dokoła siebie i szła, dodając nam odwagi, słowem i przykładem zachęcając, byśmy nie upadły na duchu i maszerowały naprzód, jak mówiła: „jak dzielni żołnierze”. Pozostałe nauczycielki, biedaczki, same zwykle bywały tak strapione, że nie próbowały nawet pocieszać innych.

Jakże wracając tęskniłyśmy do światła i ciepła buchającego w kominku ognia. Ale dla małych dziewczynek i to bywało niedostępne, każdy kominek w pokoju szkolnym otaczał natychmiast podwójny rząd dużych dziewczyn, a za nimi przysiadały na ziemi gromadkami małe, otulając fartuchami zziębnięte ramiona.

Małą pociechę miałyśmy na podwieczorek, dawano nam podwójną porcję chleba, całą zamiast połowy kromki, z wybornym dodatkiem cieniutkiej warstwy masła. Była to uczta, na którą cieszyłyśmy się naprzód od niedzieli do niedzieli. Mnie zazwyczaj udawało się zatrzymać dla siebie połowę tego przysmaku, ale resztę musiałam zawsze odstępować.

Wieczór niedzielny schodził na powtarzaniu z pamięci katechizmu, piątego, szóstego i siódmego rozdziału św. Mateusza62 oraz na słuchaniu długiego kazania, czytanego przez pannę Miller, której niepohamowane ziewanie świadczyło, jak jest zmęczona. Często dywersję w tym nabożeństwie robiły małe dziewczynki, które zmożone snem spadały po kilka naraz z ławek na podłogę, skąd podnoszono je na wpół żywe. Zaradzało się temu, przenosząc je na środek sali i zmuszając do stania do końca kazania. Zdarzało się, że nie dopisywały im nóżki i że przewracały się jedne na drugie; wówczas podpierano je wysokimi krzesłami dyżurnych.

Nie wspomniałam jeszcze o wizytacjach pana Brocklehursta. Pana tego istotnie nie było w domu przez większą część pierwszego miesiąca po moim przybyciu, może przedłużył pobyt u przyjaciela swego archidiakona. Nieobecność jego była dla mnie ulgą. Nie potrzebuję mówić, że miałam powód obawiać się jego przybycia. Przybył jednakże.

Pewnego dnia, po obiedzie (byłam wtedy od trzech tygodni w Lowood), gdy siedziałam z tabliczką w ręku, zastanawiając się nad dzieleniem jakiejś długiej cyfry, ujrzałam, podniósłszy przypadkiem oczy do okna, przechodzącą właśnie postać. Prawie instynktownie rozpoznałam tę chudą figurę, a gdy w dwie minuty później cała szkoła, nie wyłączając nauczycielek, powstała en masse63, nie potrzebowałam patrzeć, żeby się przekonać, czyje wejście w ten sposób witano. Długie kroki przemierzyły pokój szkolny i niebawem obok panny Temple, która także się była podniosła, stanęła ta sama czarna kolumna, która z tak złowróżbnym marsem64 patrzyła na mnie przed kominkiem w Gateshead. Spojrzałam teraz spod oka na ten twór architektury. Tak, miałam słuszność: to był pan Brocklehurst, w surducie zapiętym na wszystkie guziki, jak gdyby jeszcze dłuższy, węższy i sztywniejszy niż kiedykolwiek.

Miałam powody odczuwać na jego widok przykre zaniepokojenie. Aż nazbyt dobrze pamiętałam te przewrotne objaśnienia, jakimi pani Reed opisywała mój charakter, obietnicę, daną przez pana Brocklehursta, że powiadomi pannę Temple i nauczycielki o moich wadach i złych skłonnościach. Przez cały czas dotąd drżałam przed spełnieniem tej obietnicy, codziennie wyglądałam „tego, który przyjdzie...” i opowie o mojej przeszłości i o rozmowie ze mną, i napiętnuje mnie jako złe dziecko — odtąd na zawsze. I oto teraz zjawił się.

Stał obok panny Temple i mówił jej coś do ucha. Nie wątpiłam, że odsłania przed nią moje niegodziwości i z bolesnym lękiem śledziłam jej oczy, spodziewając się, że lada chwila ciemne ich źrenice cisną na mnie spojrzenie pełne wstrętu i pogardy. Nasłuchiwałam także, a ponieważ przypadkiem siedziałam niezbyt daleko, pochwyciłam większość tego, co mówił — treść jego słów uspokoiła na razie mój bezpośredni lęk.

— Przypuszczam, że nici, które kupiłem w Lowton65, będą dobre. Zauważyłem, że będą właśnie gatunku odpowiedniego dla perkalowych koszul i dobrałem także właściwe igły. Niech pani powie pannie Smith, że zapomniałem sobie zapisać igły do cerowania, ale przyślę jej kilka paczek w przyszłym tygodniu. I żeby nigdy, pod żadnym pozorem, nie dawała uczennicom więcej niż po jednej naraz. Jeżeli dostają więcej, stają się niedbałe i gubią je. Właśnie, chciałbym, żeby wełnianych pończoch lepiej pilnowano! Będąc tu ostatnim razem, zaszedłem do kuchennego ogrodu i przejrzałem bieliznę, suszącą się na sznurach. Była tam moc czarnych pończoch w bardzo złym stanie. Sądząc po wielkości dziur, nie były one dobrze naprawione zawczasu.

Zamilkł.

— Zastosujemy się do pańskich wskazówek — odpowiedziała panna Temple.

— Dalej, proszę pani, mówiła mi praczka, że niektóre dziewczęta dostawały po dwa czyste kołnierzyki na tydzień. To za wiele, reguła ogranicza się do jednego.

— Zdaje mi się, że tę okoliczność mogę wytłumaczyć, proszę pana. Agnes i Catherine Johnstone w czwartek były zaproszone na herbatę do znajomych w Lowton, pozwoliłam im więc przy tej sposobności włożyć czyste kołnierzyki.

Pan Brocklehurst kiwnął głową.

— Dobrze, na ten raz, ale proszę, niech się taka sposobność zbyt często nie powtarza. I jeszcze jedna rzecz mnie zadziwiła: odkryłem, robiąc rachunki z gospodynią, że drugie śniadanie, składające się z chleba z serem, zostało dwa razy podane dziewczętom w ciągu minionych dwóch tygodni. Jakże to? Przejrzałem regulamin i nie znalazłem tam żadnej wzmianki o drugich śniadaniach. Kto wprowadził tę nowość i jakim prawem?

— To ja muszę być odpowiedzialna, panie, za ten wyjątkowy przypadek — odpowiedziała panna Temple. — Śniadanie było tak źle ugotowane, że uczennice po prostu nie mogły go zjeść, a ja nie śmiałam zostawić ich o głodzie aż do obiadu.

— Niech pani pozwoli. Wiadomo pani, że zamiarem moim w wychowaniu tych dziewcząt nie jest przyzwyczajenie ich do zbytków i dogadzania sobie. Chcę z nich uczynić hartowne, cierpliwe, pełne samozaparcia istoty. O ile by przypadkowo apetyt ich doznał zawodu z powodu niedogotowanej albo przegotowanej potrawy, nie powinno się dawać w zastępstwie czegoś delikatniejszego, co by sprawiało przyjemność podniebieniu. Byłoby to dogadzanie ciału i paczenie zadań instytucji. Przeciwnie, powinno się zdarzenie takie wyzyskać ku zbudowaniu duchowemu uczennic, ku zachęcie, by okazały męstwo wobec chwilowego braku. Krótka przemowa w takich wypadkach byłaby na miejscu, przemowa, w której mądra nauczycielka, korzystając ze sposobności, wspomniałaby o cierpieniach pierwszych chrześcijan, o torturach męczenników, o napomnieniach samego Pana naszego, który polecał uczniom wziąć swój krzyż i iść za Nim, o Jego naukach, że człowiek nie samym chlebem żyć winien, ale słowem Bożym, o Jego boskich pocieszeniach, że „jeżeli głód cierpicie i pragnienie dla mnie, szczęśliwi jesteście”66. O pani, jeżeli pani chleb z serem zamiast przypalonej kaszy kładzie tym dzieciom do ust, zaiste, karmi pani ich nędzne ciała. Nie myśli pani, że pani głodem morzy ich nieśmiertelne dusze!

Pan Brocklehurst znowu przerwał — może pod wpływem hamowanych uczuć. Panna Temple patrzyła w ziemię, gdy zaczynał do niej mówić, teraz jednak patrzyła prosto przed siebie, a twarz jej, z natury marmurowej bladości, zdawała się przybierać także chłód i twardość marmuru. Zwłaszcza usta jej, silnie zacięte, i czoło przybrały stopniowo wyraz skamieniałej surowości.

Pan Brocklehurst tymczasem, stojąc przed kominkiem z rękoma za plecami, majestatycznie rozglądał się po całej szkole. Nagle mrugnął oczami, jak gdyby napotkał coś, co albo olśniło, albo poraziło jego źrenice. Odwróciwszy się, przemówił szybciej niż dotychczas:

— Panno Temple, panno Temple, co... Co to za dziewczyna, ta, która ma fryzowane włosy? Rude włosy, pani, fryzowane na całej głowie? — I wyciągnąwszy laskę, wskazał ten okropny przedmiot, a ręka trzęsła mu się, gdy to uczynił.

— To Julia Severn — odpowiedziała panna Temple bardzo spokojnie.

— Julia Severn! A dlaczego ona albo może którakolwiek inna nosi fryzowane włosy? Dlaczego wbrew wszelkim przepisom i zasadom tego domu tak się otwarcie stosuje do światowej mody? To dobroczynny zakład, na zasadach ewangelicznych, a ona śmie włosy nosić całe w lokach?

— Włosy Julii kręcą się z natury — odpowiedziała panna Temple jeszcze spokojniej.

— Z natury! Tak, ale my się nie mamy stosować do natury. Ja pragnę, by te dzieci były dziećmi łaski, a na cóż taka obfitość włosów? Mówiłem tyle i tyle razy, że pragnę, ażeby włosy czesano gładko, prosto. Panno Temple, włosy tej dziewczyny trzeba zupełnie obciąć. Przyślę jutro golibrodę. A widzę też i inne, które mają za wiele tego niepotrzebnego... Ta wysoka dziewczyna, niech jej się pani każe odwrócić. Niech pani powie całej tej pierwszej ławce, że mają wstać i twarzami odwrócić się do ściany.

Panna Temple przesunęła chusteczką po ustach, jak gdyby ścierając uśmiech, który na nich mimo woli zagościł. Wydała jednakże polecenie, a pierwsza klasa, skoro tylko zrozumiała, czego chcą od niej, usłuchała. Przechylając się trochę w tył w mojej ławce, mogłam widzieć spojrzenia i miny, jakimi podkreślały ten manewr. Szkoda, że i pan Brocklehurst nie mógł ich widzieć — byłby się może przekonał, że cokolwiek czynił z zewnętrzną powłoką tych istot, ich wnętrze było mu bardziej niedostępne, niż sobie wyobrażał.

Przyglądał się odwrotnej stronie tych żyjących niedoli przez jakieś pięć minut, wreszcie wydał wyrok. Te słowa padły jak grzmot potępienia:

— Wszystkie te koki na czubku głowy muszą być obcięte.

Pana Temple zdawała się protestować.

— Ja — mówił dalej — służę Panu, którego królestwo nie jest z tego świata. Moim posłannictwem jest upokorzyć w tych dziewczynach popędy cielesne, uczyć je ubierać się wstydliwie i prosto, a nie nosić trefione włosy i kosztowne szaty. Każda z tych młodych osób przed nami ma pasmo włosów, zaplecione w warkocze, które tylko próżność uwić mogła. Te, powtarzam, należy obciąć. Niech pani pomyśli, ile czasu straconego, ile...

W tym miejscu przerwano panu Brocklehurstowi. Do pokoju weszły trzy inne osoby, panie. Powinny były przyjść nieco wcześniej, żeby wysłuchać nauki o strojach, gdyż były wspaniale ubrane w jedwabie, aksamity i futra. Dwie młode z tej trójki (ładne panny szesnasto- i siedemnastoletnia) miały popielate, filcowe kapelusze, modne wówczas, zdobne w strusie pióra, a spod ronda tych wdzięcznych nakryć głowy spadała obfitość jasnych włosów, kunsztownie ufryzowanych. Starsza dama otulała się w kosztowny, aksamitny szal, obszyty gronostajami i miała — modą francuską — grzywkę upiętą ze sztucznych loczków.

Panna Temple z uszanowaniem powitała te damy — panią Brocklehurst z córkami — i poprowadziła je na bardziej prestiżowe miejsca. Zdaje się, że przybyły one powozem razem z szanownym rodzicem i że gospodarowały, robiąc przegląd, w pokoju na górze, podczas gdy on załatwiał interesy z gospodynią, wypytywał praczkę i dawał reprymendę przełożonej. Teraz zaczęły robić różne uwagi i zarzuty pannie Smith, pod której opieką była bielizna i nadzór nad sypialniami. Nie miałam jednakże czasu słuchać tego, co mówiły — inne sprawy zaprzątnęły i przykuły moją uwagę.

Dotychczas, przysłuchując się rozmowie pana Brocklehursta z panną Temple, nie zaniedbywałam jednakże przezornego pilnowania osobistego bezpieczeństwa. Sądziłam, że dopnę tego, jeżeli tylko ujdę uwagi. W tym celu siedziałam głęboko wsunięta w ławkę i udając, że pilnie jestem zajęta rachunkami, trzymałam w ten sposób tabliczkę, żeby nią zasłonić twarz. I byłabym uszła uwagi, gdyby nie to, że zdradziecka tabliczka jakimś przypadkiem wysunęła mi się z ręki i upadając hałaśliwie, oczy wszystkich ściągnęła wprost na mnie. Wiedziałam, że teraz wszystko przepadło, i schylając się, by podnieść pęknięty na dwoje przedmiot, skupiłam wszystkie siły, by wytrzymać to, co przyjdzie — najgorsze. Jakoż i przyszło.

— Niedbała dziewczyno! — powiedział pan Brocklehurst i zaraz dodał: — To ta nowa uczennica, jak widzę! — Zanim zdążyłam odetchnąć, mówił dalej: — Nie mogę zapomnieć, że mam o niej słówko do powiedzenia.

A potem powiedział głośno... Ach, jakże głośne wydały mi się jego słowa:

— Niech to dziecko, które stłukło tabliczkę, wystąpi naprzód!

O własnej mocy nie byłabym się poruszyła — byłam jak sparaliżowana — ale dwie duże dziewczyny, wśród których siedziałam, postawiły mnie na nogi i popchnęły ku strasznemu sędziemu, a wtedy panna Temple łagodnie poprowadziła mnie przed niego i dosłyszałam jej wyszeptane słowa:

— Nie bój się, Jane, ja widziałam, że to był przypadek. Nie będziesz ukarana.

Ten dobrotliwy szept zranił mi serce.

„Za chwilę ona pogardzi mną, uwierzywszy, że jestem obłudnicą!” — pomyślałam i zatrząsł mną poryw wściekłego gniewu przeciw panu Brocklehurstowi, pani Reed i nim wszystkim. Nie byłam Helen Burns.

— Przynieście to krzesło — rzekł pan Brocklehurst, wskazując na bardzo wysoki mebel, z którego jedna z dyżurnych właśnie była wstała. Przyniesiono go.

— Postawcie to dziecko na nim.

I postawiono mnie na nim. Kto mnie postawił, nie wiem, nie byłam w stanie zauważyć szczegółów. Wiedziałam tylko, że zostałam podniesiona do poziomu nosa pana Brocklehursta, że znajduję się o jakiś łokieć od niego, i że fala pomarańczowych i fioletowych, jedwabnych okryć i obłok srebrnawych piór rozpościera się i powiewa poniżej mnie.

Pan Brocklehurst odchrząknął.

— Moje panie — przemówił, zwracając się do swojej rodziny — panno Temple, panie nauczycielki i wy, dzieci, czy widzicie tę dziewczynę?

Oczywiście, widziały mnie, gdyż czułam na sobie palący ich wzrok.

— Widzicie, jaka jeszcze jest młoda. Widzicie, że wygląda tak jak inne dzieci. Bóg łaskawie obdarzył ją takim samym kształtem, jakim obdarzył nas wszystkich, żadne wybitne kalectwo jej nie wyróżnia. Kto by pomyślał, że zły duch znalazł już w niej powolną sługę i wspólniczkę? A jednak z bólem powiedzieć muszę, że tak jest.

Przerwał, a ja zaczęłam opanowywać nerwowe drżenie i czuć, że już Rubikon67 przebyty, i że mękę, której uniknąć nie można, należy mężnie wytrzymać.

— Moje drogie dzieci — ciągnął dalej patetycznie czarny, kamienny duchowny — bardzo to smutna i żałosna sprawa. Mam bowiem obowiązek przestrzec was, że ta dziewczyna, która mogłaby być jedną z owieczek bożych, jest małym wyrzutkiem wśród was. Nie jest członkiem wiernej gromadki, ale przybłędą i obcą. Musicie się jej strzec i musicie unikać jej przykładu. Jeśli potrzeba, stronić od jej towarzystwa, wyłączać z zabaw i wykluczać z rozmów z wami. Nauczycielki, musicie czuwać nad nią, nie spuszczajcie z oczu jej uczynków, ważcie dobrze jej słowa, badajcie dokładnie jej postępowanie, karćcie jej ciało, by zbawić duszę... Jeżeli istotnie to zbawienie jest możliwe, bowiem (język mój zacina się, gdy mam to powiedzieć) ta dziewczyna, dziecko chrześcijańskiego kraju, gorsza od wielu małych pogan, co modlą się do Brahmy68 i klękają przed Molochem69, ta dziewczyna... kłamie!

Nastąpiła teraz przerwa kilkominutowa, w czasie której ja, zupełnie już teraz przytomna, zauważyłam, że wszystkie panie Brocklehurst wyciągnęły chusteczki i przytknęły je do oczu. Podczas gdy starsza kiwała się naprzód i w tył, obie młodsze szeptały: „Ach, to szkaradnie!”

Pan Brocklehurst ciągnął dalej.

— Dowiedziałem się tego od jej dobrodziejki, od nabożnej i miłosiernej pani, która adoptowała ją w sieroctwie, wychowywała jak własną córkę, a której dobroć i wspaniałomyślność ta nieszczęsna dziewczyna odpłaciła niewdzięcznością tak brzydką, tak okropną, że w końcu szlachetna jej opiekunka czuła się zmuszona odłączyć ją od własnych dzieci w obawie, że jej zły przykład może zarazić ich czyste dusze. Przysłała ją tutaj, aby ją uzdrowić, tak jak dawni żydzi posyłali chorych do mętnego jeziorka w Bethesda70. A was, panie nauczycielki, pani przełożona, proszę, nie pozwólcie, żeby wody dokoła niej stanęły.

Po tym wzniosłym zakończeniu pan Brocklehurst zapiął najwyższy guzik u surduta i szepnął coś swojej rodzinie, która wstała i ukłoniła się pannie Temple, po czym wszyscy ci wielcy ludzie uroczyście wypłynęli z pokoju. Odwracając się w drzwiach, mój sędzia powiedział:

— Niech ona stoi jeszcze pół godziny na tym krześle i przez resztę dnia niech nikt się do niej nie odzywa.

Tak więc stałam tam, na wzniesieniu — ja, która mówiłam, że nie zniosłabym wstydu stania na własnych nogach na środku pokoju, wystawiona teraz byłam na widok ogólny na hańbiącym piedestale. Co czułam, tego nie opiszą żadne słowa, ale właśnie gdy uczucia moje aż oddech dusiły mi w piersiach, dławiąc i ściskając za gardło, przeszła obok mnie jedna z uczennic. Przechodząc, podniosła na mnie oczy. Jakież dziwne światło jaśniało w tych oczach! Jakim niezwykłym uczuciem ten promień światła mnie przejął! Jakże mnie to nowe uczucie podniosło! Było to tak, jak gdyby męczennik, bohater przeszedł obok niewolnika albo ofiary i w przejściu siły mu dodał. Opanowałam grożący mi wybuch nerwowego płaczu, podniosłam głowę, stanęłam silnie na stołku. Helen Burns zapytała pannę Smith o jakiś drobiazg przy swojej robótce, dostała burę, że pyta o takie drobnostki, wróciła na swoje miejsce i znowu, przechodząc, uśmiechnęła się do mnie. Co za uśmiech! Pamiętam go dobrze i wiem teraz, że był to promień pięknej duszy, prawdziwej odwagi. Rozświetlił jej wydatne rysy, jej szczupłą twarz, jej zapadłe, siwe oczy jak odblask istoty anioła. A jednak w tej chwili Helen Burns nosiła na ramieniu opaskę „nieporządna”. Ledwie godzinę temu słyszałam, jak panna Scatcherd skazywała ją na obiad złożony z chleba i wody na jutro za to, że poplamiła ćwiczenia, przepisując je na czysto. Tak niedoskonała jest natura ludzka! Takie plamy widnieją na powierzchni najjaśniejszych planet, a oczy takie, jak panny Scatcherd, mogą dojrzeć tylko te maleńkie skazy, ślepe na pełną światłość gwiazdy.

Rozdział VIII

Zanim upłynęło owe pół godziny, wybiła piąta. Rozpuszczono szkołę i wszystkie dziewczynki poszły do refektarza na podwieczorek. Odważyłam się teraz zejść, panował mrok. Poszłam do kącika i usiadłam na ziemi. Czar, który mnie dotąd podtrzymywał, zaczął się rozwiewać. Następowała reakcja i niebawem tak przemożny żal mną owładnął, że upadłam twarzą do ziemi i zapłakałam. Nie było przy mnie Helen Burns, nic mnie nie podtrzymywało na duchu. Pozostawiona samej sobie, poddałam się rozżaleniu i moje łzy zwilżyły deski podłogi. Zamierzałam przecież być tak dobra, zdziałać tak wiele w Lowood, zyskać tyle przyjaciółek, zasłużyć na uznanie, zdobyć sympatię ludzką. Już nawet zrobiłam widoczny postęp: jeszcze tego rana zyskałam pierwsze miejsce w klasie. Panna Miller gorąco mnie chwaliła. Panna Temple uśmiechnęła się z uznaniem. Przyrzekła, że będzie mnie uczyła rysować i że pozwoli mi się uczyć francuskiego, jeżeli przez dalsze dwa miesiące będę robiła takie postępy jak dotąd. I moje koleżanki dobrze się do mnie odnosiły, rówieśniczki traktowały mnie jak równą, żadna mi nie dokuczała. A oto teraz leżę zgnębiona, zdeptana... I czyż kiedyś będę mogła powstać?

„Nigdy” — myślałam i gorąco pragnęłam umrzeć. Łkając z tym życzeniem w duszy, usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zerwałam się. Przy świetle dogasającego ognia ujrzałam Helen Burns, idącą wzdłuż długiego, prostego pokoju. Niosła mi chleb i kawę.

— No, zjedz cośkolwiek — przemówiła.

Ale ja odsunęłam wszystko, czując, że w tej chwili każdą kroplą, każdą okruszyną musiałabym się zadławić. Helen przyglądała mi się zapewne ze zdziwieniem. Nie mogłam opanować wzburzenia pomimo wysiłków, w dalszym ciągu płakałam głośno. Ona usiadła na ziemi obok mnie, objęła rękoma kolana, oparła na nich głowę i w tej pozycji milczała jak indyjski derwisz71. Ja przemówiłam pierwsza:

— Helen, dlaczego ty zadajesz się z dziewczyną, którą wszyscy uważają za kłamczucha?

— Wszyscy, Jane? Ależ jest tutaj tylko osiemdziesiąt osób, które słyszały, że cię tak nazwano, a na świecie są przecież setki milionów.

— A co mnie obchodzą miliony? Te osiemdziesiąt, które znam, pogardzają mną!

— Jane, mylisz się. Nie ma prawdopodobnie ani jednej osoby w szkole, która by tobą pogardzała albo nie lubiła ciebie, a wiele, jestem pewna, bardzo cię żałuje.

— Jakże mogą mnie żałować po tym, co pan Brocklehurst powiedział?

— Pan Brocklehurst to nie Pan Bóg. Nie jest nawet żadnym ani wielkim, ani podziwianym człowiekiem. Nie bardzo go tutaj lubią. Nigdy nie postarał się o to, żeby go lubiano. Gdyby cię był potraktował jako specjalną ulubienicę, znalazłabyś dokoła siebie nieprzyjaciółki jawne lub ukryte. Tak, jak jest, większość okazywałaby ci współczucie, gdyby tylko śmiały. Nauczycielki i uczennice popatrzą może na ciebie chłodno przez jakiś dzień, dwa, ale w ich sercach kryją się przyjazne uczucia. A jeżeli w dalszym ciągu będziesz się dobrze zachowywała, te uczucia niebawem ujawnią się tym widoczniej, że chwilowo są stłumione. A zresztą, Jane...

Tu przerwała.

— Co, Helen? — zapytałam, ujmując jej ręce. Dłońmi łagodnie potarła mi palce, ażeby je rozgrzać, i mówiła dalej:

— Gdyby cały świat cię nienawidził i wierzył, że jesteś zła, to jednak, byle własne sumienie było z tobą w zgodzie i nie uznawało w tobie winy, nie byłabyś bez przyjaciół.

— Nie, ja wiem, że miałabym o sobie dobre mniemanie, ale to nie dosyć. Gdyby mnie inni nie kochali, wolałabym raczej umrzeć, niż żyć. Ja nie mogę znieść osamotnienia i nienawiści, Helen. Bo posłuchaj: dla pozyskania prawdziwego uczucia twojego albo panny Temple, albo kogoś, kogo bym naprawdę kochała, chętnie bym dała sobie kość w ręku złamać albo bykowi wziąć się na rogi, albo stanęłabym za wierzgającym koniem, ażeby jego podkowa uderzyła mnie w piersi...

— Cicho, daj spokój, Jane! Ty zanadto myślisz o miłości istot ludzkich, zanadto jesteś porywcza, gwałtowna. Wszechmocna Ręka, która stworzyła twoje ciało i tchnęła w nie życie, dała ci inne skarby, wyższe od twojej słabej istoty i stworzeń równie słabych jak ty. Oprócz tej ziemi i oprócz rasy ludzkiej istnieje świat niewidzialny i królestwo duchów. Ten świat nas otacza, gdyż jest wszędzie, a duchy patrzą na nas, gdyż mają zlecone czuwanie nad nami. I gdybyśmy umierali w męce i wstydzie, sponiewierani pogardą, zduszeni nienawiścią, aniołowie widzieliby nasze męki, rozpoznaliby naszą niewinność. Tak, jak ja wiem, że ty jesteś niewinna tego zarzutu, jaki pan Brocklehurst lekkomyślnie i patetycznie powtórzył za panią Reed, z drugiej ręki. Wiem, gdyż rozpoznaję prawą naturę w gorących twoich oczach i na czystym czole. Jane, Pan Bóg tylko czeka na oswobodzenie duszy z ciała, ażeby ją uwieńczyć pełną nagrodą. Dlaczegóż więc mielibyśmy upadać pod ciężarem cierpienia, kiedy życie tak rychło minie, a śmierć jest tak pewnym przejściem do szczęścia i do chwały?

Milczałam. Helen uspokoiła mnie. W tym spokoju, jaki bił od niej, była przymieszka niewypowiedzianego smutku. Odnosiłam jakieś wrażenie żalu; podczas gdy ona mówiła, ale nie umiałam zdać sobie sprawy, skąd ono płynie. Gdy jednakże zauważyłam, że przestawszy mówić, oddycha szybko i raz i drugi sucho kaszle, zapomniałam natychmiast o własnych zmartwieniach. Ogarnął mnie nieokreślony niepokój o nią.

Oparłszy głowę o ramię Helen, objęłam ją wpół, a ona przygarnęła mnie do siebie i tak odpoczywałyśmy w milczeniu. Niedługo siedziałyśmy w ten sposób, gdy wszedł do pokoju jeszcze ktoś inny. Wiatr rozgarnął ciężkie chmury i odsłonił księżyc, światło jego padło jasno na nas obie i na zbliżającą się postać, w której od razu rozpoznałyśmy pannę Temple.

— Przyszłam umyślnie, żeby ciebie odszukać, Jane Eyre — przemówiła. — Przyjdź do mojego pokoju, a skoro Helen Burns jest z tobą, ona także może przyjść.

Poszłyśmy. Idąc za przełożoną, musiałyśmy przejść przez kilka zawiłych korytarzy i wyjść na schody, zanim doszłyśmy do jej pokoju. Palił się tam suty ogień i pomieszczenie wyglądało przytulnie. Panna Temple kazała Helen zająć niski fotel przy kominku, sama usiadła w drugim, a mnie kazała stanąć przy sobie.

— No i cóż, czy już minęło? — zapytała, przyglądając się mojej twarzy. — Czy wypłakałaś już zmartwienie?

— Ach, to się chyba nigdy nie stanie!

— Dlaczego?

— Ponieważ zostałam niesłusznie oskarżona i teraz pani i wszyscy inni będą myśleli, że ja jestem taka zła!

— Będziemy cię uważały za taką, jaką cię poznamy. Zachowuj się dalej równie dobrze jak dotąd, a będziemy z ciebie zadowolone.

— Doprawdy, proszę pani?

— Z pewnością — odpowiedziała, obejmując mnie ramieniem. — A teraz powiedz mi, kim jest ta pani, którą pan Brocklehurst nazwał twoją dobrodziejką?

— Pani Reed, żona mojego wuja. Wuj umarł i polecił mnie jej opiece.

— Więc ona nie z własnej woli wzięła cię na wychowanie?

— Nie, proszę pani. Bardzo była niezadowolona, że musi to uczynić, ale wuj mój, jak często słyszałam od służących, wymógł na niej, zanim umarł, przyrzeczenie, że na zawsze zatrzyma mnie u siebie.

— A teraz posłuchaj, Jane. Ty wiesz, a jeśli nie wiesz, to ci powiem, że jeżeli zbrodniarz jest oskarżony, wolno mu zawsze mówić w swojej obronie. Ty zostałaś oskarżona o kłamstwo, broń się przede mną, o ile możesz. Powiedz mi prawdę, tak jak ją pamiętasz, ale niczego nie dodawaj i nie przesadzaj w niczym.

Postanowiłam w głębi serca mówić z całym umiarkowaniem, z całą ścisłością, a zastanowiwszy się przez parę minut, by uporządkować i powiązać, co mam do powiedzenia, opowiedziałam jej całe dzieje smutnego dzieciństwa. Wyczerpana byłam wzruszeniem, więc spokojniej mówiłam niż zazwyczaj, gdy dotykałam tego bolesnego tematu. Pamiętając zaś o przestrogach Helen, by nie poddawać się uczuciom urazy i nienawiści, mniej niż kiedykolwiek dotąd wlałam żalu i goryczy w swoje opowiadanie. Tak opanowane i uproszczone brzmiało wiarygodniej — czułam, że panna Temple wierzy mi najzupełniej.

W toku opowieści wspomniałam o panu Lloydzie, że przyszedł mnie odwiedzić po moim ataku. Nigdy bowiem zapomnieć nie mogłam o tym strasznym dla mnie epizodzie czerwonego pokoju. Opisując go, czułam, że w pewnym stopniu ponosi mnie wzburzenie, gdyż nic nie mogło złagodzić we wspomnieniu tego spazmu strachu i rozpaczy, jaki mi serce ścisnął, gdy pani Reed odrzuciła moje oszalałe błaganie o litość i zamknęła mnie powtórnie w ciemnym pokoju, gdzie straszyło.

Skończyłam. Panna Temple popatrzyła na mnie dłuższą chwilę w milczeniu, a potem rzekła:

— Ja znam trochę pana Lloyda, napiszę do niego. A jeżeli odpowiedź jego potwierdzi twoje opowiadanie, zostaniesz publicznie oczyszczona od wszelkiego zarzutu. W moich oczach, Jane, już teraz jesteś oczyszczona.

Pocałowała mnie i wciąż jeszcze trzymając mnie przy sobie (gdzie bardzo rada stałam, gdyż jak to dziecko miałam przyjemność w podziwianiu jej twarzy, ubrania, paru klejnotów, białego czoła, lśniących pukli włosów i promieniejących, ciemnych oczu), zwróciła się do Helen Burns.

— Jak się dziś wieczór czujesz, Helen? Czy dużo dzisiaj kaszlałaś?

— Zdaje mi się, że nie tak bardzo dużo, proszę pani.

— A ten ból w piersiach?

— Trochę słabszy.

Panna Temple wstała, ujęła jej rękę i zbadała puls, po czym wróciła na swoje miejsce. Słyszałam, jak cicho westchnęła. Milczała, zamyślona, przez parę minut, w końcu, jak gdyby budząc się, powiedziała wesoło:

— Ale wy obie jesteście dziś w gościnie u mnie, muszę was przeto godnie przyjąć!

Zadzwoniła.

— Barbaro — rzekła, gdy weszła służąca — nie dostałam jeszcze herbaty. Przynieś tacę i postaw filiżanki. I dla tych dwóch panienek także.

Wniesiono niebawem tackę. Ach, jakże ładne wydały mi się te porcelanowe filiżanki i ten imbryk błyszczący, gdy ustawiono to wszystko na okrągłym stoliczku przed kominkiem! Jak wonna była para napoju, jak pachniały grzanki! Tych jednakże, ku mojemu zawodowi (gdyż zaczynałam odczuwać głód), była tylko bardzo mała porcyjka. Panna Temple także to zauważyła.

— Barbaro — rzekła — czy nie mogłabyś przynieść trochę więcej chleba i masła? To nie wystarczy dla trzech osób.

Barbara poszła i zaraz też wróciła.

— Proszę pani, pani Harden powiada, że posłała zwykłą ilość.

Pani Harden była to gospodyni, niewiasta zupełnie wedle serca pana Brocklehursta — sucha jak kość, twarda jak żelazo.

— O, dobrze, dobrze! — odpowiedziała panna Temple. — Więc musi nam to wystarczyć.

A gdy dziewczyna wyszła, dodała z uśmiechem:

— Na szczęście mam tym razem możność uzupełnienia braku!

Poprosiwszy Helen i mnie do stolika i postawiwszy przed każdą z nas filiżankę herbaty z jednym wyśmienitym, ale cienkim kawałkiem grzanki, wstała, otworzyła szufladę, dobyła stamtąd paczkę zawiniętą w papier i ukazała oczom naszym spory kawał ciasta z makiem.

— Miałam każdej z was dać po kawałku ciasta, byście zabrały ze sobą — rzekła — ale skoro tak mało dano nam grzanek, musicie to teraz dostać. — I szczodrą ręką zabrała się do krajania.

Uczta ta była dla nas czymś jak nektar i ambrozja, a nie najmniejszą rozkoszą tego przyjęcia był uśmiech zadowolenia gospodyni, przyglądającej się, jak wyostrzone nasze apetyty syciłyśmy delikatną strawą, obficie przez nią dostarczoną.

Po wypiciu herbaty i usunięciu tacki panna Temple zaprosiła nas znowu do kominka. Siedziałyśmy, mając ją pośrodku, i teraz wywiązała się między nią a Helen rozmowa. Przysłuchiwanie się jej było dla mnie prawdziwą rozkoszą.

Panna Temple miała zawsze w sobie jakąś pogodę, jakąś godność wyrazu, jakąś wytworną prostotę wysłowienia, która wykluczała wpadanie w podniecenie, w gorączkowość — coś, co widzów i słuchaczy napawało uczuciem czci dla niej. Odczuwałam to teraz, ale w zdumienie wprawiła mnie Helen Burns.

Krzepiące pożywienie, płonący ogień, obecność i dobrotliwość ukochanej jej nauczycielki, a może więcej niż to wszystko, coś swoistego w wyjątkowej jej duszy rozbudziło drzemiące w niej moce. Najpierw zapłonęły żywą barwą jej policzki, tak zawsze blade i bezkrwiste, potem zaświeciły wilgotnym blaskiem oczy, które zajaśniały nagle urodą odmienną od piękności oczu panny Temple, bo pięknością nie barwy i oprawy, lecz wyrazu. A potem dusza jej osiadła na wargach i popłynęły słowa — z jakich źródeł, nie rozumiem. Czyż czternastoletnie dziewczę może mieć serce tak wielkie i silne, by pomieścić wezbrane źródło czystej, pełnej, gorącej wymowy? Taką ukazała mi się Helen owego pamiętnego dla mnie wieczora. Zdawało się, że duch jej śpieszy przeżyć w krótkiej chwili tyle, ile inni przeżywają w ciągu długotrwałego istnienia.

Rozmawiały o rzeczach, o których ja nigdy nie słyszałam: o narodach i czasach minionych, o dalekich krajach, o tajemnicach przyrody odkrytych albo których się domyślano. Mówiły o książkach. Jakże ich wiele przeczytały! Jakież skarby wiedzy posiadały! A poza tym, jak były obeznane z francuskimi autorami! Ale zdumienie moje dosięgło szczytu, gdy panna Temple zapytała Helen, czy znajduje czasem chwilę, by przypomnieć sobie łacinę, której ją ojciec uczył i biorąc książkę z półki, dała jej do przeczytania i przetłumaczenia stronicę Wirgiliusza72. Helen usłuchała, a mój podziw rósł z każdym wierszem. Zaledwie skończyła, rozległ się dzwonek, wzywający na spoczynek. Nie można się było spóźnić. Panna Temple uściskała nas obie i powiedziała, przyciskając nas do serca:

— Niech was Bóg błogosławi, moje dzieci!

Helen trochę dłużej przytuliła niż mnie, jeszcze mniej chętnie ją puszczała. Oczyma odprowadziła ją do drzwi, za nią po raz drugi pogoniła smutnym westchnieniem, o nią się troszcząc, otarła łzę z twarzy.

Wchodząc do sypialni, usłyszałyśmy głos panny Scatcherd. Robiła przegląd szaf, właśnie wyciągnęła szufladę Helen i zaraz od wejścia przywitała ją ostrą burą, zapowiadając, że jutro będzie miała przypięte do ramienia pół tuzina nieporządnie złożonych kawałków.

— Moje rzeczy były istotnie porozrzucane, że aż wstyd — szepnęła mi Helen do ucha. — Chciałam je poskładać, ale zapomniałam.

Nazajutrz rano panna Scatcherd wyraźnymi literami wypisała na pasku tektury wyraz „flądra” i przywiązała tę opaskę na szerokim, łagodnym, inteligentnym czole Helen. Helen nosiła ją aż do wieczora, cierpliwie, bez żalu, uważając to za zasłużoną karę. Z chwilą gdy panna Scatcherd wyszła po skończonych poobiednich lekcjach, pobiegłam do Helen, zdarłam jej tę przepaskę z czoła i rzuciłam ją w ogień. Pasja, do której ona była niezdolna, przez cały dzień wrzała w mojej duszy i łzy gorące wciąż spływały mi po twarzy, bowiem widok jej smutnej rezygnacji nieznośnym bólem ściskał mi serce.

W tydzień mniej więcej po opisanych wypadkach panna Temple, która była napisała do pana Lloyda, otrzymała odpowiedź. List jego potwierdził moje opowiadanie. Panna Temple, zgromadziwszy całą szkołę, oznajmiła, że postarała się o zbadanie zarzutów podniesionych przeciwko Jane Eyre i że cieszy się niezmiernie, że może ją ogłosić zupełnie niewinną. Nauczycielki wtedy, każda z osobna, podały mi rękę i ucałowały mnie, a szmer miłego zadowolenia przebiegł szeregi koleżanek.

W ten sposób, czując, że spadł mi z serca wielki ciężar, zabrałam się na nowo do pracy z zamiarem przebicia się przez wszystkie trudności. Pracowałam usilnie, a powodzenie odpowiadało moim wysiłkom. Pamięć, z natury niezbyt świetna, poprawiała mi się przez ćwiczenia, systematyczna nauka rozwinęła mój umysł. Po paru tygodniach przeniesiono mnie do wyższej klasy, w niecałe dwa miesiące pozwolono mi zacząć francuski i rysunki. Nauczyłam się dwóch czasów słowa être73 i tegoż dnia narysowałam pierwszy domek (którego ściany, nawiasem mówiąc, mogły konkurować z pochyłą wieżą w Pizie74). Tego wieczora, idąc spać, zapomniałam zabawiać się w myśli obrazem kolacji złożonej z gorących pieczonych kartofli lub białego chleba ze świeżym mlekiem, czym zwykłam oszukiwać niezaspokojony głód. Karmiłam się natomiast wyobrażeniem idealnych rysunków, dzieł mej własnej ręki, swobodnie naszkicowanych domów i drzew, malowniczych skał i ruin, bydła na pastwisku, ślicznie malowanych motyli unoszących się nad nierozkwitłymi różami, ptaków dziobiących dojrzałe wiśnie, gniazd mysikrólika z jajeczkami jak perełki, w obramowaniu gałązek bluszczu. Zastanawiałam się też w myśli, czy to możliwe, żebym mogła kiedyś biegle przetłumaczyć pewną małą powiastkę, którą mi tego dnia pokazywała madame Pierrot. Nim odpowiedziałam na to pytanie zadowalająco, zapadłam w słodki sen.

Dobrze powiedział Salomon75 — „Lepsze jest trochę jarzyn z miłością, niż tłusty wół z nienawiścią”76.

Nie byłabym zamieniła Lowood z wszystkimi jego niedostatkami na Gateshead z wygodami i codziennymi zbytkami stołu.

Rozdział IX

Poprawiały się jednak z wolna niedostatki, a raczej surowe warunki pobytu w Lowood. Wiosna nadciągała, właściwie już nadeszła. Mrozy ustały, stopniały śniegi, złagodniały ostre wiatry. Moje nieszczęsne nogi, opuchłe, poranione mroźnym styczniowym powietrzem, zaczęły goić się i tęchnąć77 pod wpływem łagodnych tchnień kwietnia. Noce i ranki już nam nie mroziły kanadyjską temperaturą krwi w żyłach. Znośne teraz były godziny zabaw, spędzane w ogrodzie, a niekiedy, w dzień słoneczny, bywało nawet miło i wesoło. Ciemne, brunatne grządki zaczynały zielenieć, stawały się coraz świeższe i nasuwały myśl, że nadzieja przechadza się po nich co noc, zostawiając każdego ranka jaśniejsze ślady swoich kroków. Kwiaty wyzierały spomiędzy liści: śnieżyczki, krokusy, aurykle78, złotookie bratki. W czwartkowe popołudnia (dni rekreacji poobiedniej) odbywałyśmy dalsze spacery i znajdowałyśmy jeszcze milsze kwiaty, rozkwitające nad drogami i pod płotami.

Odkryłam też źródło wielkiej przyjemności, leżące poza wysokim, szpikulcami najeżonym murem naszego ogrodu. Tym źródłem radości był widok na malownicze szczyty, okalające wielką dolinę górską, bogatą w zieleń i cień, oraz jasny strumień, pełen ciemnych kamieni i iskrzących wirów. Jakże inaczej przedstawiał się ten widok, gdy oglądałam go pod ołowianym niebem zimy, gdy zesztywniały był od mrozu, zatulony w śnieg... Gdy śmiertelnie chłodne mgły, gnane wschodnim wiatrem, tłukły się wśród tych szczytów i opadały do ich stóp, łącząc się z lodowatym strumieniem. Ten sam strumień był wtedy mętnym, rwącym potokiem, wyrywał się z lasu, śląc w powietrze szalony łoskot, często wzmożony szumem ulewy. A las nad jego brzegami wyglądał jak szereg szkieletów.

Kwiecień minął, przyszedł maj — jasny i pogodny. Dni były słoneczne, niebiosa błękitne, powiewy zachodnie lub południowe, łagodne. Teraz roślinność dojrzewała pośpiesznie. Lowood rozpuściło warkocze, zazieleniło się, rozkwieciło całe. Wielkie szkielety jesionów, klonów i dębów przywdziały znów majestatyczną szatę życia. Rośliny jawiły się obficie w zacisznym cieniu lasu, niezliczone odmiany mchów wypełniały jego zakątki, a dzikie prymulki słały się wśród trawy jak plamy słoneczne. Wszystkim tym radowałam się często i w całej pełni, wolna, niepilnowana i prawie sama. O przyczynie tej niezwykłej wolności teraz mówić mi wypada.

Czyż nie opisałam miłego miejsca zamieszkania, mówiąc, że położone było wśród wzgórz i lasu, wznosząc się nad brzegiem strumienia? Istotnie, miłe ono było, ale czy zdrowe, to inna sprawa.

Ta leśna dolinka, w której leżało Lowood, była kolebką mgły i rodzącej się z niej epidemii. Zarazki jej, wiosną rozwinięte, wdarły się do schroniska sierot. Tyfus zagnieździł się w przeludnionym pokoju szkolnym i w sypialni, zanim nadszedł maj, zakład zamienił się w szpital.

Niedożywienie oraz zaniedbane przeziębienia i katary osłabiły odporność dziewcząt. Z osiemdziesięciu czterdzieści pięć leżało równocześnie. Rozpuszczono klasy, wszelkie reguły uległy złagodzeniu. Nielicznym zdrowym dano prawie nieograniczoną swobodę: raz, że doktor zalecał konieczność ruchu i przebywania na świeżym powietrzu dla podtrzymania zdrowia, a dwa, że gdyby nawet nie to, nikt nie miał czasu pilnować ich i czuwać nad nimi. Całą uwagę panny Temple pochłaniały pacjentki. Żyła w pokoju chorych, nie opuszczając go wcale, chyba że nocą, by parę godzin snu ukraść. Nauczycielki miały dość do roboty z pakowaniem i wyprawianiem tych dziewcząt, które na szczęście dzięki przyjaciołom lub krewnym mogły i chciały wydobyć się z siedziby zarazy. Wiele już dotkniętych chorobą pojechało do domu po to tylko, by tam umrzeć. Niektóre umarły w szkole. Szybko i cicho je pochowano.

Podczas gdy w ten sposób zaraza rozpanoszyła się w Lowood, a śmierć stała się tam częstym gościem, gdy mrok i lęk panował w jego murach, gdy w pokojach i na korytarzach unosiły się wonie szpitalne (gdyż kadzidła i pastylki daremnie walczyły z wyziewami choroby), ten słoneczny maj siał blaski na strome wzgórza i piękną lesistą krainę. I sam ogród zapłonął barwami kwiatów: malwy wystrzeliły wysoko jak drzewa, rozwijały się lilie, kwitły tulipany i róże. Obwódki małych grządek wesoło różowiły się goździkami i pąsowymi, podwójnymi stokrociami. Polne różyczki wydzielały rankami i wieczorami słodki zapach, zalatując jabłkiem i korzeniami. Ale wszystkie te wonne skarby bezużyteczne były dla większości mieszkanek Lowood, jedynie od czasu do czasu dostarczały garści ziół i kwiatów, składanych do trumny.

Ja tymczasem wraz z resztą zdrowych uczennic używałam w pełni piękności widoków o tej porze roku. Pozwalano nam, jak Cygankom, błądzić po lesie od rana do wieczora. Robiłyśmy, co nam się podobało, chodziłyśmy, gdzie ochota niosła. Lepiej też nas żywiono. Pan Brocklehurst wraz ze swą rodziną nigdy się teraz nie pokazywał w Lowood, w gospodarskie sprawy nie wglądano. Skwaszona gospodyni odeszła, wypędził ją strach przed zarazą. Następczyni jej, nieprzywykła do miejscowego systemu, gospodarowała stosunkowo hojnie. Przy tym mniej osób było do żywienia — chore niewiele mogły jeść, nasze śniadaniowe miseczki bywały pełniejsze. Gdy brakło czasu na przygotowanie porządnego obiadu, co zdarzało się często, dawała nam po dobrym kawale zimnego pieroga albo po grubej kromce chleba z serem. Zabierałyśmy to do lasu, gdzie każda wybierała sobie dowolne miejsce, i tam ucztowałyśmy wspaniale.

Moim ulubionym miejscem był gładki, szeroki kamień — biały i suchy, sterczący w samym środku strumienia, do którego dostać się można było jedynie, brodząc przez wodę. Czyniłam to boso. Powierzchnia kamienia była dość szeroka, by wygodnie pomieścić mnie i drugą dziewczynkę, wybraną wówczas moją towarzyszkę, Mary Ann Wilson. Była to bystra i spostrzegawcza osóbka, której towarzystwo lubiłam, po części dlatego, że była dowcipna i oryginalna, a po części, ponieważ była łatwa w obejściu. O parę lat starsza ode mnie, lepiej znała świat i umiała opowiedzieć mi wiele rzeczy, których ja lubiłam słuchać. Zaspokajała moją ciekawość, a względem moich wad zachowywała się z pełną pobłażliwością, nigdy mnie nie hamując ani nie powstrzymując, cokolwiek bym mówiła. Miała dar opowiadania, ja skłonność do analizy, lubiła informować, ja lubiłam pytać. Toteż stosunek nasz układał się gładko, będąc dla nas obu obfitym źródłem rozrywki, jeśli nie poważniejszej korzyści.

A gdzie tymczasem była Helen Burns? Dlaczego tych miłych dni swobody nie spędzałam z nią razem? Czy zapomniałam o niej? Czy też byłam tak niegodna, iż znudziłam się jej szlachetnym towarzystwem? Mary Ann Wilson z pewnością mniej była warta niż ona, umiała tylko opowiadać zajmujące historie i odwzajemniać się, jeżeli pozwalałam sobie na jakieś trafne, a czasem złośliwe uwagi. Helen, przeciwnie, potrafiła tych, którzy mieli szczęście z nią rozmawiać, wprowadzać w sferę o wiele wyższych pojęć.

To prawda. Wiedziałam to i czułam. Chociaż ułomne ze mnie stworzenie, choć wiele mam wad, a niewiele w sobie dobrego, to jednak nigdy nie zobojętniałam wobec Helen Burns, nigdy nie ostygłam w przywiązaniu do niej tak silnym, serdecznym, tak pełnym uznania. Jakżeby mogło być inaczej, skoro Helen zawsze i we wszystkich okolicznościach okazywała mi spokojną i wierną przyjaźń, której nigdy nie zamącił zły humor, nigdy nie zakłóciło rozdrażnienie? Ale Helen chorowała teraz. Od paru tygodni oddzielono ją od nas, przenosząc do nieznanego mi pokoju na górze. Powiedziano mi, że nie ma jej w szpitalnej części domu z gorączkującymi chorymi, gdyż chorobą jej są suchoty, nie tyfus. Ja zaś w nieświadomości wyobrażałam sobie, że suchoty to choroba łagodna, którą czas i starania niewątpliwie uleczą.

Utwierdziłam się w tym przekonaniu, ponieważ raz czy dwa razy zeszła na dół w bardzo ciepłe, słoneczne popołudnie, a panna Temple zaprowadziła ją do ogrodu. Mnie jednakże nie pozwolono wtedy pójść do niej i rozmawiać z nią. Widziałam ją tylko z okna szkolnego pokoju i to niewyraźnie, gdyż była mocno pootulana i siedziała daleko, pod werandą.

Pewnego wieczora w początkach czerwca zostałam do późnej godziny z Mary Ann w lesie. Odłączyłyśmy się, jak zwykle, od innych i zawędrowałyśmy daleko, tak że nawet pobłądziłyśmy trochę. Wracałyśmy już po wzejściu księżyca. Konik, w którym poznałyśmy kuca doktora, stał uwiązany przy furtce ogrodu. Mary Ann zauważyła, że ktoś musi być bardzo chory, skoro posłano po pana Batesa o tak późnej porze. Weszła do domu, a ja pozostałam jeszcze na chwilę, chcąc zasadzić w ogródku garść roślin wykopanych w lesie, gdyż bałam się, że zwiędną, jeżeli pozostawię je niezasadzone do rana. Skończywszy, nie śpieszyłam się z powrotem. Rosa lśniła, kwiaty pachniały tak słodko, taki miły był wieczór, pogodny, ciepły. Rumiany jeszcze zachód zapowiadał na jutro równie piękny dzień, księżyc wschodził wspaniale. Rozglądałam się w tym wszystkim i cieszyłam się, jak cieszyć się może dziecko. Nagle zbudziła się we mnie myśl:

„Jak to smutno być chorą, leżeć w łóżku i wiedzieć, że się musi umrzeć. Ten świat jest piękny, strasznie byłoby zostać z niego odwołaną i pójść nie wiadomo dokąd.”

I wtedy dusza moja zrobiła pierwszy poważny wysiłek ku zrozumieniu wpojonych w nią pojęć o niebie i piekle. I po raz pierwszy wzdrygnęła się, nie pojmując. I po raz pierwszy, spojrzawszy za siebie, przed siebie i na wszystkie strony, ujrzała dokoła tylko przepaść niezgłębioną, odczuła tylko jeden punkt, na którym stała — teraźniejszość. Wszystko pozostałe była to tylko bezkształtna mgławica, pusta głębina. I zadrżała z lęku na myśl, że może się potknąć i zatonąć w tym chaosie.

Podczas tych rozmyślań usłyszałam, że otwierają się drzwi frontowe — to pan Bates wychodził, a odprowadzała go pielęgniarka. Gdy już wsiadł na swego konika i odjechał, pielęgniarka chciała zamknąć drzwi, ale ja podbiegłam do niej.

— Jak się miewa Helen Burns?

— Bardzo marnie — odpowiedziała.

— Czy to do niej pan Bates przyjeżdżał?

— Tak.

— I co powiedział o niej?

— Powiedział, że niedługo już będzie tu z nami.

To zdanie, gdybym je była posłyszała wczoraj, miałoby dla mnie ten sens, że Helen mają odesłać do Northumberland, do jej rodzinnego domu. Nie byłabym podejrzewała, że to znaczy, iż ma umrzeć. Ale teraz wiedziałam! Zrozumiałam jasno, że Helen dożywa ostatnich swych dni na tym padole i że niebawem przejdzie w świat duchów. Wstrząsnęła mną groza, potem przejął mnie silny, bolesny żal, a w ślad za tym pragnienie — konieczność zobaczenia jej. Zapytałam, w którym pokoju leży Helen.

— Leży w pokoju panny Temple — odpowiedziała pielęgniarka.

— Czy mogę tam pójść i pomówić z nią?

— O nie, dziecko! Nie sądzę. A teraz czas, żebyś wróciła do domu. Jeszcze zachorujesz, zostając na dworze, kiedy pada.

Pielęgniarka zamknęła drzwi frontowe, ja weszłam bocznym wejściem, prowadzącym do pokoju szkolnego. Przyszłam w sam czas: była godzina dziewiąta i panna Miller kazała uczennicom iść spać.

Mogło to być ze dwie godziny później, prawdopodobnie blisko jedenastej, gdy nie mogąc usnąć, a wnosząc z ciszy w sypialni, że towarzyszki moje spoczywają w śnie głębokim, wstałam po cichu i zarzuciwszy suknię na bieliznę, wysunęłam się boso z sypialni, aby dostać się do pokoju panny Temple. Znajdował się on na przeciwnym końcu domu, ale ja znałam do niego drogę. Światło księżyca, wpadając tu i ówdzie przez okna na korytarzach, ułatwiło mi odnalezienie jej. Zapach kamfory i kadzidła z octem ostrzegł mnie, że zbliżam się do pokoju chorych. Minęłam drzwi jego szybko w obawie, by nie usłyszała mnie pielęgniarka, czuwająca tam przez całą noc. Lękałam się, by mnie nie odkryto i nie kazano wracać, bo przecież musiałam zobaczyć się z Helen, musiałam uściskać ją, zanim umrze — pożegnać ją ostatnim pocałunkiem, zamienić z nią ostatnie słowa.

Zszedłszy z jednych schodów, przebywszy na dole znaczną część domu, otworzywszy i zamknąwszy szczęśliwie bez hałasu dwoje drzwi, dotarłam do drugich schodów. Wstąpiłam na nie, a wtedy znalazłam się na wprost pokoju panny Temple. Światło przedzierało się przez dziurkę od klucza i pod drzwiami, głęboka cisza zalegała dokoła. Zbliżywszy się, dostrzegłam, że drzwi są lekko uchylone, prawdopodobnie, aby wpuścić trochę świeżego powietrza do dusznego pokoju, gdzie leżała chora. Bez zawahania, niecierpliwa i drżąca śmiertelnym strachem — otworzyłam je i zajrzałam. Oczy moje szukały Helen, a bały się ujrzeć śmierć.

Tuż obok łóżka panny Temple, na wpół zakryte białą jego kotarą, stało wąskie łóżeczko. Widziałam zarys postaci pod kołdrą, ale twarz ukrywała zasłona. Pielęgniarka, z którą rozmawiałam w ogrodzie, siedziała w fotelu i spała, nikła świeca blado paliła się na stole. Panny Temple nie było. Dowiedziałam się później, że zawołano ją do chorej w ciężkiej malignie79. Postąpiłam naprzód, stanęłam przy łóżeczku. Już rękę wyciągałam do kotary, ale wolałam wpierw przemówić, zanim ją odsunę. Wciąż jeszcze się bałam, że zobaczę umarłą.

— Helen! — szepnęłam cicho. — Czy nie śpisz?

Poruszyła się, odgarnęła kotarę, a wtedy ujrzałam twarz jej bladą, wymizerowaną, ale zupełnie spokojną. Wydała mi się tak mało zmieniona, że lęk mój rozwiał się od razu.

— Czy to być może, że to ty, Jane? — zapytała miłym głosem.

„Och — pomyślałam — ona nie umrze, oni się mylą, przecież nie mogłaby tak mówić ani tak wyglądać spokojnie, gdyby miała umierać!”

Nachyliłam się nad jej łóżeczkiem i ucałowałam ją. Czoło jej było chłodne, policzki zimne i wychudzone, podobnie jak ręce. Ale uśmiechała się po dawnemu.

— Dlaczego przyszłaś, Jane? Już minęła jedenasta, słyszałam, jak biła kilka minut temu.

— Przyszłam cię odwiedzić, Helen. Słyszałam, że jesteś bardzo chora, i czułam, że nie zasnę, dopóki cię nie zobaczę.

— A więc przyszłaś mnie pożegnać. Zdążyłaś, zdaje się, w samą porę.

— Czy ty dokądś wyjeżdżasz, Helen? Czy może jedziesz do domu?

— Tak, do mojego prawdziwego domu, do mojego ostatniego domu.

— Nie, nie, Helen! — przerwałam wzruszona. Lecz gdy usiłowałam opanować łzy, pochwycił ją atak kaszlu. Nie obudziło to jednak pielęgniarki i gdy kaszel minął, Helen leżała parę minut wyczerpana, a potem szepnęła:

— Jane, twoje nóżki bose... Połóż się przy mnie i nakryj się kołdrą.

Zrobiłam, jak chciała. Otoczyła mnie ramieniem, a ja ułożyłam się tuż przy niej. Po długim milczeniu mówiła dalej, wciąż szeptem:

— Jestem bardzo szczęśliwa, Jane. A gdy się dowiesz, że umarłam, pamiętaj, żebyś się nie martwiła, nie ma się czym martwić. Wszyscy musimy kiedyś umrzeć, a choroba, która mnie zabiera, nie jest bolesna. Postępuje łagodnie i stopniowo. W duszy czuję spokój. Nie pozostawiam nikogo, kto by mnie bardzo żałował. Mam tylko ojca, ale on się niedawno ożenił, więc nie odczuje mej nieobecności. Umierając młodo, uniknę wielkich cierpień. Nie miałam tych zdolności ani talentów, jakich potrzeba, żeby sobie dobrze torować drogę w świecie, błądziłam wciąż.

— Ale dokąd ty idziesz, Helen? Czy ty to rozumiesz? Czy wiesz?

— Wierzę. Mam wiarę, idę do Boga.

— Gdzie jest Bóg? I czym jest Bóg, Helen?

— To mój Stwórca i twój, który nie unicestwi swojego stworzenia. Polegam całkowicie na Jego potędze i ufam najmocniej w Jego dobroć. Liczę godziny, rychło80 nadejdzie ta wielka chwila, która pozwoli mi powrócić do Niego, a Jego mi objawi.

— Więc ty jesteś pewna, Helen, że istnieje takie miejsce, niebo, i że dusze nasze dostaną się tam, gdy poumieramy?

— Jestem pewna, że jest taka kraina przyszłości. Wierzę, że Bóg jest dobry. Powierzam Mu nieśmiertelną cząstkę swoją bez żadnej obawy. Bóg jest moim ojcem, jest moim przyjacielem. Ja Go kocham i wierzę, że i On mnie kocha.

— A czy ja się z tobą spotkam, Helen, gdy umrę?

— Przyjdziesz do tej samej krainy szczęśliwości. Przyjmie cię ten sam wszechpotężny, wspólny Ojciec, nie wątpię w to, droga Jane.

Znowu zapytałam, ale tym razem w myśli jedynie: „Gdzie jest ta kraina?”. I otoczyłam ramionami Helen, tuląc się do niej. Droższa mi była niż kiedykolwiek. „Nie puszczę cię! Nie pozwolę ci odejść!” — myślałam. Leżałam z twarzą ukrytą na jej ramieniu. A wtedy ona, jak najłagodniej, powiedziała:

— Jak mi dobrze i wygodnie! Ten ostatni atak kaszlu zmęczył mnie trochę. Zdaje mi się, że będę mogła zasnąć, ale nie odchodź ode mnie, Jane. Miło mi czuć cię przy sobie.

— Zostanę z tobą, Helen najdroższa! Nikt mnie stąd nie zabierze!

— Ciepło ci, kochanie?

— Tak.

— Dobranoc, Jane.

— Dobranoc, Helen.

Pocałowałyśmy się i wkrótce zasnęłyśmy obie.

Gdy otworzyłam oczy, był już dzień. Obudził mnie niezwykły ruch. Spojrzałam — byłam w czyichś objęciach. To pielęgniarka niosła mnie przez korytarz z powrotem do sypialni. Nikt się na mnie nie gniewał, że uciekłam z łóżka, musieli myśleć o czym innym. Nie dano mi wtedy żadnych odpowiedzi na moje liczne pytania, ale w jakieś dwa dni potem dowiedziałam się, że panna Temple, wróciwszy o świcie do swego pokoju, zastała mnie leżącą obok Helen, z twarzą opartą o jej ramię, z rękoma dokoła jej szyi. Ja spałam, a Helen — nie żyła.

Grób jej znajduje się na cmentarzu w Brocklebridge. Przez piętnaście lat po jej śmierci była to tylko darniowa mogiła, obecnie tablica z szarego marmuru oznacza to miejsce, a napis na tej tablicy głosi jej imię i słowo: Resurgam81.

Rozdział X

Dotychczas opowiadałam szczegółowo o wypadkach mojego dzieciństwa, pierwszemu dziesięcioleciu poświęciłam prawie tyleż rozdziałów. Jednakże to nie ma być dokładna autobiografia, chcę tylko wyławiać z pamięci to, co może wzbudzić pewne zainteresowanie. Dlatego teraz okres ośmioletni prawie pominę milczeniem. Kilku wierszy tylko potrzeba, by utrzymać łączące ogniwo.

Dopełniwszy dzieła zniszczenia w Lowood, epidemia tyfusu wygasła na razie stopniowo, jednakże jej złośliwość i liczba ofiar zwróciła publiczną uwagę na szkołę. Zbadano powody tej klęski i wkrótce wyszły na jaw różne fakty, które wzbudziły ogólne oburzenie. Niezdrowe położenie, ilość i jakość pożywienia dawanego dzieciom, niedobra, cuchnąca woda używana do gotowania, nędzne ubrania uczennic i inne wady w urządzeniach mieszkaniowych — wszystko to odkryto, a odkrycie wywołało rezultat przykry dla pana Brocklehursta, ale zbawienny dla zakładu.

Kilku ludzi bogatych i dobrej woli w hrabstwie subskrybowało większe sumy na postawienie odpowiedniejszego budynku i w lepszym miejscu niż dotychczasowe. Ułożono nowy regulamin i wprowadzono ulepszenia w odżywianiu i w ubraniu dziewcząt, fundusze szkoły wziął w swoje ręce komitet. Pan Brocklehurst, którego przez wzgląd na jego bogactwo i rodzinne stosunki nie można było pominąć, zatrzymał stanowisko skarbnika. Dopomagali mu jednak w spełnianiu tych obowiązków panowie o szerszych poglądach i bardziej ludzkich uczuciach. Urząd inspektora dzielili z nim tacy, którzy umieli łączyć rozsądek ze ścisłością, wygodę z oszczędnością, współczucie z prawością. Szkoła w ten sposób ulepszona stała się z czasem prawdziwie pożytecznym, dużej wartości zakładem. Pozostałam w obrębie jej murów po jej odrodzeniu dalszych osiem lat, z tych sześć jako uczennica, a dwa jako nauczycielka — tak w jednym, jak i w drugim charakterze mogę zaświadczyć o jej wartości i poziomie.

Przez te osiem lat wiodłam życie dość jednostajne, nie smutne jednakże, gdyż było pracowite. Miałam możność zdobycia wyższego wykształcenia, miałam zamiłowanie do niektórych przedmiotów, a pragnienie odznaczenia się we wszystkich. Wielką sprawiało mi przyjemność móc zadowolić nauczycielki, zwłaszcza te, które kochałam. Toteż korzystałam w pełni z otwartych mi źródeł wiedzy. Z czasem zostałam pierwszą uczennicą pierwszej klasy82, a potem powierzono mi stanowisko nauczycielki, na którym gorliwie pracowałam przez dwa lata. Wtedy jednakże nastąpiła zmiana.

Panna Temple przez cały czas pozostawała przełożoną szkoły, jej nauczaniu zawdzięczam największą część wiedzy, jej życzliwość i towarzystwo były moją stałą pociechą. Ona zastępowała mi matkę, była moją nauczycielką, a w końcu towarzyszką. W tym okresie jednak wyszła za mąż za duchownego, najzacniejszego człowieka, prawie godnego takiej żony. Wyjechała z mężem do odległego hrabstwa i tym sposobem straciłam ją na zawsze.

Od dnia jej wyjazdu nie czułam się tą samą osobą. Lowood przestał mi być domem jakby rodzinnym. Przejęłam się szczerze indywidualnością panny Temple, a więc wzorowałam się na jej sposobie myślenia i opanowywałam swą impulsywność. Zdawało mi się, że już osiągnęłam równowagę charakteru. Obowiązkowość i porządek uważałam za najwyższe prawa, byłam spokojna i łagodna, a w oczach koleżanek uchodziłam nawet za osobę o silnym charakterze.

Jednakże los — w postaci wielebnego pana Nasmytha — oddzielił mnie od panny Temple. Widziałam ją wkrótce po ceremonii ślubnej, wsiadającą w sukni podróżnej do karetki pocztowej. Widziałam karetkę podjeżdżającą pod wzgórek i niknącą za jego szczytem, a wtedy udałam się do swego pokoju i tam w samotności spędziłam większą część poobiedniej rekreacji, udzielonej uczennicom z okazji tej uroczystości.

Chodziłam po pokoju, rozmyślając. Wyobrażałam sobie, że żałuję tylko mej straty i obmyślam, jakby ją sobie zastąpić. Ale gdy w rozmyślaniach mych doszłam do końca, gdy dzień się skłonił ku wieczorowi, zaczęłam sobie uświadamiać, że tymczasem zaszła we mnie zasadnicza zmiana, że z duszy mej uszło to wszystko, co zapożyczyłam od panny Temple, a raczej, że zabrała ona ze sobą ten pogodny nastrój, jakim przy niej oddychałam, a ja — pozostawiona wrodzonej mej naturze — zaczynam odczuwać budzenie się dawnych, właściwych mi wzruszeń. Nie znaczy to, że usunęła się pode mną jakaś podpora, ale było mi, jak gdyby zabrakło przyczyny: nie brakowało mi możności zachowania spokoju, ale nie dostawało mi powodu i bodźca. Światem moim przez szereg lat było Lowood, żyłam w obrębie jego regulaminu i systemu. Teraz przypomniałam sobie, że rzeczywisty świat jest szeroki i że otwiera on obszerne pole nadziei i obaw, wrażeń i podniety dla tych, którzy mają odwagę iść szukać rzeczywistej znajomości życia wśród jego niebezpieczeństw.

Zbliżyłam się do okna, otworzyłam je i wyjrzałam. Tu wznosiły się dwa skrzydła szkolnego budynku, tu leżał ogród, tu była granica Lowood, tam pagórkowaty horyzont. Oczy moje przesunęły się po tym co najbliższe i zatrzymały się na najdalszym, to jest na błękitnych szczytach — zapragnęłam je przekroczyć. Wszystko w ich skalistym obrębie wydało mi się dziedziną więzienną. Śledziłam okiem białą drogę, wijącą się u stóp jednej góry i znikającą w wąwozie pomiędzy dwiema kolejnymi. Jakże pragnęłam móc ją śledzić dalej! Przypomniałam sobie swoją podróż po tej drodze dyliżansem i przypomniałam sobie, jak o zmroku zjeżdżałam z tego wzgórka. Wiek upłynął od tego dnia, gdy po raz pierwszy ujrzałam Lowood i już odtąd nie opuściłam go nigdy. Wakacje wszystkie spędzałam w szkole, pani Reed nigdy nie wezwała mnie do Gateshead, ani ona, ani nikt z jej rodziny nigdy mnie nie odwiedził. Nie miałam żadnych stosunków ani listownych, ani osobistych ze światem zewnętrznym, znałam jedynie reguły i obowiązki szkolne, tutejsze zwyczaje i pojęcia, głosy, twarze i zdania, sympatie i antypatie. A teraz czułam, że to nie wystarcza. Raz po południu uświadomiłam sobie, że znużyła mnie rutyna tych ośmiu lat. Westchnęłam za wolnością, pomodliłam się o wolność. Wydało mi się, że wiatr rozwiewa to westchnienie i modlitwę moją. Wtedy zaniosłam skromniejsze błaganie — po prostu o zmianę, o nowy bodziec! I to błaganie zdawało się rozpraszać gdzieś w przestrzeni. „Niechże mi chociaż będzie dana nowa służba!”, zawołałam, prawie zrozpaczona.

Tu dzwonek, oznajmiający godzinę wieczerzy, wezwał mnie na dół.

Nie mogłam podjąć przerwanych rozmyślań aż do godziny rozejścia się na spoczynek. A i wtedy jeszcze nauczycielka, która dzieliła ze mną pokój, nie pozwalała mi powrócić do przedmiotu, koło którego moje myśli krążyły, przedłużając bez końca zdawkową gadaninę. Jakżeż pragnęłam, żeby ją sen uciszył! Zdawało mi się, że skoro tylko będę mogła powrócić do myśli, która zaświtała mi w głowie, gdym stała przy oknie, jakiś pomysł szczęśliwy zrodzi się ku mojej pociesze.

Panna Gryce nareszcie chrapnęła. Była to ciężka Walijka i dotychczas jej nosowy koncert zawsze mi dokuczał. Tym razem z zadowoleniem posłyszałam jego pierwsze, głębokie tony. „Nie będzie mi przeszkadzała” — pomyślałam i zaraz też me przygaszone myśli ożyły.

„Nowa służba! Słowa pełne treści! — rozmyślałam. — Tak, nie brzmi to nader ponętnie. To nie tak jak słowa: wolność, radość, używanie życia. Prześlicznie brzmiące słowa, ale dla mnie tylko puste i przelotne dźwięki: wsłuchiwać się w nie to zwykła strata czasu. Ale służba! To coś zwyczajnego, rzeczywistego. Każdy może służyć. Ja tutaj służyłam przez osiem lat, teraz chcę służyć gdzie indziej. Czyż mi nie wolno? Czy tego się nie da zrobić? Ależ tak, tak, to nie takie trudne zadanie, trzeba tylko wytężyć myśli i znaleźć sposób, by je zrealizować”.

Siadłam na łóżku, by pobudzić głowę do bardziej energicznego działania. Noc była chłodna, otuliłam się w szal i znów pogrążyłam się w myślach.

„Czego pragnę? Innej posady, w innym domu, wśród innych twarzy, w innych warunkach. Pragnę tego, gdyż daremnie pragnęłabym czegoś lepszego. Jakim sposobem starają się ludzie o inną posadę? Sądzę, że zwracają się do przyjaciół i znajomych, ja ich nie mam. Ale jest wielu takich, którzy ich również nie mają i sami muszą się starać, sami sobie pomagać. I jak się oni biorą do tego?”.

Nie wiedziałam — znikąd pomysłu. Mój mózg pracował z natężeniem. Czułam, jak krew pulsuje mi w głowie i w skroniach, lecz z godzinę męczyłam się w daremnym chaosie, nie mogąc nic wymyślić. Rozgorączkowana próżnym wysiłkiem wstałam i przeszłam się po pokoju. Odsłoniłam storę u okna, popatrzyłam na gwiazdy, ale poczuwszy chłód, powróciłam niebawem do łóżka.

Jakaś dobrotliwa wróżka widocznie pod moją nieobecność złożyła upragniony pomysł na poduszce, gdyż zaledwie się położyłam, zupełnie spokojnie i naturalnie przyszło mi na myśl: „Ci, którzy szukają posady, publikują ogłoszenie — musisz dać ogłoszenie w «Heraldzie»83”.

„Ale jak? Nie wiem, jak się to ogłasza”.

Teraz już odpowiedź przyszła gładko i prędko:

„Musisz włożyć do koperty ogłoszenie i należne za nie pieniądze, a kopertę zaadresować do wydawcy «Heralda» i przy pierwszej sposobności nadać na poczcie w Lowton. Musisz prosić o odpowiedź pod literami J. E. poste restante w Lowton. Jakiś tydzień po wysłaniu listu dowiedz się, czy są odpowiedzi, i stosownie do tego działaj”.

Ten plan rozważyłam jeszcze dobrze, a upewniwszy się w myśli, że jest jasny i praktyczny, zadowolona usnęłam.

Skoro tylko dzień zaświtał, wstałam. Napisałam ogłoszenie, zapieczętowałam i zaadresowałam, zanim jeszcze rozległ się dźwięk dzwonka budzącego szkołę. Ogłoszenie moje brzmiało: „Młoda osoba, mająca wprawę w nauczaniu” (czyż od dwóch lat nie byłam nauczycielką?) „pragnie otrzymać posadę nauczycielki w domu prywatnym dla dzieci poniżej lat czternastu” (pomyślałam, że mając sama zaledwie osiemnaście, nie chciałabym podejmować się prowadzenia dziewcząt bliższych mi wiekiem). „Może udzielać lekcji zwykłych przedmiotów, objętych programem dobrego angielskiego wykształcenia, wraz z językiem francuskim, rysunkami i muzyką”. (W owych czasach, czytelniku, ten dziś już nazbyt szczupły katalog umiejętności był uważany za całkiem obszerny). „Adres: J. E. poste restante, Lowton”.

Dokument ten, zamknięty w mojej szufladzie, przeczekał cały dzień. Po herbacie poprosiłam nową przełożoną o pozwolenie pójścia do Lowton dla załatwienia kilku małych sprawunków. Udzielono mi go chętnie i poszłam; odległość wynosiła dwie mile. Wieczór był wilgotny, dni jednakże jeszcze były długie. Zaszłam do paru sklepów, wrzuciłam list na poczcie i powróciłam w rzęsistym deszczu, w przemoczonym ubraniu, ale z lekkim sercem.

Następny tydzień wydał mi się długi. Dobiegł nareszcie końca jak wszystko na świecie i znowu ku schyłkowi miłego jesiennego dnia znalazłam się pieszo na szlaku ku Lowton. Malownicza to była droga, wiodła brzegiem strumienia i poprzez urocze zakręty doliny. Tego dnia jednak więcej myślałam o tym, czy będą lub nie listy w miasteczku niż o piękności łąk i wody.

Jako oficjalny powód wędrówki podałam tym razem zamówienie pary trzewików. Ten sprawunek przeto załatwiłam najpierw, po czym spokojną, czystą uliczką przeszłam od szewca na pocztę. Pocztmistrzynią była leciwa dama w rogowych okularach na nosie i w czarnych mitenkach84.

— Czy są jakieś listy dla J. E.? — zapytałam.

Pocztmistrzyni przyjrzała mi się przez okulary, a potem, otworzywszy szufladę, długo przeglądała jej zawartość — tak długo, że zaczynałam tracić nadzieję. Nareszcie, podniósłszy do oczu jakąś kopertę, trzymała ją w ten sposób z pięć minut może, aż w końcu podała mi ją przez kontuar, z jeszcze jednym badawczym i nieufnym spojrzeniem. List był dla J. E.

— Czy ten jeden tylko? — zapytałam.

— Nie ma nic więcej — odpowiedziała.

Wsunęłam list do kieszeni i zawróciłam do domu. Nie mogłam go teraz otworzyć, regulamin wymagał, bym była z powrotem o ósmej, a już było wpół do ósmej.

Różne obowiązki czekały mnie po powrocie: musiałam siedzieć z dziewczętami w czasie godziny ich przygotowań, na mnie wypadała kolej odczytywania modlitw, dopilnowania, żeby uczennice pokładły się spać, potem jadłam wieczerzę z innymi nauczycielkami. Nawet po ostatecznym rozejściu się na noc miałam za towarzyszkę nieodstępną pannę Gryce. Miałyśmy tylko mały kawałek świecy w lichtarzu i drżałam, że się wypali, zanim ona mówić przestanie. Na szczęście ciężka kolacja wywarła skutek usypiający, tym razem chrapała już, zanim ja zdążyłam się rozebrać. W lichtarzu był jeszcze kawałek świeczki. Wyciągnęłam list, na pieczątce był odcisk litery F. Rozerwałam pieczątkę, list był niedługi.

„Jeżeli J. E., która opublikowała ogłoszenie w czwartkowym numerze «Heralda», posiada wspomniane warunki i jeżeli może podać zadowalające referencje o swym charakterze i uzdolnieniach, mogłabym jej ofiarować posadę nauczycielki dla jednej uczennicy, małej dziewczynki poniżej lat dziesięciu. Pensja wynosiłaby trzydzieści funtów rocznie. Proszę J. E. o przysłanie referencji, nazwiska, adresu i wszystkich szczegółów na adres: Pani Fairfax, Thornfield, w pobliżu Millcote85”.

Długo przyglądałam się listowi: pismo było staroświeckie i niepewne jak pismo starszej kobiety. Byłam z tego rada. Potajemny lęk mnie przejmował, ażebym, działając tak samodzielnie, nie zgotowała sobie jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki. Przede wszystkim pragnęłam, ażeby wynikiem moich starań było coś przyzwoitego, coś właściwego, coś en règle86. Udział starszej pani wydał mi się czynnikiem bardzo pozytywnym w interesie, który przedsięwzięłam. Pani Fairfax! Wyobraziłam ją sobie w czarnej sukni i wdowim czepeczku, zimną być może, ale nie niegrzeczną — taką, jaka być musi szanowna matrona angielska. Thornfield! To niewątpliwie nazwa jej domu. Byłam pewna, że jest porządnie i ładnie urządzony, daremnie jednak próbowałam wyobrazić sobie jego wygląd. Millcote, w hrabstwie X. Sięgnęłam pamięcią do mapy Anglii. Tak, tak — i to hrabstwo, i to miasto leżało o siedemdziesiąt mil bliżej Londynu niż odległe hrabstwo, w którym obecnie przebywałam. To w moich oczach przemawiało za nimi korzystnie. Pragnęłam udać się gdzieś, gdzie wre życie i ruch. Millcote to duże miasto fabryczne nad brzegiem rzeki A.87., niewątpliwie dość ruchliwe. Tym lepiej, zmiana będzie zupełna. Co prawda nie bardzo przypadała mi do smaku myśl o wysokich kominach i chmurach dymu... „Ale — pomyślałam — Thornfield prawdopodobnie leży dosyć daleko od miasta”.

Tu świeczka się wypaliła i knot zgasł.

Nazajutrz musiałam przedsięwziąć nowe kroki. Nie mogłam planów swoich dłużej ukrywać. Chcąc im zapewnić powodzenie, musiałam je wyjawić. Postarawszy się o posłuchanie u przełożonej podczas rekreacji południowej, powiedziałam jej, że mam widoki na otrzymanie posady z pensją dwa razy większą niż moja obecna (w Lowood bowiem dostawałam tylko 15 funtów rocznie) i poprosiłam ją, ażeby sprawę moją przedstawiła panu Brocklehurstowi albo któremuś z panów z komitetu, a zarazem dowiedziała się, czy wolno mi powołać się na nich. Przełożona zgodziła się uprzejmie być moją pośredniczką w tej sprawie. Na drugi dzień przedstawiła rzecz panu Brocklehurstowi, który powiedział, że należy napisać do pani Reed jako do mojej naturalnej opiekunki. W odpowiedzi na list, w tym celu wysłany, pani Reed oświadczyła, że mogę „robić, co mi się podoba, od dawna przestała mieszać się do moich spraw”. List ten obszedł kolejno wszystkich członków komitetu i nareszcie, po tej tak dla mnie nudnej zwłoce, otrzymałam formalne pozwolenie na poprawienie sobie warunków bytu. Dodano przy tym zapewnienie, że ponieważ w Lowood — jako nauczycielka i jako uczennica — zachowywałam się zawsze dobrze, otrzymam przeto świadectwo o charakterze i uzdolnieniach moich, podpisane przez inspektorów zakładu.

To świadectwo otrzymałam po miesiącu mniej więcej. Posłałam kopię pani Fairfax i dostałam od niej odpowiedź, wyrażającą zadowolenie i wyznaczającą mi termin objęcia obowiązków nauczycielki w jej domu za dwa tygodnie od daty listu.

Zajęłam się teraz przygotowaniami. Dwa tygodnie zbiegły szybko. Niezbyt obfitą miałam garderobę, ale dla potrzeb moich wystarczającą. Ostatniego dnia spakowałam walizkę — tę samą, którą przed ośmiu laty przywiozłam ze sobą z Gateshead.

Walizka była związana, karta na niej przybita. Za pół godziny woźnica miał po nią wstąpić i zabrać ją do Lowton, dokąd miałam się udać nazajutrz rano, bardzo wcześnie, by zdążyć na dyliżans. Wyszczotkowałam czarną, wełnianą suknię podróżną, przygotowałam kapelusz, rękawiczki i mufkę. Przejrzałam wszystkie szuflady, czy czasem nie zostawiłam czegoś, a teraz, nie mając nic więcej do roboty, usiadłam, chcąc odpocząć. Nie mogłam jednak. Chociaż cały dzień byłam na nogach, nie mogłam ani chwili odpocząć — nazbyt byłam podniecona. Dziś wieczorem jeden okres mojego życia dobiegał końca. Nowy miał się rozpocząć jutro. Czyż podobna drzemać w przerwie? Musiałam czuwać gorączkowo, podczas gdy dokonywała się zmiana.

— Proszę pani — rzekła służąca, wchodząc na ganek, po którym snułam się jak dusza pokutująca — jest ktoś na dole, kto się z panią chce zobaczyć.

„Woźnica niezawodnie” — pomyślałam i zbiegłam ze schodów, nie pytając. Mijałam właśnie pokój bawialny nauczycielek, którego drzwi były uchylone, i zmierzałam w stronę kuchni, gdy ktoś z tego pokoju wybiegł...

— To ona, jestem pewna!... Poznałabym ją wszędzie! — zawołała osoba, która mnie zatrzymała i pochwyciła moją rękę.

Spojrzałam: miałam przed sobą kobietę, ubraną jak dobrze nosząca się służąca, matronowatą, ale jeszcze młodą, bardzo ładną, brunetkę o czarnych oczach, świeżej cerze i żywych rysach.

— No, proszę, kto ja jestem? — zapytała mnie głosem i z uśmiechem, które mi się wydały znajome. — Nie zapomniała mnie chyba panienka zupełnie, panno Jane?

W jednej chwili ściskałam ją już i całowałam z radością.

— Bessie! Bessie! Bessie! — tyle tylko mogłam wymówić, a ona, na wpół śmiejąc się, a na wpół płacząc, razem ze mną weszła do bawialni. Przy kominku stał mały chłopaczek, trzyletni, w samodziałowym ubranku i majteczkach.

— To jest mój synek — przedstawiła go Bessie od razu.

— Więc wyszłaś za mąż, Bessie?

— Tak, już prawie pięć lat temu, za Roberta Leavena, stangreta. I oprócz tego oto Bobby’ego mam małą córeczkę, której na chrzcie świętym dałam imię Jane.

— I nie mieszkasz w Gateshead?

— Mieszkamy w portierni, stary odźwierny odszedł.

— No i cóż tam u nich wszystkich słychać? Opowiedz mi wszystko o nich, Bessie. Ale przede wszystkim usiądź, a ty, Bobby, przyjdź, wezmę cię na kolana, chcesz? — Ale Bobby wolał przytulić się do matki.

— Nie bardzo panienka wyrosła, panno Jane, ani też nie jest pani tęga — mówiła dalej pani Leaven. — Przypuszczam, że niezbyt dobrze karmiono panienkę w tej szkole. Panna Eliza będzie o głowę wyższa od panienki, a panna Georgiana ze dwa razy tak szeroka w ramionach.

— Georgiana musi być ładna?

— Bardzo ładna. Zeszłej zimy pojechała z mamą do Londynu i tam wszyscy się nią zachwycali, a jeden młody lord zakochał się w niej. Ale jego rodzina sprzeciwiała się temu małżeństwu, no i... Co panienka na to powie?... On i panna Georgiana postanowili uciec, jednak odkryto ich i zatrzymano. To panna Eliza ich wykryła. Ja myślę, że przez zazdrość. A teraz obie siostry żyją ze sobą jak pies z kotem, ciągle się kłócą.

— No dobrze, a co słychać u Johna Reeda?

— Ach, on się nie sprawuje tak dobrze, jakby sobie jego matka mogła życzyć. Poszedł do szkół, ale się obciął88. Tak to się, zdaje mi się, nazywa. A wtedy wujowie jego chcieli, żeby studiował prawo, by potem został adwokatem. Ale to taki rozpuszczony młodzieniec, nigdy z niego nic porządnego nie zrobią. Ja tak myślę.

— A jakżeż on wygląda?

— Jest bardzo wysoki. Niektórzy mówią, że to przystojny młody człowiek, ale on ma grube wargi!

— A pani Reed?

— Pani jest tęga i na twarzy dobrze wygląda, ale myślę, że nie bardzo lekko jej na duszy. Postępowanie pana Johna nie może jej się podobać, on tyle pieniędzy wydaje.

— Czy to ona ciebie tu przysłała, Bessie?

— O nie! Ja od dawna pragnęłam panienkę zobaczyć, a gdy posłyszałam, że był list od panienki i że się panienka przenosi w inne strony, pomyślałam, że się wyprawię i zobaczę ją, zanim mi zbyt daleko ucieknie.

— Boję się, żeś na mój widok doznała rozczarowania, Bessie! — powiedziałam ze śmiechem. Zauważyłam, że spojrzenia Bessie, choć pełne uznania, wcale nie wyrażały zachwytu.

— Nie, panno Jane, tego nie mogę powiedzieć. Jest panienka dystyngowana, wygląda jak prawdziwa dama i tego się właśnie po panience spodziewałam. Pięknością jako dziecko panienka nie była.

Uśmiechnęłam się, słysząc szczerą odpowiedź Bessie. Czułam, że powiedziała prawdę, ale przyznaję, że ta prawda nie była mi zupełnie obojętna. Gdy panna ma lat osiemnaście, pragnęłaby się podobać, a przekonanie, że nie ma po temu warunków, bynajmniej nie sprawia przyjemności.

— Ale za to z pewnością jest panienka mądra — mówiła dalej Bessie tonem pocieszenia. — Co panienka umie? Umie panienka grać na fortepianie?

— Trochę.

W pokoju znajdował się fortepian. Bessie poszła i otworzyła go, a potem poprosiła mnie, żebym jej coś zagrała. Zagrałam dwa walce. Była zachwycona.

— Panny Reed nie umieją tak dobrze grać! — zawołała radośnie. — Ja zawsze mówiłam, że panienka przewyższy je uczonością. A rysować umie panienka?

— Oto jest jeden z moich obrazków, ten nad kominkiem.

Był to pejzażyk namalowany farbami wodnymi, który ofiarowałam przełożonej jako podziękowanie za jej uprzejme pośredniczenie w mojej sprawie. Kazała go oszklić i oprawić.

— Ależ to jest piękne, panno Jane! Takiego pięknego obrazka żaden z nauczycieli rysunków panien Reed nie potrafiłby namalować, a cóż dopiero one! Nie umywają się do panienki. A francuskiego uczyła się panienka?

— Tak, Bessie. Umiem i czytać, i mówić po francusku.

— A haftować na muślinie i na kanwie?

— Umiem.

— O, ależ z panienki to prawdziwa dama, panno Jane! Wiedziałam, że panienka na taką wyrośnie. Zajdzie panienka daleko w życiu, czy tam krewni znać panienkę będą czy nie będą. Ale o coś chciałam się panienki zapytać. Czy słyszała panienka kiedy coś o krewnych swoich ze strony ojca, nazwiskiem Eyre?

— Nigdy w życiu.

— Otóż panienka wie, że pani zawsze mówiła, że oni są biedni i że to hołota. Może być, że są biedni, ale ja myślę, że to taka sama szlachta jak rodzina Reed. Bo niegdyś, będzie temu prawie siedem lat, niejaki pan Eyre przybył do Gateshead i chciał się widzieć z panienką. Pani powiedziała, że panienka jest w szkole o pięćdziesiąt mil stamtąd. Widoczne było, że sprawiło mu to zawód, gdyż, jak mówił, nie mógł się dłużej zatrzymać: wyjeżdżał w podróż do obcego kraju i okręt jego miał odpłynąć z Londynu za dzień czy dwa. Wyglądał jak prawdziwy dżentelmen i zdaje mi się, że był to brat ojca panienki.

— Do jakiego kraju wybierał się, Bessie?

— To jakaś wyspa o tysiące mil stąd, gdzie wyrabiają wino. Mówił mi kamerdyner.

— Może Madera89? — poddałam.

— Tak, tak właśnie, tak powiedział.

— A więc pojechał?

— Pojechał. Zaledwie kilka minut zatrzymał się w domu. Pani potraktowała go z góry, a potem nazwała „marnym kupczykiem”. Mój Robert przypuszcza, że był kupcem winnym.

— Bardzo możliwe — odpowiedziałam. — Albo może ajentem kupca winnego.

Rozmawiałyśmy z Bessie o dawnych czasach jeszcze z godzinę, po czym musiała się ze mną pożegnać. Zobaczyłam ją jeszcze raz nazajutrz rano w Lowton, kiedy czekałam na dyliżans. Pożegnałyśmy się ostatecznie przed drzwiami hotelu i każda udała się w swoją drogę. Ona poszła odszukać furmankę, która miała ją zabrać z powrotem do Gateshead, ja wsiadłam do dyliżansu, mającego mnie powieźć ku nowym obowiązkom i nowemu życiu w nieznanych okolicach Millcote.

Rozdział XI

Nowy rozdział w powieści to coś takiego jak nowa scena w sztuce teatralnej. A gdy teraz podnoszę kurtynę, wyobraź sobie, czytelniku, że widzisz pokój w hotelu „Pod Królem Jerzym” w Millcote — z takim obiciem w duży deseń na ścianach, jakie bywają w pokojach hotelowych, z takim dywanem, z takimi meblami, z takimi ozdobami nad kominkiem i takimi sztychami, wśród których widzisz portret Jerzego III90, księcia Walii i scenę śmierci Wolfe’a91. Wszystko to oglądasz przy świetle lampy olejnej, zwieszającej się od sufitu, i sutego ognia, przy którym siedzę w płaszczu i kapeluszu. Mufka92 i parasol leżą na stole, a ja rozgrzewam zziębłe i ścierpłe członki, nasiąkłe chłodem po szesnastu godzinach podróży na ostrym, październikowym powietrzu. Wyjechałam z Lowton o godzinie czwartej rano, a zegar ratuszowy w Millcote właśnie bije dwudziestą.

Chociaż siedzę tu względnie wygodnie, nie odczuwam zupełnego spokoju. Myślałam, gdy kareta pocztowa stanęła, że spotkam tu kogoś, co na mnie będzie czekał. Niespokojnie rozglądałam się, schodząc po drewnianych schodkach, które posługacz przystawił dla mojej wygody. Spodziewałam się usłyszeć swoje nazwisko, zobaczyć jakiś powóz, przysłany po mnie z Thornfield. Tymczasem nic podobnego nie było widać, a kelner zapytany, czy nie dowiadywał się kto o pannę Eyre, odpowiedział przecząco. Toteż nie miałam innego wyboru, jak prosić, by mnie zaprowadzono do prywatnego pokoju i tutaj oto czekam, przejęta różnymi wątpliwościami i obawą.

Bardzo dziwnego uczucia doznaje niedoświadczona młoda istota, gdy znajdzie się zupełnie sama na świecie, odcięta od wszelkich stosunków z ludźmi, niepewna, czy dotrze do portu, do którego zmierza, a świadoma, że wiele przeszkód nie pozwoli jej zawrócić do tego, który opuściła. Urok przygody osładza to wrażenie, duma się nim cieszy, ale za to lęk cień nań rzuca. We mnie lęk zapanował przemożnie, gdy minęło pół godziny, a samotności mej nic nie przerywało. Postanowiłam zadzwonić.

— Czy jest tu w sąsiedztwie miejscowość Thornfield? — zapytałam służącego, gdy stawił się na dzwonek.

— Thornfield? Nie wiem, proszę pani, zapytam przy bufecie.

Zniknął, ale wnet powrócił.

— Czy nazwisko pani panna Eyre? — zapytał.

— Tak jest.

— Jakiś człowiek czeka tu na panią.

Skoczyłam na równe nogi, pochwyciłam mufkę i parasol i wybiegłam na korytarz. Przy otwartych drzwiach stał jakiś mężczyzna, a w niejasno oświetlonej ulicy dojrzałam jednokonny ekwipaż.

— To będzie zapewne bagaż pani? — przemówił, zobaczywszy mnie, wskazując walizkę stojącą na korytarzu.

— Tak jest.

Wyniósł walizkę i umieścił ją na powoziku, po czym wsiadłam. Zanim zatrzasnął drzwiczki, zapytałam, jak daleko będzie do Thornfield.

— Będzie z sześć mil.

— Jak długo potrwa nasza jazda?

— Może z półtorej godziny.

Zamknął drzwiczki, wsiadł na kozioł i ruszyliśmy. Jechaliśmy powoli, miałam dość czasu na rozmyślania. Rada byłam, że nareszcie zbliżam się do celu podróży. Oparta w wygodnym, choć nieeleganckim powoziku, puściłam wodze fantazji.

„Wyobrażam sobie — myślałam — sądząc po prostocie służącego i ekwipażu, że pani Fairfax nie musi być tak wielce świetną damą. Tym lepiej, raz tylko w życiu mieszkałam w domu wielkich państwa i bardzo się wśród nich czułam nieszczęśliwa. Ciekawa jestem, czy mieszka sama, tylko z tą małą dziewczynką. Jeżeli tak i jeżeli jest dosyć miła, potrafię z pewnością żyć z nią dobrze. Będę się o to starała. W tym tylko bieda, że chociaż się człowiek najusilniej stara, nie zawsze mu się udaje. W Lowood, to prawda, postanowiłam być jak najlepsza, dotrzymałam postanowienia i udało mi się zyskać sympatię i uznanie. Ale pamiętam, że u pani Reed najlepsze chęci moje rozbijały się o szorstką i wzgardliwą odprawę. Oby Bóg dał, by pani Fairfax nie okazała się drugą panią Reed. A zresztą, gdyby nawet tak było, nic mnie nie zmusza do pozostania u niej! W najgorszym razie mogę zawsze dać nowe ogłoszenie. Ciekawa jestem, czy to jeszcze daleko?”.

Opuściłam okno i wyjrzałam. Millcote pozostało za nami. Sądząc po ilości świateł, miasto to było dość wielkie, o wiele większe niż Lowton. Przejeżdżaliśmy teraz, o ile mogłam dojrzeć, przez rodzaj pastwiska, wszędzie jednak widziało się rozsiane domostwa. Czułam, że znajduję się w okolicy odmiennej od Lowood, ludniejszej, mniej malowniczej, ruchliwszej i mniej romantycznej.

Droga była ciężka, noc mglista. Woźnica mój pozwolił koniowi przez cały czas iść stępa i półtorej godziny przeciągnęło się bodaj do dwóch. Na koniec odwrócił się na koźle i powiedział:

— A teraz to już dojeżdżamy do Thornfield!

Wyjrzałam znowu, mijaliśmy kościół. Zobaczyłam niską, przysadzistą wieżę, a zegar na niej wybijał właśnie kwadrans. Widziałam rząd gęstych świateł na skłonie pagórka, oznaczający wieś czy osiedle. W dziesięć minut potem woźnica zsiadł z kozła i otworzył bramę na oścież. Przejechaliśmy, a wrota zatrzasnęły się za nami. Posuwaliśmy się teraz powoli drogą dojazdową, aż podjechaliśmy przed długi front domu. Światło świec błyszczało w jednym łukowym oknie, wszystkie inne były ciemne. Powozik zatrzymał się przed drzwiami frontowymi, otworzyła je służąca. Wysiadłam i weszłam.

— Proszę panią tędy — rzekła dziewczyna.

Przeszłam za nią przez kwadratowy hall o wysokich drzwiach dookoła. Wpuściła mnie do pokoju, mocno oświetlonego buchającym na kominku ogniem i świecą. Światło olśniło mnie z początku po ciemnościach, do jakich przez dwie godziny nawykły moje oczy. Gdy jednak wzrok mi powrócił, ukazał się miły obraz.

Zaciszny, mały pokój. Stół przed wesołym ogniem na kominku, fotel o wysokim oparciu, staroświecki, a w nim siedząca najmilsza w świecie staruszka we wdowim czepeczku, czarnej jedwabnej sukni i śnieżnobiałym muślinowym fartuszku — zupełnie taka, jak sobie wyobraziłam panią Fairfax, tylko mniej okazała i z pozoru łagodniejsza. Zajęta była robótką na drutach, duży kot poważnie siedział u jej nóg. Niczego, jednym słowem, nie brakło do wytworzenia idealnego, domowego nastroju. Jak na pierwsze kroki początkującej nauczycielki trudno by wymarzyć pomyślniejszą atmosferę. Nie było tu przygniatającej wielkości czy krępującej wyniosłości. Zaledwie weszłam, staruszka wstała i szybko a uprzejmie podeszła ku mnie.

— Jak się droga pani miewa? Boję się, że pani nudną miała drogę. John jeździ tak wolno, musiała pani zziębnąć. Niech się pani zbliży do ognia.

— Mam przyjemność mówić z panią Fairfax, nieprawdaż? — przemówiłam.

— Tak jest. Niech pani siada.

Zaprowadziła mnie do własnego fotela, a potem zaczęła zdejmować ze mnie szal i rozwiązywać mi wstążki kapelusza. Prosiłam ją, żeby sobie nie zadawała tyle trudu.

— O, to żaden trud, a pani ręce zapewne zgrabiały z zimna. Leah, przyrządź trochę gorącego wina i podaj kilka kromek chleba z masłem i szynką. Oto masz klucze od spiżarni.

I wyciągnąwszy z kieszeni prawdziwie gospodarski pęk kluczy, wręczyła je służącej.

— Niechże się pani zbliży do ognia — mówiła dalej. — Rzeczy swoje, moja droga, przywiozła pani zapewne teraz?

— Tak jest, proszę pani.

— Każę je wnieść do pani pokoju — rzekła i drobnym kroczkiem wyszła z pomieszczenia.

„Traktuje mnie jak gościa — pomyślałam. — Nie oczekiwałam takiego przyjęcia, spodziewałam się tylko chłodu i oficjalnej uprzejmości. Co innego opowiadano mi o odnoszeniu się do nauczycielek, ale nie trzeba cieszyć się za wcześnie”.

Pani Fairfax powróciła. Usunęła ze stołu swoją robótkę i dwie książki, robiąc miejsce dla tacy, którą teraz wniosła Leah. Sama też podawała mi posiłek. Czułam się skrępowana taką uprzejmością, jakiej dotąd nigdy nie zaznałam, i to ze strony mojej pracodawczyni i zwierzchniczki. Ponieważ jednak ona widocznie uważała, że to, co robi, jest w porządku, więc pomyślałam, że najlepiej grzeczności jej przyjmować spokojnie.

— Czy będę miała przyjemność dziś jeszcze zobaczyć pannę Fairfax? — zapytałam po zjedzeniu tego, czym mnie częstowała.

— Co pani powiedziała, moja droga? Jestem trochę przygłucha — odpowiedziała dobra pani, przysuwając ucho do moich ust.

Powtórzyłam pytanie moje wyraźniej.

— Pannę Fairfax? Ach, pani chce powiedzieć: pannę Varens. Przyszła pani uczenniczka nazywa się Varens.

— Ach tak! Więc to nie pani córeczka?

— Nie, ja nie mam dzieci.

Miałam ochotę dopytywać dalej, dowiedzieć się, kim jest dla niej mała Varens, ale przypomniałam sobie, że to niegrzecznie zadawać zbyt wiele pytań i że przecież dowiem się tego z czasem.

— Taka jestem zadowolona — mówiła dalej, siadłszy naprzeciw mnie i biorąc kota na kolana — że pani przyjechała. Przyjemne teraz będzie życie w pani towarzystwie. Naturalnie, przyjemnie jest tutaj zawsze.

I wyszła z pokoju, a ja w ślad za nią. Najpierw poszła przekonać się, czy drzwi od hallu zamknięte. Wyciągnąwszy klucz z zamka, poprowadziła mnie na górę. Schody i poręcze były dębowe, okna nad schodami wysokie i zakratowane. Zarówno okna, jak i długa galeria, na którą wychodziły drzwi pokoi sypialnych, robiły wrażenie jakiejś kościelnej, a nie mieszkalnej budowli. Nawet chłód i powietrze jakby sklepień podziemnych panowało na schodach i w galerii, nasuwając niemiłe wrażenie pustki i samotności. Toteż rada byłam, gdy wszedłszy ostatecznie do mojego pokoju, przekonałam się, że jest mały i umeblowany w zwykłym, nowoczesnym stylu.

Gdy pani Fairfax powiedziała mi życzliwie „dobranoc”, zamknęłam drzwi i rozejrzałam się spokojnie dokoła. Wesoły wygląd mojego pokoiku zatarł we mnie niesamowite wrażenie ciemnych, obszernych schodów i długiej, zimnej galerii. Uprzytomniłam sobie, że po całej dobie fizycznego trudu i duchowego niepokoju znajduję się nareszcie w bezpiecznym porcie. Serce wezbrało mi serce wdzięcznością, uklękłam przy łóżku i zaniosłam dziękczynną modlitwę, nie zapominając błagać o dalszą pomoc i możność zasłużenia na tę dobroć, którą mi tak szczerze ofiarowano, zanim na nią zapracowałam. Posłanie moje było bez zarzutu, a w samotnym pokoju nie czaiły się strachy. Zmęczona i równocześnie zadowolona, zasnęłam niebawem mocno. Był jasny dzień, gdy się obudziłam.

Tak wesoły wydał mi się pokoik, gdy słońce zaświeciło przez niebieskie, perkalowe firanki u okna, ukazując tapetowane ściany i dywan na podłodze, tak się to różniło od prostych desek i poplamionych tynków w Lowood, że na ten widok wpadłam w dobry humor. Zewnętrzne rzeczy mają wielki wpływ na młodych. Pomyślałam, że otwiera się przede mną jaśniejszy okres życia — okres, który będzie miał i kwiaty, i przyjemności obok cierni i trudów. Wszystko we mnie, pobudzone zmianą otoczenia wobec nowego pola otwartego dla nadziei, drgnęło nowym życiem. Nie wiem dokładnie, czego się spodziewałam, ale w każdym razie czegoś miłego. Może nie dzisiaj, nie za miesiąc, ale w nieokreślonej przyszłości.

Wstałam, ubrałam się starannie, chociaż jak najskromniej, gdyż w całej mojej garderobie nie miałam niczego, co by nie było najprościej uszyte. Lubiłam jednak schludność i staranność w ubiorze. Nie leżało w mej naturze zaniedbywanie powierzchowności, niedbanie o wrażenie. Przeciwnie, pragnęłam zawsze wyglądać możliwie najlepiej i podobać się o tyle, o ile mogłam, nie będąc urodziwą. Żałowałam niekiedy, że nie jestem ładniejsza. Pragnęłam mieć żywszą cerę, prosty nos, drobne, rumiane usta. Odczuwałam to jako nieszczęście, że jestem taka mała i blada, że mam rysy tak nieregularne i ostre. Pragnęłam być wysoka, okazała, mieć pięknie rozwiniętą figurę... I skąd się brały we mnie te pragnienia i żale? Trudno by na to odpowiedzieć. Ja sama wtedy nie umiałabym dać sobie na to jasnej odpowiedzi. A przecież był po temu powód — logiczny i naturalny. Bądź co bądź, gdy przyczesałam włosy bardzo gładko i włożyłam czarną sukienkę, która, choć skromna na modłę kwakrów93, miała przynajmniej tę zaletę, iż doskonale leżała, gdy przypięłam czysty biały kołnierzyk, pomyślałam, że wyglądam dosyć przyzwoicie, by móc się pokazać pani Fairfax, a mojej nowej uczennicy nie odstraszyć antypatycznym wyglądem. Otworzyłam tedy okno, ułożyłam wszystko w porządku na toalecie i wyszłam.

Minąwszy długą, matą zasłaną galerię, zeszłam po śliskich, dębowych stopniach i weszłam do hallu. Tam zatrzymałam się na chwilę. Przyglądałam się obrazom na ścianach (jeden, pamiętam, przedstawiał marsowego mężczyznę w zbroi, a drugi damę w upudrowanej peruce i naszyjniku z pereł), brązowej lampie, zwieszającej się od sufitu, wielkiemu zegarowi, którego pudło było zrobione z kunsztownie rzeźbionego dębu i czarnego, politurowanego hebanu. Wszystko wydawało mi się wielce okazałe i wszystko mi imponowało, bo też tak mało byłam przyzwyczajona do wszelkich wspaniałości! Drzwi hallu, do połowy szklane, były otwarte. Stanęłam w progu. Piękny był poranek jesienny. Wczesne słońce świeciło pogodnie nad żółknącymi laskami i jeszcze zielonymi polami. Wyszedłszy na trawnik, podniosłam wzrok i obejrzałam front domu. Był na trzy piętra wysoki, rozmiarami nie ogromnej, ale znacznej wielkości: dwór szlachecki, nie wielkopańska siedziba. Biegnące dokoła dachu blanki94 nadawały mu wygląd malowniczy. Szary front odbijał od zielonego tła drzew, dźwigających mnóstwo wronich gniazd. Ich kraczące mieszkanki unosiły się teraz w powietrzu, przelatując ponad trawnikiem i ogrodem, by opaść na wielkiej łące poza niskim płotem, gdzie rząd potężnych, starych drzew cierniowych, silnych, sękatych i szerokich jak dęby, od razu wyjaśnił mi etymologię nazwy miejscowości95. Dalej widniały wzgórki. Nie były one tak wyniosłe jak te, które otaczały Lowton, ani tak skaliste, i nie tworzyły zapory odgraniczającej od żyjącego świata — ciche i spokojne, jednak zamykające Thornfield w jakimś odosobnieniu, jakiego nie byłabym się spodziewała w pobliżu tak ruchliwej miejscowości jak Millcote. Małe osiedle, którego dachy wyglądały spośród drzew, rozpostarło się na pochyłości jednego pagórka. Miejscowy kościół wznosił się bliżej Thornfield, szczyt jego starej wieży sterczał nad kępą drzew pomiędzy domem a bramami.

Radowałam się jeszcze spokojnym widokiem i miłą świeżością powietrza, przysłuchiwałam się z przyjemnością krakaniu wron. Jeszcze oglądałam szeroki, siwy front, zastanawiając się nad tym, jaki to wielki dom dla samotnej jego mieszkanki, małej staruszki, pani Fairfax, gdy pani ta ukazała się we drzwiach.

— Co widzę? Już pani wyszła? — powiedziała. — Ranny ptaszek z pani.

Zbliżyłam się do niej, powitała mnie serdecznym pocałunkiem i uściskiem ręki.

— Jak się pani podoba Thornfield? — zapytała.

Powiedziałam jej, że podoba mi się bardzo.

— Tak — odpowiedziała — to ładne miejsce. Lękam się tylko, że zakradną się tu nieporządki, jeżeli pan Rochester nie zastanowi się i nie zamieszka tu na stałe albo przynajmniej jeżeli częściej tu nie będzie zaglądał. Wielkie domy i piękne ogrody wymagają obecności właściciela.

— Pan Rochester! Któż to jest? — zawołałam.

— Właściciel Thornfield — odpowiedziała spokojnie. — To pani nie wiedziała, że on się nazywa Rochester?

Naturalnie, że nie wiedziałam, nigdy o nim przedtem nie słyszałam. Ale staruszka widocznie uważała istnienie jego za fakt ogólnie wiadomy, o którym każdy instynktownie wiedzieć musi.

— A ja myślałam — powiedziałam dalej — że Thornfield należy do pani.

— Do mnie? Dziecko moje, co za pomysł! Ja tu jestem tylko gospodynią-zarządczynią. To prawda, że jestem w dalekim pokrewieństwie z Rochesterami ze strony matki, a właściwie nie tyle ja, ile mój zmarły mąż. Mój mąż był duchownym, plebanem w Hay, tej małej wiosce, tam na wzgórzu, a ten kościół blisko bram to był jego kościół. Matka obecnego pana Rochestera była z domu Fairfax, stryjeczno-stryjeczna siostra mojego męża. Ale ja nic sobie nie robię z tego powinowactwa i rzeczywiście jest ono dla mnie niczym. Uważam się po prostu za zwykłą zarządczynię. Mój chlebodawca jest zawsze grzeczny, a ja też niczego więcej nie wymagam.

— A ta mała dziewczynka, moja uczennica?

— To jest pupilka pana Rochestera. Polecił mi wyszukać dla niej nauczycielkę. Sądzę, że ją chce wychowywać tu, w kraju. A oto właśnie ona idzie z boną!

Tak więc wyjaśniła się zagadka. Ta uprzejma, dobrotliwa, maleńka wdowa nie była żadną wielką panią, była osobą zależną, tak jak i ja. Nic na tym w moich oczach nie straciła, przeciwnie, ucieszyło mnie to tylko. Równość pomiędzy nią a mną stawała się rzeczywistsza, nie wynikała tylko z łaskawości z jej strony. Tym lepiej, będę się czuła swobodniej na swoim stanowisku.

Gdy tak rozmyślałam, mała dziewczynka, wyprzedzając towarzyszkę, biegła ku nam przez trawnik. Przyjrzałam się mojej uczennicy, która, zdaje się, z początku mnie nie zauważyła. Było to dziecko jeszcze, może siedmio- albo ośmioletnie, delikatnie zbudowane, z bladą twarzyczką o drobnych rysach. Obfite włosy opadały jej w lokach do pasa.

— Dzień dobry, Adelo — przemówiła pani Fairfax. — Pójdź i przywitaj się z tą panią, która cię będzie uczyła, ażebyś wyrosła z czasem na mądrą kobietę.

Mała zbliżyła się.

C’est là ma gouvernante!96 — rzekła, wskazując mnie palcem i zwracając się do bony. Ta odpowiedziała:

Mais oui, certainement.97

— Czy to są cudzoziemki? — zapytałam, ze zdumieniem usłyszawszy język francuski.

— Bona jest cudzoziemką, a Adela urodziła się na kontynencie, który dopiero przed kilku miesiącami opuściła. Gdy tu przybyła, nie umiała zupełnie mówić po angielsku. Teraz mówi trochę. Ja jej nie rozumiem, tak miesza angielski z francuskim, ale pani z pewnością potrafi dobrze ją zrozumieć.

Mnie, na szczęście, francuskiego uczyła Francuzka. A że starałam się zawsze jak najwięcej rozmawiać z panią Pierrot, przy tym przez siedem lat uczyłam się codziennie kawałka prozy francuskiej na pamięć, pracowałam nad akcentem, naśladując wymowę swej nauczycielki, więc też osiągnęłam pewien stopień biegłości i poprawności w tym języku i nie obawiałam się trudności w porozumiewaniu się z Adelą. Mała przybliżyła się do mnie i podała mi rękę, ja zaś prowadząc ją na śniadanie, powiedziałam kilka zdań w jej własnym języku. Odpowiadała mi zrazu krótko, ale gdy siadłyśmy do stołu, mała, przypatrzywszy mi się badawczo przez jakie dziesięć minut swymi wielkimi, piwnymi oczami, zaczęła nagle bardzo szybko mówić:

— Ach! — zawołała po francusku. — Pani umie mówić moim językiem tak dobrze jak pan Rochester! Mogę rozmawiać z panią, tak jak z nim rozmawiam. I Sophie będzie mogła mówić do pani! Jak ona się ucieszy! Nikt jej tutaj nie rozumie, pani Fairfax umie tylko po angielsku. Sophie to moja bona, przybyła tu ze mną przez morze wielkim okrętem z kominem, który dymił, i jak jeszcze!... Ja chorowałam i Sophie także, a i pan Rochester chorował. Pan Rochester leżał na kanapie w ładnym pokoju, który nazywał salonem, a Sophie i ja miałyśmy łóżeczka gdzie indziej. Ja o mało nie wypadłam ze swego, było takie jak półeczka. A mademoiselle98, jak się mademoiselle nazywa?

— Eyre, Jane Eyre.

Aire? Ba! Nie umiem tego wymówić! No, i nasz okręt zatrzymał się rano, zanim jeszcze zupełnie jasny dzień nastał, przed wielkim miastem, gdzie były bardzo ciemne domy, a wszystkie zadymione. Wcale nie takie jak w ładnym, czystym mieście, skąd przybywałam. Pan Rochester przeniósł mnie na rękach przez deskę na ląd, a Sophie szła za nami. Potem wsiedliśmy wszyscy do powozu, który nas zawiózł do pięknego, wielkiego domu, większego niż ten i piękniejszego. Taki dom nazywa się hotel. Tam pozostaliśmy prawie tydzień. Ja i Sophie chodziłyśmy codziennie na spacer do wielkiego, zielonego miejsca, pełnego drzew. To miejsce nazywają parkiem. I było tam oprócz mnie wiele innych dzieci i staw z pięknymi ptakami, które karmiłam okruszynami.

— Czy pani ją rozumie, choć ona tak prędko trzepie? — zapytała pani Fairfax.

Rozumiałam ją bardzo dobrze, gdyż byłam przyzwyczajona do szybkiej mowy madame Pierrot.

— Pragnęłabym — ciągnęła dalej poczciwa staruszka — żeby jej pani zadała parę pytań o jej rodziców. Ciekawam, czy ich pamięta?

— Adelo — zapytałam — u kogo mieszkałaś wtedy, gdy byłaś w tym ładnym, czystym mieście, o którym mówiłaś?

— Dawno temu mieszkałam u mamy, ale mama poszła do nieba. Mama uczyła mnie tańczyć, śpiewać i mówić wierszyki. Wielu panów i wiele pań przychodziło do mamy z wizytami, a ja wtedy tańczyłam przed nimi albo siadywałam u nich na kolanach i śpiewałam im. Ja to lubiłam. Czy mam pani zaśpiewać coś teraz?

Skończyła śniadanie, więc pozwoliłam jej przedstawić próbkę swych umiejętności. Zsunęła się z krzesła, przyszła do mnie i siadła mi na kolanach. Potem, złożywszy rączki poważnie przed sobą, strząsnąwszy w tył loki i podniósłszy oczy do sufitu, zaczęła śpiewać arię z jakiejś opery. Była to skarga opuszczonej kobiety, która opłakuje zdradę swego kochanka, wzywa dumę na pomoc, a potem każe służebnej ubrać się w najpiękniejsze klejnoty i najbogatsze suknie i postanawia spotkać się z niewiernym mężczyzną wieczorem na balu, by mu okazać wesołością i zachowaniem, jak mało obeszła ją jego zdrada.

Temat wydał mi się dziwnie niedostosowany dla dziecka. Przypuszczam jednak, że cała pointa leżała w tym właśnie — usłyszeć słowa miłości i zazdrości, śpiewane usteczkami dziecka. Według mnie, był to pomysł w bardzo złym guście.

Adela śpiewała całkiem czysto, melodyjnie i z naiwnością swojego wieku. Skończywszy, zeskoczyła mi z kolan i powiedziała:

— A teraz, mademoiselle, powiem pani wierszyk!

Stanęła, jak należało, i zaczęła: „La ligue des rats”, fable de La Fontaine99. Po czym zadeklamowała bajkę z przejęciem, modulując głos, zwracając uwagę na interpunkcję i z odpowiednią gestykulacją, istotnie niezwykłą jak na jej wiek — dowodziło to starannego wyuczenia.

— Czy to mama nauczyła cię tego wierszyka? — zapytałam.

— Tak i to ona właśnie w ten sposób go mówiła: „Qu’avez-vous donc? lui dit un de ces rats; parlez!”100. Kazała mi rękę podnosić, o tak, żebym sobie przypomniała, że mam głos podnieść przy zapytaniu. A teraz, czy mam pani zatańczyć?

— Nie, tymczasem dosyć. Lecz gdy mama twoja poszła do nieba, jak mówisz, u kogo potem mieszkałaś?

— U pani Frédéric i jej męża. Opiekowała się mną, ale to nie żadna moja krewna. Ja myślę, że ona musi być biedna, gdyż nie miała tak ładnego domu jak moja mama. Ale ja tam nie byłam długo. Pan Rochester zapytał mnie, czy chciałabym wyjechać i mieszkać z nim w Anglii, a ja odpowiedziałam, że chciałabym, bo pana Rochestera znałam już przedtem, zanim znałam panią Frédéric, a on zawsze był dla mnie dobry i dawał mi ładne sukienki i zabawki. Ale widzi pani, jak nie dotrzymał słowa! Przywiózł mnie do Anglii, a teraz sam wyjechał i ja go nigdy nie widzę.

Po śniadaniu udałam się z Adelą do biblioteki, którą — zdaje się — pan Rochester wyznaczył na pokój szkolny dla nas. Większość książek zamknięta była w oszklonych szafach. Jedna tylko była otwarta, a zawierała wszystko, co mogłoby być potrzebne z dziedziny elementarnej nauki oraz nieco tomów lekkiej literatury, poezji, biografii, podróży, kilka romansów itd. Prawdopodobnie pan Rochester uważał, że to jest wszystko, czego nauczycielka może potrzebować do własnej lektury. Istotnie, książki te zadowoliły mnie na razie w zupełności. W porównaniu z tym, co niekiedy dorywczo mogłam zdobyć w Lowood, przedstawiały one dla mnie źródło rozrywki i wiedzy. W tym pokoju również znajdował się fortepian, zupełnie nowy, o doskonałym tonie, sztalugi do malowania i para globusów.

Adela była uczennicą dość posłuszną, choć nieskłonną do pilności i uwagi. Nie była wdrożona do pracy systematycznej. Czułam, że byłoby nierozsądnie na początek przetrzymywać ją zbyt długo nad książką, toteż opowiadałam jej dużo, zadałam jej trochę do nauki, a że zbliżało się południe, pozwoliłam jej powrócić do bony. Następnie obiecywałam sobie wyrysować parę małych szkiców na jej użytek.

Idąc na górę po swoją tekę i ołówki, usłyszałam wołającą ku mnie panią Fairfax:

— Zapewne skończyła pani teraz poranne lekcje!

Znajdowała się w pokoju, którego drzwi były otwarte. Weszłam tam, gdy do mnie przemówiła. Był to duży, okazały pokój z orzechową boazerią na ścianach. Meble i portiery utrzymane w kolorze purpurowym, dywan turecki zdobił jego środek. Sufit bogato i artystycznie był rzeźbiony, piękny, choć trochę ciemny witraż dopełniał całości artystycznej tej sali. Pani Fairfax ocierała z kurzu godne podziwu, kryształowe naczynie, stojące na kredensie.

— Co za piękny pokój! — zawołałam, rozglądając się dokoła, gdyż nigdy jeszcze nie widziałam równie imponującego pomieszczenia.

— Tak, to jest pokój jadalny. Właśnie otworzyłam okno, żeby wpuścić trochę powietrza i słońca, bo w izbach rzadko zamieszkałych wszystko tak wilgotnieje. Tam, w salonie, czuć wprost piwnicą.

Wskazała szeroką arkadę na wprost okna, zawieszoną, tak jak i okno, szkarłatną zasłoną, która była teraz rozchylona. Wstąpiwszy po dwóch szerokich stopniach i zajrzawszy do środka, mniemałam, że oglądam jakąś czarodziejską krainę. Był to bardzo ładny salon, a tuż obok buduar101 — oba były wyłożone białym dywanem w girlandy barwnych kwiatów, oba o sufitach ze śnieżną sztukaterią102 białych gron winnych i liści, co dawało bogaty kontrast z karmazynowym kolorem kuszetek103 i otoman. Nad białym, marmurowym kominkiem błyszczały ozdoby z czeskiego szkła w kolorze rubinów. Szerokie zwierciadła między oknami odbijały to połączenie barw ognia i śniegu.

— W jakim porządku pani te pokoje utrzymuje! — zawołałam. — Ani odrobiny kurzu, choć nie ma pokrowców. Gdyby nie ten ostry chłód, można by myśleć, że są w codziennym użyciu.

— Bo widzi pani, chociaż pan Rochester rzadko tutaj bywa, to te odwiedziny bywają zawsze nagłe i niespodziewane. Zauważyłam, że go to drażni, gdy wszystko zastaje pozasłaniane, pozawijane i gdy za przybyciem znosić musi ruch i zamęt urządzania, pomyślałam więc, że najlepiej trzymać pokoje w gotowości.

— Czy pan Rochester jest wymagający i wybredny?

— Nie powiedziałabym, ale ma swoje pańskie gusty i przyzwyczajenia i chciałby, żeby odpowiednio do tego kierować sprawami.

— Czy pani go lubi? Czy jest ogólnie lubiany?

— O tak, ta rodzina zawsze tu była szanowana. Prawie wszystka ziemia w tej okolicy, jak daleko pani okiem sięgnie, od czasów niepamiętnych należała do Rochesterów.

— No dobrze, ale nie mówiąc o jego ziemi, czy pani jego lubi? Czy jest lubiany jako osoba?

— Ja nie mam powodu go nie lubić, więc go lubię. A sądzę, że dzierżawcy jego uważają go za sprawiedliwego i hojnego, ale pan Rochester nigdy długo wśród nich nie mieszkał.

— Tak, ale czy nie ma on jakichś swoich szczególnych właściwości? Słowem, jaki jest jego charakter?

— O! Charakter pana Rochestera jest bez zarzutu. Jest on może trochę dziwny: wiele podróżował, widział, sądzę, kawał świata. Myślę, że musi być mądry, ale ja z nim nigdy wiele nie rozmawiałam.

— W czym i na ile jest dziwny?

— Nie wiem, to niełatwo opisać. Nic uderzającego, ale czuje się to, gdy do ciebie mówi. Nie zawsze można być pewnym, czy żartuje czy mówi serio, czy jest kontent czy przeciwnie. Słowem, trudno go do gruntu zrozumieć, ja przynajmniej nie potrafię. Ale to nie ma znaczenia, bo jest bardzo dobrym panem i zwierzchnikiem.

Tyle tylko mogłam się dowiedzieć od pani Fairfax o jej i moim pracodawcy. Niektórzy ludzie nie potrafią naszkicować charakteru, zauważyć i opisać wybitnych rysów — czy to osób czy rzeczy. Poczciwa kobieta widocznie należała do tej kategorii. Moje pytania wprowadzały ją w zakłopotanie, ale nie potrafiłam nic z niej wyciągnąć. W jej oczach pan Rochester to był pan Rochester i koniec: szlachcic, właściciel ziemski — nic więcej. Nie pytała i nie szukała dalej, i dziwiła się widocznie, że ja pragnę posiąść dokładniejsze pojęcie o jego osobie.

Wychodząc z sali jadalnej, zaproponowała mi pokazanie reszty domu. Chodziłam więc za nią na górę i na dół, podziwiając wszystko po drodze, bo też wszystko było dobrze urządzone i ładne. Wielkie pokoje frontowe wydały mi się szczególnie wspaniałe, niektóre zaś na trzecim piętrze, chociaż i ciemne i niskie, były interesujące przez swój staroświecki wygląd. Meble, należące pierwej do apartamentów z pierwszego i drugiego piętra, przenoszono tutaj w miarę, jak się zmieniała moda. W słabym świetle, wpadającym przez wąskie okna, widziałam łoża sprzed stu lat, dębowe albo orzechowe szafy o dziwnych, rzeźbionych gałązkach palm i główkach cherubinów, przypominające kształty arki przymierza, rzędy wiekowych krzeseł, wąskich, o wysokich oparciach, jeszcze starsze taborety, na których poduszkowych siedzeniach znać było ślady na wpół wytartych haftów, snutych palcami, które już od dwóch pokoleń były prochem trumiennym. Wszystkie te staroświeckie graty nadawały trzeciemu piętru Thornfield Hall pozór jakiejś ojczyzny przeszłości — grobowca pamiątek. Miła mi była ta cisza, ten mrok, oryginalność tych zakątków za dnia, bynajmniej jednak nie pragnęłabym spocząć nocą na którymś z tych szerokich, ciężkich łóżek. Niektóre z nich zamykały się na drzwi dębowe, inne ociemniały stare, angielskie, tkane kotary, pokryte grubą robotą, przedstawiające obrazy dziwnych kwiatów, dziwniejszych ptaków i najdziwniejszych ludzkich istot — zaiste, to wszystko wyglądało niesamowicie w bladym świetle księżyca.

— Czy to służące sypiają w tych pokojach? — zapytałam.

— Nie, służba zajmuje szereg mniejszych pokoi z tyłu domu, tutaj nikt nie sypia. Można by prawie powiedzieć, że gdyby Thornfield Hall miało swojego ducha, tutaj byłaby jego siedziba.

— I ja tak myślę. Zatem nie macie tu państwo żadnego ducha?

— Nie, ja nigdy o żadnym nie słyszałam — odpowiedziała, uśmiechając się, pani Fairfax.

— Ani żadnego podania o duchu? Żadnej legendy, żadnej historii o duchach?

— Chyba nie. A jednak słyszy się, że Rochesterowie był to swojego czasu ród gwałtowny i krewki, dość niespokojny. Może właśnie dlatego śpią teraz w grobach tak cicho.

— Tak... „po życia gorączce cicho teraz śpią”104 — szepnęłam. — A dokąd pani teraz idzie? — zapytałam, widząc, że rusza z miejsca.

— Idę wyjrzeć z górnego tarasu na dachu. Czy chce pani pójść ze mną i obejrzeć widok stamtąd?

Poszłam za nią, najpierw po bardzo wąskich schodach na strych, a stamtąd po drabince i przez klapę podnoszoną na dach domu. Znalazłam się teraz na równym poziomie z kolonią wron, mogłam zaglądać do ich gniazd. Oparta o parapet i patrząc daleko w dół, widziałam zarysy ogrodu, leżącego przede mną jak mapa. Widziałam jasny, aksamitny trawnik, otaczający z bliska szarą podstawę domu, pole, szerokie jak park, obsadzone tu i ówdzie starymi drzewami, las w złotobrązowych barwach, przecięty ścieżką, tak zarośniętą mchem zielonym, że była zieleńsza od drzew i liści, kościół przed bramami, drogę, łagodne wzgórki, wszystko to spoczywające w świetle jesiennego słońca, widnokrąg, objęty pogodnym, lazurowym niebem, zasnuty perłowo-białymi obłoczkami. Gdy zawróciwszy, schodziłam przez drzwi w dachu, zaledwie mogłam trafić na drabinkę. Moim olśnionym oczom strych wydał się ciemny jak piwnica w porównaniu z błękitem nieba, z rozsłonecznionym laskiem, pastwiskiem i zielonymi wzgórkami, na które patrzyłam z rozkoszą.

Pani Fairfax zatrzymała się chwilę, zajęta zamykaniem drzwi w dachu. Ja, po trosze po omacku, znalazłam wyjście z poddasza i zaczęłam spuszczać się po wąskich schodach ze strychu. Stanęłam na chwilę w długim korytarzu, na który prowadziły. Przegradzał on frontowe i tylne pokoje trzeciego piętra, był wąski, niski i ciemny, o jednym tylko małym okienku na najdalszym końcu. Ze swymi dwoma rzędami małych, czarnych, pozamykanych drzwi sprawiał wrażenie korytarza w zamku jakiegoś Sinobrodego105.

Gdy cicho ruszyłam dalej, uderzył moje uszy odgłos, jakiego najmniej mogłam się spodziewać w miejscu tak spokojnym. Był to śmiech — dziwny, wyraźny, lecz niewesoły. Stanęłam. Śmiech ustał, lecz tylko na chwilę, znów zabrzmiał, ale głośniejszy, gdyż za pierwszym razem, chociaż wyraźny, był bardzo cichy. Teraz przeszedł w hałaśliwy wybuch, który zdawał się budzić echa we wszystkich tych zamkniętych pokojach, jakkolwiek najwyraźniej płynął z jednego, którego drzwi mogłabym wskazać.

— Pani Fairfax! — zawołałam, gdyż usłyszałam, że schodzi ona po schodach. — Czy pani słyszała ten głośny śmiech? Kto to się śmieje?

— Któraś służąca zapewne — odpowiedziała. — Może Grace Poole.

— Czy pani słyszała? — powtórzyłam pytanie.

— Owszem, wyraźnie słyszałam. Ja ją często słyszę, szyje w jednym z tamtych pokoi. Czasami Leah jest z nią. Często, gdy pracują razem, bywają hałaśliwe.

Śmiech znowu się powtórzył cichą gamą i zakończył się szczególnym mamrotaniem.

— Grace! — zawołała pani Fairfax.

Nie spodziewałam się doprawdy, żeby jakaś Grace odpowiedziała — tak tragiczny, tak nadnaturalny wydał mi się ten śmiech. I gdyby nie to, że było to samo południe, że ani pora dnia, ani otoczenie nie sprzyjały zabobonnym nastrojom, byłabym się przelękła. Okazało się wszakże, że byłam niemądra, dziwiąc się tak bardzo i snując niejasne przypuszczenia. Najbliższe drzwi otworzyły się i wyszła służąca — kobieta trzydziestoletnia, przysadzista, krępa, ruda, nieładna. Trudno by sobie wyobrazić zjawisko mniej romantyczne.

— Za wiele hałasu, Grace — upomniała ją pani Fairfax. — Pamiętaj o zasadach.

Grace ukłoniła się milcząco i wróciła do pokoju.

— Jest to osoba, którą wzięliśmy do szycia i do pomocy dla Lei, pokojowej — mówiła dalej wdowa. — Nie jest ona zupełnie bez zarzutu pod pewnym względem, ale na ogół nieźle się sprawia. A jakże tam dziś poszły lekcje z pani nową uczennicą?

Tym sposobem rozmowa, skierowana na Adelę, trwała dopóty, dopóki nie znalazłyśmy się w jasnej i pogodnej strefie na dole. W hallu Adela wybiegła na nasze spotkanie, wołając:

Mesdames, vous êtes servies! — i dodała — J’ai bien faim, moi!106

Istotnie — obiad był gotów i czekał na nas w pokoju pani Fairfax.

Rozdział XII

Zapowiedź pogodnego bytowania, zaznaczona na wstępie spokojnym przyjęciem w Thornfield Hall, nie zawiodła mnie po dłuższym zaznajomieniu się z miejscem i jego mieszkańcami. Pani Fairfax okazała się taką, jaką się wydawała — kobietą równego usposobienia, dobrotliwą, średniego wykształcenia i przeciętnej inteligencji. Moja uczennica była dzieckiem żywym, rozpieszczano ją i pobłażano jej, dlatego bywała niekiedy kapryśna. Ponieważ została powierzona wyłącznie mojej opiece i żadne inne nierozsądne wpływy nie przeszkadzały mi w pracy nad nią, zapomniała wkrótce o małych wybrykach, stała się posłuszna i chętna do nauki. Nie miała wielkich zdolności, wybitnych rysów charakteru ani szczególnie rozwiniętych uczuć lub upodobań, co by ją wznosiło ponad poziom rówieśniczek. Ale nie było też w niej żadnych usterek ani złych skłonności, które by ją stawiały poniżej tego poziomu. Robiła odpowiednie postępy, miała dla mnie żywe, choć może nie nazbyt głębokie przywiązanie, a ja lubiłam ją dla jej prostoty, wesołego szczebiotu i chęci dogodzenia mi — dobrze nam było ze sobą.

To, co mówię, wydać się może zbyt chłodnym określeniem osobom głoszącym górnolotne teorie o anielskiej naturze dzieci i o obowiązku wychowawców odczuwania w stosunku do nich bałwochwalczego przywiązania. Ja jednakże nie piszę dla schlebiania rodzicielskiemu egoizmowi lub z chęci wygłaszania obłudnych frazesów i nonsensów — po prostu mówię prawdę. Dbałam sumiennie o dobro Adeli, o jej postępy i lubiłam tę małą osóbkę zupełnie tak samo, jak byłam wdzięczna pani Fairfax za jej dobroć i w jej towarzystwie znajdowałam przyjemność odpowiednią do spokojnego uznania jej dla mnie i umiarkowanej skali jej umysłu i charakteru.

Niech mnie zresztą zgani, kto zechce, gdyż dodam jeszcze, że niekiedy, gdy poszłam przejść się sama po ogrodzie, gdy doszłam do bramy i wyjrzałam na drogę albo też, gdy Adela bawiła się z boną, pani Fairfax smażyła galaretki, a ja, wyszedłszy na trzecie piętro, uniosłam klapę na strychu i wydostałam się na dach — że wtedy, patrząc w dal ponad pola i wzgórza, na mglistą linię widnokręgu, wzdychałam za siłą wzroku, która by sięgnęła poza te granice. Za siłą wzroku, która by dotarła do ruchliwego świata, do miast pełnych życia, o których słyszałam wprawdzie, lecz nie widziałam ich nigdy. Że wtedy pragnęłam więcej poznać i doświadczyć, więcej mieć stosunków z ludźmi, zaznajomić się z większą rozmaitością typów, niż było mi to dane tutaj. Ceniłam to, co było dobre w pani Fairfax i w Adeli, ale wierzyłam, że istnieją inne i żywsze rodzaje dobra, a to, w co wierzyłam, pragnęłam zobaczyć.

Kto może mieć mi to za złe? Wielu, niezawodnie, i ci nazwą mnie malkontentką. Nie moja jednak była to wina. Niepokój wewnętrzny poruszał mnie, niekiedy sprawiając ból. Wtedy doznawałam ulgi, chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpiecznie, w ciszy i samotności, i pozwalając oczom duszy pieścić się tymi jasnymi wizjami, jakie się przed nimi jawiły — a były one liczne i promienne. Czułam ulgę, gdy serce biło mi radosnym tętnem, a najlepiej mnie koiło nasłuchiwanie snującej się w duszy nigdy niekończącej się powieści, którą tworzyła moja wyobraźnia, ciągnąc ją bez przerwy, powieści, tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem — wszystkim, czego pragnęłam, a czego w rzeczywistości nie posiadałam.

Daremna rzecz mówić, że istoty ludzkie powinny zadowalać się spokojem. One potrzebują czynu, działania, a jeżeli znaleźć tego nie mogą, stwarzają to sobie. Miliony skazane są na cichszy los od mojego i miliony w milczeniu buntują się przeciwko swemu losowi. Nikt nie wie, ile buntów — prócz politycznych — fermentuje w tych tłumach zaludniających świat. Kobiety uważa się na ogół za bardzo spokojne, ale kobiety czują tak samo jak mężczyźni. Potrzebują zużywać swoje zdolności, potrzebują pola dla swych wysiłków nie mniej jak ich bracia. Cierpią, gdy są zbyt skrępowane, cierpią w bezwzględnym zastoju zupełnie tak samo, jak cierpieliby mężczyźni. I ciasnotą umysłu grzeszą szczęśliwsi ich bliźni, jeżeli twierdzą, że powinny się ograniczyć do gotowania puddingów, robienia pończoch, grania na fortepianie i haftowania. Bezmyślnością jest potępiać je albo śmiać się z nich, jeżeli starają się więcej robić albo uczyć się więcej, niż zwyczaj orzekł, że dla ich płci wystarcza.

Chodząc tak w samotności, nierzadko słyszałam śmiech Grace Poole — ten sam wybuch, to samo ciche, powolne „Ha! Ha!”, które po raz pierwszy przejęło mnie dreszczem. Słyszałam także jej dziwaczne mamrotanie, dziwaczniejsze nawet niż śmiech. Były dni, gdy była całkiem milcząca, ale kiedy indziej zupełnie nie mogłam zrozumieć wydawanych przez nią odgłosów. Niekiedy zdawało mi się ją widywać: wychodziła z pokoju z miednicą i talerzem albo z tacką w ręku, schodziła do kuchni i zazwyczaj zaraz wracała, niosąc dzbanek porteru. Widok jej działał zawsze jak tłumik na ciekawość, podnieconą jej głosowymi produkcjami — kobieta o rysach grubych i tępych, nie miała w sobie nic zajmującego. Próbowałam parę razy wciągnąć ją w rozmowę, ale była małomówna. Krótka odpowiedź zazwyczaj udaremniała wszelkie usiłowania dalszej pogawędki.

Inni domownicy, mianowicie John, jego żona, Leah, pokojowa i Sophie, bona francuska, byli to wszystko ludzie przyzwoici, ale pod żadnym względem nie wybitni. Z Sophie rozmawiałam po francusku i niekiedy dopytywałam ją o kraj rodzinny. Nie miała ona jednak daru opisywania ani opowiadania i dawała najczęściej odpowiedzi tak puste i mętne, że to raczej zniechęcało niż skłaniało do pytań.

Tymczasem upłynął październik, listopad i grudzień. Pewnego styczniowego popołudnia pani Fairfax poprosiła mnie o darowanie Adeli poobiednich lekcji z powodu kataru, jakiego się nabawiła. Zgodziłam się chętnie, zwłaszcza gdy Adela gorąco poparła tę prośbę, przypominając mi przez to, z jaką radością w latach dziecinnych witałam każdą trafiającą się rekreację. Był to piękny dzień, spokojny, chociaż bardzo zimny. Byłam zmęczona, przesiedziawszy w bibliotece całe długie przedpołudnie. Pani Fairfax właśnie napisała list, który czekał okazji na pocztę, więc włożyłam kapelusz i płaszcz i ofiarowałam się odnieść go do Hay. Odległość, dwie milki, stanowiła miły spacer w zimowe popołudnie. Usadowiwszy Adelę wygodnie na krzesełku przy kominku w saloniku pani Fairfax i podawszy jej do zabawy najlepszą lalkę woskową (którą zazwyczaj, zawiniętą w srebrny papier, trzymałam schowaną w szufladzie) oraz dla odmiany książkę z powiastkami, pocałowałam ją na pożegnanie i wyszłam.

Grunt był stwardniały, powietrze spokojne, droga samotna. Szłam szybko, dopóki się nie rozgrzałam, a wtedy zwolniłam kroku, by nacieszyć się i zastanowić nad przyjemnością, jaką mi dawała ta chwila i widok dokoła. Była godzina trzecia, zegar kościelny wybijał ją, gdy mijałam dzwonnicę. Urok tej godziny leżał w bliskim zmierzchu, w nisko stojącym, blade promienie ślącym słońcu. Znajdowałam się o milę od Thornfield, na ścieżce znanej latem z obfitości róż polnych, jesienią z orzechów i jarzyn, a nawet teraz posiadającej pewne kolorowe skarby w postaci głogów. Ale najmilszy czar zimowy polegał na zupełnej samotności i bezszelestnej ciszy. Powiew nie wydawał tu wcale odgłosu, nie było bowiem ani jednego krzaczka ostrokrzewu czy bluszczu, który by mógł zaszemrać, a obdarte z liści głogi i krzaki leszczyny ciche były jak te białe, zdeptane kamienie, którymi wysypany był środek ścieżki. Blisko i daleko, po obu stronach drogi widać było tylko pola, na których nie pasło się bydło, a małe, brunatne ptaszki, ruszające się niekiedy w bezlistnym żywopłocie, wyglądały jak rdzawe, zeschłe liście, co zapomniały opaść...

Dróżka ta szła pod górę przez całą drogę do Hay. Doszedłszy do jej połowy, siadłam na przełazie, prowadzącym stąd na pole. Otulając się szczelnie płaszczem i chroniąc ręce w mufce, nie czułam zimna, choć mróz był porządny — dowodziła tego szyba lodu pokrywająca ścieżkę, na którą mała struga wody, obecnie zamarznięta, wylała była po raptownej odwilży parę dni temu. Z miejsca, gdzie siedziałam, mogłam patrzeć na Thornfield. Szare, blankami107 uwieńczone mury dworu były głównym przedmiotem rzucającym się w oczy w dolinie pode mną. Lasy jego i drzewa z gniazdami wronimi wznosiły się na tle zachodniego nieba. Patrzyłam, dopóki słońce nie zaszło za drzewa i, czerwone i jasne, nie zatonęło w nich. A wtedy spojrzałam na wschód.

Spoza szczytu wzgórka nade mną wynurzał się wschodzący księżyc — jeszcze blady jak chmurka, nabierał światłości z każdą chwilą i świecił nad Hay, które, na wpół ukryte w drzewach, słało niebieskie dymy z nielicznych kominów. Było odległe o milę, ale w tej bezwzględnej ciszy mogłam dosłyszeć słabe odgłosy życia stamtąd idące. Ucho moje chwytało także szmery płynących potoków — w jakich dolinach czy zagłębieniach, nie wiedziałam sama, ale wiele było wzgórków poza Hay i niewątpliwie wiele strumieni w wąwozach pomiędzy nimi. W ciszy wieczornej słyszało się plusk najbliższych i szum dalekich.

Jakiś szorstki odgłos wpadł nagle między te delikatne pluskoty i szmery, równocześnie daleko i wyraźnie. Głośny tupot i metaliczny chrzęst zgasiły cichutkie szepty płynących fal, tak jak w obrazie potężna masa skały albo surowy zarys wielkiego dębu, ciemno i silnie zaznaczony na przednim planie, zaciera powietrzną odległość lazurowego wzgórza, słonecznego widnokręgu i zmieszanych chmur, gdzie barwa stapia się z barwą.

Kroki rozległy się na ścieżce: koń nadchodził; zakręty drogi jeszcze go ukrywały, ale przybliżał się. Miałam właśnie zejść z przełazu, ale ponieważ ścieżka była wąska, zostałam na miejscu, żeby mnie mógł minąć. Młoda byłam wówczas i rozmaite fantazje wesołe i ponure snuły mi się w głowie. Wśród innych żyły tam także wspomnienia bajek, opowiadanych niegdyś w dziecinnym pokoju — tym, gdy wracały w pamięci, dojrzewająca młodość dodawała siły i wyrazistości, jakiej im wiek dziecięcy udzielić nie potrafił. Gdy się ten koń przybliżał, a ja czekałam, aż rychło się ze zmierzchu wyłoni, przypomniały mi się niektóre opowiadania Bessie o duchu imieniem Gytrash108, który pod postacią konia, muła albo wielkiego psa straszył na pustych, samotnych drogach, a niekiedy nachodził spóźnionych podróżnych.

Koń był już bardzo blisko, ale jeszcze dla mnie niewidoczny. Wtedy w dodatku do tupotu kopyt usłyszałam szurgnięcie pod płotem i tuż blisko pod krzakami leszczyny przesunął mi się wielki pies, dzięki czarno-białemu zabarwieniu widoczny wśród drzew. Była to dokładnie jedna z postaci Bessie — Gytrash, stworzenie do lwa podobne, długowłose i wielkogłowe. Minęło mnie jednak całkiem spokojnie, nie zatrzymując się, by spojrzeć mi w twarz dziwnymi, nadpsimi oczami, jak się tego prawie spodziewałam. Szedł za nim koń, rosły wierzchowiec, a na nim siedział jeździec. Mężczyzna, ludzka istota, od razu spłoszył czar. Nikt nigdy nie dosiadał grzbietu Gytrasha, był zawsze sam, a duszki, o ile wiedziałam, choć mogły przyoblekać nieme ciała zwierząt, nigdy nie szukały schronienia w pospolitym kształcie ludzkim. Nie był to więc żaden Gytrash, tylko podróżny, który wybrał tędy krótszą drogę z Millcote. Przejechał, a ja poszłam dalej. Parę kroków uszłam zaledwie, gdy musiałam się obejrzeć, usłyszawszy dźwięk poślizgnięcia się, okrzyk: „A cóż to u pioruna?” i odgłos upadku. Jeźdźca i konia ujrzałam teraz na ziemi. Zwierzę poślizgnęło się na zlodowaciałej powierzchni ścieżki i wraz z jeźdźcem upadło. Pies zawrócił w podskokach, a widząc pana swego w tym położeniu i słysząc stękanie konia, rozszczekał się tak, że aż wzgórza odpowiadały mu echem. Zrazu węszył dokoła leżących, a potem podbiegł do mnie — nie mógł nic innego zrobić, wyraźnie wzywał mnie na pomoc. Usłuchałam go i zbliżyłam się do podróżnego, który tymczasem usiłował wydostać się spod konia. Wysiłki jego tak były energiczne, że pomyślałam, iż wielkiej sobie krzywdy widocznie nie zrobił. Zapytałam go jednakże:

— Czy odniósł pan jakieś obrażenia?

Zdaje mi się, że klął pod nosem, choć nie jestem tego pewna. W każdym razie coś tam wymawiał, co mu przeszkodziło odpowiedzieć mi od razu.

— Czy mogłabym może w czymś pomóc? — zapytałam znowu.

— Niech pani stanie na boku — odpowiedział, podnosząc się najpierw na kolana, a potem na nogi.

Usunęłam się, po czym zaczęło się dźwiganie, tupanie, chrzęst, nawoływanie przy wtórze takiego szczekania, że istotnie odstąpiłam o kilka kroków. Nie mogłam się jednak zupełnie dać odpędzić, chcąc się wpierw przekonać, jak się to skończy. Rezultat ostatecznie wypadł szczęśliwie. Koń stanął, a pies na komendę: „Leżeć, Pilot!” uciszył się nareszcie. Teraz podróżny, nachyliwszy się, zaczął obmacywać stopę i nogę, jak gdyby badał, czy są całe. Widocznie bolały przy dotknięciu, gdyż przytrzymywał się przełazu, skąd ja właśnie wstałam, i wreszcie usiadł.

Pragnęłam stać się użyteczna, więc przybliżywszy się, powiedziałam:

— Jeżeli pana coś boli i potrzebuje pan pomocy, mogę panu sprowadzić kogoś z Thornfield Hall albo z Hay.

— Dziękuję, dam sobie radę. Nie mam złamanych kości, to tylko zwichnięcie. — Znowu wstał i próbował nogę, ale przy tym mimo woli wyrwało mu się: „Ach!”.

Światło dzienne niezupełnie jeszcze znikło, a i księżyc świecił jasno — widziałam go teraz wyraźnie. Postać otulał płaszcz do konnej jazdy z futrzanym kołnierzem i stalową klamrą. W ogólnych zarysach mogłam dojrzeć, że jest to mężczyzna średniego wzrostu i bardzo szeroki w piersiach. Miał ciemną twarz o surowych rysach i zasępionym czole. Oczy jego i ściągnięte brwi miały w tej chwili wyraz rozdrażniony i gniewny. Był nie pierwszej młodości, ale nie sięgał jeszcze średniego wieku, mógł liczyć ze trzydzieści pięć lat może. Nie bałam się go i nawet nie bardzo mnie onieśmielał. Gdyby był przystojnym, o powierzchowności rycerza młodzieńcem, nie byłabym się odważyła stać tak przed nim, wypytywać go wbrew jego woli i ofiarowywać mu się z usługami nieproszona. Nie wiem, czy kiedy w życiu widziałam przystojnego młodzieńca, a nigdy w życiu z żadnym nie rozmawiałam. Miałam teoretyczne uznanie i respekt dla piękności, elegancji, wdzięku. Gdybym jednak ujrzała te zalety, wcielone w postać męską, odczułabym instynktownie, że nie mogłyby one sympatyzować z niczym, co było we mnie, i unikałabym tak, jak się unika ognia, pioruna i wszystkiego, co świeci jasno, ale jest antypatyczne.

Gdyby nawet ten nieznajomy się uśmiechnął i okazał mi dobry humor, gdy się do niego zwróciłam... Gdyby ofiarowaną mu pomoc odrzucił był wesoło i z podziękowaniem, byłabym sobie poszła, nie odczuwając powołania do wznawiania pytań. Jednakże wobec tego marsa, tej szorstkości podróżnego czułam się swobodnie. Nie ruszyłam się z miejsca, gdy ręką dał mi znak, bym poszła, i oświadczyłam:

— Nie mogę pomyśleć o pozostawieniu tu pana o tak późnej godzinie, na tej pustej drodze, dopóki nie zobaczę, że pan może wsiąść na konia.

Spojrzał na mnie, gdy to powiedziałam. Dotychczas nie wiem, czy zwrócił oczy w moją stronę.

— Sądzę, że pani sama powinna być już w domu — rzekł — jeżeli ma pani dom tu gdzieś w pobliżu. Gdzie pani mieszka?

— Tam na dole. Ja się wcale nie boję być na polu, chociaż późno, skoro księżyc świeci. Chętnie pobiegłabym do Hay, gdyby pan sobie życzył, idę tam list wrzucić na pocztę.

— Mieszka pani tam na dole? Czy pani ma na myśli ten dom z blankami? — tu wskazał Thornfield Hall, na które księżyc rzucał mgławe światło, rysując dom — wyraźny i blady na tle lasu.

— Tak, właśnie.

— Czyj to jest dom?

— Pana Rochestera.

— Czy pani zna pana Rochestera?

— Nie, nigdy go nie widziałam.

— A więc on tam nie mieszka?

— Nie.

— Czy może mi pani powiedzieć, gdzie on jest?

— Nie wiem.

— Pani nie jest służącą we dworze, rzecz jasna. Pani jest... — Przerwał i powiódł okiem po moim ubraniu, które, jak zwykle, było nader proste: czarne wełniane okrycie, czarny filcowy kapelusz — panna służąca strojniej byłaby ubrana! — Wyraźnie nie mógł odgadnąć, kim jestem. Dopomogłam mu.

— Jestem nauczycielką — oświadczyłam.

— Ach, nauczycielką! — powtórzył. — A niechże mnie licho, że też zapomniałem!... Nauczycielka! — I znowu przypatrzył się mojemu ubraniu. Po chwili wstał z przełazu twarz skurczyła mu się z bólu, gdy próbował się poruszyć.

— Nie mogę prosić pani, by mi sprowadziła pomoc — rzekł — ale może pomoże mi pani sama trochę, jeżeli pani łaskawa.

— Jak najchętniej, proszę pana.

— Czy nie ma pani przy sobie parasola, który by mi mógł posłużyć za laskę?

— Nie mam, niestety.

— Niech pani spróbuje pochwycić cugle mojego konia i przyprowadzić go ku mnie. Czy pani się nie boi?

Bałabym się dotknąć konia, gdybym była sama, ale gdy mi polecił, byłam gotowa posłuchać. Położyłam mufkę na przełazie i zbliżyłam się do wysokiego rumaka. Starałam się pochwycić uzdę, ale koń, stworzenie uparte, nie pozwalał mi zbliżyć się do swojej głowy. Próbowałam, próbowałam, lecz nadaremnie, a przez cały ten czas śmiertelnie się bałam jego drepcących, przednich nóg. Podróżny czekał i patrzył czas jakiś, aż się w końcu roześmiał.

— Jak widzę — rzekł — góra nie da się sprowadzić do Mahometa, toteż jedyne, co pani może zrobić, to dopomóc Mahometowi, ażeby mógł iść do góry. Muszę panią prosić, żeby pani tu podeszła.

Podeszłam.

— Niech pani wybaczy — mówił dalej — konieczność zmusza mnie do wysługiwania się panią.

Położył ciężką rękę na moim ramieniu i opierając się na mnie dość mocno, kulejąc doszedł do wierzchowca. Raz pochwyciwszy cugle, opanował go od razu i wskoczył na siodło, wykrzywiając się przy tym strasznie, gdyż uraziło to jego zwichniętą nogę.

— A teraz — powiedział, puszczając mocno zębami przygryzioną wargę — niech mi pani jeszcze tylko poda moją szpicrutę. Leży ona tam, pod płotem.

Znalazłam ją i podałam.

— Dziękuję. A teraz niech się pani śpieszy z listem do Hay i wraca jak najprędzej.

Pod dotknięciem ostrogi koń drgnął, wspiął się i skoczył pędem, pies za nim. Zniknęli...

„Jak wrzosu gałązka, którą w pustym polu

Wiatr dziki wirem unosi... ” 109

Podniosłam mufkę i poszłam dalej. Zdarzenie zaszło i minęło dla mnie. Był to wypadek bez żadnego znaczenia, bez romantycznego zakroju, bez niczego ciekawego poniekąd. A jednak wniósł coś nowego w tej jednej godzinie jednostajnego życia. Pomoc moja była potrzebna i zażądano jej ode mnie; tej pomocy udzieliłam. Byłam rada, że coś uczyniłam, choć pospolity i przemijający był ten czyn — był jednak działaniem, a mnie znużyło istnienie wyłącznie bierne. A także ta nowa twarz była czymś jak nowy obraz w galerii pamięci. I niepodobna była do wszystkich tam wiszących. Przede wszystkim, ponieważ była to twarz męska, a także, gdyż była ciemna, silna i surowa. Miałam ją wciąż przed oczyma, dochodząc do Hay i wrzucając list na poczcie. Widziałam ją przez cały czas, idąc szybko z góry na dół ku domowi. Doszedłszy do przełazu, zatrzymałam się na chwilę, rozejrzałam się dokoła i słuchałam, myśląc, co by to było, gdyby tętent kopyt końskich rozległ się znów na ścieżce i jeździec w płaszczu, z psem nowofundlandzkim110 podobnym do Gytrasha, stanął mi ponownie przed oczyma. Ujrzałam jednakże tylko płot i wierzbę o obciętych gałęziach, nieruchomo i prosto sterczącą w promieniach księżyca. Doleciał mnie leciuchny szmer wiatru, błądzącego chwilami wśród drzew dokoła Thornfield. Rzuciwszy okiem w kierunku tego szmeru, dostrzegłam światło w jednym oknie — to mi przypomniało, że już późno, więc przyśpieszyłam kroku.

Niechętnie wróciłam do Thornfield. Przejść jego próg znaczyło dla mnie wracać do zastoju, przebyć milczący hall, wejść po ciemnawych schodach do samotnego pokoiku, a potem spotkać się ze spokojną panią Fairfax i spędzić z nią długi wieczór zimowy, z nią jedną tylko. Znaczyło to dla mnie zgasić zupełnie to lekkie podniecenie, które wzbudził we mnie spacer, istotę moją skrępować z powrotem niewidzialnymi więzami jednostajnego i nazbyt spokojnego istnienia — istnienia, którego nawet dobre strony bezpieczeństwa i dostatku przestawałam doceniać. Jakże bym dobrze się wtedy czuła, gdybym była rzucona w odmęt niepewności i wir walki o życie, by wśród ciężkich i bolesnych przeżyć nauczyć się pragnąć tego spokoju, wśród którego teraz tęskniłam! Tak jest, tyle dobrego, ile by zrobił długi spacer człowiekowi, znużonemu nieruchomym siedzeniem w nazbyt wygodnym fotelu — i tak jak on zapragnąłby ruchu w swoich warunkach, tak ja go zapragnęłam w moich.

Zatrzymałam się przy bramie, zatrzymałam się na trawniku, tam i z powrotem chodziłam po brukowanej ścieżce. Okiennice szklanych drzwi były zamknięte, nie mogłam zajrzeć do wnętrza. I oczy moje, i duszę moją odciągało coś od tej posępnej budowli — od tej szarej pustki, pełnej ciemnych celek, bo taką mi się teraz wydała — i ciągnęło do tego nieba, roztoczonego nade mną, niebieskiego oceanu bez plamy jednej chmurki. Księżyc sunął po nim uroczyście, tarcza jego, wypłynąwszy zza wzgórz, zdawała się spoglądać coraz dalej i dalej i zmierzać ku zenitowi, czarnemu prawie w swojej otchłannej głębi, w niezmierzonej swej dali. Za jego biegiem szły migotliwe gwiazdy, na które patrząc, czułam drżenie serca, żar we krwi moich żył... Drobnostki przywołują nas na ziemię — w hallu wybił zegar, to wystarczyło. Odwróciłam się od gwiazd i księżyca, otworzyłam boczne drzwi i weszłam.

Hall nie był ciemny ani też oświecony jedynie wysoko zawieszoną, brązową lampą. Inny, ciepły blask zalewał korytarz oraz dolne stopnie dębowych schodów. To rumiane światło płynęło z wielkiego, jadalnego pokoju, którego podwoje były otwarte, ukazując wesoły ogień, oświecający miło marmurowy kominek, purpurowe draperie i politurowane meble. Grono osób siedziało przed kominkiem. Zaledwie pochwyciłam okiem ten widok, zaledwie dosłyszałam wesołe, zmieszane głosy, wśród których odróżniłam głos Adeli, gdy drzwi się zamknęły.

Pośpieszyłam do pokoju pani Fairfax. I tam palił się ogień, ale nie było ani świecy, ani pani Fairfax. Zamiast tego ujrzałam tam samego, siedzącego prosto na dywaniku i wpatrzonego poważnie w płomień, wielkiego, czarnobiałego psa o długim włosie, podobnego do Gytrasha z polnej drogi. Tak był do niego podobny, że przystąpiłam bliżej i zawołałam: „Pilot!”. Pies wstał, podszedł i obwąchał mnie. Pogłaskałam go, a on poruszył wielkim ogonem. Niesamowitym jednak wydał mi się stworzeniem tak w samotności — zwłaszcza że nie wiedziałam, skąd się tu wziął. Zadzwoniłam, gdyż potrzebowałam świecy, chciałam się też dowiedzieć czegoś o tym gościu. Weszła Leah.

— Co to za pies, Leah?

— Przyszedł z panem.

— Z kim?

— Z naszym panem. Z panem Rochesterem. Pan właśnie przyjechał.

— Rzeczywiście? A pani Fairfax jest z panem?

— Tak i panna Adela także. Są w jadalnym pokoju, a John pojechał po doktora, bo pan miał wypadek. Koń jego upadł i pan ma nogę zwichniętą w kostce.

— Czy koń upadł na drodze do Hay?

— Tak, zjeżdżając z góry, poślizgnął się na zamarzniętej kałuży.

— Ach tak! Przynieś mi świecę, proszę cię, Leah!

Leah przyniosła mi świecę. Weszła z nią i pani Fairfax, która mi powtórzyła nowiny, dodając, że doktor Carter przyjechał i jest teraz u pana Rochestera. Następnie szybko wyszła, by zakrzątnąć się koło herbaty, a ja poszłam na górę złożyć rzeczy.

Rozdział XIII

Pan Rochester tego wieczora z polecenia lekarza wcześnie się położył. Nazajutrz też nie wstał wcześnie. Po zejściu na dół musiał się zająć interesami. Administrator jego i niektórzy dzierżawcy przybyli i czekali na rozmowę z nim.

Adela i ja musiałyśmy teraz opróżnić bibliotekę, miała być codziennie potrzebna jako pokój przyjęć. Zapalono ogień w jednym pokoju na górze, a ja zaniosłam tam nasze książki i urządziłam w nim przyszłą szkołę. Zauważyłam przed południem, że Thornfield Hall było jakby odmienione. Już nie było tak cicho jak w kościele, co godzina lub dwie rozlegało się pukanie do drzwi, rozbrzmiewał odgłos dzwonka. Kroki także często słychać było z hallu, nowe głosy o różnym tonie rozmawiały na dole. Prąd zewnętrznego świata przepływał przez dom. Dom miał swojego pana i ja wolałam tę zmianę od monotonii ciszy.

Z Adelą tego dnia niełatwo poszło. Nie mogła skupić uwagi, wciąż biegała do drzwi i wychylała się przez poręcz schodów, próbując dojrzeć pana Rochestera. To znowu wymyślała jakieś pozory, by zejść na dół, jak podejrzewałam, by zaglądnąć do biblioteki, gdzie wiedziałam, że nie jest bynajmniej potrzebna. Gdy zaś rozgniewałam się trochę i kazałam jej siedzieć cicho, nie przestawała wciąż opowiadać o swoim „ami, monsieur111 Edouard Fairfax de Rochester” i snuć przypuszczeń, jakie przywiózł dla niej podarki. Okazało się bowiem, że poprzedniego dnia powiedział jej, iż gdy przybędą rzeczy jego z Millcote, znajdzie się tam wśród nich pewna skrzynka, która ją powinna zainteresować.

— A to ma znaczyć — rzekła — że będzie tam wewnątrz prezent dla mnie, a może i dla pani, mademoiselle. Monsieur mówił o pani, zapytał mnie, jak się nazywa moja nauczycielka i czy to nie jest mała osóbka, dosyć szczupła i trochę blada. Powiedziałam, że tak jest, gdyż to prawda, czyż nie, mademoiselle?

Z uczenniczką jadłam obiad, jak zwykle, w pokoju pani Fairfax. Popołudnie było wietrzne i śnieżne, spędziłyśmy je w szkolnym pokoju. O zmroku pozwoliłam Adeli odłożyć książki i robótkę i zbiec na dół. Bowiem po względnej ciszy, gdy już dzwonek drzwi wejściowych przestał się odzywać, wnosiłam, że pan Rochester musiał zakończyć zajęcia. Pozostawszy sama, zbliżyłam się do okna, nic jednakże stamtąd nie mogłam zobaczyć. Zmrok i płatki lecącego śniegu przesłaniały wszystko, nawet krzaki na trawniku. Spuściłam storę i wróciłam do kominka.

Z żarzących się węgli zaczęłam układać szkic, trochę podobny do obrazu, przedstawiającego, jak pamiętałam, zamek Heidelberski112nad Renem113, gdy weszła pani Fairfax i wejściem swoim zburzyła ognistą mozaikę, rozpraszając równocześnie ciężkie, niemiłe myśli, które zaczynały nachodzić moją samotność.

— Pan Rochester byłby rad, gdyby pani ze swoją uczenniczką zechciała wypić z nim herbatę dziś wieczorem w salonie — rzekła. — Tak bardzo był zajęty przez cały dzień, że nie mógł pierwej postarać się o zapoznanie się z panią.

— O jakiej porze pan Rochester pija herbatę? — spytałam.

— O szóstej. Pan Rochester na wsi pilnuje się wczesnych godzin. Ale pani powinna by się przebrać. Pójdę z panią i pomogę zapiąć suknię. Tu jest świeca.

— Czy koniecznie powinnam się przebrać?

— Tak, to się należy. Ja się zawsze przebieram na wieczór, gdy pan Rochester tu bawi.