Kartografia

John Donne w kawałkach

Dlaczego okładka przypomina wycieraczkę?

Co decyduje o zwycięstwie ciemnej plamy

nad moją udręczoną pamięcią?

Czy notatka o trzech policjantach i zakonnicy,

zabitych przez IRA w Belfaście,

była twoją zakładką? Dlaczego

Elegie żegnają się chłodno z całą resztą

i lądują na podłodze, kiedy tylko zatęsknię

za którąś z nich? Dlaczego nie mogą

pożegnać się z moją ulubioną Pchłą

i jej angielską matką,

którą miałem nadzieję w końcu poznać?

Dlaczego próbowałaś przebić się przez Sonety

papierosem? I dlaczego zatrzymałaś się

na piątym, pozostałe sklejając czymś,

co powoduje, że mój pies ociera się

o twoje podejrzane nogi, kręci ogonem

i zaczyna oblizywać się bezczelnie?

Epifania

Wytrwale doskonalimy się w rysowaniu

nowego wizerunku tej, którą umiłowałeś

najbardziej. Mamy odrobinę miejsca

na próchniejących pulpitach: skąpy dar

hojnych absolwentów. Następnym razem

Hiob i jego kumple z pierwszej ławki

usiądą z tyłu, by nam dorównać

lub przegrać. Dzisiaj, odurzeni szumem

za plecami, poddają się twoim

wytyczającym szlak słowom, i widzą

ślady na źle sklejonej mapie Ziemi

Świętej. Wszystkie warkocze znieruchomiały

i nikomu nie przeszkadza, stary

katecheto, że w wizji, którą sprzedajesz,

Galilejczyk chodzi w pantoflach;

nasze serca wciąż walą za mocno.

Wodowanie

Goethe dotyka ramienia Schillera,

słyszę szept: „Fryderyku, popatrz

przez chwilę tam, gdzie patrzy

ten młody człowiek, co, nie zważając

na niepogodę, zdecydował się

zamoczyć spodnie, by posiedzieć

u naszych stóp”. Fryderyk jednak

nie odrywa oczu od gęstych chmur

nad Weimarem, a Johann Wolfgang

jest w błędzie: tak naprawdę

tylko on przybrał dobrą pozę.

Nie patrzę w obiektyw, bo patrzę

na dużego faceta z teczką, który

przerwał dobrze opłacany marsz

przed Deutsches Nationaltheater,

żeby zmierzyć moje zwisające,

bezczynne ręce. Robi to okiem

kogoś, kto ma na zbyciu dwa solidne

wiosła, i ostatecznie może mi je

sprzedać za pół ceny, a nawet,

jeśli posiedzę tu dostatecznie długo,

oddać za darmo. Jest 1984 rok,

handel wiosłami kwitnie, więc

mówię: „Spływamy”. I spływamy.

W wieży Babel

Pamięci J. L. Borgesa

Był to najbardziej powalający

ze znanych nam obrazów

znienawidzonej przez wieczność

kultury konsumpcyjnej,

więc nie pozostało nic innego

jak podejść bliżej i dać się

przewrócić. W takim miejscu

upadek nie jest czymś

niezwykłym: upadasz, wstajesz,

otrzepujesz spodnie i wychodzisz

z kieszeniami pełnymi

wierszy Johna Berrymana,

które wyprułeś żyletką

z oniemiałego miesięcznika, albo

tak jak ja, z „New Yorkerem”

pod swetrem, bo nie miałem

żyletki, a w środku był wiersz

Yellow Flowers Jamesa Schuylera.

Zasrana historia Darka Foksa handlarza starzyzną

Teraz, kiedy nie ma Becketta

a wesoła muzyczka

bez przekonania czci kolejne

jak zwykle niezbyt udane

zmartwychwstanie Chrystusa

właśnie teraz musiałem

przypomnieć sobie o TRAGICZNEJ

HISTORII HAMLETA KSIĘCIA

DANII sprzedanej za psie pieniądze

kumplowi, najlepszemu kumplowi,

to zmusza do postawienia

kilku zasadniczych pytań, wiem

że tego rodzaju sprawę

możesz załatwić tylko ty

Luftwaffe, gdziekolwiek jesteś

masz czas do jutra

17 IV 90

Gruby nie żyje

Sponiewierane moimi zaklęciami drzwi

prawie nie stawiają oporu; odsłaniają

to, co zawsze: stosy pism, w których zdjęcia

zajmują więcej miejsca niż litery, bezskutecznie

domagający się wyłączenia telewizor, i czapkę,

czapkę z daszkiem. Kiedy ją naciągnął

po raz pierwszy i zobaczył się w ukochanym

lusterku z Hansem Klossem, wiedzieliśmy już,

jak będzie brzmiała jego ostatnia wola:

„Pochowajcie mnie w mojej czapce z daszkiem.

I nie zapomnijcie o lusterku”. Nie zapomniałem.

Poczułbym się lepiej, gdyby w końcu

wilgotny ślad oddechu osiadł na szkle,

bo nie wiem, jak wytropić telefon,

a na łysiejącego Brutusa nie ma co liczyć:

wlepił smutne gały w zaczarowany stół,

na którym leży mało używany hamburger z baru

za rogiem, gdzie tyle razy siedział

przywiązany do latarni, i oznajmiał światu,

że śniadanie Grubego się przedłuża.

Tłumacząc „Pana Tadeusza” na bułgarski

Tysiąc lat prześladowań i nagle

rodzę się ja. Jeszcze ćwierć wieku

prześladowań pod pomnikiem Wdzięczności

i znowu się rodzę. Tym razem

jest więcej hałasu

i są dziewczyny. Dużo dziewczyn,

które swego czasu prześladowano

z bardzo dziwnych powodów.

Zapytał grzecznie: „Człowieku, i ty

nazywasz to poezją lat dziewięćdziesiątych?”

Powiedziałem: „Nazwę to

Dziennikiem Anny Frank

pierwszej połowy przyszłego stulecia,

pod warunkiem, że jesteś samochodem

i wywieziesz mnie

do Amsterdamu, kapralu”.

Kartografia

Jak jakiś Marco Polo

z przeludnionego Żyrardowa

wiercę dziurę za dziurą

w sklepieniu czaszki

i myślę o szybkim pojednaniu

z milczącą naturą,

bez którego niemożliwe

jest nie tylko sporządzenie

przyzwoitej mapy,

ale i posiadanie butów.

Chyba wiercę nie tam,

gdzie powinienem,

bo nie jestem w stanie

przypomnieć sobie, która skarpeta

jest dziurawa. Nie mogę

poprosić o drugi, jeżeli

nie przymierzyłem pierwszego.

Nie mogę zdjąć prawego,

jeżeli lewa jest w porządku.

Gość obok przymierza czwartą parę.

Gość obok jest gościem, który

jest obok. Chcę tu zostać

i patrzeć na wielkie cycki,

które prawie dostałem z butem.

Chcę znaleźć miejsce, gdzie można

przymierzyć prawy wielki cycek.

Chcę uporać się z dziurawym światem,

zanim oczy nad cyckami

powiedzą: „Wiercisz

nie tam, gdzie powinieneś”.

Z szesnastokartkowego zeszytu w swastyki

Wrocławskim Zakładom

Wyrobów Papierowych

Gdzie jest Księżyc?

Co stało się

ze Słońcem? Dlaczego pies

nie jest już najlepszym

przyjacielem człowieka?

Dlaczego to biedne stworzenie

nosi na szyi tabliczkę

z napisem: MOŻESZ MNIE POGŁASKAĆ

TYLKO W OBECNOŚCI MOJEGO

WETERYNARZA? Dlaczego napis

został wygrawerowany gotykiem?

Co każe małym chmurom

przybierać kształty

dużych zwierząt,

które dawno wymarły?

I kto mi powie,

do cholery,

skąd ja to wszystko wiem?

Przecież jest ciemno.

27 VII 93

Zalany Priap

Wystarczy powiedzieć jedno niewłaściwe słowo,

by któryś z epizodów twojego dzieciństwa

[trudno mi uwierzyć, że kiedyś byłaś dzieckiem]

schylił się i uderzył swoim tępym łbem

w mój zmylony obiadem brzuch. Poleżę

i pozwijam się trochę dla przyzwoitości,

tylko żeby mi to był ostatni raz.

Czy to moja wina, że kilkuletnim dziewczynkom

też chce się sikać i muszą wstawać w nocy?

Gdybyś wtedy mogła wytrzymać do rana,

twój ojciec nie straszyłby cię teraz

przy byle okazji. Wiem, że to nic przyjemnego

oglądać starego, nagiego człowieka, ciągnącego wódkę

prosto z butelki, o pierwszej, w kuchni,

w zimnym świetle lodówki [w zimne światło

wierzę]. Ale po co zaraz opowiadać

niedorzeczną historię o tym, jak twoi dziadkowie,

Dionizos i Afrodyta, ukradli go

razem z wózkiem? Już dobrze. Oddaj żarówkę,

nie lubię, kiedy w naszej lodówce jest ciemno.

Uścisk umierającego

Jeśli wierzyć przekazom ustnym,

na tym sedesie siadywała

pierwsza dama polskiej poezji. Kotek,

który zrobił tu swoje przede mną,

zostanie współbohaterem niezłej elegii.

Z pokładami gołębiego gówna na balkonie

zmagała się cała antologia liryki kobiecej.

Książka, którą przeglądam,

to prawdziwy dowód milczenia Różewicza

[ja też milczę po niemiecku]. Obrazy

w pracowni po drugiej stronie korytarza

są martwe jak rybie

głowy [tej zbrodni nie ujawnią

nekrologi], które usiłują połknąć

małą część wszechobecnego kurzu.

Droga powrotna do pokoju,

w którym ktoś jednak sprząta,

powoli wylatuje mi z pamięci,

bo za dużo myślę

o przekazach ustnych.

Łowcy jeleni

Chodź, przyjacielu, ocalimy coś

dla potomnych. Co sądzisz

o tym panu, oddającym mocz w bramie,

z którą łączy nas tak wiele wspomnień?

Powiem mu, że to nieładnie,

a ty w tym czasie nakryjesz go

jak należy. O, właśnie tak! Trzymaj

mocno siatkę i uważaj, żeby

nie obtarł marynarki [ładna rzecz,

wczesne lata sześćdziesiąte], a ja

zaraz wracam, tylko skoczę

po większą szpilkę.

Rozkład dnia

Planeta przysiadła z wrażenia

na wytartym siodełku

i drży. Przeżywając wszystko

w ten sposób, może się

nieźle poobijać. Ta lepsza

połowa gliniarza mówi, żebym

nie przerywał sobie spaceru.

W porządku, będzie sam

jak zrozpaczony pasterz,

grzebiący patykiem w kościach

dawno nie widzianego stada.

Mrówki znalazły dzwonek

i pracują ciężko nad jego

tajemniczym zamilknięciem.

Zardzewiały łańcuch pękł

i pełznie teraz w świat,

ciągnąc za sobą czarną nitkę

z nogawki złodzieja. W pobliżu

jest gałąź, która też pęknie,

jeśli nie sfruną z niej

ptaki z dużymi dziobami.