Konkwista
Jakaś niewydarzona misjonarka
życzy mi dobrego odbioru. Dziękuję
i wierzę, że mnie słyszy. Czasami
lubię uwierzyć w coś takiego.
Mija rocznica lądowania na Księżycu.
Wpatruję się w nie tknięte żółtko
i liczę lata. Myślę, że kiedyś
przyłapię ją na kłamstwie. Na razie
nic z tego. Mam pełne usta,
kiedy pukasz i wchodzisz,
nie czekając na zaproszenie.
Armstrong, gdyby mu wtedy
przyszło czekać na czyjeś „proszę”,
czekałby w nieskończoność. Nieudolnie
próbuję przełknąć to wszystko.
Ślad gumki znika z twoich pośladków.
Słońce wygrywa z budową
naprzeciwko i w zwolnionym tempie
dochodzi do siebie. My też
dochodzimy gdzie trzeba. Tylko
te głupie promienie czują się
niepotrzebne. I chyba mają rację. Wiesz,
wstanę i przesunę łyżeczkę;
są głupie, ale zawsze znajdą coś,
od czego mogą się odbić.