Państwa nie ma

Konkwista

Jakaś niewydarzona misjonarka

życzy mi dobrego odbioru. Dziękuję

i wierzę, że mnie słyszy. Czasami

lubię uwierzyć w coś takiego.

Mija rocznica lądowania na Księżycu.

Wpatruję się w nie tknięte żółtko

i liczę lata. Myślę, że kiedyś

przyłapię ją na kłamstwie. Na razie

nic z tego. Mam pełne usta,

kiedy pukasz i wchodzisz,

nie czekając na zaproszenie.

Armstrong, gdyby mu wtedy

przyszło czekać na czyjeś „proszę”,

czekałby w nieskończoność. Nieudolnie

próbuję przełknąć to wszystko.

Ślad gumki znika z twoich pośladków.

Słońce wygrywa z budową

naprzeciwko i w zwolnionym tempie

dochodzi do siebie. My też

dochodzimy gdzie trzeba. Tylko

te głupie promienie czują się

niepotrzebne. I chyba mają rację. Wiesz,

wstanę i przesunę łyżeczkę;

są głupie, ale zawsze znajdą coś,

od czego mogą się odbić.

Otwierająca puszkę

Ciekawe, która z tych osławionych

ochotniczych formacji kobiecych

przeszkoliła ją [nauczyła polskiego,

itd.], przyczepiła do spadochronu

i zrzuciła, pierwszemu lepszemu,

w prezencie. Nie skaleczyła się,

i już się nie skaleczy:

kilka miesięcy intensywnego otwierania

puszek [mają tam takie

specjalne, puste, do otwierania]

robi swoje. Mam co robić. Umrę

i będę miał co robić. Zna szyfry,

których nigdy nie zdołam złamać.

A tu jeszcze ten. I ta duża torba.

Brakuje mu tylko transparentu

z napisem: Kolego, coś dla ciebie:

CZYTAJĄCA LIST. Odejdź,

o tym się nie pisze,

to trzeba namalować. Odejdź,

powiedziałem, bo złamię ci szczękę.

Zachęcające warunki pracy

Wielki Instruktorze, czy nie powiedziałeś

jej, przypadkiem, co trzeba zrobić,

żeby włączyć poetę lat dziewięćdziesiątych?

Bezbłędnie wypowiedziała formułę:

„Jeżeli masz coś tu, i tu, to wiesz,

co napisać”. Poczułem palec w sercu,

i w mózgu. Zwróć uwagę na kolejność,

Wielki Instruktorze. Wrobiłeś mnie:

wlokę się jak ciężarówka zapchana świniami;

ręce mi drętwieją, kiedy słyszę ten kwik;

jak tak dalej pójdzie, wpadnę na pobocze

i zostanę rzeźnikiem. Wielki Instruktorze,

przestań strzępić jęzor bez potrzeby,

spróbuj zebrać myśli, i oświeć tych, którzy

wycinają drzewa, bo właśnie zjedli śniadanie

i nie mogą się zdecydować, czym popić.

Sprawa Szatowa

Tylko dlatego, że mi się podoba

Isabelle Huppert [Maria Szatow],

wyrwałaś, co było do wyrwania,

i narobiłaś nieziemskiego hałasu,

posyłając do diabła ludzi,

którzy przecież zapłacili,

żeby zobaczyć, jak oni go

tam, w tym śniegu, a nie za

patrzenie na dupka, co zamiast

wstać i zamknąć za tobą drzwi,

opuścił głowę i jęczy:

„Chrupki! Oddaj chrupki!”

Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu

Znudzeni heroizmem lodówki

na kółkach, wzmożonym ruchem

zbieraczy butelek i

nie całkiem zgodną z prawem

działalnością ptaków,

podziwiamy makietę linii Maginota,

którą zbudował dla nas

jakiś cwany ślepiec. A potem,

wbrew nawoływaniom czajnika

do szybkiego rozejścia się,

postanawiamy przeprowadzić

jedną z tych akcji w stylu

późnogotyckich przepychanek Śmierci

z dziewczynami,

którą przerwie nam desant

grzanek z opiekacza.

Lepki obłęd

Nie odkryję Ameryki

mówiąc, że suwak

zrobi krzywdę

temu małemu szczęściarzowi,

który usiłuje dać ci znak,

że ze mną już sobie

poradziłaś.

Jeżeli jeszcze

poradzisz sobie z nadchodzącym

konduktorem, a

wypełniające nasze głowy

szuraniem butów

zdanie TĘDY PRZESZŁA

WARSZAWA straci czytelników,

to przejdziemy

do pierwszej klasy,

bo tam jest luźno,

i może uda nam się jakoś

ustalić, czy tabliczki,

które zabierasz na pamiątkę,

są dla tych, co zabierają je

na pamiątkę, czy też

dla tych, co na razie odkręcają

ogromne termosy,

a ruszą naszym śladem

dopiero wtedy, gdy je zakręcą

i gdy znów będzie można

policzyć drzewa,

dobra?

Piosenka ochlapanego

„Może zmajstrujemy jakiegoś malutkiego Orcia?”,

pytam, skoro już stoi obok

i nie chce odejść, a jej spodnie i koszulka

zachowują się tak, jakby na niej schły,

chociaż ma parasol i raczej przestaje padać.

Dzięki kroplom deszczu na moich okularach

wszystko dookoła chyli się ku upadkowi;

niewiele tego, ale i tak będzie niezły huk.

Od strony chylącego się ku upadkowi szpitala

nadjeżdża chylący się ku upadkowi autobus,

wzbogacając to moje wszystko o trochę czerwieni.

Jeżeli nic, poza jej ubraniem, nie chce

ze mną rozsądnie pogadać, to znaczy,

że nie czytała. Albo nie lubi. Trudno,

pójdę całować żaby gdzie indziej.

Złorzeczę i podchodzę do krawężnika, myśląc

o nieodpartej potrzebie czynienia dobra,

zmuszającej nas do robienia różnych głupot,

i błogosławię twarze po drugiej stronie,

bo za chwilę pojadą całować traktory.

Państwa nie ma

Najprawdopodobniej

Gałczyńscy nie sypiali

w tym łóżku. To samo

można powiedzieć

o rodzinie Watów.

Maria Dąbrowska

w ogóle mało spała

[opieram się

na badaniach kumpli

z podstawówki,

którym Noce i dnie

znalazły pracę na kolei].

Człowiek przy bramie

długo szukał

naszego nazwiska

na swojej liście. Widział

twoje spojrzenie,

gdy wczoraj dotykałaś

drzwi. I wspomniał

coś o powrocie

dawnego właściciela.

Nie śpij z młotkiem.

Wyjmij gwoździe z ust,

bo zardzewieją.

Właśnie wracam

od stukniętego starca,

zwanego dalej

grawerem. Grawer

popija, więc

to musi trochę potrwać.

Mapa mi się kończy

Chryste, kotuś, zawsze ci się kończy,

kiedy dojeżdżamy. Zawsze ci się kończy,

kiedy garncarstwo daje zatrudnienie

licznym wieśniakom i zaczyna przynosić

znaczne dochody. Zawsze ci się kończy,

kiedy polewam wodą wieloryba.

Zawsze ci się kończy, kiedy pytam:

„Nie ma tam gdzieś stacji benzynowej?”

Zawsze ci się kończy, kiedy mówię:

„Przydałaby się jakaś stacja benzynowa”.

Zawsze ci się kończy, kiedy krzyczę:

„Poszukaj jakiejś stacji benzynowej!”

Zawsze ci się kończy, kiedy proszę:

„Jeżeli zauważysz jakąś stację benzynową,

to mi powiedz”. Zawsze ci się kończy,

kiedy tłumaczę to wszystko na angielski

i japoński. Zawsze ci się kończy,

kiedy mijamy dom ginekologa,

u którego siedzą co najmniej

trzy pacjentki, a kierowcy

w samochodach przed furtką rozmyślają

każdy o swoim pełnym baku,

bez którego wszystkiego mniej,

bez którego ani rusz (im się mapa

nie skończy). Zawsze ci się kończy,

kiedy trzeba zapisać dwie strony

(bo trzeba zapisać dwie strony,

a tobie się mapa kończy). Zawsze

mogła ci się skończyć wcześniej.

2 VII 94

Wiersze o fryzjerach

Jako „najwybitniejszy przedstawiciel

Szkoły Poezji Upierdliwej, która ostatnio

święci takie triumfy”, zmuszony jestem

przypomnieć ci, że obiecałaś skrócić moje

włosy po powrocie. Dowolnie wybranym

powrocie. Wróciłaś, a ja nadal nie mogę

patrzeć w lustra. Trzy tysiące luster.

Sto pięćdziesiąt tysięcy za sztukę.

Kiedy lustra nie schodzą, trzeba

spróbować z wierszami. Trzy tysiące wierszy

o fryzjerach. Tysiąc egzemplarzy.

Dałem trzy lustra za egzemplarz

i umoczyłem. Drugi rok chodzę

po mieście, zaczepiam nie ostrzyżonych

i jęczę jak sprzedawca poradników dla kobiet

w ciąży. Podejdź bliżej i rzuć okiem na to:

„Tylko fryzjer i jego uczeń

widzieli ostatnie tchnienie szeryfa.

Był pierwszym, który chuchnął na lustro,

za które dali całe pięć dolców.

Takich rzeczy się nie zapomina. Tymczasem

ten, który wiedział, że szeryf odepnie pas

przed goleniem, zmierzał

w stronę bezbronnego jak niemowlę banku”.

31 VIII 93