Pieta

Skądże tu Maria wraz z tym sinym trupem?

Na piasku spoczął, tuż obok muszelek,

i bezgranicznie morze pluska w dal.

Niebiosa zmierzchu osnute są burzą

i aż do tafli mroczna sięga tucza1,

wielka, skłębiona gęstwa czarnych chmur.

Fale dygocą z lekka, senne wełny,

igrając z wolna, liżą płaski brzeg

i brudnej piany zostawiają ślady,

które się ciągną jak linia wzdłuż piasków.

Krucyfiks leży na tych muszlach twardych.

Dłonie wygięte i stopy są jeszcze

owite w miękkie chusty, by nie dostrzec

okropnych znamion gwoździ powbijanych.

Ponad nim Maria pochyla się z bliska

w gryzącym żalu i pojąć nie może,

pojąć nie zdoła nigdy, że my, ludzie,

syna jej zdradą wydaliśmy na śmierć.

Czyli2 miłością nie był? Czyż nie dążył,

tak krótko żyjąc i tak wiele pragnąc,

ku ocaleniu nas spokojem serca?

«O, głowo w ranach krwawych», i Maryja

łzami gorzkimi lepki proch omywa

z oblicza jego; łagodnie palcami

muska, osusza pot śmiertelny z włosów.

Na widnokręgu, skąd słońce się stacza,

za mgieł tumanem skrywając się zbitym,

wystrzela nagle blask, ale odbity.

I światło to rozlewa się przez wody,

i po cienistych falach w pasmach bieży3,

i tych tam dwoje na brzegu naświetla,

aż się niebiosa zawrą, jak kurtyna.

Znów chwila ciemnej, ciężkiej, mrocznej nocy —

wtem płomień wzbił się w dali, i ku lądom

pała chaosem: miasta, kraje płoną,

i dzikie wrzaski, dźwięk mieczy o tarcze

dudni, rumaków tętent, bitew wrzawa;

i tak szaleje mord: w imię Jezusa.

Słońce stoczyło się, zasnuł się zmierzch;

kojący wietrzyk wychynął nad tonie

i głaszcze lekko ostre kłosy diun,

i chłodzi oczy spłakanej Madonny,

i ściera mękę z wargi Zbawiciela,

i fale senne mąci uśmiechami,

które się z szlochem nieśmiałym kojarzą,

co bezustannie omywa mu stopy.

Przypisy:

1. tucza — chmura, obłok. [przypis edytorski]

2. czyli (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

3. bieżeć (daw.) — biec; tu: płynąć. [przypis edytorski]