Alfabet prywatny

W powietrzu na Mogileńskiej

nie ma żadnego żywiołu, snuje się

i popycha balon, który pozostał tutaj

po niedawnym sylwestrze.

Ciągnie za sobą także

książeczkę świadków Jehowy,

która otwarta grzbietem do góry

karmi się śniegiem z pobocza.

Jest jak w kasynie, do końca nie wiadomo,

która litera puści farbę.

Tuż za nią torba fistaszków

szamocze się w krzaku, ekscentryczna

jak kanarek, z otwartej paszczy

wysypuje łupiny i to jest rodzaj

śpiewu, chrzęst i chrobot ledwie

wyczuwalny w melodyjnych poświstach.

Nic mnie nie łączy z cyrkiem chwastów

do połowy przysypanych śniegiem,

poruszam się w drugą stronę i mijam

ich bezruch. W taką pogodę trzeba

krążyć i własne ślady opatrywać

milczeniem. Miła jest ta logika kroku,

te repetycje dodające otuchy,

chrzęst i znak na śniegu.