Blizny

Już bielutkie jak nitki strzępiące się

na prześcieradle,

zapamiętałem, tak jak nosowe mon frère.

Śnieg też utkwił w pamięci,

kawał lodu właściwie,

można by się w nim przejrzeć,

gdyby tak nie zniekształcał.

I okno — to ważne — całkiem otwarte.

Zapamiętałem gołębia na sąsiednim

parapecie, o którym pomyśleliśmy,

że jest kamerą i śledzi nas mozolnie

i przaśnie, wysyłając do gołębiego

nieba co pikantniejsze kawałki.

A ptasi widzowie pomstują

na nasze zezwierzęcenie

i to, że w ich oczach jesteśmy martwi,

przywiązani do siebie i nadzy;

później deszcz go spłoszył

i wybuch wulkanu w telewizorze.

Byłoby dobrze gdyby został,

ślad byłby wyraźny, a tak z pamięci

wyłaniała się strużka potu,

kamień, co przeleciał przez rynnę

z wielkim rumorem, i pranie łopoczące

jak flagi przy państwowym święcie.

Szum wody, już później w nocy,

myśl o kukiełkach i kukurydzy,

wszystko namalowane na tekturze,

pornograficzny komiks pod powieką.