Deszcz na Czajczej

Gdyby to była ulica

prowadząca w dół,

do oceanu, wystarczyłby

rozbieg, potem skok

i leżąc w chłodnej wodzie

patrzyłbym jak mewa

krąży ponad plażą,

(zawzięta idiotka).

W końcu ukazałby się potwór

z wody w płucach

i pod powiekami,

chwila grozy starczyłaby

by uciec do domu,

gdzie zawsze się pali

żółte elektryczne światło.

Lecz to, co tu jest,

to ledwie kałuża po

deszczu i samochód, który

ochlapał mnie właśnie.

No i myśl, że jest coś

religijnego w tym zimnie

i błocie ściekającym

z twarzy tak powoli

że można zrozumieć

język-szum.

Zgłoski zlepione

galaretowatym wdziękiem.

Tę chwilę przed następną

falą błota,

między osobówką a tirem.