Elegia sucholeska

Gdybym krzyknął, nie usłyszałby mnie nikt,

anielskie zastępy to sztuczne włosy — peruczka

kiedyś przyciskana do serca przez starszego pana,

która musiała umrzeć, choć jeszcze się stroszy,

tu na wysypisku.

Przerazić się tej „rzeczy” to wstyd,

beznamiętnie podziwiać też nie można — jej kolor

pękł i pękają też rzeczy wokół niej, jakby

zadomowiła się tu jakaś istota, wirus albo

owo beznamiętne „coś jeszcze”, czynnik iks.

Zadomowić się tutaj to niemożliwe, chociaż są

mieszkańcy — ptasi jazgot unosi się nad

kępkami traw, które pokryły już stertę ubrań

i puchną od mchu kraciaste koszule i spodnie,

jakby na nowo — po porzuceniu — wypełniało je ciało.

Ale tu nie da się kochać, bo język jest bezradny

wobec fragmentów szczątków i zapożyczeń:

twarz tutaj, to jest ślad po rozmowie, głos

usłyszany, gdy przez szczelinę w resztce muru

przepływa powietrze

i śpiewa ów nikt będący tu wszędzie.

Gdybym krzyknął, nawet gdybym to zrobił,

to co usłyszałby ów słuchający, bohater bez cienia

i możliwości podróży?

Gdzie w słowie „pragnąć” giętkość się odzywa,

w którym miejscu błyska możliwość zrozumienia —

nie wiem, między zgięciem kolan (żeby tu usiąść)

a chłodem od ziemi jest tylko widok.

Kochać

to dużo, żeby nie powiedzieć za wiele. Ten widok —

peruczka u stóp — dostarcza wszelkich wyjaśnień.

Jej pleśń od wewnątrz i połysk, gdy słońce oświetla,

to jest język nie do przełożenia — onieśmiela i kusi,

żeby wyciągnąć dłoń i dotknąć. Lecz niczego nie zmieni

ten gest. I pozostanie pusty.

I nic, żadnych wieści, telefon głuchnie w dłoni,

chociaż jest zasięg, granica jest dalej.

Zmienić trzeba przyzwyczajenia i dróżki, bo można

spotkać własną zdradę, a wtedy zaświeci ci w twarz

i będziesz musiał opowiedzieć, a nie ma żadnej historii,

są dzieci błąkające się bez celu po Szewskiej

i Wronieckiej — gdzie już nie możesz chodzić.

A płonie coś, płonie na dłoniach, jest zaśpiewem ptaków,

choć słyszysz to od ludzi, pod bramą

na Różanej, gdzie rosną drzewa morwy.

Klucz, który

otwierał drzwi mieszkania, leży przy źdźble trawy,

trawa wypełnia twoje myślenie,

toczy się trwanie jak kulka śniegu, ciągnie za sobą

i mnie też nie zna, jak wszystkich przede mną,

żadnego przestoju, zmiany taktu czy rytmu:

to płonie tak, płonie ta dłoń.